środa, 11 maja 2011

Paulo Coelho - Walkirie
















Data ukończenia: 23 kwietnia 2011

Data utworzenia recenzji: 11 maja 2011

Recenzja:

Chwilę po zakończeniu "Ja, Najwyższy", wziąłem do ręki "Walkirie" przecenianego według mnie Paulo Coelho. Obiecałem sobie, że przez dłuższy czas będę omijał tego "oświetleńca" szerokim łukiem. Jednak jest to kolejna książka na wymianę, więc musiałem ją zaliczyć, by funkcjonować jeszcze w swoim towarzystwie.

Fabuła jest prościutka. Paulo Coelho opisuje swoją podróż po pustyni Mojave, gdzie przez czterdzieści dni szukał swego Anioła, którego chciał zobaczyć i porozmawiać z nim. Ważne w całej powieści jest to, że cała historia zdarzyła się naprawdę, a tylko nieliczne elementy są fikcyjne. Przynajmniej tak sugeruje autor.

Towarzyszyć mu będzie w podróży jego żona, Chris Coelho, dzięki której Paulo będzie mógł wstawić opinię jaką ma on sam o samym sobie. Żenujące by było przecież, gdyby sam Paulo opowiadał o sobie w samych superlatywach. Dlatego "wrzuca" w usta swojej żony opisy, przymiotniki i inne wykwintne wyrażenia, które sugerują, że bycie obok Coelho to bardzo orgazmiczne przeżycie. I tak już na samym początku, Chris Coelho  oświadcza nam, że seks z Paulo to duchowe/niebiańskie doświadczenie. I tak jest mniej więcej przez całą książkę. Każda kobieta czytająca "Walkirie" powinna przy niemal każdej stronicy być zazdrosna o takiego faceta. Ach ten Paulo!

Przypomina mi to pewne autobiografie, w którym ludzie porównują się do Bonda (między innymi Ibisz). Gdzie wypada to po prostu żenująco. Są pewne określenia, które mogą być co najwyżej nadane przez inne osoby. Jeśli stajemy się "samozwańczym" Bondem musimy liczyć się z drwiną osób, które będą świadkami "samoukoronowania". Identycznie jest i z tą książką.

I chciałoby się jeszcze coś z tego wykrzesać, ale książka jest nawet niewarta zjechania tak, jak zrobiłem to w recenzji "Alchemika" rok temu. Krótka i nudna. Tak jak w tamtej pozycji jest dużo haseł i pseudogłębi, tak i tutaj tego nie zabrakło.

No i zastanawia mnie jedno. Czy takie książki nie powinny być wydawane po śmierci autora? Wtedy nie byłyby żenujące. Dziwi mnie to, że ktoś nie miał wstydu bawić się w takie pisarstwo. Ta książka to taki "niewinny pomnik" Paulo Coelho, przez niego samego pisany/wystawiony.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Augusto Roa Bastos - Ja, Najwyższy
















Data ukończenia: 17 kwietnia 2011

Data utworzenia recenzji: 25 kwietnia 2011

Recenzja:

Zanim zacznę recenzować samą książkę, powinienem najpierw przedstawić moją ewolucję "miłości" do Paragwaju.

Wszystko zaczęło się w 1998 roku podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej we Francji. Były to moje pierwsze, które oglądałem z zacięciem w telewizji, a ponieważ z "natury" byłem bramkarzem, obserwowałem właśnie tych zawodników na boisku. I tak poznałem swojego guru na wiele lat - paragwajski bramkarz, José Luis Chilavert. I ci, którzy mnie znają, wiedzą, że muszę zawsze zgłębić temat, przeczytać opinię/historię i liczne ciekawostki. Już nawet nie na sam temat, który mnie interesuje, ale też na te, które zazębiają się minimalnie o wiadomości dla mnie najważniejsze. I tak zacząłem przekartkowywać historię paragwajską ze źródeł, jakie dotychczas miałem. Czyli niewiele tego było, bo nawet o dostępie do internetu mogłem wtedy tylko pomarzyć. W każdym razie, interesowało mnie wszystko, co z Paragwajem było związane, a na kolejnych Mistrzostwach Świata konsekwentnie trzymam za ten kraj kciuki.

