niedziela, 28 grudnia 2014

George R. R. Martin - Starcie królów















Data ukończenia: 27 grudnia 2014

Data utworzenia recenzji: 28 grudnia 2014

Recenzja:

Po irytującym pierwszym sezonie serialu musiałem nieco odpocząć od dzieł Martina, ale gdy zasiadłem już do drugiego tomu - poczułem lekkie rozczarowanie. Pierwsza połowa książki dłuży się niemiłosiernie, a nie jest to godne wspaniałej pierwszej części. Gdybym miał sobie przypomnieć konkretne sceny, to muszę przyznać, że jedynie wprowadzenie nowych postaci do fabuły (a raczej możliwość obserwowania ich z bliska) było tym czymś, co prowadziło ją do przodu.

Sama historia dotyczy tytułowego starcia królów. Po "Grze o tron", mamy tutaj kilkaset procent więcej królewskich łbów do ścięcia, a każda morda gorsza od poprzedniej. Fircykowaty Renly i jego skostniały, i fanatyczny brat - Stannis, to moim zdaniem główni bohaterowie tej całej katastrofy. Stosunków tutaj nie będę opisywał, ale sama postać Stannisa zasługuje na oddzielny akapit.

Nie jest to postać, którą polubiłem, wydaje mi się, że jest w niej za duża sprzeczność. Król ten za uratowanie życia, daje tytuł lordowski pewnemu przemytnikowi Davosowi "Cebulowemu Rycerzowi", z drugiej strony jest tak sprawiedliwy, że za przeszłość swojemu nowemu sprzymierzeńcowi - ucina palce. Davos niczym opętany syndromem sztokholskim, ślepo podąża za swoim panem. Niestety Stannis zapomina o swoim podejściu, gdy ma możliwość przejęcia armii brata. Nie wiem, czy to jest błąd w scenariuszu, czy poznajemy jego obłudną stronę.

Na razie za dużo narzekań! Powiem szczerze - nie zdawałem sobie sprawy, że od drugiej połowy książki tytuł "Starcie królów" może być tak adekwatny. Tom trzymał moje emocje w garści do samego końca. 

Są nudne fragmenty, same rozdziały Jona Snow i Daenerys są tak nużąco napisane, że życzyłbym sobie skrócenie tych epizodów, ewentualnie poprawę w następnym tomie. Jednak ostatnie 200 stron czyta się jednym tchem i tylko nastraja do tego, by sięgnąć od razu po trzecią część. Jestem twardy i biorę dwie inne książki, ale do Westeros już teraz chcę wrócić.

wtorek, 11 listopada 2014

Monika Jaruzelska - Rodzina

















Data ukończenia: 3 listopada 2014

Data utworzenia recenzji: 11 listopada 2014

Recenzja:

Myślę, że każdy się tego spodziewał. Komplet: ascetyczna okładka "Towarzyszki...", same nazwisko i być może wścibstwo polityczne u tych bardziej podnieconych czytelników sprawił, że książka sprzedała się w wystarczającym nakładzie. Powstał, więc sequel, który żartobliwie sama Jaruzelska nazwała "Towarzyszka Panienka II".

Sequele dzielę na dwa typy: "Terminator 2" i "Ucieczka z Los Angeles". Pierwszy to doskonałość w każdym calu - nikt jej nie oczekiwał, ale jak dostał to był zakochany. Drugi typ, to taki reżyserski ""nie chcem, ale muszem", gdzie zarówno twórca, jak i widz, nie spodziewali się niczego zajebistego, a obraz okazał się gorszy niż obstawiali.

Niestety, druga książka Moniki Jaruzelskiej, to taki naciągany sequel. Już na samym wstępie autorka pokazała, czego się obawia w kontynuacji. A cały problem polega na tym, że słowo "kontynuacja" to klucz w tej recenzji.

Autorka starała się, jak mogła, ale nie miała pomysłu, co w niej zawrzeć. Sam tytuł, "Rodzina", wydaje mi się dopisany w ostatnim momencie, gdy okazało się, że tych treści jest w niej najwięcej. Sama skarży się, że terminy i wydawca gonią ją. Oczywiście wszystko to pisane jest żartem, ale przypominają mi się lekcje plastyki w podstawówce, gdzie ulubionym powiedzonkiem dzieci łaknących szczypty pochlebstwa było stwierdzenie: "wiem, że brzydko namalowałem...".

