Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyczne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2016

Lucy Moore - Niżyński. Bóg tańca
















Data ukończenia: 20 listopada 2016

Data utworzenia: 3 grudnia 2016

Recenzja:

W czasach gimnazjum na kodowanym Canal+, zaraz przed szkołą, a po bajkach Looney Tunes puszczana była reklama filmu dokumentalnego o Wacławie Niżyńskim. Brzmiało to mniej więcej tak "geniusz, szaleniec i homoseksualista". Było to dla mnie mocno szokujące, bo nagle wszyscy moi kumple zaczęli robić do mnie homoseksualne aluzje. Mam takie same nazwisko, jak bohater tej biografii.

Z Niżyńskim spotkałem się już w świetnej adaptacji filmowej "Dziennika" (spisane z kilku tygodni przed trafieniem do szpitala psychiatrycznego) o tytule "Niżyński" oraz w nieco zbyt teatralnym filmie pod tytułem "Niżyński", w którym zagrał Jeremy Irons w roli Fokina. W każdym razie, raz na jakiś czas, przyłapuję się na tym, że lubię, gdy słyszę, bądź czytam, swoje nazwisko.

Nie znam się na balecie, nie interesuje mnie ten temat, a jedyne, co z tym tematem mnie w życiu powiązało, to film "Czarny łabędź". Wiem za to, kiedy historia jest dobrze spisana. Rzadko kiedy, tak nudne tematy są ciekawie przekazywane. Główny bohater, to kontrowersyjny szaleniec, który wcale nie był homoseksualistą, jak twierdziło środowisko gimnazjum i Canal+, a biseksualistą (co odpowiada też na pytanie moich kolegów, jakim cudem jestem teraz na świecie...), którego jedynym celem w życiu było być Bogiem Tańca, a może już zwyczajnie Bogiem. Tworzył i tańczył rzeczy, które w danym okresie było nie na miejscu. Udawał onanizowanie się na scenie, co nie było praktyką normalną. Oraz był "chłopcem" Diagilewa, prowadzącego Balety Rosyjskie, które rozsławiły zarówno jednego, jak i drugiego.

Lucy Moore odwaliła kawał dobrej roboty w zebraniu materiału na jedną książkę. Nie jest jednak idealnie. Ostatni rozdział pędzi z kopyta, bo nie zebrano wystarczająco dobrego materiału. Zamiast głębiej wejść w okres choroby psychicznej Niżyńskiego, autorka wprowadza więcej wątków jego żony, o nim zapominając. Kolejną pretensję mam do kobiecego podejścia do opisów sytuacji, Lucy niczym stojące lustro w garderobie widzi łzy Niżyńskiego za kulisami lub wie, że coś w nim się gotowało po nieudanym spektaklu, ale nikomu tego nie powiedział.

Ale największym grzechem jest wyciąganie swojej osoby przed szereg. Pod koniec książki, autorka już wprost do nas pisze elaboraty na temat tego, co uważa, czy jak według niej musiała wyglądać sytuacja. Podstawowa zasada aktora, nie patrz w obiektyw...

Książkę oceniam jednak wysoko, nie spodziewałem się tego, że da się ją czytać z przyjemnością. Zacząłem ją, by zaliczyć, a tylko bardziej napaliłem się na "Dziennik" Niżyńskiego, który znowu nie kosztuje fortuny, bo nowe wydanie pojawiło się na rynku.

sobota, 14 listopada 2015

Ryszard Kapuściński - Cesarz
















Data ukończenia: 18 czerwca 2015

Data utworzenia recenzji: 14 listopada 2015

Recenzja:

Nie miałem możliwości sprawdzenia wcześniej dzieł Kapuścińskiego. Całkowicie mnie nie obchodził do momentu wydania książki "Kapuściński non fiction", a spór z nią związany trochę przypomniał mi o herosach polskiej literatury, którym bez wątpienia jest.

Do samego "Cesarza" nic mnie nie skłoniło - nie wiedziałem o czym traktuje, ani w jakiej formie jest ten reportaż. Na goło wejść w książkę zdarza mi się bardzo rzadko, a co za tym idzie, w świecie Kapuścińskiego miałem prawo czuć się bardzo obco.

