poniedziałek, 11 lutego 2013

Carlos Ruiz Zafón - Więzień nieba















Data ukończenia: 26 stycznia 2013

Data utworzenia recenzji: 11 lutego 2013

Recenzja:

Mam nieodparte wrażenie, że Zafón za wszelką cenę starał się uratować serię, a raczej poprawić jej jakość. Gdy wyszła "Gra Anioła" wydaje mi się, że wszyscy oczekiwali czegoś innego. Ja też! Chciałem, żeby wszystko było jasne, wytłumaczalne. Drugi tom pokazał nam kilka furtek, gdzie nie wiadomo było, po której stronie się opowiedzieć. Opętanie, czy choroba psychiczna? Sam klimat był tak dołujący, że wiele osób uciekło z cukierkowej (acz tajemniczej i mrocznej zarazem) Barcelony, bez ukończenia powieści. I przyznam się, że się nie dziwię. "Cień wiatru" "wychował" sobie nieco innych czytelników.

W najnowszym tomie fabuła skupia się bardziej na Ferminie Romero de Torres. Gdy pewnego razu do księgarni, znanej nam z pierwszej części, przychodzi inwalida, Danielowi Sempere otwiera to bramę do wspomnień swojego przyjaciela. Kim jest Fermin? Czy ich przyjaźń jest przypadkowa?

Odpowiedzi na te pytania są zawarte w przeszłości. W Hiszpanii - schyłek wojny domowej. Fermin trafia do więziennej celi, gdzie sąsiadem jest... David Martin, tytułowy "Więzień nieba". Wszystkie znaki mówią nam, że wydana trylogia jest ze sobą bardziej powiązana, niż wynikało to z drugiego tomu.

W recenzji "Gry Anioła" napisałem, że książka jest nie do pokochania. Niesamowitym jest to, że po przeczytaniu trzeciego tomu, pierwszą rzecz, na jaką mam ochotę, jest przeczytanie jeszcze raz przygód Davida Martin. "Więzień nieba" jest łącznikiem między pierwszym, a drugim dziełem, który jest napisany w taki sposób, że wybaczam wszystkie grzechy, jakie popełnił Zafón w kontynuacji bestselleru. Jeśli wydaje się Wam coś niejasne w "Grze Anioła", tzn. że takie miało być. Odpowiedzi udzielane są w tym, najnowszym, tomie.

Oczywiście powątpiewam w to, że autor pod naciskiem krytyki stworzył trzecią część, która objaśniałaby zasady panujące w drugim. Ale jak na zawołanie, po nieciekawych opiniach, napisał coś, do czego nie mogę się przyczepić. Fermin nadal rozsiewa swój optymistyczny pesymizm, połączony z wulgarnością/rubasznością. Dodaje trochę uśmiechu do nędznej sytuacji, w jakiej się znajdują bohaterowie, przez co książka jest sympatyczniejsza w odbiorze.

Ale ogromny minus, za to, że książka jest tak krótka. Z jednej strony rozumiem, że opowieść tego tomu jest zakończona - zostawia nam ogromnej wielkości furtkę do ostatniego już, czwartego. Z drugiej - tyle lat czekania, a wydanie z dużymi literami nie wydłuża przyjemności (o czym polskie wydawnictwa zapominają, w przypływie wymyślania ceny z kosmosu).

Warte przeczytania! Czekam na kolejny tom z niecierpliwością. Nie nabierajcie się na tekst, że można czytać w różnej kolejności. Nie po to w książkach piszą rok oryginalny wydania, żeby się nim nie sugerować. Poznanie "Cienia wiatru" i "Gry Anioła" (wiem, że dużo osób nie dokończyło tego tomu), daje więcej możliwości odkrywania świata w "Więźniu...". Jak dla mnie - najlepszy łącznik, który podreperował reputację po drugim tomie.

sobota, 2 lutego 2013

Jeffery Deaver - Carte Blanche















Data ukończenia: 20 stycznia 2013

Data utworzenia recenzji: 2 lutego 2013

Recenzja:

Śmierć Iana Fleminga przyniosła nam nie tylko kasowe filmy, ale natłok gadżetów z 007. Zegarki, koszulki, samochody, czy ostatnio lakiery do paznokci, dzięki czemu możemy wyglądać, jak Severine ze "Skyfall". Jednak większość tych przedmiotów wiąże się bardziej z filmem. Co pozostało po książkach? Jeśli ktoś myśli, że nikt nie zarobił, przez tyle lat, na jego powieściach - jest w błędzie. Kapitalizm i dziedzictwo, wzięły sprawę w swoje ręce.