W poprzedniej recenzji pisałem, że podoba mi się podejście autorki do polityki. W "Towarzyszce..." zgrabnie omijała tematy, które mogłyby wprowadzić za dużo nerwów. W tym tomie, nie widzę już tego opanowania. Gdzieś tam zawsze pojawi się komentarz, który będąc zgodny, czy nie z Waszymi poglądami - po prostu płocho waniajet.

A gdzie ta cała "rodzina"? Autorka opisuje nam rozdział po rozdziale, jak nie ma czasu przeprowadzić wywiadu z rodzicami. Po czym następuje punkt kulminacyjny (ten wywiad), a w nim nic ciekawego...

Książka wymuszona, ale dobra. Szybko się czyta i przyjemnie, nie mogę ocenić negatywnie kunsztu Jaruzelskiej. Ale jeśli to, co pisała autorka o wydawnictwie ("oczywiście" żartobliwie) jest prawdą, to już wiem, kto tu jest najbardziej winny. Dobrze czytający się średniak, ale na trzecią książkę proponowałbym zmienić formułę, która tutaj okazała się mizerna.

środa, 29 października 2014

Martin ZeLenay - U progu zagłady















Data ukończenia: 27 października 2014

Data utworzenia recenzji: 29 października 2014

Recenzja:

Mam dziwne wrażenie, że przeczytałem jedną z tych książek, która ucierpiała na tym, że za dużo wątków zostało wprowadzonych w jednym tomie. W tym roku po przeczytaniu "Tajny raport Millingtona" byłem przekonany, że błędy, które były na porządku dziennym w pierwszym tomie, w drugim się już nie pojawią.

Zacznijmy od tego, że książka została przetłumaczona z oryginału pod tytułem Eve of Destruction, ale w sieci nigdzie nie znajdziemy takiego tytułu. Jak mniemam nigdzie indziej, niż w Polsce, tytuł nie został opublikowany. Ta uwaga wiąże się z kolejną. "Tajny raport..." miał polskie wtręty, gdzie nagle okazywało się, że Polska to bardzo istotny, drugoplanowy kraj, który pośrednio ma związek z główną fabułą. Na przykład, jedna z głównych postaci miała polskie korzenie lub podczas jakiegoś spotkania pada rozmowa o historii naszej ojczyzny. Wszystko wydawało się stworzone po to, by polski czytelnik czuł dumę, a zagraniczny zrozumiał zawiłe treści do których prawdopodobnie nie miał dostępu.

"U progu zagłady" ma bardzo podobny schemat, wrzuca polskie wątki na samym początku, ale patrząc na jedyny kraj wydania tego tomu, zaczynam zastanawiać się, czy nie lepiej jest napisać ciekawą powieść dziejącą się w Polsce, nie z Frankiem Shepardem, a ze Zdziśkiem Zarzeckim. 

Wracając do samej treści. Drugi tom przenosi znane nam postacie w bardziej określony czas, wybór papieża Franciszka, ładunek wybuchowy kierujący się do Watykanu, Putin i Korea Północna. Fakty wymieszane z fikcją, to dobry materiał na powieść lub na film. Niestety, ponownie wrócę do pierwszego tomu. Tam również fabuła była opisana w taki sposób, że lepiej by się to oglądało niż czytało. Każdy rozdział skonstruowany jest na zasadzie cięć. Będę to bardzo łopatologicznie tłumaczył. Tak, jak w szybkich akcjach w filmie, następują cięcia i ukazanie  innego momentu z innej perspektywy, w innym miejscu lub czasie. Wygląda to widowiskowo i dynamicznie. Podkreślam słowo WYGLĄDA!

Czytając ma się wrażenie, że siedzimy w biurze z głównymi bohaterami, gdy nagle mamy opis sytuacji na drugim końcu świata, by przekazać nam coś, czego i tak nie załapiemy. Po czym, po tych trzech zdaniach opisujących akcję w innym mieście - wracamy do naszego biura. Dynamizm opadł przez ten jeden dodany akapit. Świetnie to wygląda na kliszy filmowej, na stronicach książki wypada to komicznie.

