Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warte przeczytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warte przeczytania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 października 2018

John le Carre - Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg

















Data ukończenia: 19 września 2018

Data utworzenia recenzji: 5 października 2018

Recenzja:

Nadeszły czasy, kiedy możemy cieszyć się dostępnością mniej popularnych książek w Polsce. I nie to, żebym mówił od razu, że le Carre nie jest znany! Możemy teraz mieć tytuły pasujące do siebie wymiarami, kolorystyką i tłumaczeniem. Dlatego łyknąłem kolejną prenumeratę, po całej serii Świata Dysku.

Samego le Carre'a nie znam... Dostałem kiedyś zachwalany film "Szpieg", pewnie z tego powodu, że zbieram książki o Bondzie. To są dwa inne światy, choć dzieją się w tym samym miejscu. Film mocno zagmatwany po pierwszych minutach, doprowadził mnie do stanu, w którym stwierdziłem, że lepiej to przeczytać.

W skrócie fabuła wydaje się całkowicie prosta. Zimna wojna. Emerytowany agent - George Smiley - dostaje zadanie rozpracowania w MI6 czterech agentów, biorących udział w sprawie "Czarna magia". Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeden z nich jest podwójnym agentem, a przy okazji przyczynił się do wcześniejszej emerytury głównego bohatera.

Historia jest zagmatwana - wracamy często do przeszłości, odkrywamy nowe postacie, które były uwikłane w nieudane akcje i poznajemy główną czwórkę. Niestety, bardzo słabo idzie autorowi określenie w jakim czasie jesteśmy. Często byłem w sytuacji, kiedy nie wiedziałem, czy dana rozmowa prowadzona jest przed główną osią fabuły, czy może dzieje się w teraźniejszości. Do tego liczne nazwiska... Które w większości są nudne i nie można ich dopasować do charakteru. I może zabrzmi to infantylnie, ale przydałby się dla starego człowieka, jak ja, jakiś indeks postaci. Brakowało mi tutaj prostych nazw pokroju: Bond, Goldfinger, Bink, Malfoy itp.

Kolejnym minusem jest rozwleczenie fabuły do granic mojej cierpliwości... Nie wiem, po jaką cholerę były pisane sceny szkolne z Jimem Prideaux, i co rzeczywiście znajdowało się na tych pięciuset stronach, czego nie można byłoby zmieścić na trzystu. Dobrym przykładem jest tutaj okrojony scenariusz na potrzebę filmu.

I tak, jakoś zleciało kilka miesięcy czytania "Druciarza...". Z jednej strony czuję, że już jestem trochę starszy i nie mam za dużo czasu oddawać się lekturze. Z drugiej - moje wymienione minusy i przytyki mocno dały mi w kość podczas zagłębiania się w historię. Choćby opowieść była niesamowicie trzymająca w napięciu, ustawione nieświadomie przez autora miny doprowadziły mnie do zmęczenia materiału...

Ale! Fabuła jest bardzo ok. Oglądany przeze mnie później film okazał się strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o jej streszczenie. Brakowało w nim niestety głębi i ekspozycji postaci z Cyrku. Dla cierpliwych szczególnie polecam oba materiały. I to jest dowód, jak ciężko mnie ostatnimi czasy zadowolić.

sobota, 24 lutego 2018

Akira Toriyama - Dragon Ball#6. Straszna pomyłka Bulmy















Data ukończenia: 31 grudnia 2017

Data utworzenia recenzji: 24 lutego 2018

Recenzja:

Szósty tom kontynuuje wątek Armii Czerwonej Wstęgi. Zaczynamy jazdą bez trzymanki z najbardziej debilnym ninją w historii sztuk walki - sierżantem Purpurowym, a kończymy poznaniem generała Niebieskiego.

Toriyama ciągnie dalej temat tej organizacji, która jak w pysk strzelił, przypomina Trzecią Rzeszę. Główny niemilec tego tomu, to niemal wykapany i diabelnie przystojny żołnierz hitlerjugend. Nie obyło się też bez kontrowersji, bo naszyto na niego łatkę homoseksualisty - i nie mowa tylko o seksualności, ale także o sposobie bycia.

Ale Akira bawi się tutaj każdą orientacją - kilkunastoletnia (ale na pewno nie pełnoletnia) Bulma molestowana jest przez dwóch żołnierzy Armii Czerwonej Wstęgi. To są kolejne "smaczki" autora, które czasem zaczynają ocierać się o prawo. Ech ta Japonia...

Część, jak najbardziej na plus. Sama postać Androida #8, do bólu dobrego, jest mocno odpychająca, przy wątkach gejowskich i molestowania dziewczynki i zupełnie tu nie pasuje. Z drugiej strony - czy nie powinno być odwrotnie?! Pomimo tego tomy z Red Ribbon, zawsze będą moimi ulubionymi!

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Akira Toriyama - Dragon Ball#5. Wieża Muskułów















Data ukończenia: 15 grudnia 2017

Data utworzenia recenzji: 18 grudnia 2017

Recenzja:

To niesamowite, że najnudniejszy wątek w dotychczasowej historii czytanych przeze mnie Smoczych Kul ciągnięty jest już trzeci tom. Podtytuł czwartego - "Wielki Finał", nie zakończył wcale tej niemrawej sceny.

Całe szczęście, nawet Akira musiał gdzieś zakończyć motyw uczenia Son Goku przez Żółwiego Pustelnika, a dzieje się to właśnie w tej części. Zaczyna się epizod znacznie żwawszy, bo na scenę wchodzi Armia Czerwonej Wstęgi. Podobna do faszystowskiej organizacja paramilitarna szukające siedmiu Smoczych Kul. Na czele stoi Marszałek Czerwony, a każdy inny, znaczący żołnierz oprócz stopnia, ma nazwisko (pseudonim?) od któregoś koloru. Są okrutni, gwałcą, rabują i zabijają, jak to w komiksach dla dzieci. Są też diabelnie śmieszni, a zarazem pozbawieni kloacznego humoru.

