środa, 1 czerwca 2011

Paulo Coelho - Alchemik





















Data ukończenia: 10 kwietnia 2010

Data utworzenia recenzji: 18 kwietnia 2010

Recenzja:

Dużo słyszałem na temat tego autora i przez cały czas podchodziłem do niego sceptycznie. Jeśli zbyt dużo osób zaczyna rzucać pozytywne hasła na temat dzieł jednej osoby, widzę w tym jakieś dziwne koneksje. Jedyny do tej pory wyjątek to Zafon, którego bardzo dobrze wspominam. Czas na innego, okrzykniętego "wspaniałym", pisarza. 

Osoby, które zachęcały mnie do przeczytania jakiejkolwiek książki Coelho, same mnie odpychały. Zauważyłem pewną tendencję, że są to w 99% dziewczyny z jakąś traumą. Niekoniecznie samotność, ale pewne zagubienie w życiu. Osoby, które chciałyby być sobą, ale w gruncie rzeczy nie mają odwagi. I może to na wyrost powiedziane, ale tak mi się zawsze fanki Coelho kojarzyły. W końcu odważyłem się sięgnąć i sam przekonać. 

Pierwsze co się rzuca w oczy, to duże bukwy, pół stronicowe luki i 215 stron. Znaczy się, coś co udaje książkę. Spokojnie by sie zmieściło na 100 stronach, a widziałem już "większe" wydania "Alchemika". 

I od razu przechodzę do najważniejszego. Do treści. Jest kiepsko. Od samego początku ma się wrażenie, że napisane jest dla debili. Prosty język, dla osób, które odeszły od gara i chcą się zatopić w pseudointelektualnego harlequina. Naiwna opowiastka, lepiej określić, jako przypowieść o czymśtam, co tam tylko kto zechce. 

Z jednej strony jest prosta, z drugiej używa słów, których w żaden sposób nie wyjaśnia. Prawdopodobnie sam miałem się domyślić ich znaczenia. Na każdej stronie używane są puste hasła, takie jak: Dusza Świata, Własna Legenda, Język Wszechświata. Nie jestem głupi i domysłam się z kontekstu o co chodzi. Ale to zagrywka pokroju filmów z serii np. Matrix. Na każde niewyjaśnialne pytanie odpowiedź jest jedna: Matrix. W tej książce jest to Dusza Świata. 

Dochodzi do tego, że na każdej ze 100 stron (nie oszukujmy się, że jest ich tam 215) tworzą się jakieś infantylne pytania, których bym nie zadał. Odpowiedź jest jasna, jak słońce, czyli żadna. Moja irytacja narasta, gdy zaczynam odczuwać, że ta niejasna odpowiedź jest stworzona tylko po to, by oszukać mnie, że zawarty jest w niej jakiś niezrozumiały dla mnie mistycyzm. Powinienem czuć, że jestem głupi, jak andaluzyjski pasterz owiec. Nie czuję się tak, ale brnę dalej, bo przecież czegoś ta przypowieść ma mnie nauczyć i wyjaśnić o (proszę wstać) Duszy Świata (proszę usiąść). 

Z czasem okazuje się, że wychodzi szydło z worka i autor pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Niczym wstydliwy chłopczyk pokazuje nam w dziwnych słowach Boga, ale jeszcze nie używa jego imienia. Punkt kulminacyjny nadejdzie pod koniec, gdy wyjaśnić niewyjaśnialnego się nie zdąży. Zawsze można zrzucić na Pana Boga, nie? 

To jeszcze nic. Najbardziej irytującą mnie rzeczą było wymyślanie nielogicznych pierdoł. Najlepszym przykładem jest rozmowa głównego bohatera z pustynią, wiatrem, słońcem i Ręką (w domyśle Pan Bóg, chociaż ja z nudów wyobrażałem sobie, że rozmawia z ręką Pana Boga, co nawet mnie rozbawiło!). Ulubione słowa Coelho wyliczane są w tej części niczym orgazm (DŚ, WL i JW). 

Główny bohater pyta pustynię czy może zamienić go w wiatr. Ta odpowiada, że nie może, bo nie wie co to Miłość (nowe słowo z wielkiej litery, czyli ważne!). Poleca wiatr, ten też nie wie, więc poleca słońce. Słońce wie, co to Miłość, ale nie potrafi przemienić go w wiatr. O dziwo zna Duszę Świata. Więc poleca Rączkę. I tak dalej. 

