czwartek, 25 sierpnia 2011

Deborah Rodriguez - Szkoła piękności w Kabulu. Za zasłoną afgańskiej kobiety
















Data ukończenia: 21 sierpnia 2011

Data utworzenia recenzji: 25 sierpnia 2011

Recenzja:

A stwórzmy człowieka, kobietę po prostu. Dajmy jej zawód, ale prosty, typu sprzątaczka, kucharka, albo o! Fryzjerka. Trzeba też nadać narodowość, ale musi być to kraj rozwinięty. Niemcy, Japonia, ale najlepiej Stany Zjednoczone. Pokażmy, że jest przedsiębiorcza - niech założy salon piękności. Ale nie w Stanach. Niech będzie to Afganistan po 2001 roku. Dla podkreślenia charakteru współczesnej kobiety, szczypta problemów z mężczyznami. Początkowo projekt miał się zwać: "Tępota, hipokryzja i skryta nienawiść", ale poprzestańmy na czymś mniej rzucającym się w oczy. Nazwiemy ją Deborah Rodriguez.

Kiedyś Philip K. Dick był święcie przekonany, że Stanisław Lem to prowokacja komunistów, a pod tym nazwiskiem kryją się autorzy tworzący na zlecenie partii. Po przeczytaniu recenzowanej właśnie książki długo nie mogłem rozgryźć, co się działo od kilku ostatnich dni, które poświęciłem na dokończenie tego dzieła. Mam dwie teorie. Albo pod imieniem i nazwiskiem autorki kryje się grupa pisarek nacjonalistyczno-feministycznych ze Stanów Zjednoczonych, które stworzyły fikcyjną osobę (pisarzynę), która udając słodką idiotkę, kopie męskie, afgańskie jajka. Inna teoria, że to dobrze zorganizowani afgańscy fundamentaliści, którzy ukrywając się pod pseudonimem "Rodriguez", próbują podburzyć własny naród przeciwko napływowi Stanowych Zjednoczeńców do ich kraju. Nie wierzę, by istniała autentyczna osoba, która mogłaby napisać i wydalić taką książkę.

Bo kto mi wytłumaczy, że prawdziwa kobieta mogłaby zdradzić swoją najlepszą przyjaciółkę w Afganistanie, już na samym początku książki? Przecież nie była dziewicą i podstępem udało im się podłożyć tę cholerną zakrwawioną chusteczkę, by uspokoić jej męża. Skoro jest to książka autobiograficzna, gdzie "autorka" w treści używa swojego kryptonimu z okładki, śmiem twierdzić, że jej koleżanka również jest prawdziwa. Że co, że może imię zmienili? Nie ma nic o tym, a znajomi i tak będą wiedzieć o kogo chodzi, a zwłaszcza chusteczkowy mąż. Na okładce jest napisane, że to ŚWIATOWY bestseller, co oznacza, że może i w Amsterdamie ktoś nieumyślnie wydał książkę. A przecież z tego, co pisze Debbie w "Szkole..." to kobiety mają ciężkie życie, jeśli coś wyda się po niewczasie. Mam nadzieję, że Roshanna przeżyła premierę tego dzieła i było warto...

Innym dowodem na nienaturalną tępotę, jest sytuacja, gdy Debbie jedzie z męskim przewodnikiem, gdy ten niespodziewanie musi zawrócić do domu, bo wszystkie jego żony zachciały winogron. Ta sytuacja dzieje się, gdy jest ona już któryś raz w Afganistanie i mówimy tu o miesiącach. Główna bohaterka dziwi się mniej więcej tymi słowami: "to ja przejechałam pół Afganistanu, a one nie mogą wyjść z domu po winogrona". Tak! Ty samolubna kobieto! Jesteś tam od kilku miesięcy i nie widzisz jeszcze, co się dzieje? Ale nie, przecież widziałaś, bo od dwustu stron pokazujesz czytelnikom, jak traktowane są kobiety. I w każdym rozdziale dziwisz się na nowo z tych samych rzeczy!

Inna sprawa to hipokryzja. Gdy Afganki, pracownice "autorki", znajdują miłość lub jej namiastkę, ta zabrania się im spotykać, ponieważ może stać się im krzywda. Jedna może zostać posądzona o prostytucję, druga za zdradę, może zostać ukamienowana. Ale czytać trzeba między wierszami. Debbie ma to gdzieś, że ta zostanie prostytutką. Przejmuje się wtedy, gdy mogą zamknąć salon ze względu na powiązanie z burdelem. A ukamienowanie? Odstraszy klientów.

Ukryta nienawiść. Debbie to postać wyszczekana, której wydaje się, że wszystko załatwi, gdy otworzy swoją jadaczkę. Na początku miałem wrażenie, że jako osoba, która zdecydowała się żyć w Afganistanie po 2001 roku, próbuje wybielić ten kraj, pokazać, że tam też są ludzie. Jednak w żaden sposób się to nie udaje. Za każdym razem wychodzi na to, że Afgańczycy to zwierzęta wypuszczone z ZOO. Jestem przekonany, że nie jest to specjalnie zrobione. Ale brak jakiegoś wyważenia przekazywanych treści lub brak odpowiedniego komentarza, potęguje pewną nienawiść do opisywanego narodu. Nie zaraz do aktywnej nienawiści, ale tej pasywnej, skrytej.

Nieświadomość "autorki" do popełnienia takiej gafy, wyklucza jedną z moich początkowych teorii. Jednak z ratunkiem przychodzi mi "Mężczystan", czyli męski Afganistan. I tu ją mam! Biadolenie o kraju, w którym kobiety ciemiężone są przez mężczyzn, a dla radości Debbie buduje salon. Salon piękności w "Mężczystanie", niczym dorodna pieczarka na końskim łajnie. Ot i cała fabuła w jednym zdaniu.

Koleżanka pożyczyła mi tę książkę, bo jest to jej ulubiona lektura. Twierdziła, że i mi się spodoba. Się nie spodobała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...