Przykładem jest starszy sierżant Purpurowy. Z zawodu - podoficer Armii Czerwonej Wstęgi. Z zamiłowania - ninja. Upośledzenie umysłowe - idiota. Jakiś rok temu widziałem odcinki z tego epizodu i w anime to było bardzo śmieszne, ale że żywcem wyciągnięto to z mangi - śmiałem się z tego drugi raz. Akira robi cuda, jeżeli chodzi o dowcipkowanie. St. sierż. Purpurowy to kwintesencja poczucia humoru. Historia tej walki czeka na swój finał w następnym tomie, więc nie mogę się doczekać kolejnego odcinka.

Ogólnie tom jest bardzo na TAK. Zarówno koniec Tenkaichi Budokai, jak i początek nowej przygody to wiadomości wyłącznie bardzo dobre. A za samego ninję - dodatkowy plusik.

piątek, 15 grudnia 2017

Terry Pratchett - Mort

















Data ukończenia: 19 listopada 2017

Data utworzenia recenzji: 15 grudnia 2017

Recenzja:

Śmieszna sprawa z tym "Mortem". Śmierć to do pewnego momentu mój ulubiony bohater. Gdy jakieś 15 lat temu zaczynałem podróż ze Światem Dysku (czytając bez żadnej chronologii) uważałem go za najciekawiej zrobioną postać. Zagubiony w naszym świecie, ale przez cały czas dążący do nauki nowości. Jego WIELKIE LITERY i drugoplanowość mocno mnie jarały. Nie musiał grać głównej roli, by być zapamiętanym.

Cała magia prysła, gdy położyłem swoje nastoletnie łapska na pierwszej części serii o Śmierci... Miało to być coś wspaniałego, a zabiło mój zachwyt nad nie tyle samą postacią, ale także autorem, który przestał być dla mnie mistrzem. Nic mi się w tej książce nie podobało. Nudna, jak flaki z olejem fabuła, humor ledwo wyczuwalny i ogólny brak polotu tej części - wszystko to spowodowało, że w szczękościsku odczuwałem, jak autor nie wykorzystuje potencjału.

Śmierć zatrudnia u siebie Mortimera, cherlawego chłopca, który od stajennego ma awansować na samego mistrza fachu. Mort to dobry dzieciak i gdy pewnego dnia otrzymuje zadanie zakończenia żywota pewnej księżniczki - podejmuje, co najmniej, niewłaściwą decyzję. Śmierć w tym czasie rozkoszuje się chwilową przerwą w działalności i odkrywa sekrety ludzkich uciech.

Opinia negatywna całe szczęście nie jest aktualna. Przeczytałem po wielu latach książkę ponownie i muszę przyznać, że czytając Pratchetta według kolejności wydania - "Mort" jest najciekawszą książką do tej pory (jest to tom czwarty). Dowcipy Pratchetta dawno mi zbrzydły, więc tutaj bronić go nie będę. Jednak sama fabuła, która kiedyś mi nie podpasowała, teraz jest na całkiem zadowalającym poziomie. Kolejną kwestią jest samo "zajrzenie" do pracy Śmierci od kuchni - do tej pory siedzieliśmy w świecie magów i czarownic, a tutaj Pratchett pokazuje nam zasady nieco bardziej pokręconego świata.

Podsumowując, po latach zmieniło mi się postrzeganie tej części. Nie często zdarza mi się, by "naprawić" jakąś ocenę. Ale czytając zgodnie z datą wydania książek, rzeczywiście - "Mort" jest kilka poziomów wyżej. Szkoda tylko, że te żarty mnie nie potrafią tak zadowolić, jak te kilkanaście lat temu.

wtorek, 19 września 2017

Mark Frost - Sekrety Twin Peaks














Data ukończenia: 18 lipca 2017

Data utworzenia recenzji: 19 września 2017

Recenzja:

Pamiętam, jak przez mgłę, a zarazem przez kołdrę, jak na początku lat dziewięćdziesiątych oglądałem w nocy jeden z odcinków Twin Peaks. Rodzice nie mieli chyba zielonego pojęcia, że obejrzałem z nimi kilka "tłustych" godzin tego serialu. Niestety o jeden raz za dużo... Czerwony pokój, facet ścigający swojego sobowtóra, ogień i muzyka Badalamenti'ego. Widziałem wcześniej horrory, których nie powinienem zobaczyć na oczy. Ale, to co zrobił Lynch..., Lovecraft podpowiedziałby mi, że to było "nienazwane". W tamtym wieku to określenie rzeczywiście, by pasowało. Po latach dowiedziałem się, że tej nocy zalałem własne łóżko z natłoku wrażeń...

Ciężko nazwać mnie fanem tego serialu. Definicja musiałaby mieć stwierdzenie "mimo wszystko", a u mnie takiej taryfy ulgowej nie ma. Rozśmieszyło mnie, gdy w trakcie trzeciego sezonu, zaczęła się burza, że nie ma klimatu starych serii. Przepraszam, jakiego klimatu? Rozmawiamy, o tej dziecinadzie małomiasteczkowej? Bo psychodelia przeszła ze zdwojoną siłą.