Nie irytuje mnie fakt, że rozmawia z taki koleżkami, jak tamta czwórka. Zastanawia mnie: kto do jasnej cholery ustala te dzikie zasady? Dlaczego Słońce wie co to Miłość? Gdzie są wytłumaczone te moralitety? Skoro Słońce wie, to dlaczego Wiatr jest tak do tyłu z uczuciami? Kto zadecydował, że Słońce powinno wiedzieć, a reszta nie? Czy to Rączka decydowała o tym, że Słońce będzie ciągnąć więcej profitów z wiedzy o Miłości? 

Ręce mi opadły, jak to czytałem. Nienawiść do tej książki sięgnęła, w tym fragmencie, zenitu. Całe szczęście zakończenie uratowało nieco tę książkę. Nie, że zmieniło mi się nastawienie do niej, ale dobrze, że chociaż jedną rzecz doprowadził do końca. Paulo mógł w końcu zapomnieć, o czym zaczął pisać na początku przez te jego wielkie przemyślenia o DŚ. 

To nie książka. To broszurka religijna. To co pisałem o osobach zakochanych w Coelho, po przeczytaniu książki, nadal pozostaje w moich odczuciach. Mały przewodnik dla samotnych, zgorzkniałych, ludzi w depresji lub nie potrafiących się pogodzić z jakimiś błędami z przeszłości. Które prawdopodobnie nie mają zamiaru z tym walczyć, ale chciałyby poczytać o kimś odważniejszym. Prosty język, nieprzemęczająco napisana. Kartki lecą szybko. Za wiele niewymagająca dla takich osób. Istny harlequin, tylko na inne tematy. 

W ciągu ostatnich pięciu lat nie czytałem gorszej książki. Wszystkie 'ochy' i 'achy' są obrzydliwe. Nie mogę pojąć fenomenu tego czegoś. Nawet uważam, że większość osób zachwalających ją nie zrozumiało jej (tego ukrytego sensu, a raczej zagmatwanego przez prosty język). Lub co gorsza, w ogóle jej nie przeczytało. Byłem zmęczony po ukończeniu. Małe to takie, a cierpiałem podczas czytania. Gdyby nie moja zasada, że czytam do końca wszystko co zacząłem, wyrzuciłbym tę książkę w cholerę! Do całości brakowało mi jakiegoś kuriozalnego wieloryba zjadającego światy, czy innego Wielkiego Zderzacza Hadronów. A jedyne co mi się podoba w Coelho to:... muzyka na oficjalnej polskiej stronie: 


I minął tydzień od przeczytania. Miałem już nie sięgnąć po żadną inną jego książkę w ciągu następnych dwóch lat. Ale moja rodzina, która również negatywnie oceniła treść, zasugerowała, żebym przeczytał "Weronika postanawia umrzeć". Odłożyłem nawet Fleminga, żeby sprawdzić. I rzeczywiście, zaczyna się nieźle. A nawet mogę powiedzieć, że przy tym tytule mnie nie irytuje Coelho w ogóle. Ale to już następnym razem.


Opinia po roku:

Bez zmian.

5 komentarzy:

  1. Ej Ty :) Mistrz Zagubionych Ludzi został sprawiedliwie zrecenzowany. I wiesz, że z tą diagnozą dla fanek to się zgodzę. Może dla tego nastolatki uwielbiają Coelho ...

    Wiesz co mam w domu książkę, którą rozdawano w Empiku w czasie Światowego Dnia Książki - Moniki Szwai - pożyczę Ci i powiesz co myślisz ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytałem żadnej powieści tej autorki, a i ominęła mnie cała zabawa ze zdobyciem tej książki. Piszę się na nią;].

    OdpowiedzUsuń
  3. Będziesz mógł się nad nią pastwić do woli!

    OdpowiedzUsuń
  4. A co szanowny MajinFox myśli o Simonie Beckett'cie ?

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie czytałem, ale brat właśnie jest w trakcie "Chemii śmierci" i jest bardzo zadowolony.

    A jak czyta mi fragmenty opisów zwłok, to czuję lekkie podniecenie... na myśl o zatopieniu się w lekturze, oczywiście!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...