Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Bond 007. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Bond 007. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 grudnia 2017

Sebastian Faulks - Piekło poczeka

















Data ukończenia: 27 grudnia 2017

Data utworzenia recenzji: 28 grudnia 2017

Recenzja:

Jakoś zupełnie zapomniałem o tej książce. Sebastian Faulks przejął na jeden tytuł schedę po Bensonie, dzięki czemu mógł wejść w rolę Iana Fleminga. Zresztą już na samej okładce dumnie widnieje imię i nazwisko autora z dopiskiem "jako Ian Fleming".

Żeby trochę wyjaśnić zawiłość Bonda po śmierci Iana Fleminga, muszę zacząć od początku. Bezpośrednią kontynuacją książek oficjalnych (12 powieści i 2 zbiorów opowiadań) była powieść Kingsleya Amisa pt. "Pułkownik Sun".  Na kolejne czternaście tytułów został zatrudniony John Gardner, który postaci "zamroził i obudził" w latach osiemdziesiątych (bez szczególnego wytłumaczenia). Raymond Benson napisał sześć powieści dziejących się w latach dziewięćdziesiątych. Od tego momentu następni autorzy otrzymywali jedną szansę na książkę (co może być przełamane przez Horowitza, jego dzieło sprzedało rzeczywiście nieźle).

I recenzowane na blogu "Solo" i "Carte Blanche", to efekt właśnie takiego postanowienia Ian Fleming Publications - jednorazowa, wolna ręka autora. Ale to od Faulksa się zaczęło. I czy dało radę?

Zacznijmy może od fabuły - niczym kolejne części Godzilli, znowu jest to kontynuacja przygód  z pierwowzoru - Bonda z fazy Iana Fleminga. Przeżywamy jego porażki z Blofeldem i utratę żony. Faulks wykorzystuje materiał źródłowy w odpowiedni sposób, daje nam pewność, że wszystko to jest dalszą historią i nic nie zostało zapomniane. I tyle z tych plusów, bo zacznie się moje narzekanie...

Autor rzeczywiście pisze, jak Ian Fleming. Problem jest tylko taki, że popełnia wszystkie jego błędy w XXI wieku, kiedy jest to zabronione! Nie pomaga też fakt, że Faulks jest wyłącznie imitatorem i według mojej opinii nie czuje zupełnie procesu tworzenia powieści z Bondem. Są opisy mebli i pomieszczeń, są opisy potraw, sam schemat jest idealny godny Fleminga (scena tortur, główny zły i jego henchman - wszystko jest na miejscu). Sebastian nie zna czasów, o których pisze. Gdyby to chodziło wyłącznie o fabułę nie sprawiałoby zupełnie bólu, ale jeśli chodzi o smaczki, którymi raczył nas Ian widać to gołym okiem.

Kolejną sprawą jest miałkość samego schematu Fleminga. Każda jego powieść ma tę samą konstrukcję, jeśli chodzi o postaci, scenę tortur, scenę seksu i ostatecznej wali z przeciwnikiem. Wszystkie te elementy są, ale Faulks nie stara się, by lekko doszlifować lub podrasować ten schemat. Gra w tenisa z Juliusem Gornerem (zły) jest żywcem wyciągnięta z "Goldfingera", zmieniono tylko dyscyplinę. Sam przeciwnik ma jedną, "małpią", dłoń, jednak o to trudno się przyczepić, bo Fleming każdego antagonistę obarcza jakimś problemem ewolucyjnym. Jedna już sama nienawiść do Wielkiej Brytanii jest żywcem zerżnięta z "Moonraker'a", wydaje mi się, że nawet teksty Juliusa są lekko "aktualizowane" do świata Faulksa.

Ale dwa tematy mnie irytują niemiłosiernie. Pierwsza sprawa, to przemówienia Gornera po złapaniu Bonda w trakcie infiltracji. James nawet nie musi się trudzić w zadawaniu pytań. Julius wyśpiewa wszystko, opowie proces produkcji narkotyków, wyda swoje kontakty i jeszcze pokaże, jak to wszystko wygląda. Przypominam, że znajduje się nie po tej stronie muszki, o której myślimy. James dostaje z czytelnikiem większość odpowiedzi na pytania, których nawet nie zdążył jeszcze przemyśleć. Takie rzeczy zdarzały się, ale nie w tak perfidny sposób.

Drugi temat, to kolejne żywcem zerżnięte z "Goldfingera" sceny "współpracy" Bonda z Gornerem. Julius wykorzystuje Jamesa do swoich niecnych planów, "zatrudniająć" go, jako pilota samolotu, który ma się rozbić w odpowiednim miejscu. Co może pójść nie tak? Ian Fleming poprzez Goldfingera też popełnił takiego fabularnego pierda, kiedy Bond zostaje wciągnięty we współpracę napadu na Fort Knox.

I najgorsze jest to, że skończyłem już oceniać książkę, a nie napisałem jeszcze o fabule... Ta jest miałka, a z tekstu powyżej wynika jasno, że mamy do czynienia z nienawiścią do Wielkiej Brytanii za pomocą narkotyków. To w skrócie oczywiście. Nic takiego, co można byłoby polecić. Wymieniane wcześniej książki: "Solo" i "Carte Blanche" stoją na o wiele wyższym poziomie. A osobom niezdecydowanym - polecam zapoznać się z klasyką Fleminga.

sobota, 23 sierpnia 2014

William Boyd - Solo
















Data ukończenia: 23 lipca 2014

Data utworzenia recenzji: 23 sierpnia 2014

Recenzja:

Niesamowita posucha z tym Bondem. W tym roku, gdyby nie RMF Classic z Markiem Kondratem i muzyką, zupełnie byśmy zapomnieli, że gdzieś tam za rogiem przybędzie do nas 24 część szpiega. Leciał też serial "Fleming", który z jednej strony dobrze się oglądało, z drugiej nic nadzwyczajnego się dowiedzieć o autorze nie można było.

W 2013 roku dotarła do nas nowa książka, spod znaku 007. Nieco zmartwiony i zniechęcony zasiadłem do powieści, ponieważ znów zmienił się autor. Deaver i jego "Carte Blanche" było tak idealnie napisane, że nie widziałem możliwości zmiany twórcy na kolejny tom. A jednak...

Wszystko to, co zrobił Jeffery - zmiana biografii Bonda, wprowadzenie w teraźniejszość, nowe technologie - przepadło znów z dniem publikacji "Solo". Nowy autor wrócił do czasów Fleminga. Boyd kontynuuje, na podstawie nekrologu Bonda z "Żyje się tylko dwa razy", dalszą część przygód 007.

Tym razem zostaje wysłany do Afryki, gdzie ma zapobiec wojnie domowej między dwoma klanami, a że dziko w tym miejscu, to i główni niemilcy bez żadnych skrupułów wypełniają swoje zadanie. I przyznam bez bicia, jeśli tylko dostaję sygnał, że powieść dzieje się w Afryce, moje ustawione automatyczne ziewanko pyrka na wysokich obrotach. Nie wiem, czy to awersja do "W pustyni i w puszczy", czy jakieś niesympatyczne wspomnienie z tych terenów (nie byłem w Afryce). Marazm, pomimo ciągłej akcji, tak jak mi się włączył, zgasł dopiero po przeczytaniu "Żony enkawudzisty", którą wcisnąłem sobie między stronice "Solo".

Czy Boyd podołał "jako Ian Fleming"? Tak, ale niekoniecznie takiego chciałem go czytać. Wszystko pasuje, ma ręce i nogi. Czuć, że Boyd mógłby kontynuować serię, na kilka następnych tomów. Nawet te senne rozdziały w Afryce, które trwają niecałą połowę czasu spędzonego z książką, nie psują zabawy. Dobrze napisana akcja, trzyma w napięciu, w odpowiednim momencie włącza nam się agresor, gdy niewinne osoby zostają brutalnie zamordowane (we Flemingowy sposób). Ale!

Jeffery Deaver stworzył "Carte Blanche", które znacznie bardziej mi odpowiadało. Pomimo mojego stetryczenia i przywiązania do korzeni, wolałem poczytać o współczesnym Bondzie, który świetnie został stworzony przez Deaver'a, niż powrót do klasyki. Nie zmienia to faktu, że książka jest dobra i warta przeczytania. A ponieważ nie zapowiada się w najbliższym czasie na nową powieść o JB, czas odkurzyć którąś ze starszych części.

sobota, 2 lutego 2013

Jeffery Deaver - Carte Blanche















Data ukończenia: 20 stycznia 2013

Data utworzenia recenzji: 2 lutego 2013

Recenzja:

Śmierć Iana Fleminga przyniosła nam nie tylko kasowe filmy, ale natłok gadżetów z 007. Zegarki, koszulki, samochody, czy ostatnio lakiery do paznokci, dzięki czemu możemy wyglądać, jak Severine ze "Skyfall". Jednak większość tych przedmiotów wiąże się bardziej z filmem. Co pozostało po książkach? Jeśli ktoś myśli, że nikt nie zarobił, przez tyle lat, na jego powieściach - jest w błędzie. Kapitalizm i dziedzictwo, wzięły sprawę w swoje ręce.

