Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura iberyjska i iberoamerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura iberyjska i iberoamerykańska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2013

Carlos Maria Dominguez - Dom z papieru

















Data ukończenia: 20 marca 2013

Data utworzenia recenzji: 24 marca 2013

Recenzja:

Może to i chore, ale zapach grzyba i wilgoci przyprawia mnie o ekstazę. Nie chodzi mi tu o smażone wilgotne grzyby leśne, a te biblioteczne. Staram się przypomnieć niektóre, co bardziej urodzajne. Ten w "Cieniu wiatru", był co najmniej apetyczny. "Gra Anioła" nie miała aż tak dojrzałego, ale myślę, że trzeba będzie poczekać jeszcze kilka miesięcy (może lat) i wrócić na zbiory. "Ja, Najwyższy" miał takie zapachy, że kurendy dyktatora czytało się ze wzmożoną intensywnością. I przez cały ten czas wydawało mi się, że tego typu wonności dodają kilka punktów do ostatecznej oceny powieści. Miałem rację, ale nie zauważyłem jeszcze jednego czynnika! Co gra główne skrzypce w tych książkach? Książka.

Zapachy towarzyszyły mi i w tej powieści. Od czasu "Chilijskiego nokturnu" nie sięgałem po literaturę iberoamerykańską. Zebrała mi się niezła kupka, ale niestety nie wszystkie wykorzystują swój potencjał ("Namalowane okno"), przez co i ja nie czułem większego zapału do ich poznania. Jednak podczas pewnej spontanicznej wymiany zdań na LubimyCzytać.pl, jeden z użytkowników (bałem się podać dane wrażliwe, te grzyby na początku nie wszystkim muszą się dobrze kojarzyć) napisał do mnie ciekawą wiadomość kończąc cytatem z recenzowanej książki: "Jako czytelnicy szpiegujemy biblioteki przyjaciół, choćby tylko dla rozrywki. Czasami po to, żeby odkryć książkę, którą chcielibyśmy przeczytać, a której nie mamy, czasami po to, żeby dowiedzieć się, co pożarło zwierzę, z którym się zadajemy". Połknąłem haczyk. Minęło jednak sporo czasu, zanim do niej zasiadłem. Dopiero niechęć do ostatniego tomu wypocin Arthura C. Clarke'a zmusiła mnie do szukania ratunku w ramionach Domingueza.

Ciężko to nazwać powieścią, wygląda raczej na opowiadanie. Okładkę ma, strony też. "Alchemik" również miał, ale konsystencja zawartości różni się diametralnie. Okazało się, że ten wspaniały cytat, to nie jedyny warty zapamiętania. Ta mała książeczka to skarbnica tekstów!

Ale tekstami to i sam Paulo Coelho potrafi żyć. Ważne, czy fabuła nie rzęży. Bluma Lennon zakupuje w księgarni "Poezje" Emily Dickinson. Gdy zaczyna czytać potrąca ją samochód. Już w pierwszym akapicie rozstajemy się z nią, a miejsce zajmuje nasz główny bohater, który odbiera paczkę zaadresowaną do denatki. W środku znajduje egzemplarz "Smugi cienia" Conrada pokryty śladową ilością cementu. Pragnie znaleźć nadawcę i dowiedzieć się, co za historia kryje się za tą książką. Trop wiedzie do Urugwaju, do pewnego Carlosa. Książkowego zboczeńca, większego ode mnie.

Jeśli macie jakiś fetysz, trzymacie kalendarz i zapisujecie, kiedy przeczytaliście dany tytuł (wczoraj była trzecie rocznica przeczytania "Goldfingera"!), lubicie układać własne książki na półkach odpowiednią metodą, macie założone katalogi i inne dziwactwa - to ta powieść powinna należeć do Was. Ja tę biblioteczną będę musiał oddać, a szkoda, bo zapachu, który potęguje klimat książki, nie uświadczę, póki we własnym domu grzyba nie uhoduję.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Carlos Ruiz Zafón - Więzień nieba















Data ukończenia: 26 stycznia 2013

Data utworzenia recenzji: 11 lutego 2013

Recenzja:

Mam nieodparte wrażenie, że Zafón za wszelką cenę starał się uratować serię, a raczej poprawić jej jakość. Gdy wyszła "Gra Anioła" wydaje mi się, że wszyscy oczekiwali czegoś innego. Ja też! Chciałem, żeby wszystko było jasne, wytłumaczalne. Drugi tom pokazał nam kilka furtek, gdzie nie wiadomo było, po której stronie się opowiedzieć. Opętanie, czy choroba psychiczna? Sam klimat był tak dołujący, że wiele osób uciekło z cukierkowej (acz tajemniczej i mrocznej zarazem) Barcelony, bez ukończenia powieści. I przyznam się, że się nie dziwię. "Cień wiatru" "wychował" sobie nieco innych czytelników.

W najnowszym tomie fabuła skupia się bardziej na Ferminie Romero de Torres. Gdy pewnego razu do księgarni, znanej nam z pierwszej części, przychodzi inwalida, Danielowi Sempere otwiera to bramę do wspomnień swojego przyjaciela. Kim jest Fermin? Czy ich przyjaźń jest przypadkowa?

Odpowiedzi na te pytania są zawarte w przeszłości. W Hiszpanii - schyłek wojny domowej. Fermin trafia do więziennej celi, gdzie sąsiadem jest... David Martin, tytułowy "Więzień nieba". Wszystkie znaki mówią nam, że wydana trylogia jest ze sobą bardziej powiązana, niż wynikało to z drugiego tomu.

W recenzji "Gry Anioła" napisałem, że książka jest nie do pokochania. Niesamowitym jest to, że po przeczytaniu trzeciego tomu, pierwszą rzecz, na jaką mam ochotę, jest przeczytanie jeszcze raz przygód Davida Martin. "Więzień nieba" jest łącznikiem między pierwszym, a drugim dziełem, który jest napisany w taki sposób, że wybaczam wszystkie grzechy, jakie popełnił Zafón w kontynuacji bestselleru. Jeśli wydaje się Wam coś niejasne w "Grze Anioła", tzn. że takie miało być. Odpowiedzi udzielane są w tym, najnowszym, tomie.

Oczywiście powątpiewam w to, że autor pod naciskiem krytyki stworzył trzecią część, która objaśniałaby zasady panujące w drugim. Ale jak na zawołanie, po nieciekawych opiniach, napisał coś, do czego nie mogę się przyczepić. Fermin nadal rozsiewa swój optymistyczny pesymizm, połączony z wulgarnością/rubasznością. Dodaje trochę uśmiechu do nędznej sytuacji, w jakiej się znajdują bohaterowie, przez co książka jest sympatyczniejsza w odbiorze.

Ale ogromny minus, za to, że książka jest tak krótka. Z jednej strony rozumiem, że opowieść tego tomu jest zakończona - zostawia nam ogromnej wielkości furtkę do ostatniego już, czwartego. Z drugiej - tyle lat czekania, a wydanie z dużymi literami nie wydłuża przyjemności (o czym polskie wydawnictwa zapominają, w przypływie wymyślania ceny z kosmosu).

