Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arthur C. Clarke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arthur C. Clarke. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 kwietnia 2013

Arthur C. Clarke - Odyseja kosmiczna 3001. Finał

















Data ukończenia: 10 kwietnia 2013

Data utworzenia recenzji: 16 kwietnia 2013

Recenzja:

No to dawaj Clarke...

Frank Poole żyje. Kto to? Pamiętacie jednego z bohaterów, który został zaatakowany przez HALa w pierwszym tomie? Minęło tysiąc lat, znaleziono go i odrestaurowano. Frank poznaje świat, którego widzieć nie powinien, a pomimo, że to świat ciekawy, to nasz znajomy jest nudny niczym flaki z olejem. Po pewnym czasie stwierdza, że najwyższa pora na spotkanie HALa i Bowmana na Europie.

Książkę czytałem trzy tygodnie, a ta ma poniżej dwustu stron. Wszechogarniająca nuda powodowała, że znajdowałem ciekawsze możliwości spędzania czasu, niż czytanie słabych przygód Franka. Autor nie ma pomysłu, jak tworzyć postacie w swoich książkach. W pierwszym tomie było to wybaczalne, bo i Frank, i Dave, pokazani byli niczym tryby w maszynie. Tutaj maszyn nie ma, a sytuacja w jakiej się ludzie znajdują jasno pokazuje, że wszystkie postacie są tu zblazowane. I nie jest to wynik zabiegu kosmetycznego, a braku umiejętności.

Także i fabuła nie ujawnia jakiejkolwiek dynamiki. Nie wiem, co się dzieje przez pierwsze 120 stron, że tak topornie idzie. Ten "ciekawy" świat, jest niezwykle "normalny", nawet jak na rok, kiedy pisano tę powieść. Tutaj Frank sobie pogada o religii, tam o jakichś nowinkach. Wygląda, jakby zabrakło pomysłów, a przeszmuglowane zostały jakieś własne (autora) przemyślenia. A gdy zabraknie i takich momentów, Clarke używa streszczeń lub też na żywca przepisuje fragmenty z poprzednich tomów (co jest dla mnie ignorowaniem czytelnika, który od początku śledzi historię). Ostatnie strony są emocjonujące, bo w końcu coś się dzieje, co oznacza tylko tyle, że jest "emocjonująca" w porównaniu do pozostałej miernej części.

Czytam o tym, jaki to wizjoner, czego to nie wymyślił i jaki jest wspaniały. Clarke może i ma duży wkład w naukę, ale niekoniecznie nadaje się na twórcę powieści. Jego warsztat jest bardzo słaby i często jedynie nowe wynalazki, poparte fizycznymi prawami (czarna magia dla mnie), dają jakikolwiek cień nadziei, że może jeszcze będzie potrafił coś ugrać w swoim dziele. Prawda jest taka, w czterech książkach, jedyne, co się dobrze czytało, to... przedmowy i posłowia. Tylko po takim warsztacie mogę go pozytywnie ocenić, bo cała reszta może i powinna się znaleźć, ale jeśli nie w pracach naukowych, to tak, w książkach, ale dobrze napisanych przez innego autora.

Mój werdykt. "Odyseja kosmiczna 2001" jest dobrą powieścią, ale można ją docenić wyłącznie po obejrzeniu filmu, i vice versa. Pozostałe tomy, to niestety kontynuacje kapitalnej ekranizacji, które są bardzo słabe, bez polotu, nudne. Dlatego, ja sam, gdybym miał wracać do sagi, to wyłącznie do Kubricka. Widzę i doceniam włożoną pracę w książkach, ale Clarke'a nigdy więcej...

niedziela, 17 lutego 2013

Arthur C. Clarke - Odyseja kosmiczna 2061
















Data ukończenia: 6 lutego 2013

Data utworzenia recenzji: 17 lutego 2013

Recenzja:

Ah jo! Trzeci tom nie napawał mnie optymizmem. Widzę przecież, że Clarke się stara, bardzo chce napisać coś jeszcze ciekawego. Sprawić, by jego "Odyseja kosmiczna", była JEGO "Odyseją", a nie Kubricka. Pierwsza książka była niezłym horrorkiem osadzonym w kosmosie. Druga, naciąganą historią podróżniczą z bardzo dobrym, krótkim, wątkiem thrillerowym. Jak wygląda rok 2061? Najpierw spojlery z drugiego tomu.

