piątek, 23 grudnia 2011

Terry Pratchett - Potworny regiment















Data ukończenia: 23 listopada 2008

Data utworzenia recenzji: 23 listopada 2008

Recenzja:

Już dawno nie czytałem jego książek. Prawdopodobnie za dużo go było u mnie w ciągu kilku ostatnich lat. Zmusiłem się jednak do przeczytania tej części i jestem sympatycznie zaskoczony. Co prawda humor nie jest jakiś prześmieszny, ale daje radę, w stosunku do innych tomów ze Świata Dysku. Jedna z lepszych książek, stawiam obok "Pomniejsze bóstwa" i cyklu o Straży Miejskiej. Co do wulgaryzmów (czytałem dużo słów krytyki), są na miejscu i niczego im nie brakuje. To książka o wojsku, więc brak tego elementu szkodziłby tylko sprawie.

Swoją drogą, na tyle mi się spodobała, że może odświeżę sobie cykl.


Opinia po trzech latach:

Uwielbiałem tego faceta! Pratchett dał mi wspaniałe "Pomniejsze bóstwa", "Straż! Straż!" i inne części o Straży Miejskiej. Byłem skłonny przeczytać wszystkie książki, ale czar prysł, gdzieś w połowie drogi. Zaczęło się od "Morta" i wszystkie tomy ze Śmiercią w roli głównej doprowadzały mnie do skrajnej nudy. Wraz z tym zacząłem zauważać, gdzie są rozmieszczone dowcipy, ale jedyne na co mnie było stać to lekki uśmieszek, ni to drwina, ni sympatia. Aż po jakimś czasie powiedziałem dość i dobrych kilka lat musiało minąć, żebym zmusił się do sięgnięcia po następny tytuł. Trafiło na "Potworny regiment", a tom wybrałem ze względu na tęsknotę za mundurem.

I tak, rzeczywiście jedna z lepszych książek Pratchetta, jaką czytałem. Ale przewidywalna, przez co nieśmieszna. Może i za pierwszym razem, rzeczywiście było lekkie zdziwienie, gdy pierwsza postać okazała się kobietą, ale każdy kolejny "coming out" był tylko próbą ożywienia niemrawej fabuły, która się wlekła i wlekła. Dlaczego uważam, że to lepsza książka? Bo z tego co pamiętam, nie było jeszcze stworzonego takiego klimatu w Świecie Dysku. Pomysł ciekawy, realizacja mierna. Niczym fatalnie pozszywany Igor.

sobota, 3 grudnia 2011

Connie Willis - Zaćmienie















Data ukończenia: 5 lipca 2009

Data utworzenia recenzji: 5 lipca 2009 i 4 września 2009

Recenzja #1 (5 lipca 2009):

Pierwsza kobieta zajmująca się sf, którą w ogóle kojarzę. Sam z tego typu książek lubię jedynie serię o Diunie, a cała reszta jest przeważnie infantylnymi opowiastkami. To co dziś przeczytałem to zbiór opowiadań jednego z najlepszych pisarzy sf, z jakimi miałem przyjemność się zetknąć. Jeśli dorzucimy do tego wojnę płci, to mężczyżni z tą panią przegrywają. Porusza dzisiejsze problemy, tylko w innym czasie. Nie bawi się w pokazywanie laserorubinów, filtrfraków i innych kosmicznych pierdół.

Na 11 opowiadań, tylko jedno było dla mnie nie do przyjęcia, tytułowe "Zaćmienie", którego albo nie zrozumiałem, albo jest pokrętne. To bardzo dobry wynik w porównaniu z innymi zbiorami, z którymi musiałem się męczyć. Chociaż czuję, że każde z nich bardzo szybko wyleci mi z głowy. Nie jest to książka, którą trzeba przeczytać, ale w wolnym czasie, z braku laku...