Kolejny etap dojścia do książki Bastosa nastąpił po przeczytaniu "Gry w klasy" Cortazara. Wtedy zauważyłem, że do grona autorów, których (o zgrozo!) zaliczyłem, dołączył Argentyńczyk. A w "zbiorze głów" mam Polaków, Niemców, Brytyjczyków, Stanowych Zjednoczeńców, Włochów, Francuzów, Kanadyjczyków, Hiszpanów, Brazylijczyków, Turków i innych. I właśnie wtedy pomyślałem, że do tej grupy przyjemnie byłoby mieć chociaż jednego Paragwajczyka. Krótkie wyszukiwanie, już w internecie, pokazało mi jedynego pisarza wartego uwagi (inna sprawa, że wyglądało na to, że to jedyny ich pisarz w historii) - Augusto Roa Bastosa. W Polsce wyszły jedynie dwie książki: "Syn człowieczy" i "Ja, Najwyższy". I to tak dawno temu, że jedyną szansą zdobycia tego byłoby szwędanie się po antykwariatach. Zapisałem w www.goodreads.com, że zamierzam przeczytać i na kilka tygodni zapomniałem o moim planie zupełnie.

11 listopada otrzymałem długo oczekiwaną książkę - "1001 książek, które musisz przeczytać". I po pobieżnym przeglądaniu po raz kolejny natrafiłem na tytuł "Ja, Najwyższy". I już byłem tak pewny tego, że chcę to przeczytać, że wykorzystałem moją małą Anielicę do sprezentowania mi egzemplarza na urodziny. Nie będę nawet ukrywał, że od 13 lat chciałem przeczytać coś, co ukazałoby mi chociaż zalążek Paragwaju, bym mógł tam się przenieść chociaż na chwilę. Okazało się jednak, że historia ta na pierwszy rzut oka, jest niczym powstanie Trzeciej Rzeszy w Europie. Ale tylko na pierwszy rzut oka!

Najwyższy, to tytuł, jaki otrzymuje José Gaspar Rodríguez de Francia - Wieczysty Dyktator. Cała powieść to teoretycznie jego słowa, które autor zebrał z różnych pism, not, wystąpień, kurend, a także przekazów ustnych zarówno bliskich towarzyszy, jak i legend przekazywanych wśród "motłochu". Z tego  powodu Bastos przyjmuje nazwę Kompilatora i dzięki temu może się wtrącać i objaśniać niektóre niezrozumiałe kwestie.

Powieść zaczyna się od testamentu, który rzekomo został napisany przez Najwyższego, przybitego do drzwi katedry w Asuncion: "Rozkazuję, by po moim zgonie zewłok mój został ścięty(...). Wszyscy moi zausznicy, tak cywilni jako i wojskowi, niech zawisną na szubienicach. A ich trupy niech zostaną pogrzebane za murami cmentarza, tak iżby nie stało krzyża ni napisu, który upamiętniłby ich imiona...". Rzekomo! Najwyższy zaczyna prowadzić śledztwo wśród swoich skrybów, by znaleźć twórcę tego paszkwila. Jednak im bliżej końca, tym coraz mniej mamy pewności, czy aby testament nie jest JEGO tworem.


Paragwaj, zwany w XIX wieku, "Królestwem Grozy", to zamknięte terytorium w centrum Ameryki Południowej, gdzie nikt nie wchodzi, ani nikt nie wychodzi. Pozbawione gazet, rolnicze państwo, które gotuje się do ciągłej wojny. Samowystarczalny byt, który z każdej strony ma wrogów i który odpiera większość ataków. To kraj, w którym najpierw się rozstrzeliwuje, by potem wieszać.


Patrząc na Najwyższego prywatny zeszyt, trzeba zauważyć, że rozmowa ze znalezioną czaszką, czy z własnym psem Sułtanem, nie należy do najnormalniejszych zachowań. A jednak, jak czyta się myśli dyktatora i zaczyna rozumieć jego intencje, to zaczyna się mieć ambiwalentne uczucia. Być może dyktatura i autarkia rzeczywiście są potrzebne Paragwajczykom? Patrząc, jak sprawiedliwie "załatwia" problemy swoich obywateli, ma się wrażenie, że nie jest to żaden szaleniec, ale prawdziwy Ojciec Paragwajczyków.

JEGO rola w państwie, dyktatora, z nazwy sugeruje co robi główny bohater - dyktuje. By móc dyktować państwem potrzebny mu skryba. Patiño jest niczym Sancho Pansa dla swego Najwyższego. To za jego sprawą słowa "Kscelencji" zamieniają się w wyrazy, by z Wieczystej Kurendy sterować Paragwajem. Patiño siedzi przy biurko z notatnikiem i piórem, z nogami w misce z wodą (w której to, w nocy, ON wypatruje oznak zdrady swego skryby), naprzeciwko biurka Najwyższego, do którego przypięty na łańcuchu znajduje się meteor (przypięty, ponieważ tak traktuje uciekiniera z kosmosu, niczym niewolnika), i ma dostęp do tworzenia nowego Paragwaju, ale niestety tylko jako łącznik. W innym wypadku czekałaby go śmierć, którą sam musiałby sobie wypisać, "deflorując wyrazy" zasłyszane, jako słowa dyktatora.Bastos stworzył książkę za pomocą wielu prawdziwych tekstów, ale też na podstawie legend. Z tego powodu istnieje wątek miasta, w którym wszyscy mieszkańcy zostali zamienieni w posągi. Sprawa ta również przewija się przez całą powieść. Tworzenie broni z meteorytu, czy też mundurów z tkanin robionych z dymu palących się cygar. Wszelkie bujdy zostały tu uwzględnione.