2010 rok zostawił nam wiele znaków zapytania. Jowisz przekształcił się w gwiazdę zwaną Lucyferem. Ziemianie mają nielichy problem, bo dzięki światłu z dwóch gwiazd, nie znają nocy. David Bowman przez komputer HAL oznajmia, że ludzie mają prawo do wszystkich światów, oprócz Europy - księżyca Jowisza/Lucyfera. Powstaje tam nowa rasa i nikt nie ma prawa jej przeszkadzać.

To najważniejsze rzeczy, które powinno się znać. Do 2061 roku ludzie nie odważyli się postawić stopy na terenach Europy. No właśnie, słowo "do" jest tutaj kluczowe. Heywood Floyd, który wciąż ma się dobrze, wyrusza statkiem podróżnym na kometę Halleya. Zwiedzanie zostaje przerwane, ponieważ inny statek został sterroryzowany i zmuszony do lądowania na Europie (prawdopodobnie ma to coś związanego z RPA, tyle jest tutaj informacji na ten temat, że prawdopodobnie coś jest na rzeczy; swoją drogą to kolejna książka w tym roku, po "Carte Blanche", gdzie pojawia się temat Republiki Południowej Afryki - może jakiś znak na 2013 rok? Czarny papież?). Okazuje się, że na pokładzie jest syn Floyda, którego sam nie zna, bo zaniedbał swoją rodzinę podręcznikowo. Jak zareagują mieszkańcy Europy na nieproszonych gości?

Clarke znów się męczy. Tym razem ma nieco ciekawszą fabułę, bo rzeczywiście była szansa na zrobienie czegoś ożywczego dla serii. Nie wiem, ja się zawiodłem na całej linii. Historia okraszona ciekawostkami naukowymi daje radę, w przeciwieństwie do "2010". Część informacji jest napisana w taki sposób, że tłumaczy pewne niuanse, które nieścisłe umysły zrozumieć nie mogą. Ale jednak przez cały czas czegoś brakuje. Clarke ma dobre pomysły, które świetnie się... ogląda! W książkach wygląda to potwornie, nie kwestionuję jego wiedzy i pomysłowości. Kwestionuję jego możliwości pisarskie. Jest tak słaby, że nie miałbym serca zjechać go za to. Książka średnia, czekam na film, a po czwartym tomie z ulgą pożegnam Clarke'a.

sobota, 3 listopada 2012

Arthur C. Clarke - Odyseja kosmiczna 2010
















Dat
a ukończenia: 23 października 2012

Data utworzenia recenzji: 3 listopada 2012

Recenzja:

Od razu po przeczytaniu pierwszej części zabrałem się za film nielubianego przeze mnie reżysera. Kubrick zmienił miejsce akcji z Saturna na Jowisza, bo przeciętny zjadacz chleba odczuje różnicę. Oglądałem partiami... i przez większy czas pytałem siebie, jakim cudem ludzie mogą mu dawać takie wysokie noty. Przecież jeśli w filmie wyjaśniają sytuację, to i tak nie wiadomo, co się dokładnie dzieje. Do filmu bez książki nie powinno się podchodzić.

- Ale jak to? Przecież książka wyszła po premierze filmu! - wyrwał się Remigiusz, bo sprawdził na wikipedii.

Ano tak. Stanley i Arthur pracowali nad scenariuszem do filmu na podstawie opowiadania napisanego przez tego drugiego. Tak powstała wersja papierowa, ale jeszcze nie książka, "Odysei kosmicznej 2001". Mam podejrzenia, że wyszło tak jak z "Lśnieniem" Kinga - Kubrick wziął z książki to, co mu się podobało i stworzył coś, czego sam King nie polubił. Efekt? Stephen postanowił nakręcić miniserial, który jest wierniejszy powieści. Mam wrażenie, że i w tym temacie może być podobnie. Kubrick naniósł poprawki do scenariusza, a Clarke napisał książkę na podstawie niepoprawionego.