Ian Fleming Publications Ltd. po śmierci swego mistrza zakonu, skupiło się na szukaniu zastępstwa dla osieroconego agenta 007. Fleming nie zakończył serii, w taki sposób, jak chciał to zrobić w "Pozdrowieniach z Rosji". Nie zakończył też tak, jakbym tego ja chciał, w "Żyje się tylko dwa razy". Forsa nie śmierdzi, dzięki czemu oprócz 14 oficjalnych książek Iana, mamy też około czterdziestu dodatkowych powieści + kilka opowiadań. I liczę tutaj wyłącznie OFICJALNE książki, które dzieją się w uniwersum Bonda.

Wśród autorów przewinęli się między innymi: John Gardner, Kingsley Amis i Raymond Benson (polskiemu czytelnikowi kojarzący się pewnie z nowelizacją Hitmana). Nie ma co ukrywać, książki nie zawsze były na dobrym poziomie. Często jeden autor wprowadzał takie elementy, które drugi zaraz musiał resetować. Z tego powodu większość tych serii nie jest kanoniczna ze sobą, a jedynie z oryginalnym nurtem Fleminga (co przypomina też inną serię filmową - Godzillę). Ale tymi starszymi tytułami zajmę się następnym razem, a mam dużo na ich temat do powiedzenia.

Jeffery Deaver, to pisarz, który dostał nagrodę Ian Fleming Steel Dagger Award. Przez co rzucił się w oczy Ian Fleming Publications Ltd. Facet najbardziej znany z książki "Kolekcjoner kości", która bardziej jest znana jako film z Angeliną Jolie (ja nie widziałem filmu, ani autora nie kojarzę). Deaver jest fanem książkowego Bonda i z chęcią przyjął propozycję pisania "jako Ian Fleming". Premiera światowa miała odbyć się w sto trzecią rocznicę urodzin autora 007.

Deaver odświeżył nieco biografię agenta. Pokrywa się mocno z tą, która została stworzona na potrzeby Daniela Craiga. Nie jest już weteranem II wojny światowej, nowy Bond brał udział w akcjach w Afganistanie. Wszedł XXI wiek i James Bond nie może biegać z osteoporozą. Nie jest już w MI6, tylko w ODG (Zespół Rozwoju Zagranicznego), dostaje świetną komórkę i korzysta z komputerów z dostępem do internetu. Kto mu teraz podskoczy?

Ponieważ seria została całkowicie wyzerowana, tak i tutaj w książce mamy nową wersję przyjęcie Bonda do służb. Zmieniają się wrogowie i ich zdolności. Dużo aluzji do współczesności: więzienia dla terrorystów w Polsce, Hermiona i Harry Potter. Główny bohater przemierza Serbię, Dubaj i Kapsztad z powodu pewnego smsa, który traktował o śmierci tysiąca osób. Sprawa się komplikuje na tyle, że w pewnym momencie, rozwiązywane są cztery oddzielne sprawy w fabule jednej książki.

Arcyłotrzy tej powieści, to pewien Irlandczyk (inżynier, kaczkowaty chód, typowy geek), Severan Hydt (facet, który rozkoszuje się rozkładem; ma własną kobietę, która jest dużo starsza od niego, dzięki czemu może oglądać jej plamy wątrobowe, problemy skórne; kocha widok gnijących trupów itp.) i... brytyjska biurokracja. Zwłaszcza ta ostatnia, daje niezłego kopa fabule w najbardziej kluczowych momentach (James Bond np. nie ma prawa używania broni na terenie Wielkiej Brytanii).

Z początku niestety książka mnie nie przekonała do siebie. Czuć, że pisze ją amerykański pisarz, który Bonda nie rozumie tak, jak Fleming. To jest książka akcji, którą wiernie można zekranizować i to będzie bardzo dobry film sensacyjny. Bond nie jest taki kompleksowy, jak w oryginalnych książkach. Jest zabójcą, ma swoje miłosne rozterki, ale nie jest to tak dobrze napisane, jak u twórcy. Sama fabuła jest stworzona tak, jakby to zrobił Dan Brown w "Kodzie Leonarda..." lub w "Aniołach i demonach". Nie obserwujemy wyłącznie poczynań głównego bohatera, ale także każdej innej drugoplanowej postaci. Rozdziały, co chwila zaskakują, a w następnym (patrząc z punktu widzenia innego bohatera) jest podana na tacy historia z wytłumaczeniem, jakim cudem doszło do tej czynności z poprzedniego. I byłem zawiedziony, bo nie na takiego Bonda czekałem. Wyglądało to niestety tak, jakby Deaver dostał propozycję napisania książki o agencie 007, podszedł do szuflady i wyciągnął gotowy wydruk, gdzie pozmieniał imię i nazwisko na Jimbo (rogeroumory się mnie nadal nie trzymają).

Ale po setnej stronie okazało się, że nie mogę się oderwać od tej historii. Jest rewelacyjna! Nie jest to Bond, jakiego pokochałem, ale sama książka jest bardzo dobrze napisana. Idealny na dzisiejsze czasy, bo kto dziś z własnej woli sięgnie po stetryczałe powieści Fleminga? A oto jest, "Carte Blanche", podobał Ci się Dan Brown - polubisz Deavera. Jest to dla mnie idealny kandydat na to, żeby przejął pałeczkę na dłużej, dzięki czemu książkowa seria mogłaby nieco odżyć i stanąć na nogi. Widzę go, jako zastępcę Iana Fleminga na kilka najbliższych lat.

Niestety. Moja opinia jest pozytywna, ale zdania krytyków są podzielone. Zresztą od jakiegoś czasu jest zasada, że dany autor jest zatrudniany jednorazowo. W 2013 roku pojawi się nowa książka o Bondzie, ale autorem został już oficjalnie William Boyd, a 007 wróci z powrotem do lat sześćdziesiątych. Jak widać z powieściami jest jak z filmami. A może to i dobrze, zawsze jest szansa, że czymś nowym zaskoczą.

piątek, 14 grudnia 2012

Roger Moore, Gareth Owen - Bond o Bondzie. 50 lat w służbie Jej Królewskiej Mości














Data ukończenia: 23 listopada 2012

Data utworzenia recenzji: 14 grudnia 2012

Recenzja:

"Skyfall". Jednym się podobało, inni krytykowali - ja byłem wniebowzięty. Ale teraz nie o filmie, a o książkach. 2012 rok, to wspaniały okres, kiedy każdy ma okazję zabłysnąć jakąś uwagą na temat agenta 007. Przypomina to koszyki w hipermarketach z plastikową chorągwią z napisem: "Mamo, tu jestem!". Autor tego dzieła też chciał zarobić odnowioną i usprawnioną wersją swojej książki. Michał Grzesiek chyba nie chciał, bo jego "Szpieg, którego kochamy" ani jakoś specjalnie nie uczestniczył w wydarzeniach związanych z premierą nowego filmu, ani na półkach księgarni nie zagościł. Pojawił się nowy gracz, iście brytyjska twarz, sir Roger Moore. Klękajcie na mordy przed jedną z najbardziej "chciałbym, żeby wszyscy myśleli, że jestem super fajny" książek, jakie dane było wydrukować na papierze kredowym.

Masochista, tak mogę siebie nazwać. Wybrałem to badziewko na imieniny, bo jako samozwańczy krytyk Bonda, musiałem przełknąć cierpką pigułę w kształcie zabójczego humoru Rogera Moore'a. Po wszystkich zniżkach i podzieleniu kosztów na trzy osoby, prezent nie kosztował więcej niż 8 złotych od łebka. Na tyle to mogłem naciągnąć bliskie mi osoby, ale już na pełną kwotę 49,90 zł - miałbym wyrzuty sumienia.

Wizualnie jest perfekcyjnie. Kredowy papier, dużo zdjęć i to w kolorach większość. Później zauważa się, że jest dużo luk, by móc dobić do jakiejś większej ilości stron. Białe plamy świecą, jak zęby Rogera w "Świętym".

Moore, najbardziej męczący Bond w historii, napisał wcześniej książkę "Nazywam się Moore. Roger Moore". Przekartkowałem ją i wiem, że nie była taka zła. Humor pisany lepszy niż zagrany. Miałem nadzieję, że i tu nie będzie źle. A jednak...