Warte przeczytania! Czekam na kolejny tom z niecierpliwością. Nie nabierajcie się na tekst, że można czytać w różnej kolejności. Nie po to w książkach piszą rok oryginalny wydania, żeby się nim nie sugerować. Poznanie "Cienia wiatru" i "Gry Anioła" (wiem, że dużo osób nie dokończyło tego tomu), daje więcej możliwości odkrywania świata w "Więźniu...". Jak dla mnie - najlepszy łącznik, który podreperował reputację po drugim tomie.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Carlos Ruiz Zafón - Gra Anioła
















Data ukończenia: 22 czerwca 2009

Data utworzenia recenzji: 22 czerwca 2009

Recenzja:

Drugi tom z czteroksięgu poświęconego XX-wiecznej Barcelonie. Tym razem fabuła dzieje się kilkanaście lat przed "Cieniem wiatru" i opisuje zupełnie inną historię, nie nawiązującą do poprzedniego tomu. Czytać można dowolnie, chociaż kilka znajomych osób pojawia się tutaj, obok Cmentarza Zapomnianych Ksiąg, więc można sobie popsuć trochę zabawy nie szanując pracy autora. 

Fabuła, w skrócie, dotyczy młodego pisarza, który dostaje zlecenie napisania nowej religii od faceta, który zachowuje się, jak typowy diabelski elegant. I w zasadzie tylko tyle można opowiedzieć, cała reszta byłaby już spoilerowaniem, a ten kto czytał "Cień wiatru" wie, jak trudne jest streszczenie książki Zafóna. 

Bardzo mroczny klimat... Nawet Isabella, która jest odpowiednikiem Fermina, i jej watki humorystyczne podkreślają panujące w tej powieści mroki. Czuć kwaśność, siarkę, i spaliny z początku XX wieku. Czuć choroby i jej konsekwencje, które dopadają głównego bohatera. Zaczyna się w trakcie czytania wątpić w jego poczytalność.

Akcja toczy się powoli, by na sam koniec przyspieszyć, co dla mnie osobiście jest na minus. Przez pięćset stron wszystko jest rozwlekane na tyle mocno, że można się pogubić przez żółwie tempo. Na ostatnich stu stronach wszystko niepotrzebnie pędzi na zawał serca tak, że też potrafiłem się we wszystkim pogubić. Do tego dochodzi dużo znaków zapytania. Przez cały dzisiejszy dzień rozmawiałem na temat fabuły z ludźmi, którzy przeczytali "Grę Anioła" i każdy inaczej ją interpretował. Często w konkluzjach dochodziło nawet do wypaczania tego, co zostało napisane, bo znaki zapytania pojawiały się w newralgicznych dla historii miejscach. 

I teraz tak myślę, że po tym jak "Cień wiatru" czytelnicy pokochali, tak "Grę Anioła" raczej będą krytykować. Przez tą dojrzałość i mrok. Przez niedopowiedzenia i wolne tempo. Sam uważam, że to najmroczniejsza książka, jaką przeczytałem od jakiegoś czasu. Pod wieloma względami jest lepsza od pierwszego tomu, ale podejrzewam, że niestety nie do pokochania. Co nie oznacza, że mi się jako całość nie podobała. To jest kolejna bardzo ciekawa historia Zafóna i czekam na tom trzeci. A sam jednak polecam przeczytać najpierw "Cień wiatru", a dopiero potem brać się za "Grę Anioła".


Opinia po czterech latach:

Ostatnia recenzja z moich archiwalnych zbiorów jest całkowicie nie do zmienienia. Nie ma tutaj nic, co próbowałbym wycofać. Nadal uważam, że jest nie do pokochania, ale i tak jest to kawał świetnej roboty. Mam dużo pretensji do tych wszystkich zawirowań w fabule. Gdy czytałem "Cień..." miałem wrażenie, że po Barcelonie biega nadprzyrodzona forma, która niszczy miasto. I się pomyliłem, tragedia, jaka się tam działa, swoje źródło miała w bardzo rzeczywistych realiach. W "Grze..." miałem wrażenie, że Zafón znów użyje tego schematu i wiedziałem, że wszystkie "dziwne" rzeczy będą miały swoje wytłumaczenie. Tak się nie stało i chyba to jest mój największy zawód.

Mam teraz książkę "Więzień nieba" i bardzo ciekawi mnie, czy autorowi uda się przeskoczyć poprzeczkę "Cienia...", czy tylko zaliczy dobry poziom.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Carlos Ruiz Zafón - Cień wiatru















Data ukończenia: 23 kwietnia 2009

Data utworzenia recenzji: 23 kwietnia 2009

Recenzja: 

Z rezerwą podchodzę do bestsellerów, przez takiego Dana Browna i Stephanie Meyer od "Zmierzchu". "Cień wiatru" zawsze był stawiany, jako wybitna książka i często kojarzyła mi się z obłudą literacką - każdy wypowiadał się na jej temat, lecz tylko garstka miała ją w ręku. Dopóki moja nowa diva, nie uświadomiła mnie, że powinienem przeczytać, a nie pieprzyć głupoty. Żeby mieć wspólny temat do rozmowy, zrobiłem to.

Arcydzieło, fenomenalna. Ostatnie 3 dni żyłem tylko tą książką. Jeszcze wcześnie rano zastanawiałem się czy zapiszę ją jako książka wspaniała, czy trafi od razu na listę prywatnych arcydzieł. To, że nawet teraz czuję lekkie podniecenie po przeczytaniu tej książki sugeruje, gdzie powinienem ją umieścić. Trzymam w ręku wydanie wypożyczone, ale zdaję sobie sprawę, że jest to powieść, która zostanie zakupiona do mojej biblioteczki w najbliższym czasie.

Swoją drogą strasznie dziwne, że nikt nie pokwapił się, by wykupić praw do zekranizowania tego dzieła. Serial, film, a nawet gra komputerowa (klimat Gabriela Knighta pozbawiony wątków fantastycznych), coś mi się wydaje, że komuś się przysnęło przez te kilka ostatnich lat.


Opinia po trzech latach:


Aż nie chce mi się wierzyć, że to już trzy lata... Analizując recenzje, które zebrałem od 2005 roku zauważam, że żadna z książek, które miałem okazję przeczytać od tego do 2009 roku nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak "Cień wiatru". Mało tego! Gdybym miał opisać, z jakich klocków jest złożona powieść, powiedziałbym, że z szybkości, ciepła i konsekwencji. Nie ma tutaj przestojów, fabuła jest poszatkowana, ale w całości wyjaśniona i migiem się przez nią przechodzi. A ciepło? Pal licho wątki miłosne i przyjaźnie! Czytając, czułem zapach kurzu na książkach, wilgoci i grzyba. Niczym w antykwariacie (inna sprawa, że powieść była wypożyczona z biblioteki, ale mam nadzieję, że to nie od tego zależało)! Jaka książka do tej pory potrafiła kogokolwiek tak wciągnąć, że czuło się te nie zawsze przyjemne zapachy?