Dialogi idealnie stworzone, niczym żywcem wyciągnięte z biura. Sama historia, pomimo kuriozalnej losowości na sam koniec (przypomina mi to sytuację, z gry Podwójne kłopoty Buda Tuckera, w której główny bohater utknął w więzieniu, gdzie spotyka scenarzystę, który tłumaczy, że nie mieli pomysłu, jak go stąd wyciągnąć. Włączył więc odpowiedni przycisk, który zmaterializował drzwi do supermarketu, co miało pomóc w dokończeniu fabuły), jest bardzo dobrym materiałem. Gdyby zredukować środek książki do niezbędnego minimum, tytuł nie zatraciłby akcji którą stworzył na początku i na końcu.

sobota, 20 września 2014

George R. R. Martin - Gra o tron
















Data ukończenia: 22 sierpnia 2014

Data utworzenia recenzji: 20 września 2014

Recenzja:

Po raz kolejny piszę wstęp do recenzji. Podchodzę do tego, jak pies do jeża. Praktycznie za każdym razem, kiedy siadam do pisania, najczęściej używanym klawiszem jest delete. Zaczynałem opowiadać o tym, jak ominął mnie ten cały hype na "Grę o tron". Jak zobaczyłem brzydką okładkę pierwszego wydania. Jak uciekałem przed serialem i tym cholernym określeniem "Winter is coming", który wylewał się z internetu niczym pozostałe gimnazjalne memy.

Czuję się, jak dziwkarz... Gdy już chciałem zacząć czytać książkę, zrobiłem najpodlejszą rzecz, której nigdy wcześniej nie uznawałem za stosowną. Swój wybór, czy zacznę czytać książkę, uzależniłem od obejrzenia pierwszego odcinka serialu... Spodobał mi się bardzo. Do tego stopnia, że czułem zażenowanie czytając powieść, że sam sobie zepsułem zabawę.

Problem z "Grą o tron" polegał na tym, że tutaj "zabawa" trwa do ostatniej strony. Przyjemność jest ogromna, chociaż od początku do końca wisi nad głową jedno założenie: w tej powieści nie ma czegoś takiego, jak "czyste dobro", z tego też powodu podczas czytania nie uświadczymy w żadnym momencie takiego zakończenia spraw.

Mógłbym się rozpisywać na temat fabuły, większość pewnie zna - druga większość ma szansę poznać samemu (czego bardzo życzę, chociaż w dobie spojlerów nawet na stronie onetu, jest to nie lada wyczyn!), ograniczę się tylko do samego początku. Namiestnik króla umiera, ponoć ze starości. Trwają poszukiwania następcy, a głównym kandydatem jest Eddard Stark - przyjaciel króla. Ten pozostawia swoje rodzinne strony i wchodzi w "paszczę szaleństwa".

Dawno nie czytałem tak skonstruowanych bohaterów, od czasów "Troi" nie utożsamiałem się z żadną postacią tak mocno. Na początku był to oczywiście Tyrion i Jon Snow. Po przeczytaniu stwierdziłem, że bękart jest tutaj najbardziej... płytką osobą. Cały pierwszy tom skradli drugoplanowi bohaterowie: Jorah Mormont i Littlefinger. Zwłaszcza ten drugi, który z każdą nową stroną wydawał mi się podobny... do mnie...

I tutaj powinienem wrócić na chwilę do serialu. Przy takim arcydziele, jakie stworzył Martin, zrozumieć nie mogę, jak można spieprzyć materiał na scenariusz. Lubię HBO, ale od jakiegoś czasu te trzy literki kojarzą mi się wyłącznie z nabrzmiałymi sutkami, lewitującymi penisami i ciągłymi aluzjami seksualnymi. W okół tego przejawia się gdzieś historia Martina, luźno powiązana z tym, co w książce. Ktoś pomyśli, że nie ma takich scen w powieści, skoro narzekam. Są, ale napisane przez faceta. Moja teza o tym, że najbardziej żenujące erotyczne sceny piszą kobiety, nadal jest aktualna. Martin robi to po męsku, nie przechodzimy z etapu do etapu. Czytamy, że uprawiają seks i tyle.

Cóż takiego oferuje nam serial? Littlefinger opowiada o swoich planach w burdelu, gdzie uczy kurtyzany lesbijskiego seksu, połączonego z fistingiem. Pal licho te niepotrzebne sceny dla pryszczatych nastolatków, ale Littlefinger gadający o swoich planach? W książce tego nie było. Serial obdziera z tajemniczości dodając pewne historyjki, po których powstają nadinterpretacje, wybielanie lub uwypuklanie cech. Czytając książkę Littlefinger ma u mnie twarz Aidana Gillen'a, ale zachowanie nie gra zupełnie z tym, co widziałem na ekranie.

