czwartek, 18 listopada 2010

Ian Fleming - W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości
















Data ukończenia: 13 listopada 2010

Data utworzenia recenzji: 18 listopada 2010

Recenzja:

Pamiętam, jak za pierwszym razem bardzo sceptycznie podchodziłem do samego filmu "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości". Sean Connery był uważany za niezastąpionego i ostracyzm George'a Lazenby był widoczny wśród fanów przez czterdzieści lat. I z takimi myślami zupełnie inaczej zasiadało się przed ekran telewizora.

Jednak, jak się później okazało, gdy w grudniu 2008 roku na kilka dni przed świętami obejrzałem szósty film z 007 stanąłem po stronie wąskiej grupy jego obrońców. Po nieco naiwnym "Żyje się tylko dwa razy" był to powrót do starego stylu z całkiem na serio fabułą, bez żadnych specjalnych udziwnień i fantastycznych uniesień. Piękna Diana Rigg, jako Tracy. Telly Savalas, jako Blofeld. Świetne sceny narciarskie w klimacie nadchodzących świąt Bożego Narodzenia. Ten film obok "Szklanej pułapki" powinien być właśnie oglądany w czasie świąt.

A żeby już wygłosić moją opinię na temat Lazenby'ego, uważam, że jest miernym aktorem, ale jest to jedyna osoba, która mogła zagrać tę postać w tym jednym filmie. Nie wyobrażam sobie, by mógł grać w nim Sean, czy Roger. Od jednego emanuje szydera, a od drugiego infantylny humorek. Z tych trzech aktorów Lazenby nadawał się, jako jedyny, który uniósłby ciężar łzawych, zarówno romantycznych i smutnych, scen. Obok niego mógłbym postawić Dalton'a, który odrzucił propozycję zagrania w tym filmie, oraz Craig'a.

Gdy już ostatnia scena zamknęła mi usta, doszedłem do wniosku, że chciałbym to przeczytać. I po "Operacji Piorun", był to drugi film, który mnie przekonał, że powinienem się zabrać za czytanie Fleminga.

Tym razem się jakoś specjalnie nie bałem. Wiedziałem, że wszystko będzie dobrze, bo fabuła filmu jest niemal cała zerżnięta z książki. Poza tym Fleming w tamtych latach rzeczywiście się wyrabiał i miło mi się go czyta z tego okresu.

Jednak tym razem mam pewną pretensję do fabuły. Jeśli jestem ściganym przez cały świat terrorystą i w końcu znalazłem sanktuarium w Szwajcarii, gdzie nikt nie może mnie znaleźć, a jak już, to nie mogą mnie inną metodą niż podstępem wywabić stamtąd, to czy jest jakikolwiek sens zaczynać pertraktacje z Kolegium Heraldycznym w sprawie nadania tytułu? W filmie było to w lepszy, czy gorszy sposób wyjaśnione. Ale w powieści na samym początku podejrzewano snobizm i do końca powieści nic się w tej sprawie nie zmieniło. Mam jednak nadzieję, że to tylko wynik tego, że jest to druga część Trylogii Blofelda. A tego typu wyjaśnienia znajdą się w ostatnim tomie.

Ładnie, ale za długo została opisana ucieczka na nartach. Niestety chyba zbyt bardzo jarają mnie sceny narciarskie i podwodne w filmach o 007 i dlatego zawsze tak nisko oceniam te same sceny opisane w książce. Inna sytuacja, którą wymieniłbym z filmem to ostatni pościg na saneczkach. Filmowe bobsleje wydawały mi się bardziej emocjonujące.

I na koniec o końcu. Podziwiam niektórych autorów, takich właśnie, jak Fleming, czy King, którzy tak bezpardonowo potrafią zabijać bohaterów swoich powieści. Końcówka jest po prostu mocna i kończy się smutno. Szkoda, że znałem wcześniej zakończenie. Ciekaw jestem, jak zareagowałbym na taki niespodziewany koniec.

Uważam, że chyba przyjemniej mi się oglądało ten tytuł, niż czytało. Co nie znaczy, że to książka słaba. Stawiam ją na równi z "Moonrakerem", "Dr. No" i "Operacją Piorun". Czyli jest warta czytania, chociaż żałuję, że nie mogłem przeczytać tego tomu w bardziej świątecznej, zimowej, atmosferze. A wywyższanie filmu w tym wypadku powinno jasno pokazać, jak bardzo uważam go za arcydzieło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...