Podejrzewam, że pewnie jakieś 90% miłośników książek podłechtała sama fabuła. Daniel znajdujący powieść "Cień wiatru" na Cmentarzu Zapomnianych Książek. Zaciekawiony warsztatem Juliana Caraxa, autora, szuka jego pozostałego dorobku. Okazuje się, że ktoś pali wszystkie dzieła i zamierza zutylizować także tą w rękach Daniela. 

No niech ktoś powie, że nie łechta! A jeśli nie, to proszę o konkretne tytuły, które pociągają bardziej. To nie drwina, ale prośba!

Mam jeden tylko minus dla tej książki. Osoby, które nie chcą sobie zepsuć czytania, proszone są o ominięcie tego akapitu. To co najbardziej mnie rozczarowało, to niestety, trochę za mało łez. Przez całą książkę, byłem przekonany, że Fermin Romero de Torres zginie, śmiercią bohaterską. Przyznam się nawet, że żal mi się robiło na samą myśl, że nie dożyje ostatnich stron i miałem nadzieję, że przeżyje. Ale na końcu byłem tak rozczarowany... Nie wiem od czego to zależy, podejrzewam, że za mało było prawdziwego smutku. Nie chodziło o tragedie i ludzkie problemy, ale o czysty smutek! Ponoć Fermin, a raczej jego historia, gra główne skrzypce w najnowszym tomie Zafóna, więc pretensja do jego roli jest w tym momencie bezpodstawna. Wtedy była.

Dlaczego dopiero teraz umieszczam recenzję takiego arcydzieła? Z dwóch powodów. Pierwszy, zbliżająca się premiera trzeciego tomu. "Więzień nieba" wychodzi już za kilka dni i nie ma szansy, żebym jej nie przeczytał. Drugi, po tylu latach zacząłem czytać książkę, która zawiera dokładnie te same składniki, jakie wymieniłem wcześniej. Jest to "Troja: Pan Srebrnego Łuku" Davida Gemmell'a. Już dawno nie czułem się tak świeżo podczas czytania.

Porównując jedną recenzję z drugą widzę, że trzy lata minęły i tylko jedna rzecz się zmieniła. Ówczesna diva zniknęła, za to pojawiła się nowa złodziejka serca, którą z miejsca pozdrawiam. Przez pryzmat tego, wyobraźcie sobie, jaką moc ma ta książka!

wtorek, 27 marca 2012

Paulo Coelho - Zwycięzca jest sam
















Data ukończenia: 1 czerwca 2010

Data utworzenia recenzji: 1 czerwca 2010

Recenzja:

To trzecia książka Coelho, którą przeczytałem i chyba najlepsza.

Najnowsze dzieło Coelho podejmuje temat kina, wybiegów, pustych gwiazdek, "Superklasy" i wiele innych obłudnych rzeczy, do których normalni ludzie próbują się zbliżyć. 

Igor to rosyjski multimilioner, który wybiera się na Festiwal w Cannes. Kilka lat temu opuściła go żona, która wybrała Hamida, projektanta mody. Igor myśli, że Ewa, jego była żona, chce do niego wrócić, tylko nie ma odwagi. Zamierza jej w takim razie pomóc, a przy okazji pokazać, że kocha ją tak mocno, że potrafi dla niej zrobić wszystko. Nawet "unicestwiać światy". 

Całość toczy się w ciągu jednego dnia. Poznajemy masę bohaterów, którzy prędzej czy później mogą paść ofiarą Anioła Śmierci. Są to modelki, które starają się za wszelką cenę dostać na wybieg, początkujące aktorki, które wejdą do łóżka za cenę sławy. Coelho opisuje wszelkie zakamarki tego biznesu, gdzie stare gwiazdy usiłują robić skandale, by móc jeszcze raz poczuć oddech "sławy" na karku. 

Drwi z tych czynności. Ośmiesza i demaskuje panującą obłudę. Opisuje cały ten szał, jako pogoń za idiotycznymi trendami, zamiast poświęcić się poprawianiu rozwoju duchowego. I to chyba jedyny przytyk do tej książki. Coelho znów miesza duchowość, gdzie ja zamiast rozwoju, napsiałbym: "bądź sobą i czyń to czego sam pragniesz". Ale to jedyna uwaga do książki. Całe te dywagacje na temat "sławy" to tylko dodatek, bo fabuła to czysty kryminał, gdzie oglądamy zbrodnie z oczu mordercy, a policja i detektywi to osoby drugoplanowe. Igor to osoba, która święcie wierzy, że zabija w imię miłości i Boga, a złe demony próbują budzić w nim wątpliwość: czy rzeczywiście kobieta, którą kocha jest warta niszczenia niewinnych światów? 

Sama końcówka jest poprostu idealna, na tę książkę. Lepszego zakończenia, bym chyba nie wymyślił. Jeśli mam polecić, jakąś jego powieść, to jest to właśnie ten tytuł.


Opinia po dwóch latach:

Gdy pisałem swoje recenzje wątpliwej jakości dzieł Coelho, opinia o nim była bardziej pozytywna niż w tej chwili. Już samo to, że zgnoiłem "Alchemika", spowodowało, że wśród niektórych znajomych ogłoszono mnie ignorantem bez duszy (pewnie Świata), a innych bohaterem, bo miałem czelność napisać krytykę (niektórzy nie zauważyli, że anonimową). Takie były czasy. Dziś napisanie czegoś złego o Paulo jest passe, bo wszyscy to już robią. Pojawiają się odpowiednie bon moty, które kpią z geniusza. Osoby czytające "Alchemika" są teraz w pewien sposób szykanowane i z zasady gorsze. Straszna nagonka na tego Coelho!

Ale tym razem uratuję go chociaż w tej recenzji. Znajoma, jego wielbicielka, po przeczytaniu "Zwycięzca jest sam" stwierdziła, że to już nie ten poziom i tak samo, jak nowa książka ("Alef") to zupełnie inny Coelho. No cóż, są różne gusta, ale tak sobie przypominam, że brak tych wszystkich duchowych wpychadeł w jego powieściach wypada jedynie na plus.

Nie jest to może wybitna literatura, ale ciekawie się czyta i zakończenie jest bardzo dobre. Dlaczego warto przeczytać? Zarówno wrogowie, jak i wielbiciele, powinni się zatopić w tej historii, żeby jedni zobaczyli, że nawet Coelho może zostać nazwany prawdziwym pisarzem, a drudzy, że prawdziwa literatura to nie kilka krótkich akapitów z pseudoreligijnym pierdnięciem (gwoli wyjaśnienia marudnikom - moje krótkie akapity, to recenzja!).

sobota, 11 lutego 2012

Roberto Bolaño - Chilijski nokturn
















Data ukończenia: 6 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 11 lutego 2012

Recenzja:

Literatura iberoamerykańska jest specyficzna i nie przemówi do wszystkich. Charakteryzuje się chaosem w tekście, niedopowiedzeniem, a także próbuje nie oceniać moralności. Do dwóch wielkich dzieł, które mają w sobie wymienione cechy zaliczyć można "Grę w klasy" Cortazara i "Ja, Najwyższy" Bastosa. Znacznie mniejszą powieścią, ale spełniającą te kryteria, jest recenzowany właśnie "Chilijski nokturn" Bolaño.