Temat to Etiopia i rządzący nią Haile Selassie I, nieomylny cesarz. Jednak jest zrobiony w całkiem oryginalny (zwłaszcza dla mnie) sposób. Ocena i życie w ustroju jest opisana na podstawie historii osób związanych z dworem cesarza. Mamy tutaj spisane ich monologi  już po przeprowadzonej rewolucji, więc nie są to bałwochwalcze wypowiedzi "lojalnego" pracownika.

Sam czas, kiedy została wydana książka (1978), może być pretekstem do porównywania ustrojów. Bardzo ciężko jest napisać recenzję tak krótkiego reportażu, ale z oceną problemu nie ma. Idealnie wyważona, humorystyczna i zwięźle opisana historia egzotycznego kraju. Przypomina mi to świetny dokument stworzony przez Fidyka - "Defilada", który był całkowicie bezstronny i bez komentarza, a jednocześnie pokazywał cały absurd sytuacji. Zdecydowanie polecam!

wtorek, 12 maja 2015

Siddhartha Mukherjee - Cesarz wszech chorób. Biografia raka















Data ukończenia: 9 maja 2015

Data utworzenia recenzji: 12 maja 2015

Recenzja:

Niecałe dwa lata temu pewien wojskowy psycholog powiedział mi: "Panie Marcinie, musiałem kupić tę książkę. Czułem potrzebę jej przeczytania".Ta kuriozalna sytuacja spowodowała, że stwierdziłem dwie rzeczy. Ja też potrzebuję ją przeczytać, a po drugie - powinniśmy się zamienić miejscami.

Zainteresowanie medycyną zaczęło się od wspomnianego w innej recenzji leksykonu "Lekarz domowy". Mnóstwo rysunków, które odzwierciedlały różnego rodzaju choroby, rany i egzemy, powodowały u mnie strach i chęć jeszcze poobcowania z czymś egzotycznym. Mózg tak mi przesiąkł niektórymi informacjami, że stwierdziłem, że najlepszą obroną przed wszelkim złem natury jest ciągłe mycie rąk. I tak szorowałem je sobie po dwieście razy dziennie, za każdym razem, gdy dotknąłem zakurzonego przedmiotu, lub otarłem się o kwiat doniczkowy. Miałem w mieszkaniu swoje "korytarze", którymi mogłem spokojnie przejść z punktu A do B i przeżyć. Moje ręce straciły skórę, a by ją zregenerować mama nacierała mnie kremami i zakładała rękawiczki-palczatki, na noc. Krem szczypał, jak diabli. Na dodatek zimą, zupełnie mi się nie goiły. Na lekcji polskiego siedziałem w ławce i zaciskałem pięść, by patrzeć, jak przez cienką skórkę widać mi kostki palców... Ostatni bastion padł, i gdzieś po pół roku moich eksperymentów, kilka solidnych lekcji wymierzonych w najczulsze miejsca, definitywnie wybiło mi z głowy wszelkie zbędne mycie, a dziś mogę się nazwać szczęśliwym brudaskiem.

Moje "nieszczęście" nijak ma się do tragedii osób chorych na raka. Przyznam szczerze, że mało o tym czytałem, nie miałem ochoty nawet wnikać w te tematy - moim "konikiem" od dawna były choroby skóry. Ale pojawienie się na rynku tego tytułu, dało mi szansę zapoznać się z tą ciemną dziurą medycyny.

Książka zaskoczyła mnie dwa razy. Byłem pewien, że zaglądając do niej napotkam treść, która będzie za mocna dla laika i siadając do niej podpisałem kontrakt z diabłem, że przez następne 600 stron mam prawo nie wiedzieć, co się dzieje i nie będę narzekał. "Cesarza..." czyta się łatwo i nie potrzeba żadnej wiedzy medycznej, by poznać historię nowotworów. Autor wyjaśnia nam zawiłości, wraca do starożytności i pokazuje nam, że nasza nowa cywilizacyjna choroba, nie jest taka nasza i taka nowa.