Recenzja #2 (4 września 2009):
           
Książki, które w ciągu ostatnich kilku miesięcy czytałem, można by było w większości wypadków nazwać tomiskami. Podróże komunikacją miejską lub przesiadywanie na wykładach z "Grą Anioła" raczej nie wchodziło w grę. Musiałem sobie wybrać w takim wypadku książkę bardziej poręczną. W praktyce to wygląda tak, że mam jedną główną powieść, a druga książka jest czytana bardzo marudnie i tylko wtedy, gdy nie mam możliwości czytać pierwszej.

Moja mama zaproponowała mi przeczytanie książki pt. „Przewodnik stada” Connie Willis. Rzadko kiedy mam do czynienia z science-fiction, nie miałem wiele okazji do zapoznania się z takimi książkami, ale za perłę zawsze będę uważał „Diunę” Herberta. Jeszcze rzadziej zdarza mi się spotkać kobietę, autorkę, piszącą prawdziwą fantastykę naukową. Nie wybrałem jednak „Przewodnika stada”, a wziąłem zbiór opowiadań – „Zaćmienie”. Stwierdziłem, że opowiadania bardziej będą pasować do moich celów, czyli książki do podróży.
            
Wytyczna została zrealizowana i mogę teraz spokojnie zrecenzować zbiór dzieł Connie Willis. Jest to o tyle prostsze, że nie jest to książka tak mocno wychodząca poza ludzkie zrozumienie, jak na przykład „Progi tolerancji” Bronisława Kijowskiego – mojej największej zmory science-fiction. 

„Zaćmienie” składa się z jedenastu historii, które są łatwo strawne. Nie ma tutaj co prawda walk kosmicznych, laserorubinów, filtrfraków i innych wymyślnych, pseudonaukowych definicji, które mogą wygładzić nam mózg. Autorka skupiła się raczej na opisywaniu dzisiejszych problemów w nieco innej scenerii, lekko ulepszonej technicznie. Oto krótkie recenzje opowiadań:

Praktyka dyplomowaotwierające opowiadanie jest rozpisane na kilka dni, dokładnie wiemy, w którym dniu dzieje się akcja. Pewien student w ramach praktyki dyplomowej zostaje wysłany w rok 1940 do Katedry Świętego Pawła. Okres II Wojny Światowej, czyli ciągłe bombardowania, zmusza praktykanta i ówczesnych lokatorów katedry do bezustannej walki o życie nie tylko swoje, ale i katedry. Całkiem ciekawa historia, jednak rozmach, z jakim zostało to napisane, prowokuje do oczekiwania jakiegoś bardzo ciekawego zakończenia. Tymczasem koniec (a raczej ostatni akapit) psuje lekko całość.

Pogrzeb – Elliot przychodzi na swój własny pogrzeb, gdy Anna go zauważa zaczyna na wszelkie sposoby ukrywać ten fakt przed wszystkimi. Jednak sprawa okazuje się „pokręcniejsza” niż na początku się wydawało. Ogólnie całkiem ciekawe, niestety koniec podsuwa tyle różnych interpretacji, że nie wiem, które słowa brać na poważnie, a które nie. Lubię tego typu chwyty, ale w tym opowiadaniu, jakoś to nie przeszło.

Znalezisko – kolejne kościelne opowiadanie. Tym razem każdy pracownik kościoła podejrzewa innych o szpiegowanie. I chyba tylko tyle można zdradzić. Krótkie i dużo się dzieje. Dużym minusem jest właśnie wielkość historii, czuć po prostu, że to powinna być część czegoś większego, a nie takie małe coś.

Wszystkie moje ukochane córki – chyba najmocniejsza część książki. Mocno wulgarne, poruszające tematy seksu i perwersji (pedofilia, zoofilia). Dziewczyny w internacie zauważają, że chłopaczyska (trudno mi nazwać płeć męską w wieku smarkaterii, chłopcy to trochę upadlające, za to mężczyźni - zbyt dostojne) nie są zainteresowane seksem. Nad wszystkimi czuwa Ojciec, niczym Wielki Brat. Jedno z lepszych opowiadań, jeśli nie najlepsze. Absolutnie nic do zarzucenia.

