środa, 20 października 2010

Ian Fleming - Pozdrowienia z Rosji

Data ukończenia: 23 lipca 2009

Data utworzenia recenzji: 23 lipca 2009

Recenzja:

Jedna z 10 ulubionych książek Kennedy'ego. Według fanów Jamesa Bonda, najlepsza książka, jaką napisał Fleming. A według mnie totalne rozczarowanie.

Może to za sprawą fenomenalnego filmu na podstawie książki. To był właśnie ten odcinek, który pokazał, że James Bond to z początku historii nie tylko strzelający marketing, ale najlepsze kino akcji, na jakie można było sobie pozwolić w tamtych latach. Trochę może zbyt wiele dodanych rzeczy, chociażby SPECTRE, ale wszystko trzymało się kupy.

Książka też trzyma się kupy. 1/3 historii poświęcona jest Smierszowi, więc mamy okazję poczytać jak działa wrogi aparat. Zapowiadało to powiew świeżości po dobrych, ale "taśmowych" przygodach w "Diamenty są wieczne". Historia sama w sobie jest w porządku, niestety to właśnie Fleming psuje całą swoją pracę poprzez nadmierne opisywanie przedmiotów. Było to w większym lub mniejszym stopniu w każdym tomie, ale "Pozdrowienia z Rosji" przebijają wszystkie razem wzięte.

Opis ciała Granta cztery strony, pokój Smierszu rozpisany na cztery strony. Niedawno czytając Kinga (jego świetną książkę "Jak pisać..."), zauważyłem że minimalizm opisów może rzeczywiście ułatwić czytanie powieści. Niektórzy jednak pisarze muszą sobie/komuś udowodnić, że umieją tworzyć, a pokazują to poprzez tworzenie opisów rzeczy w realistyczny sposób.

Doprowadza to do tego, że w trakcie czytania kolejnego opisu chce się krzyknąć: "Ian, nie przeżywaj...". Totalny onanizm autora. To sprawia, że z 280 stronicowej powieści 60% to bzdurne nic, w większości, nie wnoszące rozpływanie się Fleminga nad własnym kunsztem literackim.

Ale jeśli zostawić styl to wszystko rzeczywiście jest na swoim miejscu. Chociaż z fabułą też miałem wątpliwości, za dużo niewiadomych było podczas całej misji, by tak na ślepo wysyłać swego najlepszego agenta po Spektora i kobietę, która była w nim zakochana. Nie przeczuwali, że to może być szwindel? W filmie jakoś na to dało radę przymknąć oko, ale w książkach Bond jest postacią bardzo omylną, jest bardziej ludzki niż w jakimkolwiek filmie. I tak, jak do tej pory MI6 w powieściach było przedstawiane wiarygodnie (specjaliści), tak w "Pozdrowieniach z Rosji" nie chciało mi się wierzyć, że tak dano się nabrać.

Największym plusem fabuły było zakończenie, które sugerowało, że to ostatnia część Jamesa Bonda napisana przez Fleminga. Kończy się dość mocną sceną, ponieważ sam Fleming znienawidził swojego bohatera. Protesty się nasilały i Ian powrócił bardzo szybko do pisania kolejnej powieści, "Dr No".

Nie mam przeważnie okazji mówić, że film jest lepszy od książki. "Pozdrowienia z Rosji" jednak najlepiej jest obejrzeć. Od cholery akcji, świetna muzyka, dwie najlepsze walki w historii Bonda (walka z helikopterem SPECTRE i z Grantem; pierwszej nie było w książce, a druga raczej została opisana "tak sobie"). Może właśnie dlatego, że najpierw obejrzałem film, tak źle oceniłem tę książkową przygodę, ale pozostałe tomy też w taki sposób zaliczałem i przy żadnej aż tak mocno się nie rozczarowałem. Możliwe, że to wina gry From Russia With Love na PS2, która jest bardziej na podstawie filmu, niż książki. Może to wina przesytu tą historią. Ale włączyłem przed chwilą film i oglądam, co ciekawsze sceny - żałuję, że nie mogłem przeczytać właśnie takiej książki, jaką widzę na ekranie telewizora. Wychodzę z założenia, że dobra literatura sama się obroni, nieważne w jakim czasie i sytuacji się ją czyta. "Pozdrowienia z Rosji" Fleminga to TYLKO niezła literatura.


Opinia po roku:

Powiedzmy, że musimy przetransportować za granicę piękną dziewczynę i sprzęt, który jest ważny dla naszego kraju. Który środek lokomocji należy wybrać? Szybki, bezpieczny samolot czy niebezpieczny pociąg? Bond wybrał pociąg, bo na fotelach samolotu nie można uprawiać wyuzdanego seksu...

Dopiero niedawno do mnie dotarł ten niuans. Podejrzewałem, że może nastąpił pewien przesyt opowieścią, ale przeglądając książkę widzę, że nie ma w niej nic, co mogłoby mi się podobać. Tak, jak w "Moonrakerze" Bond przez głupotę bierze za dużo amfetaminy, w innych popełnia inne głupsze błędy. Podoba mi się ta ludzka cecha. W "Pozdrowieniach z Rosji" wszystko kręci się wokół jednego, James myśli nie tą główką, którą powinien.

Jest to chyba najbardziej seksistowska książka, jaką czytałem. Istny żer dla feministek. Nie podoba mi się i nie mogę uwierzyć, że ktoś publicznie może się przyznawać, że tak rajcuje go ta część przygód 007. Jest to jedna z najgorszych książek, jaką musiałem dotrwać do końca, w 2009 roku. I tak, jak średnio, co półtorej miesiąca brałem nowy tom z serii, tak po "Pozdrowieniach z Rosji" minęło kilka dobrych miesięcy zanim zasiadłem do "Dr. No".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...