I żeby sprawa była jasna, pornografia i erotyka jest ok. Ale kiedy mam zamiar obejrzeć "Grę o tron", chcę widzieć "Grę o tron", a seksualne zabawy i sceny gdzie mogę zawiesić oko są tak wyolbrzymione, że tracę już cierpliwość.

Na koniec lekki powrót do książki. Zrobiłem sobie przerwę od "Gry o tron" - standardowo, przeczytam w między czasie inną powieść. Ale moje serce cierpi, że nałożyłem sobie taką tradycję. Chcę wrócić do Westeros....

środa, 27 sierpnia 2014

Mówi MajinFox #4: cztery lata

Jak tak dalej pójdzie, będę musiał dzieciaka do zerówki prowadzać...

Ponieważ miałem dobry dziś dzień to i sam sobie zrobię podsumowanie czytelnicze, które wprowadzi trochę równowagi w moim życiu.

Takiego lenia już dawno w lustrze nie widziałem - zdarza mi się często widzieć buntowników "z zasadami", ale ostatni rok to bumelanctwo pełną gębą. Zaczęło się od Szkoły Oficerskiej, która tak mnie rozregulowała, że nie potrafiłem już wejść w ten tryb pochłaniania książek. Po drodze pozmieniały mi się obowiązki w życiu - z pracy typu "siedźmy i klepmy biedę" (obciążenia psychicznego i fizycznego brak) zmieniłem na "do mordu!" (gdzie odpoczynek po bitwie to rzecz święta). Ma to swoje uroki ("piniondze"), ale czasu na czytanie mniej.

Ale, co tu było czytać? Nowy roczek zacząłem od "Danse Macabre", "Historii", "Myst 2", "Koszmary i fantazje". Następnie na szybko przeczytane krótkie historyjki lub poezja. Trafiło się za to kilka dobrych książek, jak na przykład... hmm, może "Towarzyszka Panienka" i "Żona enkawudzisty"? Mógłbym dorzucić też "Solo". Ilościowo bieda, ale jakościowo rok też nie był urodzajny.

Całe szczęście, że nowy, piąty już rok, zacząłem z grubej rury. Za kilka dni spłodzę recenzję "Gry o tron", arcydzieła, które zdetronizowało serię "Troja" w kategorii fantasy. O tym następnym razem.


I moja lista najpopularniejszych recenzji:

06. Augusto Roa Bastos - Ja, Najwyższy (pozdrawiam wszystkich, którzy szukali w googlach tej książki)

Do zobaczenia za rok!

sobota, 23 sierpnia 2014

William Boyd - Solo
















Data ukończenia: 23 lipca 2014

Data utworzenia recenzji: 23 sierpnia 2014

Recenzja:

Niesamowita posucha z tym Bondem. W tym roku, gdyby nie RMF Classic z Markiem Kondratem i muzyką, zupełnie byśmy zapomnieli, że gdzieś tam za rogiem przybędzie do nas 24 część szpiega. Leciał też serial "Fleming", który z jednej strony dobrze się oglądało, z drugiej nic nadzwyczajnego się dowiedzieć o autorze nie można było.

W 2013 roku dotarła do nas nowa książka, spod znaku 007. Nieco zmartwiony i zniechęcony zasiadłem do powieści, ponieważ znów zmienił się autor. Deaver i jego "Carte Blanche" było tak idealnie napisane, że nie widziałem możliwości zmiany twórcy na kolejny tom. A jednak...

Wszystko to, co zrobił Jeffery - zmiana biografii Bonda, wprowadzenie w teraźniejszość, nowe technologie - przepadło znów z dniem publikacji "Solo". Nowy autor wrócił do czasów Fleminga. Boyd kontynuuje, na podstawie nekrologu Bonda z "Żyje się tylko dwa razy", dalszą część przygód 007.