Ian Fleming Publications Ltd. po śmierci swego mistrza zakonu, skupiło się na szukaniu zastępstwa dla osieroconego agenta 007. Fleming nie zakończył serii, w taki sposób, jak chciał to zrobić w "Pozdrowieniach z Rosji". Nie zakończył też tak, jakbym tego ja chciał, w "Żyje się tylko dwa razy". Forsa nie śmierdzi, dzięki czemu oprócz 14 oficjalnych książek Iana, mamy też około czterdziestu dodatkowych powieści + kilka opowiadań. I liczę tutaj wyłącznie OFICJALNE książki, które dzieją się w uniwersum Bonda.

Wśród autorów przewinęli się między innymi: John Gardner, Kingsley Amis i Raymond Benson (polskiemu czytelnikowi kojarzący się pewnie z nowelizacją Hitmana). Nie ma co ukrywać, książki nie zawsze były na dobrym poziomie. Często jeden autor wprowadzał takie elementy, które drugi zaraz musiał resetować. Z tego powodu większość tych serii nie jest kanoniczna ze sobą, a jedynie z oryginalnym nurtem Fleminga (co przypomina też inną serię filmową - Godzillę). Ale tymi starszymi tytułami zajmę się następnym razem, a mam dużo na ich temat do powiedzenia.

Jeffery Deaver, to pisarz, który dostał nagrodę Ian Fleming Steel Dagger Award. Przez co rzucił się w oczy Ian Fleming Publications Ltd. Facet najbardziej znany z książki "Kolekcjoner kości", która bardziej jest znana jako film z Angeliną Jolie (ja nie widziałem filmu, ani autora nie kojarzę). Deaver jest fanem książkowego Bonda i z chęcią przyjął propozycję pisania "jako Ian Fleming". Premiera światowa miała odbyć się w sto trzecią rocznicę urodzin autora 007.

Deaver odświeżył nieco biografię agenta. Pokrywa się mocno z tą, która została stworzona na potrzeby Daniela Craiga. Nie jest już weteranem II wojny światowej, nowy Bond brał udział w akcjach w Afganistanie. Wszedł XXI wiek i James Bond nie może biegać z osteoporozą. Nie jest już w MI6, tylko w ODG (Zespół Rozwoju Zagranicznego), dostaje świetną komórkę i korzysta z komputerów z dostępem do internetu. Kto mu teraz podskoczy?

Ponieważ seria została całkowicie wyzerowana, tak i tutaj w książce mamy nową wersję przyjęcie Bonda do służb. Zmieniają się wrogowie i ich zdolności. Dużo aluzji do współczesności: więzienia dla terrorystów w Polsce, Hermiona i Harry Potter. Główny bohater przemierza Serbię, Dubaj i Kapsztad z powodu pewnego smsa, który traktował o śmierci tysiąca osób. Sprawa się komplikuje na tyle, że w pewnym momencie, rozwiązywane są cztery oddzielne sprawy w fabule jednej książki.

Arcyłotrzy tej powieści, to pewien Irlandczyk (inżynier, kaczkowaty chód, typowy geek), Severan Hydt (facet, który rozkoszuje się rozkładem; ma własną kobietę, która jest dużo starsza od niego, dzięki czemu może oglądać jej plamy wątrobowe, problemy skórne; kocha widok gnijących trupów itp.) i... brytyjska biurokracja. Zwłaszcza ta ostatnia, daje niezłego kopa fabule w najbardziej kluczowych momentach (James Bond np. nie ma prawa używania broni na terenie Wielkiej Brytanii).