Już dawno nie zdarzyło mi się przeczytać książki w jeden dzień. Siedząc sobie w kawiarni w ciągu trzech godzin przeczytałem powieść kupioną za 99 groszy w przecenie. Uwielbiam tę serię wizualnie i gdy jest możliwość dokupuję książki, które ładnie komponują się na półce. Jednak po "Namalowanym oknie" Somozy wiem, że znaczna część tych utworów nie przypadnie mi do gustu. Bolaño to osoba, której nie znam, a z zakupionych pozycji, wybrałem najmniejszą i najlżejszą.

Ksiądz Lacroix, który przez całe życie prześladowany jest przez "podstarzałego młodzieńca", cierpi w łóżku i wspomina swoje życie. Czego tutaj nie ma? Jest i Allende, i pucz Pinocheta. Główny bohater żyje z tymi autentycznymi postaciami i spotyka je na swojej drodze. Ma okazję uczyć marksizmu Augusto, który jeszcze nie doszedł do władzy. Widzi największe zmiany zachodzące w Chile. Nie jest do końca przekonany, czy to co robi jest dobre, czy nie. 

Jednak to nie jedyne historie, które pojawiają się na 130 stronach. Ksiądz Sebastian zwiedza europejskie kościoły i sprawdza, jak są konserwowane. Widzi swoich europejskich "braci", którzy są sokolnikami i używają swoich zwierzątek do polowania na gołębie, które brudzą ściany klasztorów. Czyż gołąb nie jest symbolem Ducha Świętego?

Inna historia tyczy się pewnego pomieszczenia w domu Marii Canales, w którym pewien gość podczas wspólnego wieczoru zobaczył nagą, przywiązaną do łóżka osobę. I dlaczego dziecko Marii ma taką smutną twarz, kiedy niania zabiera go na górę, do swojego pokoju? Czy jego oczy widzą coś, czego nie chcą widzieć?

Bo cały sens książki zawarty jest w jednym z pierwszych zdań na pierwszej stronie powieści: "jest moralnym obowiązkiem człowieka odpowiadać za własne czyny i za własne słowa, a także za własne milczenie...".

Trudno mi ocenić pozycję, bo z jednej strony jest to bardzo dobrze napisana książka, którą bardzo szybko się czyta i ma pewne elementy fabuły, które przytwierdzają do kawiarnianego fotela, aż do samego końca. Z drugiej strony nie jest to powieść, którą trzeba przeczytać, a przypomnienie sobie niektórych fragmentów byłoby dla mnie niemożliwe, gdybym nie pisał recenzji z powieścią Bolaño na kolańo.

piątek, 20 stycznia 2012

Paulo Coelho - Weronika postanawia umrzeć
















Data ukończenia: 27 kwietnia 2010

Data utworzenia recenzji: 28 kwietnia 2010

Recenzja:

Książki: "Alchemik" i "Weronika postanawia umrzeć" pojawiły się w domu w tym samym czasie. Zacząłem czytać lepszą według ogółu, chociaż tematyka bardziej mi pasowała w drugiej powieści. Całe szczęście, że zmusiłem się ją zacząć.

Weronika postanawia umrzeć, bo każdy jej dzień nie różnił się od poprzedniego. Zażyła solidną porcję tabletek nasennych, ponieważ inne metody samobójstwa mogłyby sprawić przykrość jej rodzicom. Żadnej krwi - romantyczna śmierć. Jednak coś się nie udaje i zostaje odratowana. Szybko przetransportowują ją do szpitala psychiatrycznego, jednak lekarze ostrzegają, że przeżyje tam tylko tydzień, ponieważ serce nie wytrzymało takiej dawki tabletek. Główna bohaterka zaczyna spotykać "wariatów" i zastanawiać się nad swoim losem.

Każdy czytający książkę prawdopodobnie domyślał się, jak to się skończy. Ja byłem lekko zaskoczony, bo po autorze spodziewałbym się czegoś bardziej religijno-mistycznego. A tu takie zakończenie, które nie dość, że z każdej strony jest wyjaśnione, to jeszcze do zaakceptowania!

Jednak sam główny wątek, jest niemal identyczny do tego z "Alchemika". Znowu pojawiają się pytania, co do spełniania swoich najskrytszych marzeń, zahacza mocno o religię. Są sceny, gdzie dusza wariatki wylatuje z ciała i obserwuje otoczenie. I są na swój sposób, jakoś tłumaczone. Niekoniecznie te tłumaczenia przypadły mi do gustu, ale cała fabuła, w którą wplątane są te wątki, rzeczywiście zmienia całkowicie moje podejście. Da się to czytać, a nawet sprawia przyjemność poznawanie nowych postaci i ich tajemnic.

Paulo zaczął używać bardziej wyrazistych, wymownych zdań. Czyta się płynnie i nie odczuwa się przemęczenia materiałem. Brak tutaj jakichś większych wymuszeń ze strony autora do zadumy, tak jak w przypadku "Alchemika". Co śmieszniejsze, uważam, że w całej "Weronice..." zawarte jest jakieś 70% nauk z "Alchemika", których tam nie cierpiałem. Tutaj, albo uważam je za dobre, albo nie zwracam uwagi. Jednak można sprzedać dwa razy to samo, ale wydając historyjkę sprawniej skonstruowaną.

Coelho napisał chyba najbardziej przystępną scenę seksu, jaką czytałem. Do tej pory, w innych książkach, wszystkie były nudne, pozbawione jakiejś werwy. Czasem zastanawiałem się, czy autorzy danych książek rzeczywiście robili czynności podobne do tych opisywanych w swoich powieściach. Coelho rozpisał się na kilka stron ze sceną masturbacji głównej bohaterki i muszę przyznać, że jest mocno pikantna (nie aż tak, jak te tanie historyjki z porno serwisów), ale też przyjemnie się czyta. Wszystko jest na eleganckim poziomie, gdzie można się czerwienić, ale jeszcze nie chichotać.

Cały wczorajszy dzień myślałem, jak ocenić jeszcze tę książkę. I wiele więcej nie ma do napisania, bo jest bardzo dobra. Wszystko najgorsze z "Alchemika" poszło won. I nawet cieszę się, że miałem okazję przezwyciężyć ten wstręt, bo Coelho okazał się naprawdę bardzo porządnym autorem. Miałem obawy, że to może tylko jedna taka perełka w jego twórczości. Ale już z tego samego źródła dowiedziałem się, że "Zwycięzca jest sam", jest jeszcze lepsza niż "Weronika...". Wierzę na słowo i chętnie sprawdzę, jak ta została napisana.


Opinia po dwóch latach:

Jestem trochę zszokowany swoją entuzjastyczną opinią. Książka jest ok, ale tak pochlebna ocena jest wynikiem tego, że poprzednia czytana jego powieść jest tak mdła i oczywista, że wystarczyło napisać przepis kulinarny, by mówić o rozwijającym się autorze.

