wtorek, 14 września 2010

Ian Fleming - Żyj i pozwól umrzeć


Data ukończenia: 3 marca 2009

Data utworzenia recenzji: 3 marca 2009

Recenzja:

Po "Casino Royale", pomimo tego, że podobało mi się, nie spodziewałem się odkryć czegoś ciekawego w następnym tomie przygód Jamesa Bonda. Raczej słaby warsztat Fleminga, sugerowałby, że dopiero uczy się pisać powieści. Chociaż pomysły miał na tyle ciekawe, że warte było zachodu sięgnąć po "Żyj i pozwól umrzeć".
 
Jednak nawet nie biorąc pod uwagę wcześniejszej części, obawiałem się samej fabuły, ponieważ oglądając film o tym samym tytule do dziś przechodzą mnie ciarki. I nie chodzi tu o jakiś niesamowity klimat tego filmu. Okres Rogera Moore'a uważam za bardzo nierówny, gdzie nie było żadnej przygody Bonda, która by mną zachwyciła. Najlepsze z Moore'm były dla mnie "Żyj i pozwól umrzeć" oraz "Człowiek ze złotym pistoletem", cała reszta była bardzo mocno "młodzieżowa". Tak widzę większośc filmów z Rogerem. Odkładając jednak film na bok, zająłem się drugim tomem książki.

I jeśli chodzi o warsztat, to się niesamowicie pomyliłem! "Casino Royale", przy tym tytule wygląda bardzo blado, wręcz jak recenzja akcji przy prawdziwej książce. Fleming postarał się tym razem o wiele więcej opisów sytuacji, Bond nagle zaczyna uczestniczyć w dynamicznych walkach, a nie przyprawiających o hemoroidy potyczkach w bakarata. Tym razem zabija i boi się być zabitym (szczerze powiedziawszy, jeśli chodzi o filmowych Bondów to najwierniej zagrał go Timothy Dalton, więc nie wiem dlaczego tak często się go krytykuje).

Ian Fleming dorzucił coś więcej ze swojej filozofii. Tym razem nie tylko pedantyczne podejście do jedzenia i przedmiotowe do kobiet, ale też bardzo nieodpowiednie podejście (zwłaszcza w dzisiejszych czasach) do ludzi koloru czarnego. Niektóre opisy, np. "w pomieszczeniu czuć było zapach potu dzikich, murzyńskich ciał", aż proszą się o interwencję w TVN. Z tego, co czytałem, mocno się dostało Flemingowi właśnie za uprzedzenia rasowe. Oczywiście jest tutaj sympatyczna rola Quarrela, jednak jest opisywany bardziej jako Piętaszek Bonda, niż jako wolna postać pokroju Leitera (swoją drogą, to co spotyka Felixa już w drugim tomie jest o tyle dziwne, że w filmach jest chyba za bardzo eksponowany, jako postać drugoplanowa).

Fabuła jest mocno zmieniona, i wykorzystana została nie tylko do swojego filmowego odpowiednika, ale też według mnie w "Tylko dla twoich oczu", "Pozdrowieniach z Rosji" i "Licencji na zabijanie". W sumie dobrze, bo pomimo, że film "Żyj i pozwól umrzeć" nie był taki zły, to jednak nie chciałbym przeczytać takiej samej nudnawej dłużyzny, jaką musiałem obejrzeć. Przedłużające się wątki oczywiście są, ale i tak jest o niebo lepiej niż w "Casino Royale" i przesłodzona ostatnia częśc tej powieści.

Ogółem, lepiej niż "Casino Royale", o wiele lepiej niż film o tym samym tytule - podobało mi się i będę brnąć dalej.


Opinia po półtorej roku:

Drugi tom przygód Jamesa Bonda, okazał się po czasie niestety nijaki. Nie jest to historia, którą mógłbym rozpamiętywać latami i analizować różne aspekty tej powieści.

Chyba największym minusem jest ciągła zmiana miejsca akcji. Nie można się na dłużej gdzieś zaklimatyzować, ponieważ fabuła rusza z kopyta już od samego początku. Wydawałoby się, że to powinno iść na plus, jednak jest to utrata flemingowej filozofii. Więcej miejsc na świecie opisanych - mniej przemyśleń Bonda. Dla mnie to chyba jeden z poważniejszych minusów, jaki może w tej serii się pojawić.

Ale innym problemem jest kobieta występująca w powieści - Solitaire. Jest to jedna z najpłytszych kobiet, jakie znam. Nie mogę sobie konkretnie przypomnieć moją reakcję w momencie, gdy próbowała przejść na stronę Jamesa. Teraz, jak sobie przypominam, było to lekko żenujące. Nie, że niemożliwe. Ale może taki bajer, w tamtych latach, rzeczywiście mógłby się sprzedać.

Irytowała mnie cała ucieczka Bonda z Solitaire, a było to jakieś pół książki. Drażnią mnie tego typu sceny, gdy jedna z uciekających osób jest kulą u nogi głównego bohatera. I nie chodzi tutaj o to, że występowały jakieś wypadki. Tylko o to, że postać jest nudna. Nudna osoba w najlepiej bawiącej się grupie potrafi położyć całą imprezę. Taka jest właśnie Solitaire. Nie jest nawet cieniem, ale połami płaszcza biegnącego Jamesa Bonda.

"Żyj i pozwól umrzeć" uważam za jedną ze słabszych części serii Iana Fleminga. Podejrzewam, że osoby, które poszukują w literaturze niezobowiązującej przygody w egzotycznych miejscach lepiej by ją ocenili. Jednak jest jeden powód dla którego warto przeczytać ten epizod. Quarrel i Strangeways. Obie te postaci występują w "Dr. No", książce idealnej. Pomaga to czerpać większą przyjemność z delektowania się tym tytułem. Jeśli jednak ktoś nie uznaje zasady czytania wszystkiego i w kolejności od początku do końca, to jest to tytuł, który można sobie darować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...