Z początku niestety książka mnie nie przekonała do siebie. Czuć, że pisze ją amerykański pisarz, który Bonda nie rozumie tak, jak Fleming. To jest książka akcji, którą wiernie można zekranizować i to będzie bardzo dobry film sensacyjny. Bond nie jest taki kompleksowy, jak w oryginalnych książkach. Jest zabójcą, ma swoje miłosne rozterki, ale nie jest to tak dobrze napisane, jak u twórcy. Sama fabuła jest stworzona tak, jakby to zrobił Dan Brown w "Kodzie Leonarda..." lub w "Aniołach i demonach". Nie obserwujemy wyłącznie poczynań głównego bohatera, ale także każdej innej drugoplanowej postaci. Rozdziały, co chwila zaskakują, a w następnym (patrząc z punktu widzenia innego bohatera) jest podana na tacy historia z wytłumaczeniem, jakim cudem doszło do tej czynności z poprzedniego. I byłem zawiedziony, bo nie na takiego Bonda czekałem. Wyglądało to niestety tak, jakby Deaver dostał propozycję napisania książki o agencie 007, podszedł do szuflady i wyciągnął gotowy wydruk, gdzie pozmieniał imię i nazwisko na Jimbo (rogeroumory się mnie nadal nie trzymają).

Ale po setnej stronie okazało się, że nie mogę się oderwać od tej historii. Jest rewelacyjna! Nie jest to Bond, jakiego pokochałem, ale sama książka jest bardzo dobrze napisana. Idealny na dzisiejsze czasy, bo kto dziś z własnej woli sięgnie po stetryczałe powieści Fleminga? A oto jest, "Carte Blanche", podobał Ci się Dan Brown - polubisz Deavera. Jest to dla mnie idealny kandydat na to, żeby przejął pałeczkę na dłużej, dzięki czemu książkowa seria mogłaby nieco odżyć i stanąć na nogi. Widzę go, jako zastępcę Iana Fleminga na kilka najbliższych lat.

Niestety. Moja opinia jest pozytywna, ale zdania krytyków są podzielone. Zresztą od jakiegoś czasu jest zasada, że dany autor jest zatrudniany jednorazowo. W 2013 roku pojawi się nowa książka o Bondzie, ale autorem został już oficjalnie William Boyd, a 007 wróci z powrotem do lat sześćdziesiątych. Jak widać z powieściami jest jak z filmami. A może to i dobrze, zawsze jest szansa, że czymś nowym zaskoczą.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Carlos Ruiz Zafón - Gra Anioła
















Data ukończenia: 22 czerwca 2009

Data utworzenia recenzji: 22 czerwca 2009

Recenzja:

Drugi tom z czteroksięgu poświęconego XX-wiecznej Barcelonie. Tym razem fabuła dzieje się kilkanaście lat przed "Cieniem wiatru" i opisuje zupełnie inną historię, nie nawiązującą do poprzedniego tomu. Czytać można dowolnie, chociaż kilka znajomych osób pojawia się tutaj, obok Cmentarza Zapomnianych Ksiąg, więc można sobie popsuć trochę zabawy nie szanując pracy autora. 

Fabuła, w skrócie, dotyczy młodego pisarza, który dostaje zlecenie napisania nowej religii od faceta, który zachowuje się, jak typowy diabelski elegant. I w zasadzie tylko tyle można opowiedzieć, cała reszta byłaby już spoilerowaniem, a ten kto czytał "Cień wiatru" wie, jak trudne jest streszczenie książki Zafóna. 

Bardzo mroczny klimat... Nawet Isabella, która jest odpowiednikiem Fermina, i jej watki humorystyczne podkreślają panujące w tej powieści mroki. Czuć kwaśność, siarkę, i spaliny z początku XX wieku. Czuć choroby i jej konsekwencje, które dopadają głównego bohatera. Zaczyna się w trakcie czytania wątpić w jego poczytalność.