Kojarzycie sytuację, gdy w większej grupie przy piwie jedna osoba męczy się, bo nie może złapać tematu lub jest poirytowana, że nieznaczna uwaga spływa na jej splendor (głównie tylko taki, że się nie odzywa). Pal licho takie zachowanie. Gorzej, gdy na chama chce zaistnieć. Rzuca wtedy w eter (lub w etyl, wedle uznania): "Widziałam Zośkę w pewnej sytuacji, wolałabym o tym nie mówić" lub "Zawiodłam się na nim". W mojej głowie zawsze wtedy, uruchamia się mechanizm z dźwiękiem rysującej się płyty winylowej. Każdy ciekawski zapyta, ale o co chodzi? I oto jest! W końcu ktoś ją zauważył, czuje ten triumf w wysiedziałych lędźwiach. Ktoś zapyta: "A o co chodzi?". Ta z wyuczonym zakłopotaniem mówi: "Nie ważne".

Jeszcze paskudniej jest, jeśli autor książki robi takie zabiegi, a nie można nawiązać takich relacji, jak ta wyżej opisana sytuacja. Moore pisze głównie o sobie, ale gdy już łaskawie wspomni o kimś innym, to rzuca pewną dwuznaczną sugestię i pozostawia ją niewyjaśnioną. Stary, dobry Moore. Bierz moją forsę i spadaj na drzewa, z tymi swoimi połowicznymi ciekawostkami o Bondzie.

No właśnie, o jakim znowu Bondzie my mówimy? Bo James jest może wspomniany może ze dwa razy. Aleksandra Boga! Toż to znowu ten humor Rogera. Autor nie musi się wysilać, by być fajnym kolesiem na kwadracie, z wyszukanym poczuciem Rogerumoru (wszystkie prawa zastrzeżone, czy coś). Zmień imię James na Jim. Za dużo Jimów w ostatnim rozdziale? To dawaj Jimmy. Ups, trochę głupio to wygląda, dajmy jeszcze Jimbo. I tak w całej książce zabrakło Jamesa Bonda. Czy to walka z powtórzeniami, czy Rogerumor?

Jak to jest, że na trzy książki wydane w Polsce od 2009 roku, dwie próbują być zajebiście fajnackie (fajne, to za mało powiedziane) i obie są do bani? O Bondzie pisali już: kulturowy cieśla, miłośnik i odtwórca roli agenta 007. I wiecie co? Najlepiej zrobił to miłośnik (Michał Grzesiek), który nawet nie wychylił się ze swoją książką, nie gimnastykował się na każdym portalu. Usiadł i napisał, co wiedział, co sprawdził i to, co się wszystkim spodoba.

niedziela, 5 lutego 2012

Michał Grzesiek - James Bond. Szpieg, którego kochamy
















Data ukończenia: 5 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 5 lutego 2012

Recenzja:

Pomimo tego, że o samym Bondzie się mówi i duża grupa ludzi ma serdecznie dosyć całego zamieszania wokół tej postaci, rynek w Polsce nie rozpieszcza nas wydaniami książek traktujących o tym fenomenie. Dlatego każdy rodzimy produkt, który wychodzi, to dobra okazja do świętowania. Nawet jeśli jest to tak mierny wyrób, jak "Bond. Leksykon" (co tylko dobrze ilustruje, jaka jest posucha).

O nowej książce o Bondzie dowiedziałem się w bardzo niecodzienny sposób. Odezwał się do mnie sam Michał Grzesiek, który przez przypadek trafił na moje recenzje na blogu. Zareklamował mi swoją książkę (jeszcze nie wydaną) i przesłał na pobudzenie apetytu kilka wycinków. Tym razem wiedziałem, że jest na co czekać.

Książka traktuje wyłącznie o oficjalnych filmach, co uważam za bardzo sensowne rozwiązanie. Nie można zarzucić, że czegoś brakuje, tak jak to robiłem podczas recenzowania "Leksykonu", gdzie zostały opisane wyłącznie książki wydane na rynku polskim i to nie w pełni (brak Higsona), a pominięto dzieła Gardnera, czy Bensona. Michał Grzesiek wybrał filmy i chwała mu za to, że nie próbował przedobrzyć, wszystkie 22 części są. Ni mniej, ni więcej.

Bardzo oryginalne jest samo opisanie filmów. Każda część jest podzielona na trzy podrozdziały. Pierwszy to "Przygotowania", gdzie opisywane jest z jakimi trudnościami zmagała się ekipa przed uderzeniem klapsa filmowego. Drugi, to "Realizacja", gdzie scena po scenie streszczana jest fabuła filmu, by przy każdym podpunkcie opisywać problemy, ciekawostki, a także jak powstawały konkretne ujęcia. Trzeci podrozdział, to "Premiera", gdzie przekazywana jest reakcja publiczności w czasie przeszłym, jak i w teraźniejszym. Mi osobiście najbardziej podobały się podrozdziały numer 1 i 3.

Książka jest hermetyczna. Ciężko będzie przebrnąć przez kolejne stronice, osobie, która nie lubi lub nie oglądała (co często jest jednym i tym samym) serii. Streszczenie filmu jest, ale i tak, moim zdaniem, to za mało, by cokolwiek można było zrozumieć z często bardzo mocno zagmatwanej fabuły obrazu. Z tego powodu jest to pozycja dla fanów stworzona przez fana. Osoby skrajne, które same analizują scenę po scenie, nie znajdą tu pewnie wielu nowych informacji. Zwłaszcza, że prawie wszystko zostało już powiedziane przez samych twórców (polecam dodatki do pełnej edycji 2-płytowej, dystrybutorem jest Imperial) w filmach dokumentalnych. Ale i takie "betony" znajdą w książce wiele nowych ciekawostek, które wciąż będzie można rozwijać, obalać i przyklaskiwać.

Widziałem w internecie dyskusję, gdzie kilka osób miało problem ze zrozumieniem, że na okładce książki Michała Grześka napisane jest, że to pierwsze polskie opracowanie poświęcone filmom o Bondzie. Chodziło oczywiście o to, że w 2009 roku został wydany "Bond. Leksykon", więc jest to pewnego rodzaju kłamstwo. Otóż nie! W wydaniu z Bukowego Lasu jest kilka wyrazów, które chyba wszystkim umknęły: "Pierwsze polskie tak obszerne...". A akurat obszerności "Leksykonowi" zarzucić nie mogłem.

Bardzo dobra książka, która jest warta przeczytania. Najlepsze opracowanie filmów o Bondzie na rynku i nie patrzę tu przez pryzmat słabej konkurencji, a przez pracę, zaangażowanie i za sympatię do tego, o czym się pisze!

sobota, 7 stycznia 2012

Alastair Dougall - James Bond: The Secret World of 007













Data ukończenia: 31 grudnia 2011

Data utworzenia recenzji: 7 stycznia 2012

Recenzja:

Rok po moim "bondowym przebudzeniu", w grudniu 2009 roku zakupiłem sobie na Allegro kolejną książkę do kolekcji. Miałem do wyboru polską lub angielską wersję, ale sądząc po cenie, ogonki w polskim języku są dużo warte. Tytuł polski to: "James Bond. Tajny Agent 007". Ograniczony budżet na hobby spowodował, że wybrałem wydanie angielskie.

Gdy paczka dotarła, zaskoczyła mnie wielkość, jak i wydawnictwo. Był to ślicznie opracowany album, który nie mieści mi się obok standardowych książek o Bondzie, z wydawnictwa Dorling Kindersley. Osoby urodzone w latach osiemdziesiątych/dziewięćdziesiątych, pamiętają zapewne serię albumów pod nazwą: "Patrzę, podziwiam, poznaję", z tego wydawnictwa. Każdy tom poświęcony był innemu tematowi, np.: ryby, owady, skamieniałości, taniec i ptaki. Ktoś jednak wpadł na pomysł, by stworzyć księgę ze świata 007, w ten sam sposób. 144 stronicową książkę kończę dopiero po dwóch latach, ponieważ na rynku pojawiła się nowa książka o Bondzie - Michała Grześka "James Bond. Szpieg, którego kochamy". A pisanie dwóch recenzji na raz z tej samej tematyki, może być zabójstwem dla autora i samym opinii.

Album jest pisany w taki sposób, by była pewność, że James Bond to prawdziwa postać. Książka została stworzona dzięki uprzejmości M i Q, którzy przekazali autorowi ważne informacje. Całość jest ubarwiona świetnymi zdjęciami oraz rysunkami Rogera Stewarta.

Mamy tutaj szczegółowy rysunek rąk doktora No, przekrój Disco Volante, dokładne zdjęcia i rysunki przedstawiające działanie Lotusa Esprit, rozrysowana akcja po akcji walka Bonda z Zorinem na moście Golden Gate itp.