Bardzo ciężko mi się oglądało po kilkunastu latach, gdy miałem pełną świadomość, przed czym siedzę. Z jednej strony świetnie zarysowane postacie agentów FBI, z drugiej - naiwne miasteczko, które w tej samej chwili potrafi płakać z powodu śmierci bliskiej osoby i rozpływać się nad bagietą z Francji. Mądrzejszy ode mnie powie: "ale to zamierzone działanie, to jest właśnie esencja balansu, naśmiewanie się z innych sitcomów itp. itd.". Z takimi działaniami, jest jak z ćwiczeniem mięśni Kegla, trzeba wiedzieć, kiedy przytrzymać, a kiedy puścić. Duet Lynch-Frost mieli z tym problemy i moim zdaniem to oni byli powodem zawieszenia tego serialu na 26 lat. Żadnej publiczności proszę w to nie mieszać, nie jej wina, że po odkryciu mordercy Laury Palmer, nie było celu oglądania serialu dalej. W tamtych czasach, taki "Lost" zostałby zgaszony po trzecim sezonie, chociaż tutaj ludzie mieli jeszcze cień szansy, że któryś ze scenarzystów, znajdzie sposób na zakończenie tego bubla.

A żeby nie być gołodupnym, kilka gwoździ do trumny "klimatu Twin Peaks":
1. Komu podoba się związek Andy'ego z Lucy? To takie śmieszne przecież jest. Te plemniki. Czy one żyją? Jeśli ktoś to lubił, może wcisnąć przycisk, ten nad którym świeci taka mała, żółta lampeczka.
2. James Hurley. O w mordę, co za gość. Ruchadło z Twin Peaks. Polecam zobaczyć grę aktorską w pierwszym odcinku, gdy Bobby zaczyna szczekać, a Hurley - gangsta na Harley'u - robi taką, słodką minkę 9-latka. Każda scena z tym typem to istna polewa z aktorstwa. Możecie mi wmawiać, że to zaplanowane. Ja wtedy rzucę cytatem "To złe!".
3. Ale na oddzielny punkt zasługuje scena nagrywania kasety. Jest tu James, Dona i ta Laura Palmer v 2.0. Przypomniałem sobie, gdy przy rodzicach oglądałem tę, w zamyśle twórców, erotyczną scenę śpiewania piosenki. Żenada i wstyd, mogli mnie chociaż przyłapać na pornolu, bo już większej spedaliny zrobić z siebie nie mogłem - kiedy się ona zakończy! Moja rodzina jest tolerancyjna, w przeciwieństwie do mnie, bo zrozumieć nie mogę, jak można tak źle wszystko dobrać. Dlaczego one wąchają skarpety Ruchacza? Co się dzieje z ich ustami, jak śpiewają, czy tak właśnie według aktorów wygląda ta czynność? Po cholerę tu ta scena jest? To jest jeden wielki NOPE.
4. Żeby zostawić Ruchacza w spokoju, to panna detektyw Donna. Ma 100 km do rozsądku, przyciemniane okulary i skończyła się jej guma w portfelu.
5. Chłopcy z czytelni. Już pomijam, że "swoi" ścigają przez kilka pierwszych odcinków Dżemsa, by później sobie przypomnieć, że należy do ich bandy. A ich znak rozpoznawczy? To ma przedstawiać mima, czy może kroplę potu z anime/mangi?


Mógłbym więcej, ale wolę pisać o scenach, które mi się podobają i wydaje mi się, że także samemu Lynch'owi, bo sezon właśnie wyświetlany ma więcej z Twin Peaks'a, którego uwielbiam, niż ze znienawidzonego klimatu samego miasteczka.

I od razu napiszę, ze trzeci sezon to bezdyskusyjnie najciekawsze i bardzo wymagające dzieło ostatnich lat.

Brakuje jednak w tym wszystkim Marka Frosta, który zdawał się pełnić rolę hamulcowego Lynch'a. Swoje historie (normalniejsze) przelał na papier w dwóch książkach. Oto jedna z nich.


Bliżej nieokreślony Archiwista stworzył notatki dotyczące dziwnych zjawisk w Twin Peaks, terenach nieopodal i ludzi, którzy są z tymi miejscami związani. Zapiski te zostały znalezione przez FBI po wydarzeniach z drugiego sezonu. Gordon Cole w załączonej instrukcji objaśnia swojemu agentowi TP (osoby oglądające nowe odcinki zapewne już domyślają się, o kim mowa) skąd pochodzi i mniej więcej, co może dać rozwikłanie zagadki notatek.


Książka jest zrobiona w taki sposób, by jak najwierniej oddać tajemnicę serialu i samej treści. Mamy wycinki z gazet, listy pisane odręcznie, zdjęcia. TP na marginesach zaznacza swoje uwagi na bieżąco, więc razem z nią odkrywamy dziwaczne sytuacje z terenów Twin Peaks. Mamy, więc tutaj wyjaśnione zawiłe stosunki białej społeczności z plemieniem indiańskim. Dziwne obiekty latające i porwania dzieci z Twin Peaks. Czy szczegółowa historia rodzin: Packard i Martell. Jednak najmocniejsze wątki, to:
- kim jest Archiwista?;
- co to za pierścień, który przewija się od początku indiańskiego plemienia, a jego historia sięga czasów dzisiejszych?;
- kim jest "człowiek w czerni", uciszający świadków paranormalnych zjawisk?



Od razu spieszę wyjaśnić, że pomimo ciekawie spisanej książki - nie wszystko zostało wyjaśnione. Nie pomoże Wam też zrozumieć bardziej końcówki trzeciego sezonu. Mark Frost stworzył małą encyklopedię skierowaną do fanów, która podczas emisji nowych odcinków powodowała u nich dumę i może trochę niektóre wątki były bardziej jasne. Tytuł jednak pomija kilka historii z serialu, tak jakby w ogóle one nie zaszły. Z tego też powodu niektórzy twierdzą, że najnowszy sezon jest bezpośrednią kontynuacją książki - co też nie jest prawdą. Archiwista nie wiedział i nie zapisał, co dzieje się z Cooper'em w ostatnim odcinku, a jak wiadomo niemal wszystko z niego przeszło do kolejnego sezonu.