Kompilator sprawił, że dyktator jest wszystko wiedzący. Dyskutuje, już na samym początku z Patiño, a propos JEGO śmierci i pogrzebu, który przed chwilą się zakończył. Krytykuje też władzę, która utworzy się za parę lat, jak i bezsensowną wojnę o Chaco w 1932 roku.

Jedynym mankamentem, jaki mogę znaleźć, to brak jakiegokolwiek podziału na dialogi. Nie ma tutaj przerw, łatwo się zgubić kto z kim rozmawia, kiedy zaczyna się kwestia Najwyższego, a kiedy jednego z obywateli. Wszystko pisane ciągiem jest bardzo męczące i chaotyczne. A sama książka do najłatwiejszych nie należy, często musiałem posługiwać się wikipedią, by dowiedzieć się czegoś więcej o realiach panujących w tamtym czasie.

Ostatnią rzeczą, jest tłumaczenie. Chyba po raz pierwszy muszę to napisać, ale należy się. Andrzej Nowak zrobił fantastyczną robotę. Pełno jest gier słownych, które ON wypowiada. Tłumacz dwoił się i troił, żeby polski czytelnik był w stanie bawić się językiem tak, jak robił to doktor Francia. Wspaniała robota!

I cóż mogę napisać więcej. To jedna z najwspanialszych książek, jakie czytałem. Arcydzieło, które chciałbym polecić wszystkim - studium dyktatora. Zdaję sobie jednak sprawę, że jest to książka bardzo trudna, która może odepchnąć. Ja wsiąkłem od razu i tak trzymało mnie do samego końca. To jeden z tych tytułów, który po kolejnym czytaniu, daje odpowiedzi na część pytań, które z pozoru były nierozwiązane (wiem, bo przeglądam ją od deski do deski podczas pisania tekstu). A najlepszym argumentem, że jest to arcydzieło, przemawia fakt, że nie często zdarza mi się westchnąć i mieć przyspieszone tętno, tak jak w momencie, gdy Patiño... (reszta spalona i nieczytelna, pozostały tekst stoczony przez robactwo).

niedziela, 17 kwietnia 2011

Joseph Heller - GOLD jak złoto
















Data ukończenia: 25 maja 2008

Data utworzenia recenzji: 25 maja 2008

Recenzja:

Opowieść o amerykańskim intelektualiście, który na swoje nieszczęście jest Żydem. Poważany w kręgach politycznych, a jednocześnie jest uważany za głupca przez swoją rodzinę. Gdy zostanie urażony i nie ukrywa zdenerwowania, całe otoczenie stwierdza, że się piekli, że jest Żydem. 

Z jednej strony bardzo humorystyczna książka, z drugiej - cholernie przykra, jak zestawia się ją z sytuacją panującą w rzeczywistości. Wyśmiewana władza, zwłaszcza Nixona i Kissingera, pokazywanie absurdu walki o stołki i tworzenie pustych haseł, które uznawane są przez "osoby wykształcone" za życiowe motta.

Bardzo dobre komiczne wstawki, które dorównują tym z "Paragrafu 22". Sceny rodzinnego obiadu, których jest ogromna ilość, można byłoby nawet nakręcić, tak kapitalnie są opisane.

Lepsza od "Bóg wie", ale nie tak dobra jak "Paragraf 22". Jest to trzecia książka Hellera jaką przeczytałem i muszę przyznać, że humor bardzo mi pasuje, i rzadko kiedy zdarza mi się stwierdzić, że podoba mi się wszystko, co do tej pory przeczytałem jednego autora. 


Opinia po trzech latach:

Pierwsze wrażenie po przeczytaniu jakiejkolwiek książki Hellera zawsze jest pozytywne. Niestety po jakimś czasie nie ma nawet możliwości przypomnieć sobie, co ciekawszych sytuacji, które znalazły się w fabule książki. Tak samo jest z "GOLD jak złoto".

