czwartek, 10 lutego 2011

Ian Fleming - Człowiek ze Złotym Pistoletem



Data ukończenia: 10 stycznia 2011

Data utworzenia recenzji: 10 lutego 2011

Recenzja:

Tytuł "Człowiek ze Złotym Pistoletem" od wielu lat kojarzy się wyłącznie z czymś niedobrym, zarówno jeśli chodzi o film, jak i książkę. Ten z Moore'em był według krytyków tak słaby, że na kilka dobrych lat przestano myśleć o kręceniu nowych części. Potrzebna była zmiana formuły, dzięki czemu powstały takie "potworki", jak "Szpieg, który mnie kochał" i "Moonraker".

Mi osobiście z Rogerem podobał się wyłącznie "Tylko dla twoich oczu", ale lubię też "Żyj i pozwól umrzeć" oraz właśnie "Człowieka ze Złotym Pistoletem". Przypominają mi klimatem te z Seanem i Georgem, które wręcz uwielbiam.

Jednak o wiele więcej kontrowersji wywołało wydanie powieści pod tym tytułem. Problem polegał na tym, że Fleming nie żył, a jego dzieło, które szlifował przed śmiercią, nie zostało wydane za jego życia. I tutaj zaczęły się teorie spiskowe. Jedni mówili, że Fleming tego nie napisał, tylko Kingsley Amis. Kolejne plotki twierdziły, że dokończył to jego syn. A wszystko za sprawą śmierci autora oraz słabej literatury, jaka została wypuszczona na rynek. Znawcy zauważali pewne niedociągnięcia, których Ian nie robił. Oficjalne oświadczenie mówi jednak, że Fleming na kilka tygodni przed śmiercią przesłał do wydawcy "Człowieka..." z listem, że nie będzie nic poprawiał, że nie "czuje" już Bonda, a formuła całkowicie się mu wypaliła.

I to były dla mnie informacje, które były ciekawe, zanim skończyłem czytać "Żyje się tylko dwa razy". Gdy zobaczyłem tak wspaniałą końcówkę książki, która wywracała całą serię do góry nogami, strasznie mnie zdenerwowała myśl, że ktoś tak sobie potrafił ubrudzić zbroję od wewnątrz wydając kolejny tom przygód, która się przecież skończyła!

Ale przejdźmy do fabuły. Bond ze swoją amnezją jedzie do ZSRR, by się jej w końcu pozbyć. Łapią go agenci KGB, którzy spiorą mu mózg na kwaśne jabłko (swoją drogą to Raymond Chandler podrzucił Flemingowi taki pomysł, twierdząc, że nie wyobraża sobie gorszej tortury, niż pranie mózgu), po czym wysyłają go do M, by go unicestwił. Nie udaje się tego osiągnąć, a zamiast zabijać/wyrzucić Bonda, M postanawia wysłać go na niebezpieczną misję zabicia Scaramangi, Człowieka ze Złotym Pistoletem i trzecim sutkiem - mordercą pracującym dla Smiersza i zabijającym agentów Secret Service.

Po zakończeniu lektury uważam, że nie jest wcale taka zła, ale wyżyny to to nie są. Miejscami naiwna, zwłaszcza, gdy zaczynamy kwestionować sens używania 007 po wielu traumatycznych przeżyciach, jakie doznał. Terapia potraktowana po macoszemu, biorąc pod uwagę, jak Ian potrafił budować tego typu rozdziały, brak takiego jest rozczarowaniem. Jest również pewien epizod, który przypomniał mi bezsensowną "współpracę" Jamesa z Goldfingerem w "Goldfingerze". Całe szczęście, tutaj jakoś łatwo idzie przejść różnego tego typu bajeczki. Brakuje wielu opisów przyrody, które wcześniej były znakiem rozpoznawczym Fleminga. Wygląda więc na to, że to co trzyma się w ręku to czysta esencja, którą bardzo łatwo się czyta, ale nie jest czymś co łatwo można zaliczyć do ciekawych dzieł. Pozbawienie opisów, które zawsze mnie drażniły jeśli były w nadmiarze, zrzuciło książkę na półkę dawnych kryminałów sprzedawanych na dworcach, o konsystencji "papiru do podciru". A końcówka jest taka, że można byłoby się spodziewać kolejnych części. Bohater cały i zdrowy kończy misję i jakiegoś epickiego zakończenia w nim nie ma. Co jest o tyle śmieszniejsze, że we wcześniejszym "Żyje się tylko dwa razy" było...

Ale największą frajdą, jaką mi sprawiła książka, było tłumaczenie. Do tej pory Rzeczpospolita w swoich wydaniach używała dobrej roboty Roberta Stillera. Nie wydali, o dziwo, "Casino Royale", ale nie mogłem się przyczepić do formy tych książek. Zawierały słowniczek, nie tylko obcych słów, ale także słów wprowadzających, które można było pominąć. W każdym razie troska o czytacza była. Nie wiem, jakim cudem, ale "Człowiek ze Złotym Pistoletem" jest przetłumaczony przez Jarosława Kotarskiego, który w słowniki nie wierzy. Wcześniejsze wydanie tej samej książki, również jest przetłumaczone przez tą samą osobę i również nie zawiera słowniczka. Oznacza to, że posłużono się pewnie starym tłumaczeniem, a nikt z redakcji nie miał zamiaru skorygować, dopełnić, stworzyć coś na wzór tego, co robił Stiller. W takim wypadku musimy działać na własną rękę, a żadne zwroty, miejsca i ich historia nie będą nam przybliżone. Idziemy z czasem - I will use Google before asking dumb questions...