Jest tu kilka smaczków. Jeśli założymy okulary, byłego już, doktora Jackoby'ego, niektóre ryciny będą nam podawać kolejne informacje. Książkę czytałem w warunkach poligonowych - brak możliwości sprawdzenia. Inne zdjęcie po rozszyfrowaniu daje duży spojler do trzeciego sezonu (książka została wydana rok temu).


Tak, jak wspomniałem wcześniej - tytuł skierowany do fanów. Podobało mi się odejście od "komizmu", bo tego tutaj nie ma. Szkoda, ze większość tych wątków została porzucona i w serialu nikt nie kwapił się o pociągnięcie historii dalej. W październiku powinna odbyć się premiera kolejnej książki. Traktującej o życiorysach bohaterów po wydarzeniach z drugiego sezonu. Może nic nie zmieni to w postrzeganiu finału, ale na pewno wypełni nam środek. Ocena bardzo dobra. A sam proponuję Wam zmierzyć się z jedną z teorii dotyczącą ostatniego odcinka - oglądajcie go równocześnie z przedostatnim.

niedziela, 23 lipca 2017

Andrzej Sapkowski - Miecz przeznaczenia

















Data ukończenia: 11 lipca 2017

Data utworzenia recenzji: 23 lipca 2017

Recenzja:

Po "Ostatnim życzeniu" byłem tak najarany Geraltem, że dokończyłem swoją przygodę z cyfrową wersją. Dałem odpocząć tej nadmuchanej bańce i po kilku miesiącach znowu zasiadłem przed historią Geralta. "Miecz przeznaczenia" to też zbiór opowiadań, ale pomimo mojej niechęci do takiej formy, nie obawiałem się, że zastanę tutaj coś nędznego. Po pewnym czasie stwierdziłem, że rzeczywiście - książka nadal jest bardzo dobra.

Jednak zanim zacznę się rozpływać nad kunsztem, trochę dziegciu - nie wiem, jak nudnym trzeba być, żeby w każdym opowiadaniu używać jego tytułu do zarzygania. O co chodzi? Jeżeli historia zwie się "Granica możliwości", możemy być pewni, że te dwa słowa będą wykorzystywane przez wszystkich bohaterów do ostatniej strony. Zdarza się to nagminnie w (aż) trzech opowiadaniach i zdaję sobie sprawę, że może innym smutasom to nie przeszkadza - z całym szacunkiem, ale JA uważam to za problem z dobieraniem tytułów.

Kolejna sprawa to strasznie nudny rozdział "Trochę poświęcenia". Skłamałbym, że cały. Bardziej chodzi mi o epizod, kiedy Jaskier i Geralt penetrują "lovecraftiańskie" miasto. Tak, jak i Lovecraft zabija czytelnika nudą, tak i Sapkowski zaczął mordować. Czego po jednym mogę się spodziewać, drugiemu nie przystoi. Ale opowiadanie, jako całość smutne i dobre w jednym.

Z dobrych rzeczy. Pomimo tego, że nie oceniam wyżej niż pierwszy tom, znajduję świetne wątki, które dzięki umiejętnościom Sapkowskiego stają się z miejsca klasykami. Całość kręci się w okół nieszczęśliwej miłości do Yennefer, ale z drugiej strony widzę bardzo dużo wysiłku włożonego w postacie drugoplanowe. Andrzej stara się w tych opowiadaniach wprowadzać wątki, które prawdopodobnie zostaną wykorzystane już we właściwej serii Wiedźmina. Świetny Borch Trzy Kawki, świetna Ciri, kapitalny powrót do wątków, które zapoczątkowane były w poprzednim zbiorze. Jest to bardzo dobra książka i już poluję na trzeci tom.

Swoją drogą odpaliłem właśnie drugą część gry. Zobaczyłem intro. Cały ten "Wiedźmin" to kapitalny produkt eksportowy. Duma!

sobota, 22 kwietnia 2017

Akira Toriyama - Dragon Ball#2. O włos od tragedii















Data ukończenia: 21 marca 2017

Data utworzenia recenzji: 22 kwietnia 2017

Recenzja:

Ciężko będzie coś tutaj dodać, po pozytywnej recenzji tomu pierwszego. Szczerze powiedziawszy musiałbym przekopiować ten sam tekst, bo ani kreska, ani humor się nie zmienił. 


Nadal jest to zboczona historyjka, i nie widzę możliwości pokazywania jej młodszym szkodnikom. W opowieści znajduje się coraz więcej dorosłych osób, a czynności takie, jak "ścisk-pysk", mogą zostawić w psychice dziecka kilka niepotrzebnych, jak na ten wiek, widoków. Dlatego bardziej polecam ocenzurowaną wersję z RTL 7.


A sama manga? Pierwszy raz spotykamy smoka, który spełni życzenie. Jakkolwiek absurdalne, by nie było!

sobota, 4 marca 2017

Akira Toriyama - Dragon Ball#1. Son Goku i jego przyjaciele















Data przeczytania: 19 lutego 2017

Data utworzenia recenzji: 4 marca 2017

Recenzja:

Pamiętam, jak gdzieś na początku XXI wieku zaszedłem do kiosku RUCHu, żeby zakupić komiks Dragon Ball. Na witrynie świeciła okładka z małym Goku, a pani w okienku po podaniu tytułu z dumą wręczyła mi cieniutki zeszyt - domyśliła się od razu, co za tą nazwą się kryje. Niestety, ani ja, ani ta kioskarka nie byliśmy przygotowani na to, że do Polski trafiają oryginalnie wydane mangi z Japonii. Czytane od prawej do lewej. Mój słono opłacony tom DB, okazał się reklamą na tylnej okładce komiksu Neon Genesis...