Opisywanie życia amerykańskiego biznesmena okazało się nudne, jak flaki z olejem. Po czasie uważam, że przez babranie się w mało śmiesznych sytuacjach z kochankami głównego bohatera, jego problemy z doktoratem i z pochodzeniem jest po prostu kolejną tego typu historią. Nie czytam takich rzeczy, ale podejrzewam, że tak musi być, bo większość "dowcipów" w książce kończyłem w myślach zanim zostały zakończone za pomocą wyrazów na papierze. Jeśli ja sam potrafię wymyślać żarty identyczne jak autor, to mam prawo podejrzewać, że jednak nie są pierwszej świeżości.

Identyczna sytuacja jeśli chodzi o politykę. Jest to kolejny tytuł Hellera, który porusza ten temat. Poczytuję ostatnio "Ostatni rozdział, czyli Paragraf 22 bis". Tam również natłok polityki psuje nieco zabawę z książką. Widać, że ma jakieś pretensje do rządzących, problem pojawia się wtedy, gdy drwina, sarkazm nie jest wcale odkrywcza. Wygląda na to, że dowcip polityczny już został tak wyeksploatowany, że wszystkie śmiesznostki są co najmniej nieśmieszne. 

I gdyby ktoś szukał odpowiedzi na pytanie, o czym jest ta książka, nie potrafiłbym jej udzielić. Nie pamiętam! Ot, pewien epizod z życia każdego człowieka. Ani dobra, ani zła. Jednak z biegiem czasu zacząłem zauważać, że nazwisko Josepha na okładce rozczarowuje. I dochodzę w końcu do wniosku, że Heller skończył się na "Kill'Em All" (czyt. "Paragraf 22").

środa, 13 kwietnia 2011

Stephen King - Mroczna Wieża IV: Czarnoksiężnik i kryształ
















Data ukończenia: 12 czerwca 2007

Data utworzenia recenzji: 12 czerwca 2007

Recenzja:

A niech mnie cholera! To jest King, którego uwielbiam. Sceptycznie podchodzę do tej serii, bo jedyna część, która do tej pory warta była uwagi to II tom. Po czwartej części, bezpłciowy Roland,  ma prawo być bezpłciowym. Świetnie napisana książka, trzyma w napięciu do samego końca, zwłaszcza, że i tak wszyscy wiedzą jak się ona kończy (opisywana jest przeszłość).

A teraz trochę spoilerów.

Tak niesamowitych postaci już dawno nie spotkałem: młody, zakochany Roland; Cuthbert - prześmiewca i zrównoważony Alain. Ta ostatnia postać najbardziej mi się podobała z całego ka-tet. A czarne charaktery... Blaine Mono był dla mnie mistrzem czarnych charakterów, ale tutaj jest taki natłok tego motłochu, że aż się ich wszystkich lubi. Jonas jest kapitalny, jak dowiadujemy się o czym rozmyśla, jaki krok teraz zrobi itp. itd.

I cholera! Żal było wracać z przeszłości do teraźniejszości (ichniejszej), jakoś tamte historyjki bardziej mnie przyciągały niż podróże "na wózku". No, ale w końcu można poznać, co drzemie w tym niebieskookim brzydalu.


Opinia po czterech latach:

Po tragicznie nudnych "Ziemiach jałowych" brakowało mi chęci do sięgnięcia po kolejny tom "Mrocznej Wieży". Jak popatrzy się jeszcze na gabaryty czwartej części, to aż w płucach ściska, czego można się spodziewać po tym tomie...

A jednak! Powrót do przeszłości okazał się najciekawszym elementem całej sagi. Ta część napędziła mi ochotę na dokończenie kolejnych tomów, które nie były tak dobre, jak "Czarnoksiężnik i kryształ", ale dawały radę. I wśród moich znajomych również dominuje opinia, że jest to najlepsza część siedmiotomowej sagi Kinga.

środa, 6 kwietnia 2011

Garth Nix - Sabriel

















Data ukończenia: około 19 września 2006

Data utworzenia recenzji: 19 września 2006

Recenzja:

Tak się jakoś złożyło, że przed polską premierą sagi "Klucze do Królestwa" wypożyczyłem wcześniejszą trylogię: "Stare Królestwo". Nic o tym autorze nie wiedziałem, ale już po tej książce jestem na tyle obcykany, że przygotowuję się zaliczać pozostałe jego dzieła. 

Bardzo dobra fantastyka osadzona w czasach I wojny światowej, jednak nie wgłębia się w ten problem. Fabuła: w Starym Królestwie odciętym od naszego codziennego świata Murem, rodzi się Sabriel - potomkini nekromanty Abhorsena. Bezkrólewie trwa od 200 lat, a całe tereny opanowane są przez nieumarłych. Rolą Abhorsena jest nie powiększanie liczebnosci trupów, a zachowanie równowagi między życiem, a śmiercią (czyli taki dobry nekromanta). I tyle, bo szkoda zdradzać.