Jednak im bliżej naszych czasów, tym książka nudniejsza. To właśnie te drugie zaskoczenie - myślałem z początku, że to kwestia przesytu materiałem, a może wróciło to, na co się zgodziłem i jednak nie jest dla laików? Teraz pisząc recenzję stwierdziłem, że to nie jest kwestia trudności języka, a tematyki. "Biografia raka" miała być dla mnie obrazem wszelkich chorób, a nie myślałem, że dostanę dogłębną analizę walki z nim. Żeby mnie ktoś nie zrozumiał źle - cieszy mnie to, że są pokazane te wątki, ale są tak mocno wyeksponowane, że tytułowy bohater schodzi na dalszy plan, a za niego pojawiają się naukowcy, lekarze, aktywiści. Ciężko mi było przebrnąć przez te rozdziały, dochodziło do sytuacji, kiedy odpuszczałem sobie lekturę. Tematyka nie pociągająca, a i rozdziały nie skierowane do mnie.

Pierwsze 200 stron i ostatnie 50 - ideał, Pozostałe 350 - mordęga. Wiem, że inne osoby, mogłyby czerpać przyjemność, nadzieję z tych właśnie stron, ale to subiektywna opinia i w niej nie ma litości. Książka na raz, a gdybym miał ją ocenić, to będzie to takie 6/10. Średniak, ale jednak po tej jasnej stronie mocy.

A! Skóra się zagoiła.

środa, 30 lipca 2014

Mira Jakowlenko - Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej















Data ukończenia: 16 lipca 2014

Data utworzenia recenzji: 30 lipca 2014

Recenzja:

Zawsze irytowało mnie, że na żadnym etapie w szkole wymuszonej nie miałem możliwości zagłębienia się w historię świata po II Wojnie Światowej. Między 1945 rokiem, a dzisiejszymi czasami mieliśmy przecież WTC i Smoleńsk, nikt się nigdy nie zagłębiał w mało ważne "ciekawostki", jak powstanie państwa Izrael, czy, jak wyglądało życie w NRD. Nic to, śmiejmy się z głupoty młodych w internecie, zapominając, kto za edukację pobiera pieniądze.

Historia Związku Radzieckiego jest na tyle przewrotna, że gdy dostałem w ręce egzemplarz, czułem, że wchodzę w rewiry, które nie są mi do końca znane. Na dodatek cała historia jest opowiedziana nie z perspektywy krwi, a strachu. Główna bohaterka - Agnessa Mironowa, poprzez autorkę pokazuje, jak wyglądał Wielki Terror w życiu codziennym, od kuchni. Ponieważ nasza gospodyni domowa, była żoną jednego z prominentnych członków NKWD, mamy możliwość sprawdzenia, jakie psychiczne wyniszczenie panuje w rodzinie kata, a później ofiary tego samego reżimu.

Jeśli ktoś nie wie, czym charakteryzował się Wielki Terror lub Wielka Czystka, radzę przeczytać sobie jakieś mini opracowanie. Historia jest o tyle niezwykła, że nie działa się w barbarzyńskim państwie na drugim końcu świata, a obok naszego.

W tym wszystkim, trybik sowieckiej maszyny - enkawudzista, którego opisu pracy nie otrzymujemy w tej książce. Widzimy tylko efekty jego roboty: zwiększone dochody, luksus, wycieczki i ciągły strach. Agnessa, to osoba, która czerpie przyjemności z wygód, ale kątem oka zauważa, że za Stalina życie i dobrobyt to chwiejna sprawa. Próbuje nie wchodzić w zawodowe tematy męża, ale po części żyje w ciągłej psychozie. Gdy kolejny znajomy został aresztowany z zakazem korespondencji na 10 lat (co oznaczało śmierć), nasi bohaterowie czekają na swój wyrok śmierci. Nagły awans powoduje chwilowy zryw przyjemności i chęci korzystania z dobrodziejstw. Do następnego zaaresztowania.

Dużo w książce znajduje się tematów przeznaczonych specjalnie kobietom. Suknie, przyjęcia, ploteczki. Miłośników męskich tematów niech nie przestraszą te historie. Książka jest tak ciekawie napisana, że każdy z chęcią i niedowierzaniem będzie pożerać przedstawioną nam biografię.

środa, 20 marca 2013

Michael Farquhar - Królewskie skandale. Szokująco prawdziwe opowieści o najnikczemniejszych i najbardziej rozwiązłych królach, królowych, carach i cesarzach















Data ukończenia: 18 marca 2013

Data utworzenia recenzji: 20 marca 2013

Recenzja:

I ciężko cokolwiek napisać, gdy sam tytuł książki wyjaśnił wiele. W gruncie rzeczy jest humorystyczna, ale czy Michael Farquhar wie o czym pisze?