A teraz autentyczna opowieść o tym, jak tłumacz, po cichaczu zrobiwszy z Fleminga debila, został złapany i publicznie zbesztany, przez sukinlisa spisana.

Styczeń 2011, dom mojej ukochanej. Ona pochrapuje, a ja oddaję się lekturze niepotrzebnemu światu "Człowieka ze Złotym Pistoletem". Gdy akcja zaczyna być w końcu wciągająca, natrafiam na tajemniczą stronę 92. Z rozdziawioną paszczęką studiuję od początku linijki do końca, razy kilka, i nie wierzę własnym oczom. Analizuję w myślach, rachuję wszystkie tomy Jamesa Bonda i przypisuję, zarówno postaci, jak i wydarzenia do konkretnych tytułów. Ciężko idzie coś. A co widzę na stronie 92? Takie oto zdanie:

"Choć Leiter miał stalowy hak zamiast prawej dłoni (pamiątka po pewnych diamentach), był jednym z najlepszych leworęcznych strzelców w USA, a hak jako taki stanowił w jego przypadku bardzo groźną broń na krótkie dystanse."

Nieźle! Flemingowi mocna przygrzało przed śmiercią w kopułę. Czasami zdarza się, że autor zapomina niektórych rzeczy wyjaśnić, czasem sam się gubi w swojej historii. Raymond Chandler zapomniał o jednym morderstwie w "Głębokim śnie", czego i większość normalnych czytelników nie zauważyło. Przyłapany na tym Chandler sam był zaskoczony, że coś takiego mu umknęło. Pratchett też mówił, że ma kłopoty z zapamiętaniem postaci, które tworzy. Chociaż u niego rozwinęło się to bardziej i dostał oficjalne zaproszenie do Alzheimera. A co u Fleminga? Wprowadził postać Felixa Leitera, który rzeczywiście miał hak i brał udział w akcji, gdzie chodziło o diamenty. Problem polega na tym, że te dwie informacje mają ze sobą tyle wspólnego, co Abbott i Laurel (Flip), albo Hardy (Flap) i Costello. Leiter stracił dłoń w "Żyj i pozwól umrzeć", drugim tomie o 007. Nie było tam diamentów, ale monety. Niech będzie, że skarb. Diamenty pojawiły się w czwartym tomie, w "Diamenty są wieczne", gdzie Leiter miał już w tym momencie hak (pamiątka po pewnym rekinie). W takim wypadku Fleming strzelił niezłą gafę. Ale cóż zdarza się. Zakładam jednak stronę 92 paragonem wydanym 5 stycznia 2011 roku za bilet ulgowy. Zaś w domu otwieram moją angielską kopię "The Man with the Golden Gun" z 1965 roku i szukam odpowiednika 92 strony. Niech mnie kobyłka u płotu!

'Although Leiter had only a steel hook instead of a right arm - a memento of one of those assignments - he was one of the finest left-handed one-armed shots in the States and the hook itself could be a devastating weapon at close quarters.'

Skąd te those? Ponieważ kilka zdań wcześniej było napisane o Bondzie: 'He had worked with Leiter on some of his most hazardous assignments.'.

Jak 'assignments' zmieniło się na "diamenty" do licha ciężkiego?! Przecież w tym momencie można było wszystko wstawić, a z angielskiego wyrazu można było nawet ułożyć, jakiś pieprzny tekścik. Występuje przecież tam ukryte słowo 'ass'. Ale dobra, niech będzie. Tłumacz chciał pokazać, że wie o czym pisze, temat ma obcykany, prawda? Prawda?!

A gówno! Już wcześniej udowodniłem, że żadnych diamentów z hakiem nie ma. Jak by wyglądała moja recenzja, gdybym nie sprawdził oryginału? "Widać pewne stetryczenie umysłowe Fleminga, ale cóż się dziwić, był stary i umierający. Każdy z nas może zapomnieć o pochodzeniu haka naszego własnego Felixa Leitera".

Można nie mieć szacunku do klientów, do własnej roboty. Ale trzeba walczyć o szacunek do samego siebie. Jeśli nie sprawdzi się sto razy informacji, której nie jest się do końca pewnym - trzeba się liczyć z tym, że wykrzyczy swój sprzeciw, jakiś wypierdek mamuta, który sprawdzi oryginał i wytknie błędy. Tego tłumacza wyszła jeszcze "Ośmiorniczka". Na czyjeś nieszczęście i tego również mam oryginał!

A wracając do Fleminga i do jego dzieła. Książka nie jest zła. Całkiem ciekawa, ale zarazem bardzo niepotrzebna. Ta powieść zinfantylizowała całą serię. Coś co można było zakończyć w "Żyje się tylko dwa razy", nie skończyło się w "Człowieku ze Złotym Pistoletem". Trzeba było może napisać nieco dłuższe, krótkie opowiadanie, które nie miałoby początku nawiązującego do końca wcześniejszego tomu. A tutaj, Bond odnalazł to, czego pragnął się dowiedzieć. A to coś, na samym końcu, okazało się... miałkie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...