Mało czytam fantastyki ostatnio, ale takiego systemu magii jeszcze nie widziałem, bo składa się na: nekromancję, Wolną Magię i Magię Kodeksu. Swoją drogą jest tutaj tyle innowacji, że dziw bierze, gdzie to zostało zmieszczone w takiej krótkiej książce (około 350 stron). Bardzo ciekawie opisane emocje postaci, przy okazji okraszone cynizmem Moggeta (ciekawa postać, ale kim jest nie zdradzę). Jedynym minusem jaki znalazłem, to troszkę nużące epizody w Śmierci. Ogólnie polecam, bo drugi tom jest jak dla mnie rewelacyjny, choć jeszcze nie skończyłem..., a bez pierwszego ani rusz.


Opinia po pięciu latach:

2006 rok był rokiem Gartha Nixa. Jest to smutne, ponieważ nikim wyjątkowym nie jest. Byłem mocno zafascynowany pomysłem na serię "Klucze do Królestwa" i chyba dlatego tak łatwo było mi oceniać pozytywnie inną sagę, jaką była trylogia o Starym Królestwie. Tak na zaś. Inna sprawa, że zupełnie nic nie mogę o niej ciekawego powiedzieć. Wszystko co się tam działo w mniejszym lub większym stopniu przypomina mi "Zaklęcie dla Kameleon" Piersa Anthony'ego. A wątek podróżowania po Śmierci (rzece) jest tak wyjątkowo nudnie opisany, że już w drugim tomie zauważyłem, że coś co można było ciekawie opisać - spartaczono.

Jednak powieść w trakcie czytania może się podobać. Problem jest wtedy, gdy po kilku latach stęka się i stęka, i nie można nic znaleźć ciekawego do napisania krótkiej opinii. A jeszcze większy, gdy nie można znaleźć atutu, który zachęciłby do ponownego przeczytania "Sabriel".

sobota, 2 kwietnia 2011

Kamil M. Śmiałkowski - Bond. Leksykon















Data ukończenia: 18 stycznia 2010

Data utworzenia recenzji: 18 stycznia 2010

Recenzja:

Ubłagałem Mikołaja na ten prezent. Dostałem i przeczytałem. Nie mogłem przeczytać od deski do deski, ponieważ nie miałem okazji dokończyć wszystkich książek Fleminga - całość zawiera tyle spoilerów, że musiałem stworzyć listę haseł, które sobie doczytam. 

Ale po kolei. Leksykon zawiera 298 haseł, 22 eseje, masę rysunków i zdjęć (niestety kolory kończą się na okładce, cała reszta to bardzo ciemne zdjęcia). Wszystko w twardej oprawie i robi wrażenie bardzo pozytywne. Jak ujrzałem to na półce sklepowej, wiedziałem, że prędzej czy później będę to miał (i zacznę narzekać, gdy dostanę w swoje łapy). 

Same hasła składają się z opisu najważniejszych rzeczy i ciekawostek. Najciekawsze są oczywiście ciekawostki. Sam nigdy bym nie wiedział, że można być "Lazenbym czegoś", np. Clooney jest Lazenbym serii Batmanów, a Benedykt XVI - papiestwa. Takie ciekawostki są u mnie mile widziane. Jednak nie ma ich zbyt wiele, bym mógł rzeczywiście ze spokojem patrzeć na najważniejszy punkt zbioru, czyli hasła i ich opracowanie. 

Po setnej stronie zaczęły mnie irytować. Wszyscy wiedzą, że w Bondach (i książkach, i filmach) jest niesamowita schematyczność - romans z każdą kobietą pojawiającą się na ekranie dłużej niż recepcjonistka i ratowanie świata. W "Leksykonie" jest nam to przedstawiane za każdym razem słowami: "jak zwykle", "jakżeby inaczej", "który to już raz", "po raz kolejny"...

I teraz podam przykłady wymyślonych tekstów, które sens zachowają ten sam co w rzeczywistości: "Solitaire zdradza dr. Kanangę i zaczyna romansować z (jakżeby inaczej?) Jamesem Bondem". Wersja katastroficzna: "007 nie dopuszcza (który to już raz?) do realizacji planu Blofelda". 