Ojciec panny młodej – próba walki z happy endem w bajkach i baśniach. Autorka stwarza baśniowy świat, gdzie księżniczka jednak nie zacięła się wrzecionem. Raczej tylko ciekawostka.

Zaćmienie – tytułowe opowiadanie i najsłabsza część zbioru. Cała fabuła poświęcona jest, o dziwo, zaćmieniu. Wszyscy chcą je zobaczyć, jednak warunki atmosferyczne budzą wątpliwości. Główna bohaterka zauważa dziwne zbiegi okoliczności i dochodzi do pewnych wniosków. No tak, wszystko teoretycznie jest dane, jak na tacy, jednak i tak nie wiadomo skąd te wnioski, dlaczego tak się stało i czy warto było o czymś takim pisać. Na koniec niczym w starych filmach (i w większości filmów fantastyczno-nad-wyraz-naukowych) wszyscy wiedzą, o co chodzi i puszczają do siebie oczko. Może gdyby autorka wpisała mnie do tego świata, wiedziałbym, o co tyle krzyku do cholery! Bo całość zrozumiałem, a jednak ostatnia scena sugeruje, że w tym było coś więcej. Przekartkowałem opowiadanie i stwierdziłem, że się nie mylę. Może gdybym przeczytał jeszcze raz wyciągnąłbym esencję, tak dobrze zakamuflowaną, niczym owsiki. Do tego czasu jednak uznaję, że coś nie wypaliło.

Sydon w Lustrzaku – tutaj zaszło jakieś nieporozumienie. Wprowadzanie nowych nazw powinno być trochę bardziej zrozumiałe dla czytelnika. Lustrzak to osoba kopiująca zwykłych ludzi, Sydon to potwór zamieszkujący planetę górniczą Solfatar. Sydon to również potocznie nazywane odwierty przez górników. Gdy dochodzi do rozmów, wspomnień, rozmyślań można się pogubić, o czym w tym momencie czytamy. Problemem jest fakt, że zostało to zrobione na krótkie opowiadanie, a nie na jakiś większy projekt. Ma w sobie jakiś kryminalny klimat, niestety zagmatwanie mocno psuje ten obraz. Myliłem się z początku, to jedyna część zbioru, gdzie mamy do czynienia z różnymi kosmicznymi przedmiotami. Historia dotyczy Lustrzaka, który przylatuje na Solfatar do czegoś, co nazwałbym górniczym burdelem, tutaj przyjęło nazwę „klasztoru”. Wszyscy wiedzą, kim jest i obawiają się jego reakcji, jednak ten siada przy pianinie i wybrzdękuje ładne kawałki. Zaczyna poznawać historię „zakonnic” w „klasztorze” i zauważa, że nie jest jedyną osobą, która może być niebezpieczna. Ciekawe, jednak już pomijając Sydony, koniec po raz kolejny mi się nie spodobał. Pewne rzeczy, które wyszły na jaw, spowodowały, że dla świętego spokoju w myślach powiedziałem do siebie: „Achaaaaaa!”.

Daisy w słońcu – jednak zmieniam zdanie. To właśnie te opowiadanie jest najmocniejsze. Poznajemy Daisy, której mieszają się różne wspomnienia ze swego życia. Potrafi rozmawiać z własną matką na tematy dojrzewania, by przejść w mgnieniu oka o kilka lat w tył, do swojego brata i wypytywać go o książkę, którą czyta. Wszystkie sceny dzieją się pod grozą wypalającego się słońca. Może nie klimat, ale spójność opowiadania najbardziej zachwyca. Tutaj nic nie trzeba dopowiadać, wnioski same wychodzą na wierzch, nie ma żadnych oczek, tylko trzymająca w napięciu historia.