 Jakieś dobre pięć lat później miałem okazję przeczytać całą serię i nie ukrywam - na prawdę podobało mi się. Zarówno serial, który przeżywałem, jak i manga to był kawał śmiesznej przygody, często z tragicznymi wątkami. Musiałem wykorzystać święta, by zdobyć swoją własną kolekcję, kiedyś postawiłem sobie za cel posiadać to na półce.


Pierwszy tom nie jest może jakiś fenomenalny, nigdy nie byłem zwolennikiem klasycznego Dragon Balla. Daje jednak pogląd na zupełnie inne podejście do erotyki. Dotykania majtek, macanie, podglądanie i szukanie kul u kobiet... Nie będę kłamać - większość bawi mnie tak samo, jak piętnaście lat temu. Kultura japońska to nadal dla nas inny świat, a ich podejście do życia napawa zachwytem. Trudno mówić o zachwycie nad molestowaniem. Swojemu dziecku bym tego nie pokazał, ale nadal mnie bawi.


Pierwszy tom oceniam pozytywnie. Miło było wrócić do dzieciństwa. Cieszę się, że postanowiłem zakupić go trochę w ilości 42. tomów.

niedziela, 12 lutego 2017

Art Spiegelman - Maus. Wydanie zbiorcze















Data ukończenia: 28 stycznia 2017

Data utworzenia recenzji: 12 lutego 2017

Recenzja:

Jest kilka tematów, które lepiej wyglądają w formie komiksowej niż w powieści. Myślę, że "Maus" pomimo ciekawej historii, sławny się stał tylko dzięki odrzuceniu tradycyjnej konstrukcji. Nieco z politowaniem patrzyli na mnie, gdy rozpakowywałem prezent pod choinką, a oczom współbiesiadników ukazała się księga z myszką na okładce. Walt Disney? No niestety nie - temat obozów koncentracyjnych i holokaustu nie mógł być bardziej dosadnie przedstawiony, jeśli nie za pomocą wycięcia ludzkości z tej powieści.


Art Spiegelman przedstawia w "Mausie" historię tworzenia "Mausa". Z początku ma to być książka o losach jego ojca, Żyda, który przeżył piekło podczas II wojny światowej. Jednak im bardziej Władek opowiada swój żywot, Art stwierdza, że lepiej to będzie wyglądało w komiksie. Przedstawia go jednak ze skazami, jako stereotypowego Żyda, który w Ameryce boi się "Czarnuchów", u którego nic się nie zmarnuje, a swoje inwestycje trzyma na koncie, by żyć niemal, jak pustelnik. Art w trakcie czytania sam zastanawia się, czy jego własny ojciec jest idealnym bohaterem do ukazania tej historii.


Głośna była sprawa sportretowania Polaków, jako świnie. Sam autor był mocno zdziwiony taką oceną tych zwierząt. Niestety, ocena niektórych zwierząt w poszczególnych krajach jest diametralnie różna. Trzeba brać pod uwagę, że charakteryzacja zwierząt zaczerpnięta jest z opinii publicznej Niemców, a nie amerykańskiego Żyda. Ameryka nie kojarzy świń, jako coś złego. Mają swoją Miss Piggy, czy Prosiaczka Porky'ego. "Ma się rozumieć" w Polsce i Niemczech zwierzę ma wyłącznie pejoratywne znaczenie. Jednak świnie nie występują w popkulturowym łańcuchu pokarmowym mysz-kot-pies. Z tego też powodu są one neutralne, a wybór zwierzęcia został pozostawiony Niemcom, którzy określali nas słowem schweine, a Żydów szkodnikami (w domyśle myszy).


Odchodząc już od obrażania się i zasadności pretensji - uważam, że historia jest absorbująca. Każdą wolną chwilę w weekend spędzałem nad książką, która jest horrorem w obrazkach. Jest to arcydzieło, które zniknęłoby w tłumie podobnych książek, gdyby nie sprytna forma Spiegelmana.

sobota, 28 stycznia 2017

Berenika Kołomycka - Malutki Lisek i Wielki Dzik. Tam



Data ukończenia: 27 stycznia 2017

Data utworzenia recenzji: 28 stycznia 2017

Recenzja:

Nie potrafię tego dokładnie wytłumaczyć. W tym tygodniu skończyłem 31 lat i miałem jedną zachciankę: dostać komiks o Malutkim Lisku. Żona z radością kupiła mi urodzinowy egzemplarz informując każdego zainteresowanego, że to dla męża. Ale co zrobić, kiedy właśnie takie drobnostki cieszą mnie ostatnio najbardziej?

Tę drobnostkę zauważyłem w 2016 roku, za sprawą bardzo prostych, ale zarazem oryginalnych rysunków pani Kołomyckiej. Przez ostatnie lata widzę dużo wspaniale narysowanych książek dla dzieci, świetną sprawą jest to, że niemal 100% twórców, którymi się zachwycam, to Polacy! W planach mam zakupić kilka książek z Wydawnictwa Dwie Siostry, które dokładnie w taki sam sposób cechują się minimalizmem, jak recenzowany tu komiks.


Same rysunki to nie wszystko. Album o lisku i dziku jest przygotowany dla dzieci w taki sposób, by wprowadzić je w świat komiksu - równie dobrze może to być ich pierwsze spotkanie z taką formą. Z jednej strony bardzo prosty tekst, który zrozumie każdy - z drugiej, tematyka przyjaźni i tęsknoty, niczym zaczerpnięta z "Małego Księcia".

Fabuła tego komiksu traktuje o lisku, który czas wolny spędza pod jabłonią. Do pewnego czasu nikt mu nie przeszkadza, ale na horyzoncie znajduje dzika, który bez żadnego zaproszenia zaczyna uczestniczyć w życiu pod drzewem. Lisek, który był przyzwyczajony do samotności, niechętnie dzieli się swoją miejscówką, jednak gdy pewnego dnia nie zastaje swojego kompana - włącza mu się smutek.


