czwartek, 27 lutego 2014

Rand Miller, David Wingrove - Myst: Księga Ti'Any

















Data ukończenia: 18 lutego 2014

Data utworzenia recenzji: 27 lutego 2014

Recenzja:

Pierwsze 130 stron czytałem dwa miesiące... Chociaż nie - po 130 stronach, nie czytałem przez dwa miesiące... Czy powinienem się chwalić, podejrzewam, że w takim samym natężeniu, jak autorzy, że coś takiego wydali na rynek.

Nawet nie wiem od czego można zacząć. Sama historia jest prequelem tego, co widzieliśmy w pierwszym tomie i grach. Jeśli pamiętamy, że kultura D'ni nie przetrwała do teraźniejszości, w tej części mamy ukazane dlaczego tak się stało. Aitrus (ojciec Gehna, dziadek Atrusa, pradziadek Achenara i Sirrusa) wierci dziury, bo D'ni chcą zobaczyć, co znajduje się na powierzchni i czy ssaki żyjące na niej mają rozum (chodzi o nas). Drugim wątkiem jest badanie przez Annę i jej dziadka pojawiających się kraterów na powierzchni. Gdzieś tam pośrodku się spotkają i spłodzą dziecko, a D'ni upadnie.

Ot i cała fabuła, która nie jest odkrywcza, bo każdy wie od samego początku na czym to się zakończy (osoby, które nie wiedzą prawdopodobnie nie są nawet zainteresowane taką recenzją). Ale, przecież czytelnicy oczekują jakiegoś zaskoczenia, czegoś ciekawego. Skoro wiadomo, jak wygląda końcówka, to co musiało się tam wydarzyć przed tragedią, skoro napisali książkę. Nadążacie?

Tylko jedno zaskoczenie! Zawsze dzieliłem książki na trzy kategorie: bardzo dobre; które po pierwszych stronach zapowiadały się dobrze; które wiedziałem, że są złe, ale nie ma to jak czasem usiąść na kaktusie. "Księga Ti'Any" nie należy do żadnej z tych kategorii. Moje zaskoczenie wyglądało w taki sposób: Zadowolony, że to "Myst", zacząłem czytać pierwszą stronę. Coś nie idzie. Po drugiej widzę, że chyba wpadłem w niezłe szambo i nie będzie lepiej. Zajrzałem na ostatnią: "Fruk mi w rzętak! CZTERYSTA stron. Jestem wielce zaskoczony!".

Nie wiem, jak można tak źle skonstruować książkę. Przez pierwsze 130 stron, kompletnie nic się nie dzieje. Grupa dorosłych facetów wierci dziury. Nastąpiła jakaś katastrofa i się jeden szyb zawalił (nawet nie zauważyłem - tak płynną monotonią zawiało). A Anna (to ta nasza) biadoli nad losem swojego starego dziadunia. I tak przez prawie 200 stron. Dialogi marnie skonstruowane, chociaż znam kilka osób, które właśnie w taki sposób się wysławiają (bo wypada porozmawiać - porozmawiajmy, jak w Myście). Kiedyś ktoś napisał, że stworzenie dobrych dialogów, to najcięższa harówka. Panowie, którzy popisali się tą książką nie zdali egzaminu nawet na dostateczny. Swoją drogą przestrzegam osoby, które czytają tylko dialogi opuszczając opisy, żeby nie wpadły w zachwyt. Jest ich tutaj pełno, ale nic nie wnoszą ciekawego do powieści.

Gdy już odłożyłem gniota książkę na dwa miesiące, stwierdziłem, że już dawno się tak nie wkopałem. Chyba od czasu "Atlasu...". Dopiero, gdy choróbsko mnie powaliło złapałem za dzieło Randa Millera i dokończyłem cholerę. I nie było takie złe! Problem polega na tym, że autorzy nie mieli zielonego pojęcia, jak zacząć pisać książkę. Nie mieli też pojęcia, że zapełnianie w powieściach stron niepotrzebnymi rozdziałami nie zrobi z niej arcydzieła. "Księga Ti'Any" zaczyna się robić interesująca dopiero, gdy Anna spotyka kulturę D'ni. Ale to jest w połowie tekstu i nic już nie uratuje oceny.

Książki źle się sprzedały. Prószyński i S-ka nie pofatygowali się i nie dokończyli trylogii na rynku polskim. Z drugiej strony Rand i David po wydaniu trzeciego tomu "Book of D'ni" też obiecywali czwartą część, ale i tam po czasie nikt o świecie Myst pewnie nie pamiętał, albo i pamiętał, ale płacić nie było komu.

Polecić? Raczej odradzić, ale samą historię warto poczytać w internecie, jeśli ktoś jest zainteresowany, to na stronie Korox Tevar znajdzie streszczenie nawet nie wydanego w Polsce tomu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...