Akcja toczy się powoli, by na sam koniec przyspieszyć, co dla mnie osobiście jest na minus. Przez pięćset stron wszystko jest rozwlekane na tyle mocno, że można się pogubić przez żółwie tempo. Na ostatnich stu stronach wszystko niepotrzebnie pędzi na zawał serca tak, że też potrafiłem się we wszystkim pogubić. Do tego dochodzi dużo znaków zapytania. Przez cały dzisiejszy dzień rozmawiałem na temat fabuły z ludźmi, którzy przeczytali "Grę Anioła" i każdy inaczej ją interpretował. Często w konkluzjach dochodziło nawet do wypaczania tego, co zostało napisane, bo znaki zapytania pojawiały się w newralgicznych dla historii miejscach. 

I teraz tak myślę, że po tym jak "Cień wiatru" czytelnicy pokochali, tak "Grę Anioła" raczej będą krytykować. Przez tą dojrzałość i mrok. Przez niedopowiedzenia i wolne tempo. Sam uważam, że to najmroczniejsza książka, jaką przeczytałem od jakiegoś czasu. Pod wieloma względami jest lepsza od pierwszego tomu, ale podejrzewam, że niestety nie do pokochania. Co nie oznacza, że mi się jako całość nie podobała. To jest kolejna bardzo ciekawa historia Zafóna i czekam na tom trzeci. A sam jednak polecam przeczytać najpierw "Cień wiatru", a dopiero potem brać się za "Grę Anioła".


Opinia po czterech latach:

Ostatnia recenzja z moich archiwalnych zbiorów jest całkowicie nie do zmienienia. Nie ma tutaj nic, co próbowałbym wycofać. Nadal uważam, że jest nie do pokochania, ale i tak jest to kawał świetnej roboty. Mam dużo pretensji do tych wszystkich zawirowań w fabule. Gdy czytałem "Cień..." miałem wrażenie, że po Barcelonie biega nadprzyrodzona forma, która niszczy miasto. I się pomyliłem, tragedia, jaka się tam działa, swoje źródło miała w bardzo rzeczywistych realiach. W "Grze..." miałem wrażenie, że Zafón znów użyje tego schematu i wiedziałem, że wszystkie "dziwne" rzeczy będą miały swoje wytłumaczenie. Tak się nie stało i chyba to jest mój największy zawód.

Mam teraz książkę "Więzień nieba" i bardzo ciekawi mnie, czy autorowi uda się przeskoczyć poprzeczkę "Cienia...", czy tylko zaliczy dobry poziom.

piątek, 4 stycznia 2013

Joanne K. Rowling - Harry Potter i Książę Półkrwi
















Data ukończenia: pierwsza połowa 2006 roku i 3 stycznia 2013

Data utworzenia recenzji: 20 lipca 2006 i 4 stycznia 2013

Recenzja #1 (20 lipca 2006):

Pierwszy raz udało mi się w jej książkach znaleźć odpowiedź na główne pytanie tego tomu: kim do cholery jest Książę Półkrwi? Miałem jeszcze jednego kandydata, ale ujawniać nie będę. Książka napisana na poziomie Rowling, czyta się przyjaznym językiem. Sama fabula jednak jest chyba nieco gorsza od kilku poprzednich tomów. Mogę nawet stwierdzić, że gdzieś od trzeciej części książki są nieco słabsze. Ale czekam na siódmą.


Recenzja #2 (4 stycznia 2013):

Nie wierzę, że to ja pisałem tę recenzję! Chyba bardziej nędzowatej opinii nie widziałem w swoich starych zbiorach. No, ale czas się tłumaczyć.

