poniedziałek, 1 listopada 2010

Ian Fleming - Goldfinger


Data ukończenia: 23 marca 2010

Data utworzenia recenzji: 23 marca 2010

Recenzja:

Ile razy nie obejrzałbym "Goldfingera", zawsze mnie zastanawia, co ludzie widzą w tym filmie, że uważają go za najważniejszy w serii. Z drugiej strony zawsze sprawia mi przyjemność oglądanie tego odcinka, chyba dlatego, że jest bardzo łatwo przyswajalny. I pomimo tego, że się dziwię, też uważam, że ten film jest ważny, tylko nie znam konkretnej odpowiedzi: dlaczego?

Po książce "Dr No" znalazłem opinię sugerującą, że następna, "Goldfinger", to dosyć nudna i bardzo długa historia. Za nudą przemawia na przykład opisana gra w golfa. Fleming, jak zwykle wgłębił się w ten temat i nawet laik po kilku kartkach, będzie wiedział do czego jest putter, czy drewno jeden. Na dodatek każdy z osiemnatu dołków jest szczegółowo opisany. Może irytować. I mnie zwykle takie opisy u Fleminga niesamowicie męczyły. W tym wypadku w ogóle nie odczułem, żadnego zmęczenia i przynużenia. Oczywiście myślę, że można było to skrócić do 10 stron i nic by się nie stało. Pozostałe opisy (meble, podróże) są jak zwykle, niczym fotografie. Opisane od początku do końca. Pedantyczność Fleminga jest nadal w formie. Chociaż coś się zmieniło!

Największą zmianą, jaką można zauważyć, to humor. Fleming w tej powieści zaczął używać dowcipu, prawdopodobnie pod wpływem Raymonda Chandlera. Uważam, że jest fenomenalny. Nie ma to, jak dramatyczna historia i cięta riposta Bonda. Lesbijka Pussy Galore? No to sarkastyczne rozważanie na temat zniewieściałych facetów i męskich kobiet. Pojawia się Koreańczyk? No to może jemu jeszcze dowalić kilka razy. Rasizm i homofobia (chociaż bardzo ładnie pisze na ten temat!) Fleminga powracają do powieści, ale są tym razem napisane z klasą (nie tak, jak w "Żyj i pozwól umrzeć"). Świetne są przemyślenia Goldfingera, które nawiązują do bogactwa, złota, władzy. Cała książka to istna kopalnia tekstów, które można rzucać na prawo i lewo podczas imprez, żeby zaimponować elokwencją, bądź poczuciem humoru, często tego czarnego.

Biorąc na warsztat film i książkę, zauważyłem, że chętnie wymieniłbym niektóre sceny. Będę je opisywał, więc cały następny akapit to jeden spoiler!

W filmie pamiętną sceną było spotkanie gangsterów z Goldfingerem. Ukazano tam stoły wychodzące z ruchomej podłogi. Jeżdżące pulpity, model Fort Knox i inne bajery. Sala konferencyjna, która służyla po to, by ukazać mafiozom piękny plan. Ostatecznie sala ta stała się komorą gazową, a pytanie na ustach zostało: to po co te gadżety? Ciekaw byłem, jak w oryginale to było. Całe szczęście scena taka, rzeczywiście istnieje, ale mafia nie zostaje w niej uśmiercona. Ci ludzie byli zbyt ważni dla Goldfingera, by ich zaprosić, pokazać i zabić. Rozwiązanie w książce, jest bardziej fair dla inteligencji czytelnika, niż w filmie dla widza. Za to sam plan Operacji Wielki Szlem lepszy był w filmie. Napromieniować złoto w Fort Knox, by straciło wartość, tak by Goldfingera miało wiekszą - kapitalne rozwiązanie. W książce Fleming postawił na trochę wymyślniejszy napad na bank. Napad, czyli rabunek złota. Tym razem plusa stawiam przy filmie. To są chyba najważniejsze zmiany, cała reszta jest mniej więcej taka sama.

Można się czepiać trochę do tłumaczenia. Oddjob w filmie to Mokra Robota, w książce to Złota Rączka. Sam nie wiem, które lepsze. Oba są kuriozalne. Ale to jedyne co przychodzi mi do głowy z tłumaczenia. Poprostu przyzwyczajony do Mokrej Roboty, dziwnie mi się czytało o Rączce.

Czy jest to książka nudna? Na pewno jest inaczej rozłożona akcja. Przez większość książki tak na poważnie nic sie nie dzieje. Jest za to czas na przedstawianie filozofii bohaterów, które sobie wyżej cenię niż, jakiejś wątpliwej jakości sceny batalistyczne. Jest też dużo opisów, które nie uwierają w żaden sposób, bo Fleming z książki na książkę robi się coraz bardziej czytelny (pomijając "Pozdrowienia z Rosji"). Byłem nastawiony sceptycznie, a już po pierwszych stronach historia mnie porwała i nawet przestałem zastanawiać się czy jest lepsza od "Dr. No". Od "Moonrakera" na pewno jest. "Goldfinger" zajmuje w moim rankingu pierwsze bądź drugie miejsce. Czas zweryfikuje, która książka była lepsza.


Opinia po pół roku:

Przyglądając się tym negatywnym opiniom kilka dni po napisaniu recenzji, zauważyłem, że rzeczywiście nie są pisane bezpodstawnie.

Chodzi oczywiście o bardzo naiwną fabułę. Tyle razy, ile Bond spotyka Goldfingera, nie może doprowadzić do takiej współpracy między nimi, jak pod koniec książki. Jak mówi sam Goldfinger: "Raz to szczęśliwy traf. Dwa razy to przypadek. Trzeci raz to wroga działalność". I nawet po tym powiedzonku, Auric zaczyna zatrudniać Jamesa. To zostało załatane w filmie i nie ma tam takiej absurdalnej historii. Typowy facet z ulicy może być sekretarzem, a nie musi to być facet, który przez cały czas cię śledzi i ty o tym wiesz.

Poza tym, uważam, że nadal jest warta przeczytania. Ze względu na humor, który takie absurdy przyćmił. Osobiście uważam, że do dzisiaj nie czytałem, żadnej tak śmiesznej książki Fleminga. I oceniam książkę po zabawie jaką z nią miałem, a nie po logiczności. Już mniej entuzjastycznie, ale nadal mogę polecić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...