Klon na zamówienie – komedia poruszająca temat klonowania. Czy jeśli zapuka do nas o kilkanaście lat młodsza osoba i oznajmi, że jest naszym klonem, to czy pozwolimy mu spać z naszą żoną? Czy może będziemy mieli jednak jakieś wątpliwości? Bardzo ciekawa i miła w czytaniu opowiastka.

Samaryt… - autorka zastanawia się nad kwestią Jakuba i Ezawa z Biblii. Skoro jesteśmy potomkami Jakuba, to kto jest potomkiem owłosionego Ezawa? „Samaryt…” opowiada o małpie, która pracując, jako pomoc, w klasztorze, zaczyna nawiązywać z ludźmi kontakt i daje znać, że tak samo jak chrześcijanie, kocha Boga. Czy można dać chrzest małpie? Bardzo ciekawa historia, pomimo tematyki, trzymająca w napięciu.

Niebieski księżyc – Niebieski księżyc oznacza niesamowity zbieg okoliczności. Ostatnie opowiadanie w tym zbiorze jest właśnie poświęcone takim przypadkom. Poznajemy wielu bohaterów, którzy tylko z początku nie mają ze sobą nic wspólnego. Niczym w filmie „Magnolia” pokazywane są nam różne sceny z życia, które zachodzą na siebie i odkrywają nowe karty. Jedyny minus to bardzo dużo postaci i nazwisk, które powodują, że można przeoczyć, kto z kim rozmawia, zwłaszcza, gdy nie są to pierwszoplanowi bohaterowie. Mimo wszystko, bardzo dobre zakończenie zbioru opowiadań.
            
Podsumowując, nie jest to taka książka, którą bym rozpamiętywał latami. Pomimo kilku słabych opowiadań, jest czego szukać w tym zbiorze, aż cztery z jedenastu to kawał dobrej zabawy. Pozostałe potrafiły zanudzić. Jedno jest pewne, jako nieorientujący się za bardzo w fantastyce naukowej czytelnik, mogę stwierdzić, że Connie Willis w niepisanej wojnie płci wypada znacznie lepiej niż jej męscy odpowiednicy. Daleko jej jednak do Stanisława Lema i jego przemyśleń. Tak, jak na początku napisałem, potrzebowałem zbioru opowiadań do zajęcia się w środkach komunikacji. Misja została wykonana, miłośnikom science-fiction mogę polecić bez wyrzutów sumienia, a pozostałym osobom, no cóż, warto się otworzyć na nowe horyzonty i spróbować fantastyki w wykonaniu Connie Willis. Ja spróbowałem i nie żałuję. I po cichu zbieram czas na „Przewodnika stada”, który ma być ponoć znacznie ciekawszy.


Opinia po dwóch latach:

Myślę, że wszystko zostało tutaj powiedziane. Po tych dwóch latach z niedowierzaniem czytam swoje recenzje, bo nieszczególnie pamiętam zawartość książki. Ale z tego co pamiętam, "Daisy w słońcu" to szczerze, jedno z najlepszych opowiadań, jakie czytałem.

niedziela, 6 listopada 2011

Joanne K. Rowling - Harry Potter i więzień Azkabanu
















Data ukończenia: 1 listopada 2011

Data utworzenia recenzji: 6 listopada 2011

Recenzja:

Gdy rozmawiam o całej serii, zawsze w myślach widzę tę okładkę. Gadka do "trzech razy sztuka" to często nie przestroga, ale fakt. Trzecie tomy przeważnie określają, czy warto brnąć dalej w historii, czego najlepszym przykładem jest Fleming i jego "Moonraker".

Znam wielu ludzi, którzy zaczęli Pottera i zakończyli swoją udrękę na pierwszym/drugim tomie. Nie znam ani jednej, która po "Więźniu Azkabanu" nie chciałaby więcej. Za pierwszym razem, dziesięć lat temu, pierwsze trzy części czytałem jedna po drugiej. I po niezbyt fajnej, jak na tamte czasy, "Komacie Tajemnic" "Więzień..." był czymś wspaniałym!