Gdybym miał strzelać (nie mam pewności) stwierdziłbym, że jest Amerykaninem. Tylko oni potrafią tak wiele chaotycznie napisać, o nie swojej historii, której nie rozumieją, w tak miałki sposób, udając, że jest to zabawne. Mógłbym to mu wybaczyć, ale jeśli to Europejczyk i stworzył takiego knota...

Bo wszystko, co w tej książce jest śmieszne, nie zostało zrobione przez Farquhara, tylko przez królewskie rody. Nie ma tutaj wartości dodanej, autor tylko zbiera historyczne "Czy wiesz, że?" i pakuje je w nieładzie do swojego dzieła. Jak znajdziecie opinię, że to humorystyczny autor, to od razu zaznaczam - on tylko szmugluje śmieszne rzeczy. Żeby miał jeszcze z czego wybierać...

Typowy Amerykanin, jak rozumiem, nie zdaje sobie sprawy, że królewskie skandale w Europie nie ograniczały się tylko do trzech królestw, cesarzy rzymskich i papieży. Mamy francuskie, angielskie i rosyjskie historyjki, ale czy przeglądając mapę podczas poszukiwań autor nie zauważył rozrastającej się plamy Polski, Niemiec i wielu innych królestw w tamtej epoce? Wszystkie były mniej skandalizujące niż te trzy królestwa? Czy to skandaliczna ignorancja?

No dobra. Biorę, co jest. Farquhar obdarza swoje rozdziały historyjkami, które często nie są zrozumiałe. Pierwszy traktuje o siedmiu grzechach głównych. Każdy grzech to inna postać, często nie wiadomo z którego królestwa. Bo autor w "Zawiści", na przykład, wsadza Henryka II, ale w "Gniewie" - Henryka IV. Jeden jest królem Francji, a drugi Anglii. W całym podrozdziale może nie być nawet jednym słowem wzmianki, o tym, gdzie my do jasnej cholery jesteśmy! Muszę poszukać drzewa genealogicznego jednego i drugiego, poszperać w datach i nadal muszę zgadywać, bo informacje są często tak poukrywane, że po jakimś czasie już nie szukam odpowiedzi na pytanie "Gdzie?", a na pytanie "Co?". Typowe popcornowe olewanie tematu.

Jeszcze nie wspomniałem o poszatkowaniu historii! Gdy w jednym rozdziale czytamy opowieść o angielskim Henryku VI, wspomniane są jego problemy z dynastią Yorków z przypisem, że szerzej opisane jest to w innym rozdziale. Szkoda, że tak zrobiono, bo żeby zrozumieć o co chodzi z Henrykiem VI, rozdział o konfliktach z Yorkami powinien być wcześniej. Dlaczego (skoro ograniczamy się do trzech królestw!) nie można było w świetny sposób przedstawić historię angielskiej korony bez cięcia jej na konkretne skandale? Tutaj panuje porządek taki: rozdział "SEKS" - autor jebł wszystko, co było; "KAZIRODZTWO"? Jeb! następna porcja. A ty czytelniku nie o historii dumaj, tylko o skandalach.

I jeszcze bardzo ważny grzech tej książki. Niedokładność. Widać, że czasem Michael czegoś nie doczytał. Coś gdzieś zostało usłyszane, ale źle zrozumiane. Bo jak można było mieć taką kartę przetargową, jaką jest historia "Trupiego Synodu" i papieża Formozusa i nie potrafić jej przedstawić chociażby w połowie. Tak, jest napisane o "Trupim Synodzie", ale historia u Farquhara się gdzieś urywa. Może, gdyby dokończył czytanie rozdziału o Formozusie w innej książce, wiedziałby, że na tym ten skandal się nie zakończył, a był dopiero początkiem. Nie wykorzystał potencjału, a jeśli ktoś jest zainteresowany historią, to odsyłam tutaj.