Ile razy można uzyć bardzo podobnych tekstów? Przypuśmy, że oceniamy wersję romansową na podstawie haseł z filmu "Żyj i pozwól umrzeć": 
- Żyj i pozwól umrzeć (film) 
- Jane Seymour 
- Solitaire 
- dr Kananga/ Mr. Big 
- Yaphet Kotto 

Wersja katastroficzna z Blofeldem: 
- Blofeld 
- Pozdrowienia z Rosji (film) 
- SPECTRE 
- Diamenty są wieczne (film) 
- Dr No (film) 
- Donald Pleasence 
- Telly Savalas 
- Charles Gray 
- Anthony Dawson 
- Nigdy nie mów nigdy więcej (film) 

I tak przez 25 filmów i 14 książek. Czyżby jakaś schematyczność? Oczywiście i ja przesadzam, ale na 300 haseł za często się pojawia taka sytuacja. Aż można omdleć od takiego słodkiego "humoru". Inna sprawa, autor ograniczył się do książek tylko tych wydanych na rynku polskim. I zdaję sobie sprawę, że ciężko jest załatwić innych autorów, ale ja sam mam całkiem niezłą kolekcję, więc można! Duży minus, jak leksykon to leksykon. 

Kolejny punkt to esesje. Czyli recenzje 22 filmów napisanych przez całkiem ciekawe osoby. Nie są to typowe recenzje, ale ocierają się czasem o taki banał, że głowa mała. "Operacja Piorun" i Hare Krishna? "Ośmiorniczka", a świat dorosłych i dzieci? Cholera, sami twórcy pewnie nie wiedzieli, jakie 'epompejowe' rzeczy stworzyli. Ktoś inny uważa, że Ursula Andress była stworzona na wzór Krystyny Skarbek (to była Vesper Lynd!). Pełno jest osób, które udają, że się znają. Choć niektóre rzeczywiście są ciekawe. Recenzje bardziej wybierane chyba na kontrowersyjność opisu filmu. 

Ostatni punkt. Rysunki i zdjęcia. Zawitali uwielbiani przez niektórych Śledziu i Adler. Przynajmniej tak napisane z tyłu na okładce. W rzeczywistości są to tylko dwa rysunki tych artystów. Zdjęcia czarnobiałe (przy Świętym i Gustavie Gravesie nie widać w ogóle twarzy). 

I po raz kolejny. Korekta. Jak można było coś takiego wypuścić na rynek? Pisząc tę recenzję co chwila wstaję od laptopa, robię przemyślenia, kasuję zdania. Nikt mi za to nie płaci, a próbuję zrobić to estetycznie. Leksykon jest napisany czasem bez przemyślenia. Jakby jednym tchem. Zdarzają sie niezrozumiałe zdania. Literówki i zmiana nazwisk (dwa razy napisane dr Katanga, a nie Kananga). Ale szczytem wszystkiego było użycie stwierdzenia 'bad guy'. Na trzy razy było źle napisane. Dokładny cytat: "Christopher Walken - naczelny bad gay Hollywood zagrał Maksa Zorina w "Zabójczym widoku (1985)"". Według stopki korekta obowiązywała tylko eseje filmowe, tam nie znalazłem szczególnych błędów. Miło, że nikt z wydawnictwa nie pofatygował się przeczytać tych wypocin i popoprawiać niektórych rzeczy. 

Podsumowując. Nie często zdarza mi się powiedzieć - "Zrobiłbym to lepiej". To najlepszy komentarz do całości. Za taką cenę spodziewałbym się czegoś lepszego. Dostałem tylko opracowane wycinki z kilku stron fanowskich w bardzo słabej jakości. Książka przeznaczona tylko dla osób, które znają Bonda na pamięć i nie boją się spoilerów. Dla reszty - droga książka dla kolekcjonerów. Jestem zadowolony z prezentu, ale czuję się nieco oszukany jakością książki. Nie jest zła, ale niesmak jakiś pozostał. Za taką cenę, za jaką jest sprzedawana - nie polecam!


Opinia po roku:

Po zakończeniu swojej przygody z Flemingiem, zaliczyłem ostatnie hasła z leksykonu. I po roku muszę nadal trzymać się swojej pierwotnej opinii.

Kiedyś czytałem biografię Björk, napisaną przez Lesława Halińskiego, w której podziękował autorom witryn sieciowych i twórcom Internetu, bez których napisanie książki nie byłoby możliwe. Aluzja chyba jasna? Tutaj nie ma takich podziękowań. Żeby napisać podobne tytuły nie trzeba nawet być już specjalistą. Wystarczy mieć dostęp do internetu, angielskiej wikipedii, kliku stron fanowskich i pobieżnie znać temat, oglądając filmy i czytając książki. Wygląda to niestety na fuszerkę, gdzie wybrane recenzje, z masą błędów (sam wybór świadczy o pobieżnej znajomości tematu), nie ratują tego męczącego dzieła.