Po tylu latach zastanawiałem się, czy coś jeszcze zostanie z tej magii. Nie ukrywam, że i mnie właśnie przeczytanie trzeciego tomu przybiło do całej serii. Podejrzewałem, że ta gęsta atmosfera, gdzie głównymi antagonistami są z jednej strony dementorzy, a z drugiej morderca Syriusz Black, po takim czasie, może się ulotnić. Być może na takim dzieciaku mogło robić to wrażenie, ale da radę dzisiaj?

Początek marudnie mi się zaczynało, ale to tylko z tego powodu, że zawsze najsłabszym fragmentem Potter'ów jest dla mnie czas przed Hogwartem. Ale od momentu spotkania się z Ronem i Hermioną praktycznie czyta się do końca. Na jednym wdechu. Nie było to dla mnie już odkrywcze, główny wątek jest  "nowy" za pierwszym razem, jak w większości książek niestety... Fabułę kojarzę przez ciągłe powtórki filmów. Jednak czytałem książkę, by bawić się pedantycznością Rowling, która świetnie skonstruowała ten tom, nawet w podróżach w czasie nie mogłem się dopatrzeć jakiejś niekonsekwencji. Jest wspaniała!

I to nie tylko autorka, ale i książka. Jak pierwszy raz czytałem wszystkie sześć tomów, uważałem "Więźnia Azkabanu" za najlepszą część przygód Potter'a. Gdy po dziesięciu latach zacząłem od początku, nadal uważam, że jest to najlepsza książka serii.

niedziela, 30 października 2011

Stephen King - Mroczna Wieża V: Wilki z Calla
















Data ukończenia:  5 sierpnia 2007

Data utworzenia recenzji: 5 sierpnia 2007

Recenzja:

Wzorowana na filmach Kurosawy i Leone, czyli ratowanie miasteczek z rąk bestialskich Wilków. Pod sam koniec okazuje się, że dużo krzyku o nic, bo scena walki to kilka kartek. Ta część nie miała być chyba o potyczce, a raczej wyjaśniać "zbiegi okoliczności" zachodzące w serii. I szczerze, jestem usatysfakcjonowany, bo po tej części stwierdzam, że zakończenie może wgnieść w fotel. Nie trzymała mnie ta książka, tak jak czwarta część, ale i tak jest jedną z fajniejszych. 

A teraz trochę spoilerów. Bardzo podobało mi się wtrącenie tutaj wątku Kinga i Callahana. "Miasteczka Salem" nie czytałem, więc nie wiem na ile straciłem z przyjemności wtapiania się w historię księdza. Fajnym pomysłem było wrzucenie naszych ikon popkultury: jak pierwszy raz został opisany znicz, od razu wyobraziłem sobie Harrego Pottera, ale nie sądziłem, że King zdecyduje się na ten krok. Fajnie puszczone oczko. Tak samo z Andym. Jak opisano jego posturę, zacząłem wyobrażać sobie bardzo wychudzonego Dr. Dooma, połączonego z tym robotem z przygodówki - "Syberia". I może on tak konkretnie nie wyglądał, za to były w książce postacie wyglądające, jak ten charakter z komiksu. I co do dwóch zdrajców w książce: jednego domyślałem się od samego początku i nie wiem, czy to niewypał fabularny Kinga, czy może też tego specjalnie nie ukrywał...


Opinia po czterech latach:

Przypomina mi się pewna historia. Jadę pociągiem razem z bratem do Warszawy. Z braku laku wtapiamy się w swoje lektury. Po jakimś czasie zostałem wyśmiany, ponieważ po kilku akapitach stwierdziłem, że bardziej interesuje mnie to, co dzieje się za oknem. Za każdym razem, kiedy przyłapałem się, że nie czytam, musiałem zmusić się do kolejnego akapitu. I tak w kółko.