Tym razem zostaje wysłany do Afryki, gdzie ma zapobiec wojnie domowej między dwoma klanami, a że dziko w tym miejscu, to i główni niemilcy bez żadnych skrupułów wypełniają swoje zadanie. I przyznam bez bicia, jeśli tylko dostaję sygnał, że powieść dzieje się w Afryce, moje ustawione automatyczne ziewanko pyrka na wysokich obrotach. Nie wiem, czy to awersja do "W pustyni i w puszczy", czy jakieś niesympatyczne wspomnienie z tych terenów (nie byłem w Afryce). Marazm, pomimo ciągłej akcji, tak jak mi się włączył, zgasł dopiero po przeczytaniu "Żony enkawudzisty", którą wcisnąłem sobie między stronice "Solo".

Czy Boyd podołał "jako Ian Fleming"? Tak, ale niekoniecznie takiego chciałem go czytać. Wszystko pasuje, ma ręce i nogi. Czuć, że Boyd mógłby kontynuować serię, na kilka następnych tomów. Nawet te senne rozdziały w Afryce, które trwają niecałą połowę czasu spędzonego z książką, nie psują zabawy. Dobrze napisana akcja, trzyma w napięciu, w odpowiednim momencie włącza nam się agresor, gdy niewinne osoby zostają brutalnie zamordowane (we Flemingowy sposób). Ale!

Jeffery Deaver stworzył "Carte Blanche", które znacznie bardziej mi odpowiadało. Pomimo mojego stetryczenia i przywiązania do korzeni, wolałem poczytać o współczesnym Bondzie, który świetnie został stworzony przez Deaver'a, niż powrót do klasyki. Nie zmienia to faktu, że książka jest dobra i warta przeczytania. A ponieważ nie zapowiada się w najbliższym czasie na nową powieść o JB, czas odkurzyć którąś ze starszych części.

środa, 30 lipca 2014

Mira Jakowlenko - Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej















Data ukończenia: 16 lipca 2014

Data utworzenia recenzji: 30 lipca 2014

Recenzja:

Zawsze irytowało mnie, że na żadnym etapie w szkole wymuszonej nie miałem możliwości zagłębienia się w historię świata po II Wojnie Światowej. Między 1945 rokiem, a dzisiejszymi czasami mieliśmy przecież WTC i Smoleńsk, nikt się nigdy nie zagłębiał w mało ważne "ciekawostki", jak powstanie państwa Izrael, czy, jak wyglądało życie w NRD. Nic to, śmiejmy się z głupoty młodych w internecie, zapominając, kto za edukację pobiera pieniądze.

Historia Związku Radzieckiego jest na tyle przewrotna, że gdy dostałem w ręce egzemplarz, czułem, że wchodzę w rewiry, które nie są mi do końca znane. Na dodatek cała historia jest opowiedziana nie z perspektywy krwi, a strachu. Główna bohaterka - Agnessa Mironowa, poprzez autorkę pokazuje, jak wyglądał Wielki Terror w życiu codziennym, od kuchni. Ponieważ nasza gospodyni domowa, była żoną jednego z prominentnych członków NKWD, mamy możliwość sprawdzenia, jakie psychiczne wyniszczenie panuje w rodzinie kata, a później ofiary tego samego reżimu.

Jeśli ktoś nie wie, czym charakteryzował się Wielki Terror lub Wielka Czystka, radzę przeczytać sobie jakieś mini opracowanie. Historia jest o tyle niezwykła, że nie działa się w barbarzyńskim państwie na drugim końcu świata, a obok naszego.

W tym wszystkim, trybik sowieckiej maszyny - enkawudzista, którego opisu pracy nie otrzymujemy w tej książce. Widzimy tylko efekty jego roboty: zwiększone dochody, luksus, wycieczki i ciągły strach. Agnessa, to osoba, która czerpie przyjemności z wygód, ale kątem oka zauważa, że za Stalina życie i dobrobyt to chwiejna sprawa. Próbuje nie wchodzić w zawodowe tematy męża, ale po części żyje w ciągłej psychozie. Gdy kolejny znajomy został aresztowany z zakazem korespondencji na 10 lat (co oznaczało śmierć), nasi bohaterowie czekają na swój wyrok śmierci. Nagły awans powoduje chwilowy zryw przyjemności i chęci korzystania z dobrodziejstw. Do następnego zaaresztowania.

Dużo w książce znajduje się tematów przeznaczonych specjalnie kobietom. Suknie, przyjęcia, ploteczki. Miłośników męskich tematów niech nie przestraszą te historie. Książka jest tak ciekawie napisana, że każdy z chęcią i niedowierzaniem będzie pożerać przedstawioną nam biografię.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...