Niedawno wyszła książka "Wampir. Leksykon", która jest w identyczny sposób stworzona. Tą z Bondem zatrzymam na półce, bo zbieram każdą papierową "ciekawostkę", jaką zdoła mi się znaleźć, nie ważne, jaką będzie miała "kulturalną konsystencję" - Bond to Bond. Tej o wampirach nie kupię, nie tylko z tego powodu,że mnie temat nie interesuje, ale także z tego, że nie za wszystkie stworzone rzeczy należą się ludziom wynagrodzenia (ale nie namawiam do kradzieży!, wyłącznie do olania).

Osoby, które zatopiły się w filmach i książkach o 007, myślę że nie mają czego tu szukać. To raczej książka dla nowych osób, które zamierzają poznać Jamesa Bonda. Z drugiej strony spoilery powodują to, że do książki już się nie zasiądzie "bez bagażu doświadczeń". A i same teksty pod hasłami nie próbują nawet przyciągać do zapoznania się z ("jakżeby inaczej") oryginałami Fleminga. W takim wypadku nie mogę tego nawet komukolwiek polecić, chyba tylko mnie samemu, by zapchać miejsce na półce. Trzeba się liczyć z tym, że przeczytana zostanie książka, przez kogoś kto też się interesuje Bondem, tak jak rzekomo autor próbuje nam to udowodnić.

środa, 30 marca 2011

Ian Fleming - Ośmiorniczka
















Data ukończenia: 23 lutego 2011

Data utworzenia recenzji: 30 marca 2011

Recenzja:

Ostatni tom przygód 007 jest niestety zbiorem opowiadań. Na dodatek bardzo krótkim, bo zawiera 100 stron na które przypadają cztery niewielkie historie.

W rok po opublikowaniu "Człowieka za Złotym Pistoletem", stwierdzono, że powinno się wydać opowiadania, które nie zostały umieszczone wcześniej w żadnym zbiorze. I tak w 1966 roku opublikowano dwie historie w tomie pod tytułem Octopussy & The Living Daylights,  w którym znalazły się oba wymienione. W 1967 roku został powiększony o kolejny tytuł: The Property of a Lady. A w 2002 ukazała się czwarta historia, której tytuł ewoluował z Reflections in a Carey Cadillac poprzez Agent 007 in New York w 007 in New York.

Często piszę, że podchodzę do jakichś tytułów Fleminga sceptycznie. Nie byłem zadowolony, że będę musiał czytać kolejny zbiór opowiadań, ale sceptycyzmu u mnie za grosz. Stwierdziłem, że sto stron, to wystarczająco mało, by nie przejmować się tym, ugryźć się w język i nawet "na chama" ukończyć kolejny tom. Całe szczęście okazało się, że jest to jedyny zbiór opowiadań, jaki przetrawiłem i przy którym dobrze się bawiłem w ciągu ostatnich sześciu lat.


Ośmiorniczka - o kontrowersyjnym tytule (Octopussy) pisałem już we wcześniejszych recenzjach. I tak, to ta sama. Była "Ośmiornica" i "Ośmiornisia", a teraz przyszło na najbardziej pasujący tytuł: "Ośmiorniczka", chociaż nadal stoję za swoim tytułem - "Ośmiornizda".

Film był tak słaby, że całe szczęście, że nie mają wiele ze sobą wspólnego. Ośmiorniczka występująca w filmie pod tym samym tytułem to córka głównego bohatera tegoż opowiadania, a sceny z filmu dzieją się w jakiś czas po fabule tej krótkiej historii. Major Dexter Smythe nieźle naskrobał podczas II wojny światowej. Żył w przeświadczeniu, że uszło mu na sucho. Jednak Bond zjawia się z propozycją nie do odrzucenia.

Może nie zrobiło na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ale jest na całkiem dobrym poziomie. Największą ciekawostką jest to, że 007 nie gra tutaj jakiejś znaczącej roli. Pierwsze skrzypce należą do majora Smythe'a.

John Griswold sugeruje, że "Ośmiorniczka" dzieje się zaraz po "Operacji Piorun". Nie wiem, dlaczego tak? Nie znalazłem jakiejś konkretnej aluzji co do tego, ale następnym razem, postaram się w takiej kolejności to przeczytać.

Własność pewnej damy - ten tytuł miał być wykorzystany do trzeciego filmu z Daltonem, niestety problemy z realizacją przyczyniły się do zaniechania projektu. Większość akcji, czyli dzieło Faberge i dom aukcyjny zostały wykorzystane w filmie "Ośmiorniczka". Biorąc pod uwagę to, że za Daniela Craig'a zaczęto wracać do niewykorzystanych tytułów, to właśnie ten jest moim faworytem w tym "wyścigu".

