niedziela, 30 stycznia 2011

Agnieszka Graff - Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym


Data ukończenia: 23 grudnia 2010

Data utworzenia recenzji: 30 stycznia 2011

Recenzja:

Od jakiegoś czasu miałem chęć wziąć do ręki  książkę, która zawierałaby przemyślenia autora. Zbiór esejów lub cokolwiek, co sprawiałoby mi przyjemność w "nie zgadzaniu się" z autorem. Pierwsza myśl to Slavoj Žižek, którego uwielbiam za przemyślenia filmowe i który, jak nikt inny, potrafi połączyć aktorstwo z polityką. Jednak na pierwsze dzieło swojego ulubieńca musiałem czekać do gwiazdki. Sięgnąłem w takim razie po literaturę feministyczną, by sprawdzić, z czym to się je.

I żeby wszystko było jasne! Nie jestem żadnym samcem alfa, który uważa, że miejsce kobiety ogranicza się do łóżka, kuchni i porodówki. Ale nie jestem też jakimś męskim feministą. Zawsze uważałem, że równouprawnienie, to nie żadna utopia, a pewna podstawa w państwie demokratycznym. Dziwne jest to, że piewcy demokracji potrafią z taką łatwością ignorować ten temat. Z drugiej strony środki, które stosują feministki, niekoniecznie muszą mi się podobać. Czasem mniej agresji, trochę spokoju i nie robienie sobie samemu czarnego pijaru przynosi skutki. Wystarczy popatrzeć na kilka ostatnich lat w polityce.

Wydaje mi się, że w kwestii, o której będę pisał, zgadzamy się z panią Graff. Jest jakiś odłam feministek w życiu publicznym, które są bardziej feministyczne od feministek. Media, jak to media. Krew ważniejsza od debaty. Tylko cała strategia polega na tym, aby móc odseparować na tą jedną konkretną chwilę takie osoby, które odpychają od swoich ideałów potencjalnego "przytakiwacza". Agresja niektórych tych pań wygląda nie jak pokazywanie swoim rozmówcom tężyzny fizycznej, wygląda raczej przekomicznie. Porównywalne jest to do rannego zwierzęcia, które ostatnim tchem rzuca się na swojego oprawcę. Dlaczego od samego początku stawiać się na przegranej pozycji? Często mówi się o debatach prawicowych polityków z feministkami, i pytanie: jak mają się do nich ustosunkować, jeśli rozmowa grzecznie mówiąc "się nie klei"? Nie widziałem żadnej zasady, że jeden rozmówca ma się zniżyć do poziomu drugiego rozmówcy. Były takie debaty, gdzie wygranym był ten, który mniej jadu wypluwał.

I w całym tym cyrku nie dziwi mnie, że kobieta, która usiadła popatrzeć w telewizor na swoje "takie" bojowniczki, nie jest zachwycona. I niech nie dziwią się feministki, że kobieta może czuć niechęć do takich aktywistek i najchętniej spaliłaby się ze wstydu. I jeszcze raz "żeby nie było", to moja opinia na temat pewnej grupy feministek, którym nie zabraniam być, ale nie trzeba spuszczać wszystkie swoje dobermany do mediów. Dostałem niedawno od najważniejszej dla mnie kobiety książkę, której jeszcze nie zacząłem czytać, Mariny Mayoral, której, według mnie, tytuł idealnie pasuje do opisywanej przeze mnie sytuacji. "Smutny to oręż, co nie broni się słowem".

Ale przejdźmy do książki. Gdybym napisał tę recenzję parę dni po przeczytaniu inaczej bym ją przedstawił. Teraz patrzę trochę bardziej obiektywnie i muszę przyznać, że Agnieszka Graff jest tą osobą, z którą uważam możliwą polemikę na odpowiednim poziomie. Jest to wydanie drugie książki, niepoprawione. Pierwsze wydanie ukazało się przed wejściem do UE, drugie dodaje jedynie wstęp pokazujący, jak miało być, a jak jest. Przyznam się, że bardzo mi się podoba takie podejście, które również praktykuję na blogu. Przemyślenia zebrane z tamtych lat, opatrzone niewielkim komentarzem.

Były rozdziały, które mi się podobały, były też takie, które mi nie pasują. Jedne z lepszych rozdziałów, to te o polityce po 1989 roku. Gdzie słowo "człowiek", jest traktowane na równi z "mężczyzną po prostu". Oczywiście uważam to za całkiem trafne przemyślenia na temat pewnych wpadek językowych, spowodowanych próbą bycia na siłę elokwentnym przed zgromadzeniem osób. Inny rozdział, o Hannie Gronkiewicz-Waltz biorącą udział w wyborach prezydenckich w 1995 roku, pokazuje, jakim niewypałem była kampania naszej pierwszej Żelaznej Damy, która ostatecznie ostała się tylko Żelazną Mamą. Chyba najlepszy esej w tym zbiorze.

Ciekawie autorka podeszła też do literatury i do kina. Ally McBeal to postać fikcyjna, która niemal całkowicie mnie ominęła, ale chyba nikt nie mógłby bardziej mnie zachęcić do zapozania się z tym serialem, niż Agnieszka Graff. Podobnie z literaturą - Virginii Woolf. Nie mogę sobie obiecać, że kiedyś się za to wezmę, ale poszczególne tytuły wyglądają zachęcająco.

Jednak jedna kwestia mnie trochę rozbroiła. Opisywanie filmu "Tato", jako komedii? W którym momencie? Może było kilka "śmiesznych" tekstów, ale jako "człowiek, mężczyzna poprostu", nie zauważyłem, by film był komedią. I czasem właśnie w takich sytuacjach widzi się dozę egoizmu. Ja ten film odebrałem, jako wielki brak niesprawiedliwości, jeśli chodzi o przyznawanie praw do opieki. Mowa w książce jest o "totalitarnym świecie, w którym rządzą świetnie zorganizowane psychopatyczne kobiety". Trochę nie rozumiem... A gdzie obrońcy mężczyzn, którzy krytykują filmy pokazujące totalitarny świat, w którym rządzą świetnie zorganizowani psychopatyczni mężczyźni? Przypuścmy, że jednak "Tato" właśnie mówi o takich kobietach, o jakich jest mowa w książce. Czy w tym samym czasie nie oglądamy "filmów realistycznych" o tym, że mężczyźni gwałcą kobiety, są pedofilami, zapominają o rocznicy ślubu, wina za poczęcie spada przeważnie na ich głowy, a własne dzieci obrażają się na tatusia, który zasuwa dzień i noc, i nie mógł urwać się z pracy na ten najważniejszy mecz. Komentarz jest chyba zbędny.

Inny irytujący rozdział to ten o aborcji. O ile bardzo ciekawie się zaczyna, to gdzieś po drodze, mam nadzieję, że autorka się pogubiła. A argumentacja została zastąpiona statystykami.

Ciekawie napisana książka, choć nie ze wszystkim się zgadzam. Wiele ciekawostek dla takiego laika, jak ja. Jestem pewien, że sięgnę po następny tom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...