sobota, 23 sierpnia 2014

William Boyd - Solo
















Data ukończenia: 23 lipca 2014

Data utworzenia recenzji: 23 sierpnia 2014

Recenzja:

Niesamowita posucha z tym Bondem. W tym roku, gdyby nie RMF Classic z Markiem Kondratem i muzyką, zupełnie byśmy zapomnieli, że gdzieś tam za rogiem przybędzie do nas 24 część szpiega. Leciał też serial "Fleming", który z jednej strony dobrze się oglądało, z drugiej nic nadzwyczajnego się dowiedzieć o autorze nie można było.

W 2013 roku dotarła do nas nowa książka, spod znaku 007. Nieco zmartwiony i zniechęcony zasiadłem do powieści, ponieważ znów zmienił się autor. Deaver i jego "Carte Blanche" było tak idealnie napisane, że nie widziałem możliwości zmiany twórcy na kolejny tom. A jednak...

Wszystko to, co zrobił Jeffery - zmiana biografii Bonda, wprowadzenie w teraźniejszość, nowe technologie - przepadło znów z dniem publikacji "Solo". Nowy autor wrócił do czasów Fleminga. Boyd kontynuuje, na podstawie nekrologu Bonda z "Żyje się tylko dwa razy", dalszą część przygód 007.

Tym razem zostaje wysłany do Afryki, gdzie ma zapobiec wojnie domowej między dwoma klanami, a że dziko w tym miejscu, to i główni niemilcy bez żadnych skrupułów wypełniają swoje zadanie. I przyznam bez bicia, jeśli tylko dostaję sygnał, że powieść dzieje się w Afryce, moje ustawione automatyczne ziewanko pyrka na wysokich obrotach. Nie wiem, czy to awersja do "W pustyni i w puszczy", czy jakieś niesympatyczne wspomnienie z tych terenów (nie byłem w Afryce). Marazm, pomimo ciągłej akcji, tak jak mi się włączył, zgasł dopiero po przeczytaniu "Żony enkawudzisty", którą wcisnąłem sobie między stronice "Solo".

Czy Boyd podołał "jako Ian Fleming"? Tak, ale niekoniecznie takiego chciałem go czytać. Wszystko pasuje, ma ręce i nogi. Czuć, że Boyd mógłby kontynuować serię, na kilka następnych tomów. Nawet te senne rozdziały w Afryce, które trwają niecałą połowę czasu spędzonego z książką, nie psują zabawy. Dobrze napisana akcja, trzyma w napięciu, w odpowiednim momencie włącza nam się agresor, gdy niewinne osoby zostają brutalnie zamordowane (we Flemingowy sposób). Ale!

Jeffery Deaver stworzył "Carte Blanche", które znacznie bardziej mi odpowiadało. Pomimo mojego stetryczenia i przywiązania do korzeni, wolałem poczytać o współczesnym Bondzie, który świetnie został stworzony przez Deaver'a, niż powrót do klasyki. Nie zmienia to faktu, że książka jest dobra i warta przeczytania. A ponieważ nie zapowiada się w najbliższym czasie na nową powieść o JB, czas odkurzyć którąś ze starszych części.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...