Jedynym mankamentem jest to, że opisano wszystkie oficjalne filmy z Bondem..., ale tylko do 2000 roku! I to byłby najmniejszy problem, gdyby to była zamknięta książka. Ale za każdym razem, kiedy wydają następny film, aktualizowany jest też album. Mój kończy się na "Świat to za mało". Koszty takiej książki są duże i gdybym kupował po premierze każdego nowego filmu, nowszą wersję, równie dobrze zamiast je kupować, mógłbym zacząć palić mentolowe. Może przy okazji premiery "Skyfall" w październiku skuszę się.

Ktoś zapewne zasugerowałby, że to dziecinada. Miłośnik powiedziałby, że to wyłącznie dla fanów. Ale gdzie jest racjonalna granica między dziecinadą, a fanowstwem? Problem polega na tym, że wara od mojej dziecinady. Książka jest świetna!

sobota, 2 kwietnia 2011

Kamil M. Śmiałkowski - Bond. Leksykon















Data ukończenia: 18 stycznia 2010

Data utworzenia recenzji: 18 stycznia 2010

Recenzja:

Ubłagałem Mikołaja na ten prezent. Dostałem i przeczytałem. Nie mogłem przeczytać od deski do deski, ponieważ nie miałem okazji dokończyć wszystkich książek Fleminga - całość zawiera tyle spoilerów, że musiałem stworzyć listę haseł, które sobie doczytam. 

Ale po kolei. Leksykon zawiera 298 haseł, 22 eseje, masę rysunków i zdjęć (niestety kolory kończą się na okładce, cała reszta to bardzo ciemne zdjęcia). Wszystko w twardej oprawie i robi wrażenie bardzo pozytywne. Jak ujrzałem to na półce sklepowej, wiedziałem, że prędzej czy później będę to miał (i zacznę narzekać, gdy dostanę w swoje łapy). 

Same hasła składają się z opisu najważniejszych rzeczy i ciekawostek. Najciekawsze są oczywiście ciekawostki. Sam nigdy bym nie wiedział, że można być "Lazenbym czegoś", np. Clooney jest Lazenbym serii Batmanów, a Benedykt XVI - papiestwa. Takie ciekawostki są u mnie mile widziane. Jednak nie ma ich zbyt wiele, bym mógł rzeczywiście ze spokojem patrzeć na najważniejszy punkt zbioru, czyli hasła i ich opracowanie. 

Po setnej stronie zaczęły mnie irytować. Wszyscy wiedzą, że w Bondach (i książkach, i filmach) jest niesamowita schematyczność - romans z każdą kobietą pojawiającą się na ekranie dłużej niż recepcjonistka i ratowanie świata. W "Leksykonie" jest nam to przedstawiane za każdym razem słowami: "jak zwykle", "jakżeby inaczej", "który to już raz", "po raz kolejny"...

I teraz podam przykłady wymyślonych tekstów, które sens zachowają ten sam co w rzeczywistości: "Solitaire zdradza dr. Kanangę i zaczyna romansować z (jakżeby inaczej?) Jamesem Bondem". Wersja katastroficzna: "007 nie dopuszcza (który to już raz?) do realizacji planu Blofelda". 

Ile razy można uzyć bardzo podobnych tekstów? Przypuśmy, że oceniamy wersję romansową na podstawie haseł z filmu "Żyj i pozwól umrzeć": 
- Żyj i pozwól umrzeć (film) 
- Jane Seymour 
- Solitaire 
- dr Kananga/ Mr. Big 
- Yaphet Kotto 

Wersja katastroficzna z Blofeldem: 
- Blofeld 
- Pozdrowienia z Rosji (film) 
- SPECTRE 
- Diamenty są wieczne (film) 
- Dr No (film) 
- Donald Pleasence 
- Telly Savalas 
- Charles Gray 
- Anthony Dawson 
- Nigdy nie mów nigdy więcej (film) 

I tak przez 25 filmów i 14 książek. Czyżby jakaś schematyczność? Oczywiście i ja przesadzam, ale na 300 haseł za często się pojawia taka sytuacja. Aż można omdleć od takiego słodkiego "humoru". Inna sprawa, autor ograniczył się do książek tylko tych wydanych na rynku polskim. I zdaję sobie sprawę, że ciężko jest załatwić innych autorów, ale ja sam mam całkiem niezłą kolekcję, więc można! Duży minus, jak leksykon to leksykon. 

Kolejny punkt to esesje. Czyli recenzje 22 filmów napisanych przez całkiem ciekawe osoby. Nie są to typowe recenzje, ale ocierają się czasem o taki banał, że głowa mała. "Operacja Piorun" i Hare Krishna? "Ośmiorniczka", a świat dorosłych i dzieci? Cholera, sami twórcy pewnie nie wiedzieli, jakie 'epompejowe' rzeczy stworzyli. Ktoś inny uważa, że Ursula Andress była stworzona na wzór Krystyny Skarbek (to była Vesper Lynd!). Pełno jest osób, które udają, że się znają. Choć niektóre rzeczywiście są ciekawe. Recenzje bardziej wybierane chyba na kontrowersyjność opisu filmu. 

Ostatni punkt. Rysunki i zdjęcia. Zawitali uwielbiani przez niektórych Śledziu i Adler. Przynajmniej tak napisane z tyłu na okładce. W rzeczywistości są to tylko dwa rysunki tych artystów. Zdjęcia czarnobiałe (przy Świętym i Gustavie Gravesie nie widać w ogóle twarzy). 

I po raz kolejny. Korekta. Jak można było coś takiego wypuścić na rynek? Pisząc tę recenzję co chwila wstaję od laptopa, robię przemyślenia, kasuję zdania. Nikt mi za to nie płaci, a próbuję zrobić to estetycznie. Leksykon jest napisany czasem bez przemyślenia. Jakby jednym tchem. Zdarzają sie niezrozumiałe zdania. Literówki i zmiana nazwisk (dwa razy napisane dr Katanga, a nie Kananga). Ale szczytem wszystkiego było użycie stwierdzenia 'bad guy'. Na trzy razy było źle napisane. Dokładny cytat: "Christopher Walken - naczelny bad gay Hollywood zagrał Maksa Zorina w "Zabójczym widoku (1985)"". Według stopki korekta obowiązywała tylko eseje filmowe, tam nie znalazłem szczególnych błędów. Miło, że nikt z wydawnictwa nie pofatygował się przeczytać tych wypocin i popoprawiać niektórych rzeczy. 

Podsumowując. Nie często zdarza mi się powiedzieć - "Zrobiłbym to lepiej". To najlepszy komentarz do całości. Za taką cenę spodziewałbym się czegoś lepszego. Dostałem tylko opracowane wycinki z kilku stron fanowskich w bardzo słabej jakości. Książka przeznaczona tylko dla osób, które znają Bonda na pamięć i nie boją się spoilerów. Dla reszty - droga książka dla kolekcjonerów. Jestem zadowolony z prezentu, ale czuję się nieco oszukany jakością książki. Nie jest zła, ale niesmak jakiś pozostał. Za taką cenę, za jaką jest sprzedawana - nie polecam!


Opinia po roku:

Po zakończeniu swojej przygody z Flemingiem, zaliczyłem ostatnie hasła z leksykonu. I po roku muszę nadal trzymać się swojej pierwotnej opinii.

Kiedyś czytałem biografię Björk, napisaną przez Lesława Halińskiego, w której podziękował autorom witryn sieciowych i twórcom Internetu, bez których napisanie książki nie byłoby możliwe. Aluzja chyba jasna? Tutaj nie ma takich podziękowań. Żeby napisać podobne tytuły nie trzeba nawet być już specjalistą. Wystarczy mieć dostęp do internetu, angielskiej wikipedii, kliku stron fanowskich i pobieżnie znać temat, oglądając filmy i czytając książki. Wygląda to niestety na fuszerkę, gdzie wybrane recenzje, z masą błędów (sam wybór świadczy o pobieżnej znajomości tematu), nie ratują tego męczącego dzieła.

Niedawno wyszła książka "Wampir. Leksykon", która jest w identyczny sposób stworzona. Tą z Bondem zatrzymam na półce, bo zbieram każdą papierową "ciekawostkę", jaką zdoła mi się znaleźć, nie ważne, jaką będzie miała "kulturalną konsystencję" - Bond to Bond. Tej o wampirach nie kupię, nie tylko z tego powodu,że mnie temat nie interesuje, ale także z tego, że nie za wszystkie stworzone rzeczy należą się ludziom wynagrodzenia (ale nie namawiam do kradzieży!, wyłącznie do olania).

Osoby, które zatopiły się w filmach i książkach o 007, myślę że nie mają czego tu szukać. To raczej książka dla nowych osób, które zamierzają poznać Jamesa Bonda. Z drugiej strony spoilery powodują to, że do książki już się nie zasiądzie "bez bagażu doświadczeń". A i same teksty pod hasłami nie próbują nawet przyciągać do zapoznania się z ("jakżeby inaczej") oryginałami Fleminga. W takim wypadku nie mogę tego nawet komukolwiek polecić, chyba tylko mnie samemu, by zapchać miejsce na półce. Trzeba się liczyć z tym, że przeczytana zostanie książka, przez kogoś kto też się interesuje Bondem, tak jak rzekomo autor próbuje nam to udowodnić.