Śmieszy mnie, jak ludzie stawiają pomniki Stanley'owi za ten film. Za muzykę? Za zdjęcia? Wszystko ok, ale brak jest scenariusza, wyjaśnień, a fabuła wysiada w połowie filmu. Prędzej uwierzę, że za nazwisko reżysera (obok Spielberga najbardziej rozchwytywane nazwisko w branży). Jakim cudem można gloryfikować dzieło, które nie daje odpowiedzi na podstawowe pytania, takie jak:

1. Do czego służy monolit?
2. Dlaczego HAL się zbuntował?
3. Co się działo pod sam koniec?
4. Co to za dziecko?

Nie ma tam odpowiedzi. W pierwszym scenariuszu, czyli książce, jest. W tym momencie, gdybym nie znał fabuły, nie miałbym zielonego pojęcia, co się dzieje. Film jest przepiękny, ale to, co wydarzyło się na samym końcu to jedna wielka czarna dziura fabularna. Nie takie filmy ludzie opieprzali za luki w opowiadanej historii! Okazuje się, że obrazu bez książki nie ma jak uszczypnąć. I vice versa. Gdybym znał wyłącznie powieść, pomyślałbym, że to dobra instrukcja, jak nie pisać książek science-fiction. Film pokazał to, czego Clarke nie potrafił opisać!

A to, co najbardziej mnie w filmie poirytowało: niekompetencja Bowmana. Oto, co dzieje się po śmierci Poole'a u Kubricka i Clarke'a.

FILM: Dave wsiada w drugą kapsułę, wylatuje ratować ciało Franka. HAL w tym czasie zabija zahibernowaną trójkę, bo statek pozostał w rękach komputera, który miał być przed chwilą wyłączony. Gdy Bowman wraca, HAL nie otwiera mu śluzy, a z awaryjnej nie może skorzystać, bo zapomniał hełmu...

KSIĄŻKA: Procedura jest jasna, Frank przepadł, Dave musi obudzić jednego z "trójki". HAL się irytuje i otwiera śluzę. Zabija to dwóch zahibernowanych i jednego budzącego się. Dlaczego? HAL dostawał z Ziemi dwie informacje:
1. przekazywać wszystkie informacje załodze o podróży;
2. nie mówić załodze o celu podróży.
Te dwie sprzeczne informacje powodują, że komputer "szaleje". Z tego, co słyszałem, to dopiero w drugim filmie będzie to wyjaśnione. I po tym poznać Kubricka - trzeba nakręcić remake lub sequel, żeby wytłumaczyć jego interpretacje. Ale nie zmienia to faktu, że ten film to majstersztyk, przy dodaniu fabuły z książki Clarke'a.

- Ale ten film nie powstał dla fabuły, tylko dla dźwięku, obrazu. Fabuła nie jest najważniejsza, tylko klimat - drugie podejście Remigiusza.

O tak, to dobry argument. Szkoda, że inne filmy nie mają tak łatwo w podbijaniu audiowizualnością i klimatem serc widzów. Zaraz sprawię, że zrozumiecie, co się działo przez te dwie kubrickowskie godziny. Oto moje streszczenie książki pod tym samym tytułem:


W książce, monolit był tablicą na której pokazywały się różne wzory i obrazy. Obca rasa stojąca za ich budową, wybrała sobie małpoludy, jako w miarę możliwe do "ogarnięcia" istoty i zaczęła je nauczać. Małpoludy jadły trawę, chociaż obok były tłuste guźdźce. Nie potrafiły bronić się przed niebezpiecznymi zwierzętami, nawet nie uciekały. Były tak głupie. Monolit pokazał obraz: nażarty, bekający samiec. Małpoludy poczuły zazdrość: pierwszy krok do człowieczeństwa. Gdy podczas jednego seansu małpolud zginął, monolit zgasł, bo obca rasa przestraszyła się swojego mocnego wpływu na życie głupszej rasy.