Zaskoczeniem było dla mnie również pojawienie się akurat tej pozycji w "1001 książek, które musisz przeczytać". Żaden "Alchemik", żadne "Pierdy", a właśnie "Weronika". Gdybym miał wybrać, którąkolwiek pozycję napisaną przez Coelho (a czytałem tylko cztery), to również wybrałbym tydzień z samobójczynią. Nie jest to historia wybitna, bo kojarzy mi się multum historii w ten sposób opisanych. Jednak jeżeli ktoś ma zamiar przeczytać po raz pierwszy wypociny "boskiego" Coelho, to powinien "Weronikę" postanowić przeczytać.

piątek, 15 lipca 2011

José Carlos Somoza - Namalowane okno

















Data ukończenia: 14 czerwca 2011

Data utworzenia recenzji: 15 lipca 2011

Recenzja:

Literatura iberoamerykańska, to ostatnimi czasy, dosyć popularny u mnie temat. Na "gwiazdkę" otrzymałem cztery pstrokate okładki kolejnych tomów z serii Salsa, z wydawnictwa Muza. Dużo czasu upłynęło, kiedy w końcu mogłem się do nich zabrać. Na pierwszy ogień wziąłem "Namalowane okno".

Książka opowiada o Javierze, który występuje w dwóch postaciach: ojca, którego problemem jest chory syn, oraz maniaka filmowego, którego problemem jest niemożliwość znalezienia nowych zdjęć jego ulubionej aktorki - Jodie Foster. Pewnego dnia, jedna z tych postaci dowiaduje się przykrych rzeczy o swojej żonie, a druga o istnieniu pewnej filmoteki, zwanej SOLEDAD (Samotność), gdzie można zamawiać seanse filmowe, po których ludzie zaczynają wariować.

Problem polega tylko na tym, że nie zauważyłem jakiegoś punktu łączącego te dwie historie. Jedyne, co je łączy, to postać głównego bohatera. W trakcie czytania, byłem pewny, jakie będzie zakończenie. Stawiałem, że nagra na kasecie video ostatnie dni życia syna, aby wykorzystać umiejętności filmu do zachowania obrazu. Banalne? Może i tak. Ale przynajmniej moja interpretacja miała jakikolwiek sens, bo to co czytałem w rzeczywistości nie ma, moim zdaniem, ani logiki, ani spójności, ani nie daje przyjemności z lektury.

Książka zapowiadała się z początku bardzo ciekawie, jednak z biegiem stron zacząłem zauważać, że dojdzie to do bredni, gdzie prosta, intrygująca historia została zniszczona intelektualnym popiardywaniem, którego nie rozumiem.

środa, 1 czerwca 2011

Paulo Coelho - Alchemik





















Data ukończenia: 10 kwietnia 2010

Data utworzenia recenzji: 18 kwietnia 2010

Recenzja:

Dużo słyszałem na temat tego autora i przez cały czas podchodziłem do niego sceptycznie. Jeśli zbyt dużo osób zaczyna rzucać pozytywne hasła na temat dzieł jednej osoby, widzę w tym jakieś dziwne koneksje. Jedyny do tej pory wyjątek to Zafon, którego bardzo dobrze wspominam. Czas na innego, okrzykniętego "wspaniałym", pisarza. 

Osoby, które zachęcały mnie do przeczytania jakiejkolwiek książki Coelho, same mnie odpychały. Zauważyłem pewną tendencję, że są to w 99% dziewczyny z jakąś traumą. Niekoniecznie samotność, ale pewne zagubienie w życiu. Osoby, które chciałyby być sobą, ale w gruncie rzeczy nie mają odwagi. I może to na wyrost powiedziane, ale tak mi się zawsze fanki Coelho kojarzyły. W końcu odważyłem się sięgnąć i sam przekonać. 

Pierwsze co się rzuca w oczy, to duże bukwy, pół stronicowe luki i 215 stron. Znaczy się, coś co udaje książkę. Spokojnie by sie zmieściło na 100 stronach, a widziałem już "większe" wydania "Alchemika". 

I od razu przechodzę do najważniejszego. Do treści. Jest kiepsko. Od samego początku ma się wrażenie, że napisane jest dla debili. Prosty język, dla osób, które odeszły od gara i chcą się zatopić w pseudointelektualnego harlequina. Naiwna opowiastka, lepiej określić, jako przypowieść o czymśtam, co tam tylko kto zechce. 

Z jednej strony jest prosta, z drugiej używa słów, których w żaden sposób nie wyjaśnia. Prawdopodobnie sam miałem się domyślić ich znaczenia. Na każdej stronie używane są puste hasła, takie jak: Dusza Świata, Własna Legenda, Język Wszechświata. Nie jestem głupi i domysłam się z kontekstu o co chodzi. Ale to zagrywka pokroju filmów z serii np. Matrix. Na każde niewyjaśnialne pytanie odpowiedź jest jedna: Matrix. W tej książce jest to Dusza Świata. 

Dochodzi do tego, że na każdej ze 100 stron (nie oszukujmy się, że jest ich tam 215) tworzą się jakieś infantylne pytania, których bym nie zadał. Odpowiedź jest jasna, jak słońce, czyli żadna. Moja irytacja narasta, gdy zaczynam odczuwać, że ta niejasna odpowiedź jest stworzona tylko po to, by oszukać mnie, że zawarty jest w niej jakiś niezrozumiały dla mnie mistycyzm. Powinienem czuć, że jestem głupi, jak andaluzyjski pasterz owiec. Nie czuję się tak, ale brnę dalej, bo przecież czegoś ta przypowieść ma mnie nauczyć i wyjaśnić o (proszę wstać) Duszy Świata (proszę usiąść). 

Z czasem okazuje się, że wychodzi szydło z worka i autor pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Niczym wstydliwy chłopczyk pokazuje nam w dziwnych słowach Boga, ale jeszcze nie używa jego imienia. Punkt kulminacyjny nadejdzie pod koniec, gdy wyjaśnić niewyjaśnialnego się nie zdąży. Zawsze można zrzucić na Pana Boga, nie? 

To jeszcze nic. Najbardziej irytującą mnie rzeczą było wymyślanie nielogicznych pierdoł. Najlepszym przykładem jest rozmowa głównego bohatera z pustynią, wiatrem, słońcem i Ręką (w domyśle Pan Bóg, chociaż ja z nudów wyobrażałem sobie, że rozmawia z ręką Pana Boga, co nawet mnie rozbawiło!). Ulubione słowa Coelho wyliczane są w tej części niczym orgazm (DŚ, WL i JW). 

Główny bohater pyta pustynię czy może zamienić go w wiatr. Ta odpowiada, że nie może, bo nie wie co to Miłość (nowe słowo z wielkiej litery, czyli ważne!). Poleca wiatr, ten też nie wie, więc poleca słońce. Słońce wie, co to Miłość, ale nie potrafi przemienić go w wiatr. O dziwo zna Duszę Świata. Więc poleca Rączkę. I tak dalej. 