Choć sam tego nie zauważyłem, to podpisuję się pod słowami mojej małżonki: związek liska z dzikiem, bardzo przypomina pojawienie się drugiego dziecka z punktu widzenia pierwszego. Jest to dobra lekcja dla maluchów, że osoba, która się pojawia w domu, to nie zawsze intruz.

Komiks jest krótki, na 10 minut. Jednak wartości tego małego arcydzieła nie wyliczałbym w minutach. Świetne rysunki i historia, która kończy się cliffhangerem, wymuszają na mnie zainwestowania w kolejny tom. Z przyjemnością zajrzę do niego jeszcze jako 31-latek.

niedziela, 1 stycznia 2017

Jeph Loeb, Tim Sale - Długie Halloween. Część 2





Data ukończenia: 30 grudnia 2016

Data utworzenia recenzji: 1 stycznia 2017

Recenzja:

A jednak można...
Długie Halloween #2
Można było dać dobry komiks w tej serii. Można było dać coś, co nie śmierdzi komiksem XXI wieku. Można było dać tytuł, który pachnie nowością i ar(tre)tyzmem. Lata dziewięćdziesiąte w swojej pełnej, chamskiej krasie. Jeph Loeb i Tim Sale stworzyli komiks, który pachnie świeżością po dwudziestu latach od wydania.
Długie Halloween #2
Co gorsza, remake w postaci "Hush", stworzony przez tego samego scenarzystę, to jawny pokaz nieudolności w odcinaniu kuponów od dobrego dzieła. Te same postacie, niemal identycznie poprowadzona historia, jest jednak jedna zasadnicza różnica. Loeb w "Długim Halloween" sprytnie ukrywa, kto jest właściwym mordercą. W swoim bestsellerowym "Hush" podpowiada nam na samym początku, kto jest tytułowym bohaterem, by później udawać, że nic takiego nie miało miejsca...

Długie Halloween #2
Dodatek w postaci Detective Comics #66, przedstawia historię prokuratora okręgowego Harvey'a Denta, a raczej wtedy jeszcze Kenta, oraz jego tragiczną przemianę w Two-Face'a. Komiks z sierpnia 1942 roku, to dobre podsumowanie i kontrast do przedstawionej opowieści w "Długim Halloween".

Detective Comics #66
Kapitalny tom, w dennej kolekcji. Jak już stwierdziłem w recenzji pierwszej części, niezrozumiała jest mi taka decyzja, by wprowadzić dwie takie same historie, w tak krótkim odstępie czasu. "Długie Halloween" to najlepsza historia, jaką czytałem z WKKDC.

wtorek, 27 grudnia 2016

Andrzej Sapkowski - Ostatnie życzenie

















Data ukończenia: 14 grudnia 2016

Data utworzenia recenzji: 27 grudnia 2016

Recenzja:

Gdyby nie ten paskudny "skecz" w wykonaniu Sapkowskiego kilka miesięcy temu, nie pisałbym tej recenzji. Jak ta jego nieinteligentna część znajomych, zacząłem grać pierw w "Wiedźmina 1" i od razu zakochałem się w świecie stworzonym przez Andrzeja.

Gdzieś w 1/4 gry stwierdziłem, że muszę przeczytać przynajmniej jeden tom, żeby sprawdzić, ile "Wiedźmina" Sapkowskiego w "Wiedźminie" Cd Projektu. Padło na "Ostatnie życzenie", które jest zbiorem opowiadań. Nie cierpię takiej krótkiej formy, ale bez dwóch zdań - jest to najlepszy zestaw w historii zbiorów, które przeleciały mi przez ręce.

Sapkowski za pomocą krótkich historii (i jednego, głównego opowiadania, które przeplata się w formie powieści szkatułkowej z pozostałymi) zgrabnie wprowadza nas do nowego świata, gdzie główne skrzypce gra Geralt - płatny, hmm, myśliwy walczący z potworami.

Już pierwsze opowiadanie, gdzie walczy ze strzygą, pokazuje nam, jaki kunszt ma Sapkowski. Chwaliłem Kinga, chwaliłem Fleminga, ale to Andrzej jest mistrzem w pisaniu dialogów i tworzeniu postaci, które istnieją tylko przez kilka stron, a kradną całe sceny (Foltest, Jeż, czy diaboł).

Chciałbym się do czegoś mocno przyczepić - może żarty są już mocno przestarzałe. Nie zmienia to faktu, że czytając pierwszy tom przygód Geralta, byłem podniecony, niczym trzynastolatek po dobraniu się do czegoś pikantniejszego. Dawno nie siedziałem nad czymś tak dobrym, by zapomnieć się, a tym bardziej dawno nie dozowałem sobie lektury.

Konkluzja jest jedna: Andrzeju, gdyby nie gra, nie sięgnąłbym po Twoje arcydzieło.

niedziela, 18 grudnia 2016

Jeph Loeb, Tim Sale - Długie Halloween. Część 1
















Data ukończenia: 7 grudnia 2016


Data utworzenia recenzji: 18 grudnia 2016

Recenzja:

Nie spodziewałbym się, że można w tej serii jeszcze czymś mnie zaskoczyć. Zarówno pozytywnie, jak i negatywnie... Ale zacznijmy od dobrej strony - komiks posiada klimat. Zarówno kreska, jak i sam scenariusz pompują niezłą akcję. Całość bazuje bardzo mocno na scenariuszu "Ojca Chrzestnego" - scena imprezy w domu gangstera, to żywcem skopiowane wesele Connie.

Długie Halloween 1.
Historia opowiada o walce Batmana, Gordona i Denta z Rodziną Falcone. Brak dowodów, wypuszczanie za kaucją i inne praktyki skorumpowanego Gotham prowokuje do wymierzania sprawiedliwości na własną rękę. Tak powstaje Holiday - osobnik zabijający gangsterów tylko w święta.