Szósty tom, to moim zdaniem najmocniejszy odcinek Pottera, jaki powstał w tamtym czasie. Była to też pierwsza książka, która straciła swój urok przez spoilery w internecie. Dziś już nie czytam recenzji przedmiotów, które wiem, że w końcu dostanę w swoje ręce i sam ocenię. To, co zrobiła Rowling w tym tomie jest fenomenalne. Dzieci zmieniły się w nastolatków, ze swoimi problemami, podejściem buntowniczym i innym nastawieniem. Przyznam się, że jest to często takie nastawienie, które wolałbym zapomnieć, bo za bardzo przypomina mi moje. Czego bardzo żałuję! W tej recenzji spoilery też będą, ponieważ chciałbym się podzielić moimi przemyśleniami. Jeśli tak, jak ja, nienawidzicie spoilerów, to opuśćcie recenzję po tym akapicie, pamiętając, że warto było czytać serię, szczególnie dla tego właśnie tomu!

SPOILERY

To, że dowiedziałem się, jaką rolę spełnia w tej książce Snape, zanim jeszcze zakupiłem w tamtych latach książkę, doprowadziło do tego, że zepsuło mi wiele "radości". Zawsze uważam na tego typu akcje, ale ten "demotywator", który mnie trafił w serce, był najbardziej irytującą rzeczą w moim książkowym świecie (i przy okazji sprytnie zrobionym, przyznaję).

Kwestia Księcia Półkrwi, gdy teraz czytałem, chyba nie była na tyle tajemnicza, by mieć problemy z rozszyfrowaniem, kto nim jest.

Ale to, co najbardziej mnie zastanawia (i nawet przy drugim czytaniu, nie mogę w to uwierzyć), to scena zabicia Dumbledore'a przez Snape'a. Już za pierwszym razem miałem zbyt wiele odpowiedzi, dlaczego to wszystko jest mistyfikacją. Teraz jest jeden problem - Wieczysta Przysięga z matką Malfoy'a, która ma prawo pokrzyżować mi plany w odgadnięciu, co Snape'owi po głowie się szwęda.

To są moje przemyślenia, jakie miałem po przeczytaniu za pierwszym i drugim razem (nie wiem, czy prawdziwe, bo siódmego tomu nie znam w ogóle - tak omijałem spoilery od premiery tej książki!):
1. Snape to podwójny agent, nadal! Zabija Dumbledore'a, przez co uwiarygodnił się jako nawrócony śmierciożerca. Wszystko to plan Dumbledore'a i Snape'a. Aktorstwo do samego końca.
2. Snape to podwójny agent, nadal! Zabija Dumbledore'a ponieważ było to jedyne dobre rozwiązanie na oczach pozostałych śmierciożerców. Nie był to plan, a czysta rachunkowość. Snape nadal jest po stronie dobra.
3. Dumbledore nie ginie, bo ma horkruksa i "odrodzi się", jak Gandalf.
4. Harry Potter jest horkruksem Voldemorta (już naciągane, ale jak są podejrzenia, że wąż może być + przepowiednia; dało by radę to rozwinąć).

I najlepsze jest to, że nie wiem, i sprawdzę to za jakieś trzy książki, żeby odpocząć, dać przerwę i sobie, i bohaterom. Ostatnie strony szóstego tomu, czytałem z takim zapartym tchem, że aż wstyd, że tak rzadko odkrywa się książkę, dla której warto zarwać noc i być niedospanym w pracy. A czytałem ją już drugi raz!

wtorek, 25 grudnia 2012

Stephen King - Ręka mistrza















Data ukończenia:  19 lutego 2009

Data utworzenia recenzji: 19 lutego 2009

Recenzja:

Po "Mrocznej Wieży" dużo musiało upłynąć czasu, bym zatęsknił za Kingiem. Kapitalnie stworzona książka: dramat, dawka optymizmu, thriller, horror i ściskanie serca (chociaż do łez jeszcze daleko). Z ostatnich jego dzieł jedyna warta uwagi. Bardziej sentymentalny, niż horrorowaty, Stephen King.


Opinia po czterech latach:

Będzie to raczej rozwinięcie opinii z tamtego okresu. W skrócie, Edgar Freemantle, główny bohater, już na pierwszych stronicach traci rękę w wypadku samochodowym. Jest to dla niego bardziej ból psychiczny, niż fizyczny. Za radą psychologa, wyjeżdża na Duma Key, wyspę, która ma mu pomóc odzyskać równowagę psychiczną. Ma się tam zająć dawną pasją, malowaniem.