Nie irytuje mnie fakt, że rozmawia z taki koleżkami, jak tamta czwórka. Zastanawia mnie: kto do jasnej cholery ustala te dzikie zasady? Dlaczego Słońce wie co to Miłość? Gdzie są wytłumaczone te moralitety? Skoro Słońce wie, to dlaczego Wiatr jest tak do tyłu z uczuciami? Kto zadecydował, że Słońce powinno wiedzieć, a reszta nie? Czy to Rączka decydowała o tym, że Słońce będzie ciągnąć więcej profitów z wiedzy o Miłości? 

Ręce mi opadły, jak to czytałem. Nienawiść do tej książki sięgnęła, w tym fragmencie, zenitu. Całe szczęście zakończenie uratowało nieco tę książkę. Nie, że zmieniło mi się nastawienie do niej, ale dobrze, że chociaż jedną rzecz doprowadził do końca. Paulo mógł w końcu zapomnieć, o czym zaczął pisać na początku przez te jego wielkie przemyślenia o DŚ. 

To nie książka. To broszurka religijna. To co pisałem o osobach zakochanych w Coelho, po przeczytaniu książki, nadal pozostaje w moich odczuciach. Mały przewodnik dla samotnych, zgorzkniałych, ludzi w depresji lub nie potrafiących się pogodzić z jakimiś błędami z przeszłości. Które prawdopodobnie nie mają zamiaru z tym walczyć, ale chciałyby poczytać o kimś odważniejszym. Prosty język, nieprzemęczająco napisana. Kartki lecą szybko. Za wiele niewymagająca dla takich osób. Istny harlequin, tylko na inne tematy. 

W ciągu ostatnich pięciu lat nie czytałem gorszej książki. Wszystkie 'ochy' i 'achy' są obrzydliwe. Nie mogę pojąć fenomenu tego czegoś. Nawet uważam, że większość osób zachwalających ją nie zrozumiało jej (tego ukrytego sensu, a raczej zagmatwanego przez prosty język). Lub co gorsza, w ogóle jej nie przeczytało. Byłem zmęczony po ukończeniu. Małe to takie, a cierpiałem podczas czytania. Gdyby nie moja zasada, że czytam do końca wszystko co zacząłem, wyrzuciłbym tę książkę w cholerę! Do całości brakowało mi jakiegoś kuriozalnego wieloryba zjadającego światy, czy innego Wielkiego Zderzacza Hadronów. A jedyne co mi się podoba w Coelho to:... muzyka na oficjalnej polskiej stronie: 


I minął tydzień od przeczytania. Miałem już nie sięgnąć po żadną inną jego książkę w ciągu następnych dwóch lat. Ale moja rodzina, która również negatywnie oceniła treść, zasugerowała, żebym przeczytał "Weronika postanawia umrzeć". Odłożyłem nawet Fleminga, żeby sprawdzić. I rzeczywiście, zaczyna się nieźle. A nawet mogę powiedzieć, że przy tym tytule mnie nie irytuje Coelho w ogóle. Ale to już następnym razem.


Opinia po roku:

Bez zmian.

środa, 11 maja 2011

Paulo Coelho - Walkirie
















Data ukończenia: 23 kwietnia 2011

Data utworzenia recenzji: 11 maja 2011

Recenzja:

Chwilę po zakończeniu "Ja, Najwyższy", wziąłem do ręki "Walkirie" przecenianego według mnie Paulo Coelho. Obiecałem sobie, że przez dłuższy czas będę omijał tego "oświetleńca" szerokim łukiem. Jednak jest to kolejna książka na wymianę, więc musiałem ją zaliczyć, by funkcjonować jeszcze w swoim towarzystwie.

Fabuła jest prościutka. Paulo Coelho opisuje swoją podróż po pustyni Mojave, gdzie przez czterdzieści dni szukał swego Anioła, którego chciał zobaczyć i porozmawiać z nim. Ważne w całej powieści jest to, że cała historia zdarzyła się naprawdę, a tylko nieliczne elementy są fikcyjne. Przynajmniej tak sugeruje autor.

Towarzyszyć mu będzie w podróży jego żona, Chris Coelho, dzięki której Paulo będzie mógł wstawić opinię jaką ma on sam o samym sobie. Żenujące by było przecież, gdyby sam Paulo opowiadał o sobie w samych superlatywach. Dlatego "wrzuca" w usta swojej żony opisy, przymiotniki i inne wykwintne wyrażenia, które sugerują, że bycie obok Coelho to bardzo orgazmiczne przeżycie. I tak już na samym początku, Chris Coelho  oświadcza nam, że seks z Paulo to duchowe/niebiańskie doświadczenie. I tak jest mniej więcej przez całą książkę. Każda kobieta czytająca "Walkirie" powinna przy niemal każdej stronicy być zazdrosna o takiego faceta. Ach ten Paulo!

Przypomina mi to pewne autobiografie, w którym ludzie porównują się do Bonda (między innymi Ibisz). Gdzie wypada to po prostu żenująco. Są pewne określenia, które mogą być co najwyżej nadane przez inne osoby. Jeśli stajemy się "samozwańczym" Bondem musimy liczyć się z drwiną osób, które będą świadkami "samoukoronowania". Identycznie jest i z tą książką.

I chciałoby się jeszcze coś z tego wykrzesać, ale książka jest nawet niewarta zjechania tak, jak zrobiłem to w recenzji "Alchemika" rok temu. Krótka i nudna. Tak jak w tamtej pozycji jest dużo haseł i pseudogłębi, tak i tutaj tego nie zabrakło.

No i zastanawia mnie jedno. Czy takie książki nie powinny być wydawane po śmierci autora? Wtedy nie byłyby żenujące. Dziwi mnie to, że ktoś nie miał wstydu bawić się w takie pisarstwo. Ta książka to taki "niewinny pomnik" Paulo Coelho, przez niego samego pisany/wystawiony.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Augusto Roa Bastos - Ja, Najwyższy
















Data ukończenia: 17 kwietnia 2011

Data utworzenia recenzji: 25 kwietnia 2011

Recenzja:

Zanim zacznę recenzować samą książkę, powinienem najpierw przedstawić moją ewolucję "miłości" do Paragwaju.

Wszystko zaczęło się w 1998 roku podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej we Francji. Były to moje pierwsze, które oglądałem z zacięciem w telewizji, a ponieważ z "natury" byłem bramkarzem, obserwowałem właśnie tych zawodników na boisku. I tak poznałem swojego guru na wiele lat - paragwajski bramkarz, José Luis Chilavert. I ci, którzy mnie znają, wiedzą, że muszę zawsze zgłębić temat, przeczytać opinię/historię i liczne ciekawostki. Już nawet nie na sam temat, który mnie interesuje, ale też na te, które zazębiają się minimalnie o wiadomości dla mnie najważniejsze. I tak zacząłem przekartkowywać historię paragwajską ze źródeł, jakie dotychczas miałem. Czyli niewiele tego było, bo nawet o dostępie do internetu mogłem wtedy tylko pomarzyć. W każdym razie, interesowało mnie wszystko, co z Paragwajem było związane, a na kolejnych Mistrzostwach Świata konsekwentnie trzymam za ten kraj kciuki.

