czwartek, 28 października 2010

Ian Fleming - Dr No

Data ukończenia: 2 listopada 2009

Data utworzenia recenzji: 3 listopada 2009

Recenzja:

Po "Pozdrowieniach z Rosji" długo nie mogłem myśleć o wzięciu do ręki innych książek Fleminga. Sprawdzałem opinie różnych osób i nadal nie mogę znaleźć, ani jednego argumentu, by nazywać ją najlepszą książką o Bondzie. W wolnym czasie zacząłem sobie przypominać stare filmy z Connery'm i Lazenby'm. "Dr No", który za pierwszym razem niespecjalnie przypadł mi do gustu, tym razem okazał się cholernie dobrym filmem. Do tej pory mówiłem, że podstawa Bondów to pierwsze sześć filmów, w tym "Dr No" tylko z tego względu, że był pierwszy. Po drugim seansie stwierdzam, że jest pełnoprawnym członkiem 'szóstki' (a najsłabszy to "Żyje się tylko dwa razy", o!). Odczekałem jeszcze kilka tygodni i w końcu sięgnąłem po Fleminga. Dziwny zbieg okoliczności - książkę wziąłem w ten sam dzień, w którym świat obiegła informacja o śmierci odtwórcy pierwszego przeciwnika Bonda - dr. No, granego przez Josepha Wiseman'a.

Książka jest gówniana. Całe szczęście nie jakościowo, ale tematycznie. Inaczej niż w filmie, nie ma tu reaktorów. Jest za to zbieranie ptasich odchodów. Okazuje się, że to bardzo dochodowy interes. W każdym razie, James jako urlop dostaje prostą sprawę do rozwiązania na Jamajce - odszukać uciekiniera Strangewaysa i jego sekretarkę Trueblood. Jest to okazja do umieszczenia w książce również Quarrela.

Ogólnie cała otoczka to osoby i miejsca na Jamajce z powieści "Żyj i pozwól umrzeć". Jest więc trochę czasu na flemingową nostalgię za starymi czasami. Fabuła mocno się zmienia przez te strony. Z początku mamy mocno detektywistyczną książkę, która zmienia się w thriller (pierwowzorem "pająka na szkle", była moim zdaniem o wiele straszniejsza skolopendra, 10 stron jest poświęcone na rozpisanie podróży tego diabelskiego pomiotu po ciele Bonda, cholera ale jak to opisał! kapitalnie). Chwila podróży łódką na Crab Key (niestety, jak większość podróży autora, spowodowało to spadek tempa). Sensacyjna walka z żołnierzami i "smokiem", przejście do filozoficznej rozmowy Bonda z dr. No (Fleming stworzył takiego złoczyńcę, że bije wszystkich razem wziętych, nic dziwnego, że facet zasługuje na swój własny tytuł książki).

Końcówka jest zupełnie inna niż w filmie i byłem mocno zdziwiony, gdy nie było walki na pięści między głównymi bohaterami. W dzisiejszych czasach utrwaliła się w filmach koncepcja końcowej walki z głównym bossem (albo jego henchmanem), w książkach Fleminga można skradać się i rozbić czaszkę jednym uderzeniem, podłożyć bombę, strzelić w plecy, popchnąć w przepaść. I tyle. Takie proste, a jakie zdumiewające.

Jedyne co mnie mocno zirytowało to polskie wydanie tej książki. Mam dwa różne wydania. Jedno ma słabego tłumacza, a drugie wydane przez Rzeczpospolitą ma bardzo dobrego. Ta druga jednak jest najbardziej zabugowaną książką, jaką widziałem w życiu. Jak w dzisiejszych czasach można wypuścić książkę, która ma np. "Al;e"? Już o tym, że powtórki to norma w krótkich zdaniach, teraz wymyślam, ale na jednym przykładzie tylko pokażę, jak to głupio wygląda: "Bym chciałbym zrobić łódź bym...". Co to jest? Nie mieli korekty? No to sprawdźmy. A nie, korekta jest. I to dwuosobowa, nie będę przytaczać nazwisk, bo dzisiaj krytyka jest przyjmowana często jako błogosławieństwo, więc przemilczę te panie z premedytacją. Ciężko jest znaleźć strony, gdzie nie byłoby takich błędów. Ale kasa zaksięgowana.

Na koniec. Jak kogoś nie interesuje chronologia to brać książkę "Dr No", odpalać soundtrack z filmu (kalipso świetnie pasuje do powieści) i czytać najlepszą, jak do tej pory książkę Fleminga. Ja sam od samego początku byłem zachwycony historią, pomimo tego, że znałem ją ogólnie z filmu. Postać Bonda i doktora No (a zwłaszcza tego drugiego) jest kapitalnie opisana. Jak sobie pomyślę, że ta książka miała w ogóle nie powstać to mnie aż skręca. Do tej pory "Moonraker" był takim małym arcydziełem, ale "Dr No" nie dość, że go przebił to zatarł ślady po "Pozdrowieniach z Rosji". Ech, w sumie o tej książce mógłbym dużo pisać, ale o najważniejszych rzeczach już wspomniałem. Powieść fenomenalna.


Opinia po roku:

Aż nie chce się wierzyć, że równo rok temu siedziałem po uszy w tej historii. I nadal nic się nie zmieniło. Od "Dr. No" tylko dwa tomy, tak mocno mi się podobały: "Operacja Piorun" i "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", którą właśnie czytam. Ale jednak to szósty tom darzę chyba największym sentymentem. Sam nadal polecam książkę, ale bardzo często spotykam się z negatywnymi opiniami. Ja swojego zdania nie zmienię i uważam ją za jeden z najlepszych tytułów, jakie przeczytałem w 2009 roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...