Patrząc na swoje stare opinie widzę, że bardzo ciężko było mi przyznać przed samym sobą, że książki, które na okładce świecą sławnymi nazwiskami (jak King) zwyczajnie mnie nudzą. Ten tom ma kilka felerów. Więc po latach naprawiam swoje zaniedbanie.

Jest rozciągnięta. Ciekawa historia jest tak mocno wydłużona, że tylko "Ziemie jałowe" przebijają wiejącą nudą. Niby są wątki trzymające w napięciu, ale zanim doczekałem się finałowej konfrontacji, brało mnie już lekkie rozdrażnienie tym tomem. Zresztą sama walka, po tylu stronach czekania, zajmuje dosłownie kilka stron.

I żeby jeszcze trochę się ponakręcać (choć trzeba to zweryfikować!), czyż nie chodziło o to, by wyszkolić całą osadę przed atakiem najeźdźców? Odniosłem wrażenie, że po prawie siedmiuset stronach, ta wyszkolona ekipa nie zrobiła dosłownie nic. Można to było powierzyć po prostu głównym bohaterom (o darowaniu sobie całego wątku osady już nawet nie będę mówił). Po ostatnich stronach stwierdziłem, że pomysł był ciekawy, ale taka zagrywka z nabijaniem stron nie przystoi poważanemu autorowi, jakim jest King. Książka byłaby dobra, gdyby skrócono ją o kilkaset stron, moim zdaniem zupełnie niepotrzebnych.

niedziela, 16 października 2011

Joseph Heller - Ostatni rozdział, czyli Paragraf 22 bis














Data ukończenia: 14 października 2011

Data utworzenia recenzji: 16 października 2011

Recenzja:

Nigdy nie podejrzewałem, że będę czytał tak słaby sequel uwielbianej przeze mnie książki. Pewnie większość czytelników stwierdzi, że skoro oryginał posiada nazwę: Closing Time, to polska wersja z dodanym "Paragraf 22" do tytułu, to jedynie wątpliwej jakości chwyt marketingowy. Otóż nie! To jest prawdziwa kontynuacja przygód Yossariana, Mila, kapelana i kilku innych postaci z pierwowzoru.

Jeszcze przed zabawą z książką sprawdziłem opinie. Nie były one pochlebne, wytykające mniej więcej to samo, co i ja wytykałem w swoich recenzjach pozostałych powieści Hellera. Facet napisał tylko jedną książkę! W trakcie czytania miałem ambiwalentne uczucia, bo z jednej strony dziwiłem się, dlaczego wszyscy uważają ten tytuł za słaby, czytałem gorsze. Z drugiej strony, o w mordę! Jak można było stworzyć tak słabą powieść. Wychodzi na to, że nie jest to potworek, napisany przez bardzo słabego autora, pokroju: "Alchemika", czy recenzowanej niedawno "Szkoły piękności w Kabulu". "Ostatni rozdział" to jest najzwyczajniej w świecie słaba książka napisana przez faceta, który potrafi składać zdania i ma pomysły na treść. Co jest chyba najsmutniejsze.

No i co można było wsadzić do kontynuacji "Paragrafu 22"? Dużo, nawet za dużo. Yossarian ma 70 lat, pracuje dla Milo, angażuje się w organizowanie wesela na dworcu autobusowym na trzy i pół tysiąca osób (najbliżsi znajomi). Milo i Wintergreen tworzą niewidzialny bombowiec, którego nikt nie widzi i w gruncie rzeczy, nie wiadomo, czy w ogóle istnieje. Kapelan sika ciężką wodą i pierdzi trytem, na co nie ma koncesji.

Pojawiają się też nowe postacie. Sammy to ten, który na przemian wybudzał się i tracił przytomność tego feralnego dnia w samolocie, kiedy Snowden pokazał światu swoją najskrytszą tajemnicę. Lew Rabinowitz służył w piechocie. Claire to jego żona. Michael to syn Yossariana, a M2 - Mila. Wszystkie te stare, jak i nowe postacie to jeszcze nic. Znajdziemy tutaj również: Szwejka, doktora Strangelove, Kurta Vonneguta, a także samego Hellera.