środa, 30 marca 2011

Ian Fleming - Ośmiorniczka
















Data ukończenia: 23 lutego 2011

Data utworzenia recenzji: 30 marca 2011

Recenzja:

Ostatni tom przygód 007 jest niestety zbiorem opowiadań. Na dodatek bardzo krótkim, bo zawiera 100 stron na które przypadają cztery niewielkie historie.

W rok po opublikowaniu "Człowieka za Złotym Pistoletem", stwierdzono, że powinno się wydać opowiadania, które nie zostały umieszczone wcześniej w żadnym zbiorze. I tak w 1966 roku opublikowano dwie historie w tomie pod tytułem Octopussy & The Living Daylights,  w którym znalazły się oba wymienione. W 1967 roku został powiększony o kolejny tytuł: The Property of a Lady. A w 2002 ukazała się czwarta historia, której tytuł ewoluował z Reflections in a Carey Cadillac poprzez Agent 007 in New York w 007 in New York.

Często piszę, że podchodzę do jakichś tytułów Fleminga sceptycznie. Nie byłem zadowolony, że będę musiał czytać kolejny zbiór opowiadań, ale sceptycyzmu u mnie za grosz. Stwierdziłem, że sto stron, to wystarczająco mało, by nie przejmować się tym, ugryźć się w język i nawet "na chama" ukończyć kolejny tom. Całe szczęście okazało się, że jest to jedyny zbiór opowiadań, jaki przetrawiłem i przy którym dobrze się bawiłem w ciągu ostatnich sześciu lat.


Ośmiorniczka - o kontrowersyjnym tytule (Octopussy) pisałem już we wcześniejszych recenzjach. I tak, to ta sama. Była "Ośmiornica" i "Ośmiornisia", a teraz przyszło na najbardziej pasujący tytuł: "Ośmiorniczka", chociaż nadal stoję za swoim tytułem - "Ośmiornizda".

Film był tak słaby, że całe szczęście, że nie mają wiele ze sobą wspólnego. Ośmiorniczka występująca w filmie pod tym samym tytułem to córka głównego bohatera tegoż opowiadania, a sceny z filmu dzieją się w jakiś czas po fabule tej krótkiej historii. Major Dexter Smythe nieźle naskrobał podczas II wojny światowej. Żył w przeświadczeniu, że uszło mu na sucho. Jednak Bond zjawia się z propozycją nie do odrzucenia.

Może nie zrobiło na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ale jest na całkiem dobrym poziomie. Największą ciekawostką jest to, że 007 nie gra tutaj jakiejś znaczącej roli. Pierwsze skrzypce należą do majora Smythe'a.

John Griswold sugeruje, że "Ośmiorniczka" dzieje się zaraz po "Operacji Piorun". Nie wiem, dlaczego tak? Nie znalazłem jakiejś konkretnej aluzji co do tego, ale następnym razem, postaram się w takiej kolejności to przeczytać.

Własność pewnej damy - ten tytuł miał być wykorzystany do trzeciego filmu z Daltonem, niestety problemy z realizacją przyczyniły się do zaniechania projektu. Większość akcji, czyli dzieło Faberge i dom aukcyjny zostały wykorzystane w filmie "Ośmiorniczka". Biorąc pod uwagę to, że za Daniela Craig'a zaczęto wracać do niewykorzystanych tytułów, to właśnie ten jest moim faworytem w tym "wyścigu".

Pani Freudenstein, pracownica w MI6 jest podwójnym szpiegiem. Od Sowietów dostaje wynagrodzenie w postaci Szmaragdowej Sfery Faberge, którą chce "opchnąć" na aukcji. Bond ma za zadanie złapać rezydenta  sowieckiego wywiadu, który będzie podbijał cenę Sfery.

Niestety, najsłabsze opowiadanie w zbiorze. Jakoś specjalnie nie trzyma w napięciu, nie ma za wiele akcji. Umiejscowić ją można między kolejnym opowiadaniem "W obliczu śmierci", a pierwszymi, pięcioma rozdziałami "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości".

W obliczu śmierci - tytuł oryginalny to The Living Daylights. Polskie tłumaczenie filmu miało również takie nazwy, jak "Światło dnia" i "Żywe światło dnia", co chyba bardziej było fair w stosunku do angielskiego związku frazeologicznego. Pierwsza część z Daltonem była dla mnie powiewem świeżości, po zmęczonym  i "prześmiesznym" Rogerze. Dalton to powrót do pierwszych dwóch Bondów oraz ukłon w stronę literackiego pierwowzoru. Uwielbiam tę część z tego powodu, że przynajmniej na chwilę powrócono do "mroczności" serii, a kolejną taką próbą był dopiero "Casino Royale" z Craigiem.

Fabuła opowiadania traktuje o próbie ucieczki agenta 272 z Berlina Wschodniego do Zachodniego. Pech chciał, że sowieci dowiadują się o planach i na straży czatuje jeden z ich najlepszych snajperów, o pseudonimie "Kurok". MI6 za to, dowiaduje się, że "oni wiedzą" i kierują tam swojego strzelca - Jamesa Bonda.

Może brzmieć banalnie, ale uważam te opowiadanie za gwóźdź programu całego zbioru. Większość utworu została wykorzystana w pierwszych dwudziestu minutach filmu o tym samym tytule, a chronologicznie stawia się go między "Ośmiorniczką", a "Własnością pewnej damy". Trzyma w napięciu i jest bardzo dynamicznie, jak na trzy dniowe leżenia na materacu z karabinem w dłoniach.

007 w Nowym Jorku - filmu o takim tytule brak i jakoś nie wierzę, by w najbliższej przyszłości ten tytuł został wykorzystany. Przy masie produkcji sequeli, które w tytule kończą się na "... in New York", myślę, że nie pójdą w tę stronę twórcy.

Historia powstania tego dziesięcio stronicowego opowiadania sięga innej książki napisanej przez Fleminga - Thrilling Cities, które są raczej reportażami o miastach, które zwiedził. Niezbyt przychylnie wypowiedział się w niej o Nowym Jorku, więc wydawca poprosił go o napisanie opowiadania, które zneutralizowałoby nieco traumę nowojorczyków po przeczytaniu reportażu. I mniej więcej tak powstało opowiadanie, które po około czterdziestu latach trafiło do Wielkiej Brytanii.

James Bond siedząc w samolocie rozmyśla o sprawie, jaką ma do załatwienia w Nowym Jorku. Przy okazji układa sobie plan dnia, co zwiedzi, gdzie będzie kochać się z Solange i co zje. Całe rozwiązanie akcji znajduje się w ostatnim akapicie, wszystko wcześniejsze to opinia 007 o tym mieście, która jest tak sarkastyczna, że ciekaw jestem, czy wydawcy się to spodobało. Najbardziej znanym aspektem opowiadania, jest przepis na jajecznicę Bonda.

To jest niewielkie arcydziełko, jeśli chodzi o Fleminga. Dopiero tutaj skondensowana jest cała esencja humoru, kunsztu i sarkazmu Iana. Najlepsze opowiadanie, jakim można zakończyć taką długą serię, jaką jest James Bond. A akcja dzieje się między pierwszymi pięcioma rozdziałami "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", a "Szpiegiem, który mnie kochał".


Podsumowując, jest to najlepszy zbiór opowiadań, jaki czytałem ostatnimi czasy. Może "Własność..." trochę odstaje od reszty, ale nie jest złe. I cieszę się, że pod sam koniec serii nie zostało to w jakiś sposób zniszczone. Będę dobrze wspominał wszystkie tomy. Dobrze się bawiłem robiąc sobie dłuższe przerwy między tomami. Miałem wiele wątpliwości co do poszczególnych tytułów i opinia się nie zmienia, ale jako całość jestem na serio zachwycony. Od czasu "Mrocznej Wieży" dawno mnie żadne tomiszcza nie przyciągnęły, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. I wiele można mówić złego na Fleminga, ale wybaczam mu wszystko co popełnił w tych książkach, bo bawiłem się wybornie.

Serię o agencie 007 Iana Fleminga czytałem od 6 stycznia 2009 do 23 lutego 2011.

czwartek, 10 lutego 2011

Ian Fleming - Człowiek ze Złotym Pistoletem



Data ukończenia: 10 stycznia 2011

Data utworzenia recenzji: 10 lutego 2011

Recenzja:

Tytuł "Człowiek ze Złotym Pistoletem" od wielu lat kojarzy się wyłącznie z czymś niedobrym, zarówno jeśli chodzi o film, jak i książkę. Ten z Moore'em był według krytyków tak słaby, że na kilka dobrych lat przestano myśleć o kręceniu nowych części. Potrzebna była zmiana formuły, dzięki czemu powstały takie "potworki", jak "Szpieg, który mnie kochał" i "Moonraker".