Powrócono z nową serią ćwiczeń. Nastąpiła selekcja, wybrano małpoluda "zwanego" Strażnikiem Księżyca za najmądrzejszego i robiono z niego lidera. Ten znalazł narzędzie (zdaje się, że kość) i poprowadził swój lud na inne plemię, które wyrżnęli. Monolit spowodował, że słaba rasa małpoludów zaczęła używać mózgu i przetrwała ciężkie czasy wśród niebezpieczeństw. 



W 1999 roku znaleziono na Księżycu zakopany monolit. Gdy się do niego dobrano, ten wysłał sygnał w kierunku księżyca Saturna. Prawdopodobnie dał znać, że ludzie są na Księżycu i zdołali wykopać monolit (ale to mój domysł).


2001. Wysłano ekipę na Saturna. Załoga nie wie prawdy. HAL wie. Po wyłączeniu HALa, Dave zdaje sobie sprawę, że bez komputera nie ma powrotu na Ziemię. Leci w kierunku księżyca Saturna. Tam wlatuje w monolit, który specjalnie dla niego staje się portalem do czegoś. Widzi tam pojazdy innych ras, obca cywilizacja prawdopodobnie już dawno nie istnieje. Za długo musieli czekać. 


Nagle Dave znajduje się w pokoju hotelowym. Jest to wytwór monolitu. W telewizorze widzi różne programy, w tym film, w którym jest identyczny pokój, w którym się znajduje. Wszystkie informacje w telewizji są z tego samego czasu, kiedy w 1999 roku monolit z Księżyca wypuścił sygnał w stronę Saturna. 



Pokój ten ma być "wylęgarnią" ras. Dave kładzie się do łóżka i porzuca to, co nas ogranicza w życiu wiecznym - ciało. Na razie pozostaje w wizerunku "ducha-dziecka", ale to wytwór jego wyobraźni, później powinno i to zniknąć. Jest doskonalszą postacią, tak jak na samym początku Strażnik Księżyca, który poprowadził małpoludy w stronę człowieczeństwa. Teraz Dave ma szansę być władcą, ale nie wie, na razie, co zrobić z tak wielką mocą. Pod koniec decyduje się na zniszczenie orbitującej broni nuklearnej.


Idźcie teraz i obejrzyjcie swoje stare arcydzieło i poznajcie nowe.

- Idź w cholerę! Miałeś recenzować książkę, a recenzujesz film. I to jeszcze nie tego tomu. Jezus, ale frajer!

No właśnie i przechodząc zgrabnie do recenzji drugiego tomu, trzeba wyjaśnić jedną kwestię. Gdy Clarke podjął decyzję, że napisze nowe przygody, musiał wybrać, którego dzieła kontynuacja będzie dotyczyła. Arthur wybrał, że "Odyseja kosmiczna 2010", dzieje się po wydarzeniach z filmu. Tak! Możecie palić na stosie swoje egzemplarze książek, pierwsza powieść nie jest kanoniczna. Co śmieszniejsze, nie musicie już nawet do niej zaglądać, by zrozumieć film. W drugim tomie wyjaśniają każdą sytuację, jaka zaszła u Kubricka. Nie ma Saturna, jest Jowisz. Bowman poleciał po Franka i nie znamy powodu buntu HALa.

Akcja dzieje się dziewięć lat później. Amerykanie chcą dostać się na opuszczony statek Discovery (Odkrywca). Ponieważ nie zdążyli zbudować nowego pojazdu, zabierają ich na pokład sowieci. Statek kosmiczny Leonow natrafia podczas lotu na chiński statek kosmiczny Tsien. Chińczycy giną z rąk obcej rasy. Bowman wraca na Ziemię, ogląda obce cywilizacje, kontaktuje się z załogą Leonowa. Twórca HALa nawiązuje kontakt z HALem. I tak dalej.

Tragedią jest to, że przez większość czasu panuje totalna nuda. Dzieje się non stop, ale Clarke ma taki usypiający styl pisania, że jedynie początek i koniec były ciekawe. Środek jest do wymiany całkowicie, brakuje szlifów. Gdy Bowman ogląda obce cywilizacje autor próbuje stworzyć klimat, by nas zainteresować. Fiasko! Równie dobrze mogłem czytać słownik wyrazów bliskoznacznych, taki sam klimat.