No właśnie. I tak jest zawsze! Gdy coś mnie zainteresowało z tej zbieraniny skandali, to nie ma tu wiele informacji. Autor posługuje się słowami "seks", "kazirodztwo", "morderstwo", a zapomina, że za tymi wyrazami kryło się w historii coś jeszcze. Nie tylko pornograficzna pasja musi interesować czytelnika, ale też to, czego Farquhar chyba nie darzy dużym szacunkiem - motyw. I tak musiałem wejść na wikipedię, podjąć decyzję o dokończeniu "Dynastii Tudorów" (serial, który nie zawsze wierny - wierniejszy od tej pisaniny), bo to co zostało przedstawione, to tylko ciekawostka, którą umysł żądny wiedzy przyswoi, ale nie udobrucha. Z tego powodu jest warta polecenia osobom, które na bakier z historią, zaczną się nią interesować. Może "seksem" łatwiej im to przyjdzie.

niedziela, 18 marca 2012

Ed Strosser, Michael Prince - Najgłupsze wojny. Obywatelski przewodnik po nieudanych puczach, spapranych przewrotach, bezsensownych inwazjach i absurdalnych rewolucjach
















Data ukończenia: 15 marca 2012

Data utworzenia recenzji: 18 marca 2012

Recenzja:

Już któryś raz zauważam, że koszyki w hipermarketach z tanimi książkami to kopalnia skarbów. Za cenę jednego "bestsellera" w księgarni, można zakupić kilkanaście "bestsellerów", które nie znalazły nowego właściciela kilka lat wcześniej. Biblioteczka poszerzyła się o kilka ciekawe tytuły, a jednym z nowych nabytków jest recenzowana książka.

Pamiętam, jak zobaczyłem bardzo prostą okładkę i od razu zacząłem się zastanawiać nad wydaniem swoich sześciu złotych. Kupić, czy nie? Spis treści zadecydował za mnie. Dwie wojny paragwajskie były uwzględnione. Musiałem to mieć!

Książka jest napisana humorystycznie i już dawno mnie nie uradował żaden tytuł, który w zamiarach miał być śmieszny. Pełno drwin z sytuacji, jak i z ludzi. Przywary zasłaniają zalety niemal każdej osoby uwzględnionej na stronicach. Autorzy, którzy prawdopodobnie są amatorami historycznymi (stwierdzam to po bibliografii), w bardzo przystępny sposób opisali konflikty, które nieszczególnie łatwo były przedstawiane w szkolnych podręcznikach (chociaż z autopsji wiem, że według planów zajęć, historia kończy się na II wojnie światowej, nigdy nie zdarzyło mi się pisać kartkówki z okresu powojennego).

Z bardzo starych wojen mamy dojście do władzy w Cesarstwie Rzymskim rolnika i Czwartą Krucjatę, gdzie nie zginął żaden muzułmanin.W Ameryce Południowej widzimy wszystkie wojny paragwajskie, konflikty o ptasie łajno, czy brawurową akcję Argentyńczyków na Falklandach. W Europie pucze moskiewskie i monachijskie, wojnę radziecką z Finami i Afganami, zamach na Hitlera i konflikt Rumunia versus reszta świata.

O ile wyżej wymienione afery są bardzo dowcipnie opowiedziane, ale zarazem tak stworzone, że człowiek nie gubi się w natłoku informacji, o tyle Ameryka Północna i jej konflikty są potraktowane, jakbyśmy to wszyscy znali i nie potrzebne nam były wyjaśnienia. Właśnie w tych rozdziałach można zauważyć, że brak jest polotu, a humoru też niewiele, a jak jest, to bardzo wymuszony. Inwazja USA na ZSRR i w Zatoce Świń są tego dobrym przykładem. Ale rozdział pod tytułem "Rebelia Whisky", to szczyt nudy. Jedynie wojna USA-Grenada trzyma poziom pozostałych rozdziałów. Oznacza to prawdopodobnie, że Ameryka Północna nie miała ciekawych wojen lub były tak bezbarwne, że dowcipy nie pomogły.

Minusem jest ograniczenie się jedynie do trzech kontynentów. Brak Azji, Afryki i Oceanii. Z tego co widziałem, panowie zakończyli na tym swoją podróż po najgłupszych wojnach i następcy nie widać. Jednak zachowałbym się zupełnie nie fair, gdybym nie polecił jednej z ciekawszych książek babrającej się w brudach historii.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...