Mi osobiście z Rogerem podobał się wyłącznie "Tylko dla twoich oczu", ale lubię też "Żyj i pozwól umrzeć" oraz właśnie "Człowieka ze Złotym Pistoletem". Przypominają mi klimatem te z Seanem i Georgem, które wręcz uwielbiam.

Jednak o wiele więcej kontrowersji wywołało wydanie powieści pod tym tytułem. Problem polegał na tym, że Fleming nie żył, a jego dzieło, które szlifował przed śmiercią, nie zostało wydane za jego życia. I tutaj zaczęły się teorie spiskowe. Jedni mówili, że Fleming tego nie napisał, tylko Kingsley Amis. Kolejne plotki twierdziły, że dokończył to jego syn. A wszystko za sprawą śmierci autora oraz słabej literatury, jaka została wypuszczona na rynek. Znawcy zauważali pewne niedociągnięcia, których Ian nie robił. Oficjalne oświadczenie mówi jednak, że Fleming na kilka tygodni przed śmiercią przesłał do wydawcy "Człowieka..." z listem, że nie będzie nic poprawiał, że nie "czuje" już Bonda, a formuła całkowicie się mu wypaliła.

I to były dla mnie informacje, które były ciekawe, zanim skończyłem czytać "Żyje się tylko dwa razy". Gdy zobaczyłem tak wspaniałą końcówkę książki, która wywracała całą serię do góry nogami, strasznie mnie zdenerwowała myśl, że ktoś tak sobie potrafił ubrudzić zbroję od wewnątrz wydając kolejny tom przygód, która się przecież skończyła!

Ale przejdźmy do fabuły. Bond ze swoją amnezją jedzie do ZSRR, by się jej w końcu pozbyć. Łapią go agenci KGB, którzy spiorą mu mózg na kwaśne jabłko (swoją drogą to Raymond Chandler podrzucił Flemingowi taki pomysł, twierdząc, że nie wyobraża sobie gorszej tortury, niż pranie mózgu), po czym wysyłają go do M, by go unicestwił. Nie udaje się tego osiągnąć, a zamiast zabijać/wyrzucić Bonda, M postanawia wysłać go na niebezpieczną misję zabicia Scaramangi, Człowieka ze Złotym Pistoletem i trzecim sutkiem - mordercą pracującym dla Smiersza i zabijającym agentów Secret Service.

Po zakończeniu lektury uważam, że nie jest wcale taka zła, ale wyżyny to to nie są. Miejscami naiwna, zwłaszcza, gdy zaczynamy kwestionować sens używania 007 po wielu traumatycznych przeżyciach, jakie doznał. Terapia potraktowana po macoszemu, biorąc pod uwagę, jak Ian potrafił budować tego typu rozdziały, brak takiego jest rozczarowaniem. Jest również pewien epizod, który przypomniał mi bezsensowną "współpracę" Jamesa z Goldfingerem w "Goldfingerze". Całe szczęście, tutaj jakoś łatwo idzie przejść różnego tego typu bajeczki. Brakuje wielu opisów przyrody, które wcześniej były znakiem rozpoznawczym Fleminga. Wygląda więc na to, że to co trzyma się w ręku to czysta esencja, którą bardzo łatwo się czyta, ale nie jest czymś co łatwo można zaliczyć do ciekawych dzieł. Pozbawienie opisów, które zawsze mnie drażniły jeśli były w nadmiarze, zrzuciło książkę na półkę dawnych kryminałów sprzedawanych na dworcach, o konsystencji "papiru do podciru". A końcówka jest taka, że można byłoby się spodziewać kolejnych części. Bohater cały i zdrowy kończy misję i jakiegoś epickiego zakończenia w nim nie ma. Co jest o tyle śmieszniejsze, że we wcześniejszym "Żyje się tylko dwa razy" było...

Ale największą frajdą, jaką mi sprawiła książka, było tłumaczenie. Do tej pory Rzeczpospolita w swoich wydaniach używała dobrej roboty Roberta Stillera. Nie wydali, o dziwo, "Casino Royale", ale nie mogłem się przyczepić do formy tych książek. Zawierały słowniczek, nie tylko obcych słów, ale także słów wprowadzających, które można było pominąć. W każdym razie troska o czytacza była. Nie wiem, jakim cudem, ale "Człowiek ze Złotym Pistoletem" jest przetłumaczony przez Jarosława Kotarskiego, który w słowniki nie wierzy. Wcześniejsze wydanie tej samej książki, również jest przetłumaczone przez tą samą osobę i również nie zawiera słowniczka. Oznacza to, że posłużono się pewnie starym tłumaczeniem, a nikt z redakcji nie miał zamiaru skorygować, dopełnić, stworzyć coś na wzór tego, co robił Stiller. W takim wypadku musimy działać na własną rękę, a żadne zwroty, miejsca i ich historia nie będą nam przybliżone. Idziemy z czasem - I will use Google before asking dumb questions...

A teraz autentyczna opowieść o tym, jak tłumacz, po cichaczu zrobiwszy z Fleminga debila, został złapany i publicznie zbesztany, przez sukinlisa spisana.

Styczeń 2011, dom mojej ukochanej. Ona pochrapuje, a ja oddaję się lekturze niepotrzebnemu światu "Człowieka ze Złotym Pistoletem". Gdy akcja zaczyna być w końcu wciągająca, natrafiam na tajemniczą stronę 92. Z rozdziawioną paszczęką studiuję od początku linijki do końca, razy kilka, i nie wierzę własnym oczom. Analizuję w myślach, rachuję wszystkie tomy Jamesa Bonda i przypisuję, zarówno postaci, jak i wydarzenia do konkretnych tytułów. Ciężko idzie coś. A co widzę na stronie 92? Takie oto zdanie:

"Choć Leiter miał stalowy hak zamiast prawej dłoni (pamiątka po pewnych diamentach), był jednym z najlepszych leworęcznych strzelców w USA, a hak jako taki stanowił w jego przypadku bardzo groźną broń na krótkie dystanse."

Nieźle! Flemingowi mocna przygrzało przed śmiercią w kopułę. Czasami zdarza się, że autor zapomina niektórych rzeczy wyjaśnić, czasem sam się gubi w swojej historii. Raymond Chandler zapomniał o jednym morderstwie w "Głębokim śnie", czego i większość normalnych czytelników nie zauważyło. Przyłapany na tym Chandler sam był zaskoczony, że coś takiego mu umknęło. Pratchett też mówił, że ma kłopoty z zapamiętaniem postaci, które tworzy. Chociaż u niego rozwinęło się to bardziej i dostał oficjalne zaproszenie do Alzheimera. A co u Fleminga? Wprowadził postać Felixa Leitera, który rzeczywiście miał hak i brał udział w akcji, gdzie chodziło o diamenty. Problem polega na tym, że te dwie informacje mają ze sobą tyle wspólnego, co Abbott i Laurel (Flip), albo Hardy (Flap) i Costello. Leiter stracił dłoń w "Żyj i pozwól umrzeć", drugim tomie o 007. Nie było tam diamentów, ale monety. Niech będzie, że skarb. Diamenty pojawiły się w czwartym tomie, w "Diamenty są wieczne", gdzie Leiter miał już w tym momencie hak (pamiątka po pewnym rekinie). W takim wypadku Fleming strzelił niezłą gafę. Ale cóż zdarza się. Zakładam jednak stronę 92 paragonem wydanym 5 stycznia 2011 roku za bilet ulgowy. Zaś w domu otwieram moją angielską kopię "The Man with the Golden Gun" z 1965 roku i szukam odpowiednika 92 strony. Niech mnie kobyłka u płotu!

'Although Leiter had only a steel hook instead of a right arm - a memento of one of those assignments - he was one of the finest left-handed one-armed shots in the States and the hook itself could be a devastating weapon at close quarters.'

Skąd te those? Ponieważ kilka zdań wcześniej było napisane o Bondzie: 'He had worked with Leiter on some of his most hazardous assignments.'.

Jak 'assignments' zmieniło się na "diamenty" do licha ciężkiego?! Przecież w tym momencie można było wszystko wstawić, a z angielskiego wyrazu można było nawet ułożyć, jakiś pieprzny tekścik. Występuje przecież tam ukryte słowo 'ass'. Ale dobra, niech będzie. Tłumacz chciał pokazać, że wie o czym pisze, temat ma obcykany, prawda? Prawda?!