Fabułę ciężko streścić, bo każda z wymienionych postaci ma swoją historię do opowiedzenia, a czytelnik ma nadzieję, że do ostatniego rozdziału wszystko się to zawiąże/rozwiąże. Nic z tego. Książka jest zbudowana, jakby to był film: "Doktor Strangelove, lub jak przestałem się martwić i pokochałem bombę". Pod koniec wydaje się, że ktoś zapomniał dokręcić/napisać końcówki.

Ale skoro to kontynuacja "Paragrafu 22", to nawet słabą książkę, może poratować dobry humor. I tutaj jest problem, ponieważ Heller dodaje odrobinę świeżego dowcipu (który ze świeżością ma tyle wspólnego, że Heller jeszcze tych popularnych w każdym domu, nie włożył do swoich książek) przyprawionym dowcipem z "Paragafu 22". Dosłownie!  To są te same dowcipy. Nie czepiałbym się, gdyby to były tylko te anegdoty, ale Heller dopisał "komentarz". Zaczął tłumaczyć dowcipy, które nigdy nie powinny być wyjaśniane. Cała magia poprzedniej części polegała na niedopowiedzeniu. Tutaj humor został zepsuty i to nie przez tłumacza, czy faceta z ulicy, który dostał do zrobienia drugą część arcydzieła. To zrobił Heller!

W książce "Portret artysty" (której nie czytałem) Heller tworzy postać autora, który próbuje napisać powieść tak spektakularną, jak wcześniejsze jego dzieła. Oczywistym jest, że pisze o sobie samym. Dlaczego się nie udało zrobić kolejnego arcydzieła? Jeśli odstawimy "Paragraf 22" na bok i popatrzymy co jeszcze ten autor opisywał w swoich książkach to wyjdzie nam, że ulubione tematy to: Żydzi, relacja Żydzi - goje, polityka i przekręty, problemy głównego bohatera z rodziną, multum kochanek, biznes, pieniądze, kontakty (brzmi to, jak: "apatia, chciwość, korupcja..." - kto wie, ten wie). Rozumiem, gdyby to była seria książek. Ale nie, to są oddzielne powieści, które teoretycznie nie wchodzą na siebie, a są niemal identyczne klimatem, humorem i sytuacją.

Kiedyś mówiłem, że nieszczęściem Hellera było to, że jego debiut okazał się mistrzowski, a później nie mógł napisać nic wspanialszego. Dziś napiszę to samo, tylko inaczej. Joseph Heller to autor jednej książki, góra dwóch, jeśli doliczyć "Bóg wie".

środa, 12 października 2011

Garth Nix - Lirael. Córka Clayrów


















Data ukończenia: około 30 września 2006

Data utworzenia recenzji: 30 września 2006

Recenzja:

"Sabriel" miała być ponoć zamkniętą całością, ale tak się spodobała powieść czytelnikom, że autor został "zmuszony" do napisania kontynuacji. Historia "Lirael" dzieje się 14 lat po pierwszym tomie i rozłożona jest na dwie osoby: Lirael - córkę Clayrów, która nie potrafi obudzić w sobie zdolności Widzenia (przyszłości) i Księcia Sameth'a - żeby nie zdradzać fabuły, to po prostu księcia. Osobiście wolałem Lirael, bo była nieco mniej niedołężna.

Plusem jest stworzenie konkurencji dla Moggeta - Podłego Psiska, dwa razy więcej humoru niż w pierwszym tomie. Książka jest obszerniejsza, więc autor pozwolił sobie na wytłumaczenie niektórych rzeczy z magii, które, według mnie, mogły być nieco niezrozumiałe w "Sabriel". Wiele osób uważa "Lirael" za najsłabsze ogniwo trylogii o Starym Królestwie, ja stawiam ją nieco wyżej od pierwszego tomu. W pogotowiu już trzymam trzecią część: "Abhorsen".


