sobota, 8 stycznia 2011

Dan Brown - Anioły i demony


Data ukończenia: pierwsza połowa 2006

Data utworzenia recenzji: 20 lipca 2006

Recenzja:

Jako wieczny buntownik literacki, olałem modę na "Kod Leonarda" (książka, film i gra) i zacząłem interesować się Brownem, jak już o nim ucichło. Miałem niestety okazję widzieć programy w których wypowiadał się, że wierzy we wszystko co napisał, co niestety nie świadczy o nim najlepiej. "Anioły i demony" to rzeczywiście bardzo wciągający kryminał, podobało mi się połączenie fikcji z historią i religią (przypominały mi się od razu noce przy Broken Swordzie i Gabrielu Knightcie).

Heh, jak zwykle w kryminałach w połowie książki wyszukuje glównego 'mordulca', często tych najmniej oczekiwanych (np. Herkules Poirot), a później przypisuję do nich ideologię (dlaczego to zrobił itp.).

Szczęśliwym trafem wytypowałem sobie osobę, która okazała się rzeczywiście głownym czarnym charakterem.

Ogólnie polecam. Miałem wersję ilustrowaną. Przy mojej beznadziejnej wiedzy o sztuce, zdjęcia rzeczywiście się przydały, ale wielkość tej książki uniemożliwa swobodne czytanie "na kiblu".


Opinia po czterech i pół roku:

Główny bohater, Robert Langdon, rozpoznaje tajemniczy symbol wypalony na ciele jednego z genewskich fizyków. Znak ten, to symbol Iluminatów, organizacji od wieków walczącej z Kościołem katolickim. Wspomaga go córka nieboszczyka, z którą mają równo 24 godziny do niedopuszczenia do jednej z największych katastrof, jaką mógł spotkać Watykan w swojej historii.

Osoby, które czytały "Kod Leonarda da Vinci", już widzą jakiś schemat. Bo to jest dokładnie ta sama książka, a raczej "Kod..." jest podróbką "Aniołów...". Wszystko jest niemal identyczne, zmieniono bohaterów, miejsce akcji. I jest to bardzo wielka wada Browna, jednak nie wytykam jeszcze tego w tej książce, bo nie miało by to sensu. "Anioły i demony" były dla mnie rzeczywiście ciekawym tytułem na tamte czasy i nie rozumiałem, jak osoby które przeczytały "Kod..." mogły tak słabo ją oceniać. Teraz wiem. Bo są to praktycznie te same książki.

Mam jednak jakąś swoją teorię na temat twórczości Dana Browna. Uważam, że jakikolwiek tytuł, by się w tamtych czasach przeczytało, był on na tyle świeży, że musiał się podobać. Przejście do drugiego ukazywało, że autor jest nagi i nie różni się niczym od typowego dziennikarza - szablon ten sam, tylko bohaterowie przetasowani. Traf chciał, że przeczytałem "Anioły..." pierwsze i dlatego mi się bardzo podobało. Nadal uważam, że jest to bardzo dobra powieść, a żeby mieć szacunek do tego autora trzeba przeczytać tylko jedną książkę, bez różnicy którą.

Czytałem wersję ilustrowaną i po swoich przeżyciach z nieilustrowaną kopią "Kodu...", nie widzę sensu, by zagłębiać się w literaturę w tak wielkim stopniu poświęconą sztuce, by nie móc tego przynajmniej zobaczyć na zdjęciu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...