A gówno! Już wcześniej udowodniłem, że żadnych diamentów z hakiem nie ma. Jak by wyglądała moja recenzja, gdybym nie sprawdził oryginału? "Widać pewne stetryczenie umysłowe Fleminga, ale cóż się dziwić, był stary i umierający. Każdy z nas może zapomnieć o pochodzeniu haka naszego własnego Felixa Leitera".

Można nie mieć szacunku do klientów, do własnej roboty. Ale trzeba walczyć o szacunek do samego siebie. Jeśli nie sprawdzi się sto razy informacji, której nie jest się do końca pewnym - trzeba się liczyć z tym, że wykrzyczy swój sprzeciw, jakiś wypierdek mamuta, który sprawdzi oryginał i wytknie błędy. Tego tłumacza wyszła jeszcze "Ośmiorniczka". Na czyjeś nieszczęście i tego również mam oryginał!

A wracając do Fleminga i do jego dzieła. Książka nie jest zła. Całkiem ciekawa, ale zarazem bardzo niepotrzebna. Ta powieść zinfantylizowała całą serię. Coś co można było zakończyć w "Żyje się tylko dwa razy", nie skończyło się w "Człowieku ze Złotym Pistoletem". Trzeba było może napisać nieco dłuższe, krótkie opowiadanie, które nie miałoby początku nawiązującego do końca wcześniejszego tomu. A tutaj, Bond odnalazł to, czego pragnął się dowiedzieć. A to coś, na samym końcu, okazało się... miałkie.

niedziela, 5 grudnia 2010

Ian Fleming - Żyje się tylko dwa razy

Data ukończenia: 1 grudnia 2010

Data utworzenia recenzji: 5 grudnia 2010

Recenzja:

Gdy obejrzałem pierwszy raz film, byłem zadowolony. Z biegiem czasu znajdowałem jednak coraz więcej rzeczy do krytykowania scenariusza napisanego przez Roalda Dahla. Cała fabuła została mocno zmieniona i z pierwowzoru ostała się jedynie Japonia, Blofeld i poszczególne postacie. Nadal zaliczam ten film do mojej ulubionej szóstki, ale jest w tym pewien skrót myślowy - łatwiej powiedzieć: "jestem fanem pierwszych sześciu filmów o Bondzie", niż: "jestem fanem pierwszych czterech, a potem szóstego filmu". Ekonomiczniej i zdrowiej.

Jest to ostatnia powieść wydana przez Fleminga za swego żywota. Zarazem jest to zwieńczenie Trylogii Blofelda. Wiele czytałem opinii na temat "Żyje się tylko dwa razy", które zarzucały autorowi odejście od pewnej konwencji. Dużo jest tu opisów przyrody, kultury, historii Japonii. Warto przypomnieć, że są to opinie dzisiejsze na temat książki, która została napisana po II wojnie światowej o powojennej Japonii, gdzie kurtyna została odsłonięta. Fleming przed śmiercią zaczął wiele podróżować, a jedną z ciekawszych obcych cywilizacji była japońska. Stąd właśnie zaczerpnął pomysł zapełnienia stron swojej nowej powieści charakterystyką tego zakątka świata.

I jeszcze przed przeczytaniem książki, wiedziałem, że będzie mnie to mocno irytowało. Uważam, że każdy w swoim życiu ma okres większego lub mniejszego zafascynowania kulturą azjatycką. Ja byłem mocno wsiąknięty, ale przeszło mi. I na sam dźwięk japońskiego języka, mody, filmów, mangi i anime, strasznie zaczyna mnie mdlić. Pewnie jest to jakiegoś rodzaju stetryczenie rozsiane, ale trwa to pewnie z dziesięć lat, albo i dekadę, potem się to unormuje. Tak czy inaczej przede mną było jakieś 230 stron kultury japońskiej i prawdopodobnie mało akcji.

W praniu okazało się, że nie jest wcale tak źle. Znalazło się wiele ciekawych informacji, których nigdzie wcześniej nie słyszałem. Chyba jedną z tych najbardziej szokujących, to zdolność ukrycia swoich jąder za kość miednicy. No, ale tego typu ciekawostki, łącznie z haiku, tanka i fugu stanowiły prawie 3/4 książki. Jednak czuło się jakąś świeżość czytając flemingową wizję Japonii. Czasem jednak zdarzało się zapomnieć w czym się uczestniczy. Wszystkie rozmowy i opisy rytuałów powodują, że czyta się to jak jakiś ciekawy przewodnik lub dzienniki z podróży. Gdy w końcu raz na rozdział padną magiczne słowa "James" i "Bond" pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to: "hmm, nielicha historia". Jednak jest to w jakimś sensie na plus. Bonda w tym mało, ale dobrze się bawiłem, zwłaszcza, że podejście Jamesa do Kraju Kwitnącej Wiśni jest szydercze.

Jeszcze zanim przejdę do fabuły to mam zamiar wspomnieć o pewnych niuansach. Gdy Fleming pisał "W tajnej służbie...", to postarał się dopasować Bonda do wizerunku Sean'a. Właśnie w tej części można było się dowiedzieć, że James jest szkotem. A wsród gości w Piz Gloria siedziała Ursula Andress, odtwórczyni głównej kobiecej roli w "Doktorze No". W "Żyje się tylko dwa razy" można zaobserwować flirt Bonda z Moneypenny. No, no. Fleming zaczął czerpać mocno z filmów. Od samego początku postać ta, przynajmniej duchowo, jest w serii, ale tym razem można przeczytać jej słowa, nielicha historia!

Przejdę do fabuły. Akcja dzieje się kilka miesięcy po tragicznej śmierci żony z poprzedniego tomu. Bond to człowiek złamany, partaczący każdą robotę, jaką dostaje. Nie może się pogodzić i wstać na równe nogi. Wielka Brytania traci swego najlepszego agenta. M, który pragnie wyrwać Bonda z marazmu i przygnębienia, rzuca go w niemożliwą misję do wykonania. Bo niemożliwość dyscyplinuje ciało i umysł osoby, która nie wie, że to zadanie nie do wykonania. Awans z 007 na 7777, a misja typowo dyplomatyczna. Przekonanie agenta japońskiej tajnej służby Koan-Chosa-Kyoka, niejakiego Tygrysa Tanaki, do podzielenia się maszyną szyfrującą Magic 44.

W świecie nie ma nic za darmo. Bondo-san otrzyma urządzenie, jeśli wypełni misję dla japońskiego rządu. Pozbędzie się ogrodów śmierci doktora Guntrama Shatterhanda. Ten gaijin założył ogród botaniczny, w którym rosną same trujące rośliny. Ponieważ akcja dzieje się w Japonii, nie brakuje tutaj samobójców, którzy wykorzystują bardzo nowoczesny środek lokomocji na tamten świat. Misją Bonda, jest zlikwidowanie doktora. Ten zaś, to nie kto inny, jak... To ostatnia część Trylogii Blofelda, więc nasz polski Hanibal Lecter.

Sama infiltracja ogrodu przypominała mi Metal Gear Solid, klimat jest prawie identyczny. Po raz pierwszy ma się wrażenie, że Bond rzeczywiście jest szpiegiem. Ukrywa się w pomieszczeniach, śpi pod workami i ogólnie knuje. Jednak to co najbardziej mi się podobało to horror, jaki odkrywa w tym miejscu. Chyba po raz pierwszy w życiu, czytając książkę, miałem ciarki na plecach. Fleming świetnie opisuje okrucieństwo i tragedię, jaka się odgrywa w ogrodzie.

Biorąc pod uwagę, że jest to kolejny eksperyment autora, muszę przyznać, że facet nie przynudza. Zawsze ma coś ciekawego do przekazania. Książka jest świetna, zastanawiam się czy nie najlepsza z serii. Oczywiście na początku mnie irytowała, ale w żadnej innej części nie pokazano tak mocno psychicznej strony Bonda. Gdzie czuje się, że to zwykły człowiek. Można go złamać i uczłowieczyć, poprzez zabicie ukochanej osoby. Ale, jak sam Fleming pisze:

Żyjesz tylko dwa razy:
kiedy się rodzisz
i kiedy w twarz spoglądasz śmierci.

A na sam koniec o końcówce. Po "W tajnej służbie..." i jej tragicznym zakończeniu śmiercią Tracy, nie wyobrażałem sobie, że można zrobić smutniejsze zakończenie. Próba identyfikacji własnega "ja", okazała się bardziej łzawa niż zabójstwo ukochanej.

I takie właśnie powinno być zakończenie kilkunasto tomowej serii. Aktor odwraca się do kamery. Seksowna, męska łza spływa po zarośniętym policzku. Sylwetka kierująca się w stronę zachodu słońca. Kurtyna. Ostatnia kropka autora w arcydziele i rychła śmierć. Przyciemnienie. Za udział wzięli. Koniec. Kurtyna.