Kolejny etap dojścia do książki Bastosa nastąpił po przeczytaniu "Gry w klasy" Cortazara. Wtedy zauważyłem, że do grona autorów, których (o zgrozo!) zaliczyłem, dołączył Argentyńczyk. A w "zbiorze głów" mam Polaków, Niemców, Brytyjczyków, Stanowych Zjednoczeńców, Włochów, Francuzów, Kanadyjczyków, Hiszpanów, Brazylijczyków, Turków i innych. I właśnie wtedy pomyślałem, że do tej grupy przyjemnie byłoby mieć chociaż jednego Paragwajczyka. Krótkie wyszukiwanie, już w internecie, pokazało mi jedynego pisarza wartego uwagi (inna sprawa, że wyglądało na to, że to jedyny ich pisarz w historii) - Augusto Roa Bastosa. W Polsce wyszły jedynie dwie książki: "Syn człowieczy" i "Ja, Najwyższy". I to tak dawno temu, że jedyną szansą zdobycia tego byłoby szwędanie się po antykwariatach. Zapisałem w www.goodreads.com, że zamierzam przeczytać i na kilka tygodni zapomniałem o moim planie zupełnie.

11 listopada otrzymałem długo oczekiwaną książkę - "1001 książek, które musisz przeczytać". I po pobieżnym przeglądaniu po raz kolejny natrafiłem na tytuł "Ja, Najwyższy". I już byłem tak pewny tego, że chcę to przeczytać, że wykorzystałem moją małą Anielicę do sprezentowania mi egzemplarza na urodziny. Nie będę nawet ukrywał, że od 13 lat chciałem przeczytać coś, co ukazałoby mi chociaż zalążek Paragwaju, bym mógł tam się przenieść chociaż na chwilę. Okazało się jednak, że historia ta na pierwszy rzut oka, jest niczym powstanie Trzeciej Rzeszy w Europie. Ale tylko na pierwszy rzut oka!

Najwyższy, to tytuł, jaki otrzymuje José Gaspar Rodríguez de Francia - Wieczysty Dyktator. Cała powieść to teoretycznie jego słowa, które autor zebrał z różnych pism, not, wystąpień, kurend, a także przekazów ustnych zarówno bliskich towarzyszy, jak i legend przekazywanych wśród "motłochu". Z tego  powodu Bastos przyjmuje nazwę Kompilatora i dzięki temu może się wtrącać i objaśniać niektóre niezrozumiałe kwestie.

Powieść zaczyna się od testamentu, który rzekomo został napisany przez Najwyższego, przybitego do drzwi katedry w Asuncion: "Rozkazuję, by po moim zgonie zewłok mój został ścięty(...). Wszyscy moi zausznicy, tak cywilni jako i wojskowi, niech zawisną na szubienicach. A ich trupy niech zostaną pogrzebane za murami cmentarza, tak iżby nie stało krzyża ni napisu, który upamiętniłby ich imiona...". Rzekomo! Najwyższy zaczyna prowadzić śledztwo wśród swoich skrybów, by znaleźć twórcę tego paszkwila. Jednak im bliżej końca, tym coraz mniej mamy pewności, czy aby testament nie jest JEGO tworem.


Paragwaj, zwany w XIX wieku, "Królestwem Grozy", to zamknięte terytorium w centrum Ameryki Południowej, gdzie nikt nie wchodzi, ani nikt nie wychodzi. Pozbawione gazet, rolnicze państwo, które gotuje się do ciągłej wojny. Samowystarczalny byt, który z każdej strony ma wrogów i który odpiera większość ataków. To kraj, w którym najpierw się rozstrzeliwuje, by potem wieszać.


Patrząc na Najwyższego prywatny zeszyt, trzeba zauważyć, że rozmowa ze znalezioną czaszką, czy z własnym psem Sułtanem, nie należy do najnormalniejszych zachowań. A jednak, jak czyta się myśli dyktatora i zaczyna rozumieć jego intencje, to zaczyna się mieć ambiwalentne uczucia. Być może dyktatura i autarkia rzeczywiście są potrzebne Paragwajczykom? Patrząc, jak sprawiedliwie "załatwia" problemy swoich obywateli, ma się wrażenie, że nie jest to żaden szaleniec, ale prawdziwy Ojciec Paragwajczyków.

JEGO rola w państwie, dyktatora, z nazwy sugeruje co robi główny bohater - dyktuje. By móc dyktować państwem potrzebny mu skryba. Patiño jest niczym Sancho Pansa dla swego Najwyższego. To za jego sprawą słowa "Kscelencji" zamieniają się w wyrazy, by z Wieczystej Kurendy sterować Paragwajem. Patiño siedzi przy biurko z notatnikiem i piórem, z nogami w misce z wodą (w której to, w nocy, ON wypatruje oznak zdrady swego skryby), naprzeciwko biurka Najwyższego, do którego przypięty na łańcuchu znajduje się meteor (przypięty, ponieważ tak traktuje uciekiniera z kosmosu, niczym niewolnika), i ma dostęp do tworzenia nowego Paragwaju, ale niestety tylko jako łącznik. W innym wypadku czekałaby go śmierć, którą sam musiałby sobie wypisać, "deflorując wyrazy" zasłyszane, jako słowa dyktatora.Bastos stworzył książkę za pomocą wielu prawdziwych tekstów, ale też na podstawie legend. Z tego powodu istnieje wątek miasta, w którym wszyscy mieszkańcy zostali zamienieni w posągi. Sprawa ta również przewija się przez całą powieść. Tworzenie broni z meteorytu, czy też mundurów z tkanin robionych z dymu palących się cygar. Wszelkie bujdy zostały tu uwzględnione.

Kompilator sprawił, że dyktator jest wszystko wiedzący. Dyskutuje, już na samym początku z Patiño, a propos JEGO śmierci i pogrzebu, który przed chwilą się zakończył. Krytykuje też władzę, która utworzy się za parę lat, jak i bezsensowną wojnę o Chaco w 1932 roku.

Jedynym mankamentem, jaki mogę znaleźć, to brak jakiegokolwiek podziału na dialogi. Nie ma tutaj przerw, łatwo się zgubić kto z kim rozmawia, kiedy zaczyna się kwestia Najwyższego, a kiedy jednego z obywateli. Wszystko pisane ciągiem jest bardzo męczące i chaotyczne. A sama książka do najłatwiejszych nie należy, często musiałem posługiwać się wikipedią, by dowiedzieć się czegoś więcej o realiach panujących w tamtym czasie.

Ostatnią rzeczą, jest tłumaczenie. Chyba po raz pierwszy muszę to napisać, ale należy się. Andrzej Nowak zrobił fantastyczną robotę. Pełno jest gier słownych, które ON wypowiada. Tłumacz dwoił się i troił, żeby polski czytelnik był w stanie bawić się językiem tak, jak robił to doktor Francia. Wspaniała robota!

