środa, 13 października 2010

Julio Cortázar - Gra w klasy


Data ukończenia: 9 października 2010

Data utworzenia recenzji: 13 października 2010

Recenzja:

W tym roku otworzyłem się nieco na literaturę, której długo jeszcze bym pewnie nie tknął. Od bliżej niezidentyfikowanej grupy osób poznałem Coelho i jego nieszczęsnego "Alchemika". Od mojej koleżanki ze studiów poznałem Schmitta, który okazał się znanym mi Schmittem z "Oskara i pani Róży". W końcu zapytałem o najlepszą książkę z biblioteczki swoją Damę Serca, która bez wahania wskazała "Grę w klasy". I jeszcze nie zdążyłem otworzyć powieści, by być nią już w pewnym stopniu zachwycony. I pewnie, jak większość osób, byłem mocno podniecony na myśl o tym, że będę mógł przeczytać tak skonstruowane dzieło.

Podzielona jest ona na 155 rozdziałów, które z racji swojego charakteru powinny być zwane raczej klockami. Jednak jest to książka, która zawiera w sobie wiele książek. I zdaję sobie sprawę, że w tym momencie grzmi ode mnie pompatyczną historyjką napisaną na tylnej okładce "Alchemika" czy jakiegoś innego "Sekretu" - "zawiera w sobie wiele opowieści", "to książka, która za każdym razem ukazuje inne wartości" itp. Problem polega na tym, że Cortázar rzeczywiście zrobił to, co wypisują na innych książkach.

Autor sugeruje wybrać jeden z dwóch sposobów czytania, co nie oznacza, że nie można znaleźć innych kombinacji. Pierwszy sposób to przeczytać pierwsze 56 rozdziałów. Jest to cała opowieść o Horacio, więc nic się nie traci z opuszczenia kolejnych 99. Jednak jest też możliwość przeczytania tej historii z kluczem, gdzie zaczynamy czytać od rozdziału 73, potem czytamy 1 i 2, by następnie przeskoczyć do 116, i wrócić znowu do 3, później do 84... I w ten sposób, główny wątek uzupełniony jest o dodatkowe rozdziały, które ułatwiają/podpowiadają/sugerują itp. Sam przeczytałem pierwsze 56 rozdziałów i na ich podstawie piszę recenzję.

Podejrzewam, że pewnie jakieś 90% czytelników zostało oczarowane samą tą otoczką. Ja, szczerze powiedziawszy, zabrałem się za nią ze względu na osobę, która mi zaproponowała książkę. Ale gdybym usłyszał o tym, jak jest skonstruowana od innego czytelnika, na pewno zapisałbym ją na niekończącą się listę książek, które chciałbym przeczytać.

I jeśli mam opowiedzieć o czym jest ta książka, usta mi się otwierają, ale nie potrafię nic na ten temat powiedzieć. Przeczesywałem internet w celu znalezienia jakiejś opinii, analizy. Jednak porównując je zauważam, że chyba chciałbym inaczej niż ci autorzy opisać moje wrażenia podczas czytania tej książki. Najlepszym komentarzem, jaki usłyszałem, było stwierdzenie, że to ta "biblia dla pseudointelektualistów". I chyba sam się pod tym podpiszę, bo sam się za kogoś takiego uważam. Większa część książki, to pseudointelektualny bełkot, z którego trudno coś wyciągnąć. Przynajmniej takie są z początku wrażenia, bo zaczyna się zauważać relację między tym co się mówi, a co czyni. Porządek, a chaos. Odizolowanie, a samotność. Wszystko zaczyna się zazębiać. I to, co było bełkotem, zaczyna mieć sens w tej chaotycznej opowieści.

Jednak jedna z najgorszych rzeczy w "Grze w klasy", którą aż chce się wykrzyczeć na głos, to postać głównego bohatera - Horacio Oliveira'y. Nie widziałem, ani nie słyszałem żadnej wzmianki na ten temat, ale aż kusi, żeby skrytykować tego typu osoby. Horacio to dla mnie pewien nieudacznik, który rzeczywiście wszystkich potrafi przegadać, ale gdy przychodzi do działania, to jest tylko "inkwizytorem", osobą która niszczy. Tak, jak z jego ukochaną Magą, której podcina skrzydła radości, którą podejrzewa o najgorsze rzeczy. Nie wiadomo czy jest święcie przekonany, co niby jego kochanka czyni za jego plecami, czy może wykorzystuje sytuację, by się psychicznie wyżyć na tak niewinnej osobie, jaką jest Maga. Oliveira to człowiek egoistyczny, niebezpieczny, który znalazł się nie po tej stronie drzwi od izolatki, gdzie swoją wolnością krzywdzi kobietę, którą nawet nie podejrzewa, że kocha. To nieudacznik, który w świecie szuka tego, co przez cały czas ma we własnej kieszeni.

I to jest moim zdaniem najważniejszy wątek w książce. Przychodzi taki czas, gdy ma się wyrzuty sumienia, że się nie zauważało, że nie zdążyło się powiedzieć słów, tych najważniejszych. I zauważa się swoje błędy, których nie ma jak naprawić. Nie ma z kim porozmawiać po gliglińsku. Nie można wydęgać murty swojej ukochanej osoby, kłaść plinki między argusty i tropikać marcyny.

Jeśli chodzi o klimat, to bardzo przypomina mi się "Cień wiatru". Tylko, że Cortázar nie ułatwia zadania i nie prowadzi za rękę. Dobry przykład - po zakończeniu 56 rozdziału, przeczytałem posłowie, które według tłumaczki powinno się zwać "międzysłowiem", bo tej książki nie można skończyć. Zasiadłem więc z piórem i zacząłem przepisywać najlepsze kawałki z pierwszego rozdziału, gdy nagle uświadomiłem sobie, jak idealnie odpowiada na pytania, które stworzyły się podczas czytania ostatnich stron. Zacząłem poprostu dokładać nowe klocki, które otwierają mi oczy na niektóre sprawy zawarte w książce.

I podsumowując, jest to tytuł, który musi się znaleźć na mojej półce. Za kilka miesięcy, jak trochę ochłonę, będę się przymierzał do przeczytania historii z kluczem. I jeszcze nie chcę tego oficjalnie robić, ale jest bardzo prawdopodobne, że uznam "Grę w klasy" za arcydzieło.

2 komentarze:

  1. te wzmianki o damie swego serca są z deczka infantylne :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wzmianki?

    Z czterdziestu tylko jedno zdanie dotyczy damy mego serca. Reszta to recenzja książki... I tej części powinien dotyczyć komentarz...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...