Powinno! Ale po jego śmierci wydano "Człowieka ze złotym pistoletem"!

czwartek, 18 listopada 2010

Ian Fleming - W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości
















Data ukończenia: 13 listopada 2010

Data utworzenia recenzji: 18 listopada 2010

Recenzja:

Pamiętam, jak za pierwszym razem bardzo sceptycznie podchodziłem do samego filmu "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości". Sean Connery był uważany za niezastąpionego i ostracyzm George'a Lazenby był widoczny wśród fanów przez czterdzieści lat. I z takimi myślami zupełnie inaczej zasiadało się przed ekran telewizora.

Jednak, jak się później okazało, gdy w grudniu 2008 roku na kilka dni przed świętami obejrzałem szósty film z 007 stanąłem po stronie wąskiej grupy jego obrońców. Po nieco naiwnym "Żyje się tylko dwa razy" był to powrót do starego stylu z całkiem na serio fabułą, bez żadnych specjalnych udziwnień i fantastycznych uniesień. Piękna Diana Rigg, jako Tracy. Telly Savalas, jako Blofeld. Świetne sceny narciarskie w klimacie nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Ten film obok "Szklanej pułapki" powinien być właśnie oglądany w czasie świąt.

A żeby już wygłosić moją opinię na temat Lazenby'ego, uważam, że jest miernym aktorem, ale jest to jedyna osoba, która mogła zagrać tę postać w tym jednym filmie. Nie wyobrażam sobie, by mógł grać w nim Sean, czy Roger. Od jednego emanuje szydera, a od drugiego infantylny humorek. Z tych trzech aktorów Lazenby nadawał się, jako jedyny, który uniósłby ciężar łzawych, zarówno romantycznych i smutnych, scen. Obok niego mógłbym postawić Dalton'a, który odrzucił propozycję zagrania w tym filmie, oraz Craig'a.

Gdy już ostatnia scena zamknęła mi usta, doszedłem do wniosku, że chciałbym to przeczytać. I po "Operacji Piorun", był to drugi film, który mnie przekonał, że powinienem się zabrać za czytanie Fleminga.

Tym razem się jakoś specjalnie nie bałem. Wiedziałem, że wszystko będzie dobrze, bo fabuła filmu jest niemal cała zerżnięta z książki. Poza tym Fleming w tamtych latach rzeczywiście się wyrabiał i miło mi się go czyta z tego okresu.

Jednak tym razem mam pewną pretensję do fabuły. Jeśli jestem ściganym przez cały świat terrorystą i w końcu znalazłem sanktuarium w Szwajcarii, gdzie nikt nie może mnie znaleźć, a jak już, to nie mogą mnie inną metodą niż podstępem wywabić stamtąd, to czy jest jakikolwiek sens zaczynać pertraktacje z Kolegium Heraldycznym w sprawie nadania tytułu? W filmie było to w lepszy, czy gorszy sposób wyjaśnione. Ale w powieści na samym początku podejrzewano snobizm i do końca powieści nic się w tej sprawie nie zmieniło. Mam jednak nadzieję, że to tylko wynik tego, że jest to druga część Trylogii Blofelda. A tego typu wyjaśnienia znajdą się w ostatnim tomie.

Ładnie, ale za długo została opisana ucieczka na nartach. Niestety chyba zbyt bardzo jarają mnie sceny narciarskie i podwodne w filmach o 007 i dlatego zawsze tak nisko oceniam te same sceny opisane w książce. Inna sytuacja, którą wymieniłbym z filmem to ostatni pościg na saneczkach. Filmowe bobsleje wydawały mi się bardziej emocjonujące.

I na koniec o końcu. Podziwiam niektórych autorów, takich właśnie, jak Fleming, czy King, którzy tak bezpardonowo potrafią zabijać bohaterów swoich powieści. Końcówka jest po prostu mocna i kończy się smutno. Szkoda, że znałem wcześniej zakończenie. Ciekaw jestem, jak zareagowałbym na taki niespodziewany koniec.

Uważam, że chyba przyjemniej mi się oglądało ten tytuł, niż czytało. Co nie znaczy, że to książka słaba. Stawiam ją na równi z "Moonrakerem", "Dr. No" i "Operacją Piorun". Czyli jest warta czytania, chociaż żałuję, że nie mogłem przeczytać tego tomu w bardziej świątecznej, zimowej, atmosferze. A wywyższanie filmu w tym wypadku powinno jasno pokazać, jak bardzo uważam go za arcydzieło.

sobota, 13 listopada 2010

Ian Fleming - Szpieg, który mnie kochał
















Data ukończenia: 27 lipca 2010

Data utworzenia recenzji: 28 lipca 2010

Recenzja:

Film, obok "Moonrakera", uważam za totalny niewypał. Nie wiem, jak można było tak drastycznie odejść od pewnej formuły, jaką się wypracowywało. Ponoć była to wina tego, że pierwsze dwa filmy z Rogerem Moorem uzyskiwały niskie oceny. Postanowiono więc zaszaleć. I tak powstał film, który posiada wszystko to, co powinien mieć luźny film sensacyjny, a co do mnie w ogóle nie przemawia. Z książką mogło być tylko lepiej, zwłaszcza, że nic z tego ekranowego "Szpiega..." nie zostało zaczerpnięte z powieści. Fleming nie był zadowolony ze swojego literackiego dzieła i pozwolił jedynie wykorzystać tytuł książki.

Całość dzieli się na 3 części, które stopniowo wprowadzają bohaterów.

Część pierwsza nosi tytuł: JA. I na samym początku osoby niedoinformowane mogą przeżyć szok. Całość jest napisana w pierwszej osobie. I to nie byle jakiej, bo w osobie Viv Michel - pewnej młodej Kanadyjki, która pilnuje w nocy pustego motelu. Rozmyślając o swoim życiu, które zaprowadziło ją do tego miejsca, oczekuje na przybycie ludzi właściciela motelu, którzy mają wynieść sprzęt.

Rozdziały zawarte w tej części można by określić, jako typowe dla Harlequina, Coelho itp. Widzimy, jak ciężkie jest życie porządnej, młodej kobiety, która wkracza w świat seksu, pettingu i innych wyszukanych zagranicznych nazw. Która jest wykorzystywana, zdradzana i po wszystkim zniesmaczona mężczyznami.

Część druga nosi tytuł: ONI. Przybywają tutaj dwaj panowie do motelu. Spluwak i Horror. Którzy pokazują, jaki mają stosunek do Viv. Podteksty seksualne, klimat niczym z książek noir. Dochodzi do pobicia, prawie do gwałtu. Gdy nagle słychać dzwonek do drzwi i pojawia się osoba, na którą wszyscy czekają, by wymierzyła sprawiedliwość. I to nie tylko dlatego, że to główny bohater, ale dlatego, że te dwa typki potrafią wkurzyć czytelnika do tego stopnia, że życzy się im tej śmierci.

Część trzecia: ON. I Bond pojawia się dopiero po 2/3 książki. I nawet nie zostaje w niej do końca. James łapie gumę i przez przypadek wpada do motelu. Sam wykonywał misję ścigania agentów SPECTRE, czyli jest to taki przerywnik w Trylogii Blofelda. Chociaż według chronologii Griswolda, "Szpieg..." dzieje się między 5, a 6 rozdziałem "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości". Czy to prawda przekonam się po następnej części.

Książka jest zazwyczaj bardzo słabo oceniana. Uważam, że to był bardzo dobry eksperyment. Poniżana dziewczyna Bonda we wszystkich książkach, w dziesiątej odsłonie dostaje usta i zaczyna mówić. Mało Bonda w Bondzie niestety, i to spowodowało takie oceny. Ale jeśli popatrzeć na taką pierwszą część książki, to można śmiało rzec, że każdy może być takim Coelho, w każdych czasach. Bo to co Fleming zrobił, nie odstaje w żaden sposób, od opisywania kobiet przez Schmitta czy właśnie Coelho. To jest bardzo dobra książka, która lepiej jest pewnie oceniana przez kobiety, gdyby przymknęły oko, że jest to kolejna część przygód 007.


Opinia po czterech miesiącach:

Wgłębiłem się nieco w negatywne opinie osób, które przeczytały powieść i zaczynam rozumieć o co im chodzi. Największym problemem jest seksizm. Główna bohaterka sama opisuje, że każda kobieta lubi być na wpół zgwałcona. Co tylko pokazuje po raz kolejny, jaki Fleming ma stosunek do kobiet. Chociaż czytając książkę, szczerze powiedziawszy można nie zauważyć takich niuansów, to jednak one się tam rzeczywiście znajdują.

Nie mniej jednak jest to całkiem ciekawa powieść, całkiem udany eksperyment, który już nie został więcej powielony i dlatego warto się nią zainteresować, jako odskocznią od typowych przygód 007.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...