Długie Halloween 1.
Warte uwagi - niektóre sceny zostały skopiowane w "Mrocznym Rycerzu" Nolana. Niestety, niektóre sceny, a raczej cały scenariusz, zostały skopiowane w komiksie "Hush". To jeszcze nie koniec drwin! Plagiat popełnił ten sam Jeph Loeb! Kolejna kpina - w siódmym tomie WKKDC wydano historię niemal identyczną, co w pierwszym. Kto układa listę tych komiksów? Dziś przyszła do mnie paczka z kolejnymi tomami i już na 9 części, sześć z nich to historia Batmana... Czy ktoś może wyjaśnić mi, czym się kierują koordynatorzy tej serii?
Długie Halloween 1.
Nie zabrakło też dodatków. Detective Comics #140, w którym Batman i Robin po raz pierwszy spotykają Riddlera (październik 1948 roku) oraz Batman #181 z czerwca 1966 roku z Poison Ivy, to dwie ramotki, które mają wartość wyłącznie sentymentalną. Co lepsze! Pierwszy raz w tej serii, nostalgia jest najsłabszym punktem tomu.

Detective Comics #140.
"Długie Halloween", po części pierwszej, zapowiada się na najciekawszą historię zawartą w WKKDC, pomimo tego, że już to czytałem w "Hush", tutaj jest to znacznie bardziej przystępne, a rysunki Sale'a, którego można lubić, bądź nie, nadają paskudnego, beznadziejnego klimatu. Pierwszy raz przyznam, że lepiej to wygląda niż wersja Jima Lee.

Batman #181.
Niestety, po przeczytaniu tego tomu, stwierdziłem, że kończę z prenumeratą. Nie ma sensu kontynuować czegoś, za co biorą jak za najlepsze tomy komiksu. Ani na zewnątrz, ani wewnątrz nie ma argumentu za cenę 40zł raz na dwa tygodnie. Na święta zażyczyłem sobie komiks "Maus", który kosztuje niemal tyle samo. Brak kolorów, to fakt, ale jakość tego wydania jest znacznie lepsza. Będę miał jeszcze możliwość zrecenzowania drugiej części "Halloween" oraz "Śmierci w rodzinie, ale są to ostatnie tomy, które zakupiłem, jako prenumerator. Żałuję wydanych pieniędzy na tę serię, a przy moim rozrzucaniu pieniędzy na prawo i lewo, jest to największa ujma dla wydawnictwa Eaglemoss.

sobota, 3 grudnia 2016

Lucy Moore - Niżyński. Bóg tańca
















Data ukończenia: 20 listopada 2016

Data utworzenia: 3 grudnia 2016

Recenzja:

W czasach gimnazjum na kodowanym Canal+, zaraz przed szkołą, a po bajkach Looney Tunes puszczana była reklama filmu dokumentalnego o Wacławie Niżyńskim. Brzmiało to mniej więcej tak "geniusz, szaleniec i homoseksualista". Było to dla mnie mocno szokujące, bo nagle wszyscy moi kumple zaczęli robić do mnie homoseksualne aluzje. Mam takie same nazwisko, jak bohater tej biografii.

Z Niżyńskim spotkałem się już w świetnej adaptacji filmowej "Dziennika" (spisane z kilku tygodni przed trafieniem do szpitala psychiatrycznego) o tytule "Niżyński" oraz w nieco zbyt teatralnym filmie pod tytułem "Niżyński", w którym zagrał Jeremy Irons w roli Fokina. W każdym razie, raz na jakiś czas, przyłapuję się na tym, że lubię, gdy słyszę, bądź czytam, swoje nazwisko.

Nie znam się na balecie, nie interesuje mnie ten temat, a jedyne, co z tym tematem mnie w życiu powiązało, to film "Czarny łabędź". Wiem za to, kiedy historia jest dobrze spisana. Rzadko kiedy, tak nudne tematy są ciekawie przekazywane. Główny bohater, to kontrowersyjny szaleniec, który wcale nie był homoseksualistą, jak twierdziło środowisko gimnazjum i Canal+, a biseksualistą (co odpowiada też na pytanie moich kolegów, jakim cudem jestem teraz na świecie...), którego jedynym celem w życiu było być Bogiem Tańca, a może już zwyczajnie Bogiem. Tworzył i tańczył rzeczy, które w danym okresie było nie na miejscu. Udawał onanizowanie się na scenie, co nie było praktyką normalną. Oraz był "chłopcem" Diagilewa, prowadzącego Balety Rosyjskie, które rozsławiły zarówno jednego, jak i drugiego.

Lucy Moore odwaliła kawał dobrej roboty w zebraniu materiału na jedną książkę. Nie jest jednak idealnie. Ostatni rozdział pędzi z kopyta, bo nie zebrano wystarczająco dobrego materiału. Zamiast głębiej wejść w okres choroby psychicznej Niżyńskiego, autorka wprowadza więcej wątków jego żony, o nim zapominając. Kolejną pretensję mam do kobiecego podejścia do opisów sytuacji, Lucy niczym stojące lustro w garderobie widzi łzy Niżyńskiego za kulisami lub wie, że coś w nim się gotowało po nieudanym spektaklu, ale nikomu tego nie powiedział.

Ale największym grzechem jest wyciąganie swojej osoby przed szereg. Pod koniec książki, autorka już wprost do nas pisze elaboraty na temat tego, co uważa, czy jak według niej musiała wyglądać sytuacja. Podstawowa zasada aktora, nie patrz w obiektyw...

Książkę oceniam jednak wysoko, nie spodziewałem się tego, że da się ją czytać z przyjemnością. Zacząłem ją, by zaliczyć, a tylko bardziej napaliłem się na "Dziennik" Niżyńskiego, który znowu nie kosztuje fortuny, bo nowe wydanie pojawiło się na rynku.