Oczekiwałem czegoś lepszego. Końcówka zdecydowanie ratuje ten tom, ale nadal jest to jedna z najdłużej ciągnących się powieści, jaką miałem okazję czytać w tym roku.

piątek, 7 września 2012

Arthur C. Clarke - Odyseja kosmiczna 2001
















Data ukończenia: 4 września 2012

Data  utworzenia recenzji: 7 września 2012

Recenzja:

Nie przepadam za Kubrickiem. Rozumiem, co ludzie w nim widzą, ale nie mogę tego na chama polubić. Podejrzewam, że bardzo duży odsetek ma bardzo podobne odczucia, ale "mistrz jest mistrz" i ciężko podważać autorytet, by nie być zjedzonym przez obrońców Stanleya. "Mechaniczna pomarańcza" jest przeciętna, "Lśnienie" dobre, a Nicholson genialny, "Dr Strangelove" tylko dobry. "Full Metal Jacket" przez pierwszą połowę jest rewelacyjny, by później stać się przeciętnym filmem. Może trzeba do niego dorosnąć, odświeżam sobie powoli niektóre z jego filmów i rzeczywiście, obraz jest kapitalny, ale nie chce mi się wierzyć, że przy natłoku wymagających filmów, właśnie ten reżyser został okrzyknięty najlepszym.

Ale jest jeden obraz, który mnie zawsze bardzo ciekawił - "Odyseja kosmiczna 2001". Wiem, że są tam Dave i Hal, jakaś podróż, ale filmu nie widziałem. Czas nadrobić zaległości, ale zaczynając od pierwowzoru - powieści Arthura C. Clarka. Okazało się, że oba dzieła tworzone były w tym samym czasie.

Nie przepadam za książkami science-fiction i może dlatego tak ocenię zaraz tę powieść. Wzloty i upadki w tej 200-stronicowej historii są tak częste, że zaczynałem się zastanawiać, czy Clarke potrafi chociaż trochę utrzymać poziom pisania. Jest świetny moment ukazania początków ludzkości, by zaraz w następnym rozdziale opisać bardzo nudnie podróż Floyda na księżyc. Kolejna scena to wspaniale opisane życie na statku Odkrywca (Discovery), by później wynudzić samotną drogę Davida w stronę księżyca Saturna. 

Tam, gdzie napotykamy dłużyzny, występują wielobarwne opisy, które są godne Elizy Orzeszkowej. Nie mówię, że Clarkowi brak kunsztu, pięknie to opisuje, ale ja potrzebowałem scen z HALem, Frankiem, a nie malownicze pejzaże czarnej, jak noc przestrzeni kosmicznej z lampkami choinkowymi zawieszonymi na firance. Można to nawet namalować.

Książka opowiada o tajemniczym czarnym monolicie, który trzy miliony lat temu nauczył małpoludy posługiwać się narzędziami i spowodował, że mogła narodzić się ludzkość. Dzięki sześcianowi poznano, co to zazdrość, gniew i nienawiść. A to, jak wiadomo, cechy charakteryzujące człowieka. Monolit znika i ludzkość nie pamięta o jego istnieniu. W 1999 roku na księżycu odnaleziono AMT-1, który jest niczym innym, jak czarnym monolitem, który wysyła sygnał w przestrzeń kosmiczną. W 2001 roku Frank Poole, David Bowman, Hunter, Kaminski i Whitehead wyruszają w podróż kosmiczną w stronę Saturna, a kieruje ich komputer pokładowy HAL 9000. To co się od tej pory stanie, to jeden z najlepszych momentów w historii literatury!

Warte przeczytania, ale jestem zawiedziony. Gdyby poezja i barwy tego utworu były bardziej stonowane to stwierdziłbym, że jest to najlepsza książka science-fiction, jaką czytałem. Nawet biłaby "Diunę" Franka Herberta. A tak, zobaczę film i może wtedy po seansie bardziej docenię tę powieść. Poinformuję o tym, w recenzji "Odysei kosmicznej 2010".
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...