I cóż mogę napisać więcej. To jedna z najwspanialszych książek, jakie czytałem. Arcydzieło, które chciałbym polecić wszystkim - studium dyktatora. Zdaję sobie jednak sprawę, że jest to książka bardzo trudna, która może odepchnąć. Ja wsiąkłem od razu i tak trzymało mnie do samego końca. To jeden z tych tytułów, który po kolejnym czytaniu, daje odpowiedzi na część pytań, które z pozoru były nierozwiązane (wiem, bo przeglądam ją od deski do deski podczas pisania tekstu). A najlepszym argumentem, że jest to arcydzieło, przemawia fakt, że nie często zdarza mi się westchnąć i mieć przyspieszone tętno, tak jak w momencie, gdy Patiño... (reszta spalona i nieczytelna, pozostały tekst stoczony przez robactwo).

środa, 13 października 2010

Julio Cortázar - Gra w klasy


Data ukończenia: 9 października 2010

Data utworzenia recenzji: 13 października 2010

Recenzja:

W tym roku otworzyłem się nieco na literaturę, której długo jeszcze bym pewnie nie tknął. Od bliżej niezidentyfikowanej grupy osób poznałem Coelho i jego nieszczęsnego "Alchemika". Od mojej koleżanki ze studiów poznałem Schmitta, który okazał się znanym mi Schmittem z "Oskara i pani Róży". W końcu zapytałem o najlepszą książkę z biblioteczki swoją Damę Serca, która bez wahania wskazała "Grę w klasy". I jeszcze nie zdążyłem otworzyć powieści, by być nią już w pewnym stopniu zachwycony. I pewnie, jak większość osób, byłem mocno podniecony na myśl o tym, że będę mógł przeczytać tak skonstruowane dzieło.

Podzielona jest ona na 155 rozdziałów, które z racji swojego charakteru powinny być zwane raczej klockami. Jednak jest to książka, która zawiera w sobie wiele książek. I zdaję sobie sprawę, że w tym momencie grzmi ode mnie pompatyczną historyjką napisaną na tylnej okładce "Alchemika" czy jakiegoś innego "Sekretu" - "zawiera w sobie wiele opowieści", "to książka, która za każdym razem ukazuje inne wartości" itp. Problem polega na tym, że Cortázar rzeczywiście zrobił to, co wypisują na innych książkach.

Autor sugeruje wybrać jeden z dwóch sposobów czytania, co nie oznacza, że nie można znaleźć innych kombinacji. Pierwszy sposób to przeczytać pierwsze 56 rozdziałów. Jest to cała opowieść o Horacio, więc nic się nie traci z opuszczenia kolejnych 99. Jednak jest też możliwość przeczytania tej historii z kluczem, gdzie zaczynamy czytać od rozdziału 73, potem czytamy 1 i 2, by następnie przeskoczyć do 116, i wrócić znowu do 3, później do 84... I w ten sposób, główny wątek uzupełniony jest o dodatkowe rozdziały, które ułatwiają/podpowiadają/sugerują itp. Sam przeczytałem pierwsze 56 rozdziałów i na ich podstawie piszę recenzję.

Podejrzewam, że pewnie jakieś 90% czytelników zostało oczarowane samą tą otoczką. Ja, szczerze powiedziawszy, zabrałem się za nią ze względu na osobę, która mi zaproponowała książkę. Ale gdybym usłyszał o tym, jak jest skonstruowana od innego czytelnika, na pewno zapisałbym ją na niekończącą się listę książek, które chciałbym przeczytać.

I jeśli mam opowiedzieć o czym jest ta książka, usta mi się otwierają, ale nie potrafię nic na ten temat powiedzieć. Przeczesywałem internet w celu znalezienia jakiejś opinii, analizy. Jednak porównując je zauważam, że chyba chciałbym inaczej niż ci autorzy opisać moje wrażenia podczas czytania tej książki. Najlepszym komentarzem, jaki usłyszałem, było stwierdzenie, że to ta "biblia dla pseudointelektualistów". I chyba sam się pod tym podpiszę, bo sam się za kogoś takiego uważam. Większa część książki, to pseudointelektualny bełkot, z którego trudno coś wyciągnąć. Przynajmniej takie są z początku wrażenia, bo zaczyna się zauważać relację między tym co się mówi, a co czyni. Porządek, a chaos. Odizolowanie, a samotność. Wszystko zaczyna się zazębiać. I to, co było bełkotem, zaczyna mieć sens w tej chaotycznej opowieści.

Jednak jedna z najgorszych rzeczy w "Grze w klasy", którą aż chce się wykrzyczeć na głos, to postać głównego bohatera - Horacio Oliveira'y. Nie widziałem, ani nie słyszałem żadnej wzmianki na ten temat, ale aż kusi, żeby skrytykować tego typu osoby. Horacio to dla mnie pewien nieudacznik, który rzeczywiście wszystkich potrafi przegadać, ale gdy przychodzi do działania, to jest tylko "inkwizytorem", osobą która niszczy. Tak, jak z jego ukochaną Magą, której podcina skrzydła radości, którą podejrzewa o najgorsze rzeczy. Nie wiadomo czy jest święcie przekonany, co niby jego kochanka czyni za jego plecami, czy może wykorzystuje sytuację, by się psychicznie wyżyć na tak niewinnej osobie, jaką jest Maga. Oliveira to człowiek egoistyczny, niebezpieczny, który znalazł się nie po tej stronie drzwi od izolatki, gdzie swoją wolnością krzywdzi kobietę, którą nawet nie podejrzewa, że kocha. To nieudacznik, który w świecie szuka tego, co przez cały czas ma we własnej kieszeni.

I to jest moim zdaniem najważniejszy wątek w książce. Przychodzi taki czas, gdy ma się wyrzuty sumienia, że się nie zauważało, że nie zdążyło się powiedzieć słów, tych najważniejszych. I zauważa się swoje błędy, których nie ma jak naprawić. Nie ma z kim porozmawiać po gliglińsku. Nie można wydęgać murty swojej ukochanej osoby, kłaść plinki między argusty i tropikać marcyny.

Jeśli chodzi o klimat, to bardzo przypomina mi się "Cień wiatru". Tylko, że Cortázar nie ułatwia zadania i nie prowadzi za rękę. Dobry przykład - po zakończeniu 56 rozdziału, przeczytałem posłowie, które według tłumaczki powinno się zwać "międzysłowiem", bo tej książki nie można skończyć. Zasiadłem więc z piórem i zacząłem przepisywać najlepsze kawałki z pierwszego rozdziału, gdy nagle uświadomiłem sobie, jak idealnie odpowiada na pytania, które stworzyły się podczas czytania ostatnich stron. Zacząłem poprostu dokładać nowe klocki, które otwierają mi oczy na niektóre sprawy zawarte w książce.

I podsumowując, jest to tytuł, który musi się znaleźć na mojej półce. Za kilka miesięcy, jak trochę ochłonę, będę się przymierzał do przeczytania historii z kluczem. I jeszcze nie chcę tego oficjalnie robić, ale jest bardzo prawdopodobne, że uznam "Grę w klasy" za arcydzieło.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...