Opinia po pięciu latach:

Problem identyczny, jak przy "Sabriel". Nie pamiętam zupełnie jakichś ważniejszych punktów w fabule. Pamiętam jedynie, jak musiałem się zmuszać do uczestniczenia w tej podróży. Jest to o tyle dziwne, że seria Nix'a "Klucze do Królestwa" dałbym radę w kilku zdaniach opowiedzieć. Tej serii nijak.

Śmieszne jest również to, że dopiero w tej części zostały wyjaśnione pewne nazwy, które przez cały pierwszy tom pojawiały się tak często, niczym wulgaryzmy. Moim zdaniem, jasno dowodzi to, jak ciężko było wejść w klimat sagi od pierwszej części. Sam pomysł miał potencjał, ale jest tak niemrawy i często nudny, że seria tylko bardzo ładnie wygląda na półce.

wtorek, 4 października 2011

Eric-Emmanuel Schmitt - Odette i inne historie miłosne
















Data ukończenia: około 13 lipca 2010

Data utworzenia recenzji: 13 lipca 2010

Recenzja:

Ostatnio stwierdziłem, że powinienem raz na jakiś czas otworzyć się na książki, które innym sie podobały, a których nawet ze względu na tytuł, nigdy bym nie wziął do ręki. W taki sposób otrzymałem ten zbiór opowiadań, w zamian za "Paragraf 22". Z tego co pamiętam, koleżanka stwierdziła, że "Odette" to ciekawa książka, której nie miała czasu do końca przeczytać. 

Autora zupełnie nie rozpoznałem, po głębszej analizie przypomniałem sobie, że jest to ta sama osoba, która stworzyła uwielbianą przez wszystkich "Oskara i panią Różę". Z o wiele większą przyjemnością zacząłem czytać, bo samo "miłosne" w tytule powodowało raczej odpychanie, niż przyciąganie. 

Jest to osiem historii, niekoniecznie miłosnych, ale dotyczących ludzkich problemów. To takie historie, lekko przypominające to, co poruszał Coelho (a raczej chciał poruszyć). Tutaj jednak brak jest tego mistycyzmu, co uznaję za plus. Czyste emocje, nietłumaczone paznokciem Boga, czy innymi ustawieniami księżyca. Każda opowieść to inna kobieta i jej problemy. Zdrada męża, choroba, problemy psychiczne i inne. 

Największym problemem jest to, że nie można nawet w najmniejszym stopniu zdradzać fabuły, bo są na tyle krótkie, że można popsuć przyjemność z odkrywania tych postaci. 

Najsłabszą historią, ale wciąż bardzo dobrą, jest tytułowa "Odette". Powstała na podstawie filmu, który Schmitt reżyserował. Cały zbiór powstał wtedy, gdy musiał podpisać umowę, że nie będzie nic pisał podczas produkcji filmu. Efektem jest właśnie to. 

Jest to najlepsza książka, którą można zakupić, jako prezent. Najlepiej dziewczynie, żonie. Po czym w nocy, nieafiszując się, zakraść się do szafki i przeczytać przed snem jedną historię.


Opinia po roku:

Przyłapałem się na tym, że za każdym razem, kiedy "zmuszony" jestem w uczestniczeniu w urodzinach/imieninach moich znajomych płci żeńskiej, ta książka to pierwszy pomysł na prezent. Inna sprawa, że nigdy nie spełniłem swojego postanowienia. Nie, żeby to była niesamowicie rewelacyjna książka. Jest lekka i przyjemnie się ją czyta, a historie w niej zawarte są wciągające. Jak sprawdzam raz na jakiś czas, co chciałbym sobie następnego przeczytać, zawsze gdzieś tam głęboko jest myśl, by sięgnąć po następny tytuł Schmitt'a. A niewielu autorów potrafi tak zainteresować.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...