Sęk w tym, że King tworząc inne postacie, przyćmił głównego bohatera. Wireman, człowiek z niespodzianką w czaszce, to kwintesencja tej powieści. Jest niczym Joker w filmach o Batmanie - wygryza tytułową rolę. Teksty Wiremana to kopalnia wiedzy, dużo czasu zajęło mi przepisanie mądrości tego zacnego człowieka, ale mam je wszystkie, których używam po dziś dzień.

I tak drugoplanowa rola stała się najlepszą częścią tej książki. Elementy horrorowate występują, ale w kiczowatym stylu. Bardziej rzuca się w oczy klimat starości, rozmyślań o życiu, smutku. I ostatnie strony pokazują, jakim King jest wielkim pisarzem. Nie doprowadził mnie do płaczu, ale przykro odkładało się tę księgę.

Mimo tego wątku, nie mogę powiedzieć, że jest to fenomenalna powieść. Jest dobra, ale gdybym miał komuś polecić coś Kinga, podejrzewam, że ten tytuł zupełnie, by mi nie zaskoczył. Samej książki pamiętać nie będę, ale nauki Wiremana - owszem.

niedziela, 23 grudnia 2012

Piers Anthony - Źródło magii
















Data ukończenia: 23 grudnia 2012

Data utworzenia recenzji: 23 grudnia 2012

Recenzja:

...i po kilkunastu latach kupiłem książkę, która miała mi pokazać, że nie myliłem się - seria "Xanth jest rewelacyjna. Jak to często bywa z arcydziełami, sequele nie mają z nimi nic wspólnego (z wyjątkiem "Terminatora 2"), a "Źródło magii" to zwykłe popłuczyny po "Zaklęciu...".

Seksizm jest, ale nie przeszkadza zupełnie, bo jeśli ktoś chciałby się bawić w krytykę tej części, to znajdzie tutaj duże pole do popisu na innym gruncie. Główny bohater z pierwszej części - Bink, wraz z centaurem Chesterem i żołnierzem Crombie'm (zamienionym w gryfa) wyruszają w podróż, której celem jest poznanie źródła magii. Każdy ma problem w domu, więc łatwo idzie im przyjąć wyzwanie. Centaurzycy urodził się źrebak, żona Binka jest w ciąży i to w najpaskudniejszej, z charakteru i wyglądu, postaci zarazem, a Crombie podsyca swoją nienawiść do kobiet. Po drodze dołączają do nich: Dobry Czarodziej Humfrey i Grundy - miniaturowy golem tłumacz.

Jeśli brzmi to ciekawie, to muszę ostrzec, że to tylko początek, a później jest już tylko gorzej. Piers dwoił się  i troił, żeby napisać kontynuację swojego bestsellera. Całość niestety wygląda tak, że są pomysły na kolejne rozdziały, ale ich wykonanie to totalna fuszerka. Schemat jest taki:

1. Grupa podróżuje w kłótni i nie jest to marka samochodu.
2. Opisy fauny i flory, tylko problemem jest to, że Piers Anthony wymyśla magiczne rzeczy pokroju: drzewo chlebowe, drzewo butowe, rzepy, które można odczepić używając wulgarnego języka. Może się to podobać w pierwszych aktach, ale później jest to męczące. Świat nie jest tak konsekwentny, jak u Tolkiena, czy Rowling. Równie dobrze, ja mogę wymyślić purchawkę, która kicha po rozdeptaniu. Proste i miejscami żenujące swoją prostotą.
3. Gadka szmatka, ktoś potrzebuje pomocy.
4. Walka ze stworem. Ci, co czytali pierwszy tom, wiedzą, że Bink ma niespotykany dar. Dzięki niemu jest prawie nieśmiertelny. W trakcie walki, przy unikach, czytamy głównie rozmyślenia nad jego niesamowitym talentem. Autor rozprawia nad tym nieustannie. A po kolejnej takiej sytuacji, ja dochodzę do wniosku, że trzeba zmienić głównego bohatera, Bink miał już poprzedni tom.
5. Rozmyślania i dalsza podróż.