Pani Freudenstein, pracownica w MI6 jest podwójnym szpiegiem. Od Sowietów dostaje wynagrodzenie w postaci Szmaragdowej Sfery Faberge, którą chce "opchnąć" na aukcji. Bond ma za zadanie złapać rezydenta  sowieckiego wywiadu, który będzie podbijał cenę Sfery.

Niestety, najsłabsze opowiadanie w zbiorze. Jakoś specjalnie nie trzyma w napięciu, nie ma za wiele akcji. Umiejscowić ją można między kolejnym opowiadaniem "W obliczu śmierci", a pierwszymi, pięcioma rozdziałami "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości".

W obliczu śmierci - tytuł oryginalny to The Living Daylights. Polskie tłumaczenie filmu miało również takie nazwy, jak "Światło dnia" i "Żywe światło dnia", co chyba bardziej było fair w stosunku do angielskiego związku frazeologicznego. Pierwsza część z Daltonem była dla mnie powiewem świeżości, po zmęczonym  i "prześmiesznym" Rogerze. Dalton to powrót do pierwszych dwóch Bondów oraz ukłon w stronę literackiego pierwowzoru. Uwielbiam tę część z tego powodu, że przynajmniej na chwilę powrócono do "mroczności" serii, a kolejną taką próbą był dopiero "Casino Royale" z Craigiem.

Fabuła opowiadania traktuje o próbie ucieczki agenta 272 z Berlina Wschodniego do Zachodniego. Pech chciał, że sowieci dowiadują się o planach i na straży czatuje jeden z ich najlepszych snajperów, o pseudonimie "Kurok". MI6 za to, dowiaduje się, że "oni wiedzą" i kierują tam swojego strzelca - Jamesa Bonda.

Może brzmieć banalnie, ale uważam te opowiadanie za gwóźdź programu całego zbioru. Większość utworu została wykorzystana w pierwszych dwudziestu minutach filmu o tym samym tytule, a chronologicznie stawia się go między "Ośmiorniczką", a "Własnością pewnej damy". Trzyma w napięciu i jest bardzo dynamicznie, jak na trzy dniowe leżenia na materacu z karabinem w dłoniach.

007 w Nowym Jorku - filmu o takim tytule brak i jakoś nie wierzę, by w najbliższej przyszłości ten tytuł został wykorzystany. Przy masie produkcji sequeli, które w tytule kończą się na "... in New York", myślę, że nie pójdą w tę stronę twórcy.

Historia powstania tego dziesięcio stronicowego opowiadania sięga innej książki napisanej przez Fleminga - Thrilling Cities, które są raczej reportażami o miastach, które zwiedził. Niezbyt przychylnie wypowiedział się w niej o Nowym Jorku, więc wydawca poprosił go o napisanie opowiadania, które zneutralizowałoby nieco traumę nowojorczyków po przeczytaniu reportażu. I mniej więcej tak powstało opowiadanie, które po około czterdziestu latach trafiło do Wielkiej Brytanii.

James Bond siedząc w samolocie rozmyśla o sprawie, jaką ma do załatwienia w Nowym Jorku. Przy okazji układa sobie plan dnia, co zwiedzi, gdzie będzie kochać się z Solange i co zje. Całe rozwiązanie akcji znajduje się w ostatnim akapicie, wszystko wcześniejsze to opinia 007 o tym mieście, która jest tak sarkastyczna, że ciekaw jestem, czy wydawcy się to spodobało. Najbardziej znanym aspektem opowiadania, jest przepis na jajecznicę Bonda.

To jest niewielkie arcydziełko, jeśli chodzi o Fleminga. Dopiero tutaj skondensowana jest cała esencja humoru, kunsztu i sarkazmu Iana. Najlepsze opowiadanie, jakim można zakończyć taką długą serię, jaką jest James Bond. A akcja dzieje się między pierwszymi pięcioma rozdziałami "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", a "Szpiegiem, który mnie kochał".


Podsumowując, jest to najlepszy zbiór opowiadań, jaki czytałem ostatnimi czasy. Może "Własność..." trochę odstaje od reszty, ale nie jest złe. I cieszę się, że pod sam koniec serii nie zostało to w jakiś sposób zniszczone. Będę dobrze wspominał wszystkie tomy. Dobrze się bawiłem robiąc sobie dłuższe przerwy między tomami. Miałem wiele wątpliwości co do poszczególnych tytułów i opinia się nie zmienia, ale jako całość jestem na serio zachwycony. Od czasu "Mrocznej Wieży" dawno mnie żadne tomiszcza nie przyciągnęły, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. I wiele można mówić złego na Fleminga, ale wybaczam mu wszystko co popełnił w tych książkach, bo bawiłem się wybornie.

Serię o agencie 007 Iana Fleminga czytałem od 6 stycznia 2009 do 23 lutego 2011.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...