środa, 16 listopada 2016

Joanne K. Rowling, John Tiffany, Jack Thorne - Harry Potter i przeklęte dziecko
















Data ukończenia: 11 listopada 2016

Data utworzenia recenzji: 16 listopada 2016

Recenzja:

Dużo słyszałem negatywnych opinii na temat nowej pozycji Rowling. Szczerze mówiąc, zupełnie mnie nie kręciła sama idea, by dorzucać do zamkniętej całości jakąkolwiek popierdółkę (zwłaszcza w kooperacji z innymi twórcami fanficów). Z drugiej strony miałem dziwne podejrzenia - tyle lat minęło, a Rowling nadal nie chce tworzyć żadnej historii, która dzieje się nawet obok swojego uniwersum.

Ale oto "Przeklęte dziecko", zmora osób, które nie wiedzą, czy czytać imiona w dramacie i kto mówi didaskalia. Tylko te zarzuty, że jest to sztuka, najbardziej mnie irytowały, bo niekonsekwencji jest tutaj tak dużo, że zastanawiam się, gdzie drzemała mistrzyni słowa, bo to co tu widzę to tylko połowa z tego to Rowling.

Zacznijmy od rzeczy przyjemnych. Scorpius Malfoy i Albus Potter - to nowe gwiazdy serii, które miały możliwość zabłyśnięcia na tych 300 stronach. To, co rodzicom się nie udało - przyjaźń, tutaj idzie siłą rozpędu i (moim zdaniem!) zahacza o homoseksualizm. Razem wdają się w niezłą kabałę, jaką jest "Powrót do przyszłości" w wersji Hogwart.

I tu się całe szambo wylewa, bo sam zmieniacz czasu działa na zupełnie innych zasadach, niż w trzecim tomie... Chwaliłem ją za rozsądne podejście do przenoszenia się w czasie, gdzie jasnym było, że wszystkie akcje są nieuniknione. Sprawiało to wrażenie, że nie można zmienić przeznaczenia, a jedynie żyjemy w określonym scenariuszu. W "Przeklętym dziecku" istnieją inne zasady, można zabić Voldemorta, doprowadzić do śmierci Harry'ego itp. itd. Według nowej książki jest możliwość tworzenia alternatywnych rzeczywistości. Przykre to doświadczenie, kiedy oczekuję rozsądku, za który ceniłem poprzednie tomy.

Nie podoba mi się również wspomniany wątek homoseksualny, który jest rozwiązany na zasadzie: "chciałabym, ale boję się". Otóż wszystko kipi, ale na końcu wybieramy najbardziej łagodną wersję, by żadnego czytelnika nie zgorszyć. Homoseksualizm jest dla Rowling ciekawym tematem, sama stwierdziła, że Dumbledore jest gejem - tutaj przekonuje nas o pewnych postawach, by pod koniec bez pardonu się wycofać. Bardzo na minus.

Ogólnie same kwasy wymieniam, ale książka jest bardzo dobra. Nie jest to rewelacja, bo czuć, że Rowling bardziej się podpisała pod tym tytułem, niż uczestniczyła w poprawianiu. No, ale nie było już dawno tego świata, dlatego szczerze polecam powrócić do świata magii.

niedziela, 13 listopada 2016

Kevin Smith, Phil Hester - Green Arrow: Kołczan. Część 1

'














Data ukończenia: 6 listopada 2016

Data utworzenia recenzji: 13 listopada 2016

Recenzja:

Nie miałem możliwości wcześniej poznać takiego superbohatera, jakim jest Green Arrow. Patrząc na sam kostium (połączenie Robin Hooda z... toż to Robin Hood we własnej osobie), a także na małe wyeksploatowanie postaci, nie zapowiadało się, że "Kołczan" będzie miał dla mnie jakąś większą wartość.
Green Arrow: Kołczan
Jednak, za scenariuszem stoi sam Kevin Smith, którego kiedyś uwielbiałem za filmy "Sprzedawcy", czy "Dogma" (dziś szczerze powiedziawszy, nieco mnie nie kręci, ale jeśli chodzi o komiks tu recenzowany - to wróciła mi do niego sympatia). Kwestia fabuły była tutaj o tyle trudna, że ostatni odcinek Green Arrowa kończył się jego śmiercią, podczas próby uratowania Metropolis przed terrorystami. Świadkiem tego wydarzenia był Superman, a ten brzydal, raczej z kłamstwa nie słynął.

Green Arrow: Kołczan
W każdym razie kilka lat później w mieście pojawia się Green Arrow, który nie zna nowoczesnych komputerów, nie wie co to komórka, a słownictwo i postawa ludzi budzą w nim mieszane uczucia. GA to staroświecki superbohater, który z jakiegoś powodu znajduje się w naszych czasach. Kapitalna praca Kevina Smitha, który potrafi opowiadać historię i utrzymywać szybkie tempo z jajem (z aluzjami dla dojrzalszych czytelników). 

Green Arrow: Kołczan
Sama kreska rewelacyjna może nie jest, ale po pewnym czasie zupełnie się jej nie zauważa, bo GA to mistrz DC Comics, który zachwycił mnie i stał się najsympatyczniejszym bohaterem w tym uniwersum. Nie chciałbym się rozczarować tylko drugim tomem...

The Brave and the Bold #85
Jak zwykle w tej kolekcji wprowadzono dodatek 85 numer komiksu "The Brave and the Bold" (wrzesień 1969), w którym to Batman i Szmaragdowy Łucznik łączą siły przeciwko Minotaurowi. Komentarz jest zbędny, bo nic wartego zapamiętania w nim nie ma.

Całość oceniam pozytywnie i tylko szkoda, że tak mało GA jest w samej kolekcji. Idealna odskocznia od popularnego Batmana. Czekam na drugą część.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...