Wszystko wygląda tak, jakby miał kilka pomysłów na walkę, ale nie wiedział co wstawić pomiędzy nimi. Męczarnia. Tyle czekałem na ten tom, żeby w końcu go przeczytać. Jest to niestety największe książkowe rozczarowanie w moim życiu. Siedziałem i nie czułem tego dzieła. Robiłem wszystko inne i nie mogłem wsiąknąć w klimat. Oczywiście, ostatnie rozdziały, gdy pojawia się demon X(A/N)th, jest rzeczywiście bardzo dobry. Na poziomie "Zaklęcia..."! Ba! Już nawet słyszałem o tym, że trzeci tom wyjaśnia niektóre rzeczy wydumane w tej części i jest na poziomie pierwszego. Ale było już za późno, wierzę, że dalej może być lepiej, bo to, co trzymałem w rękach nie jest dobrą książką, a oceniam tylko to, co autor miał mi do przekazania w tej właśnie chwili. To było nudne, kiepskiej jakości, odcinanie kuponów od wspaniałego bestsellera.

piątek, 14 grudnia 2012

Roger Moore, Gareth Owen - Bond o Bondzie. 50 lat w służbie Jej Królewskiej Mości














Data ukończenia: 23 listopada 2012

Data utworzenia recenzji: 14 grudnia 2012

Recenzja:

"Skyfall". Jednym się podobało, inni krytykowali - ja byłem wniebowzięty. Ale teraz nie o filmie, a o książkach. 2012 rok, to wspaniały okres, kiedy każdy ma okazję zabłysnąć jakąś uwagą na temat agenta 007. Przypomina to koszyki w hipermarketach z plastikową chorągwią z napisem: "Mamo, tu jestem!". Autor tego dzieła też chciał zarobić odnowioną i usprawnioną wersją swojej książki. Michał Grzesiek chyba nie chciał, bo jego "Szpieg, którego kochamy" ani jakoś specjalnie nie uczestniczył w wydarzeniach związanych z premierą nowego filmu, ani na półkach księgarni nie zagościł. Pojawił się nowy gracz, iście brytyjska twarz, sir Roger Moore. Klękajcie na mordy przed jedną z najbardziej "chciałbym, żeby wszyscy myśleli, że jestem super fajny" książek, jakie dane było wydrukować na papierze kredowym.

Masochista, tak mogę siebie nazwać. Wybrałem to badziewko na imieniny, bo jako samozwańczy krytyk Bonda, musiałem przełknąć cierpką pigułę w kształcie zabójczego humoru Rogera Moore'a. Po wszystkich zniżkach i podzieleniu kosztów na trzy osoby, prezent nie kosztował więcej niż 8 złotych od łebka. Na tyle to mogłem naciągnąć bliskie mi osoby, ale już na pełną kwotę 49,90 zł - miałbym wyrzuty sumienia.

Wizualnie jest perfekcyjnie. Kredowy papier, dużo zdjęć i to w kolorach większość. Później zauważa się, że jest dużo luk, by móc dobić do jakiejś większej ilości stron. Białe plamy świecą, jak zęby Rogera w "Świętym".

Moore, najbardziej męczący Bond w historii, napisał wcześniej książkę "Nazywam się Moore. Roger Moore". Przekartkowałem ją i wiem, że nie była taka zła. Humor pisany lepszy niż zagrany. Miałem nadzieję, że i tu nie będzie źle. A jednak...

Kojarzycie sytuację, gdy w większej grupie przy piwie jedna osoba męczy się, bo nie może złapać tematu lub jest poirytowana, że nieznaczna uwaga spływa na jej splendor (głównie tylko taki, że się nie odzywa). Pal licho takie zachowanie. Gorzej, gdy na chama chce zaistnieć. Rzuca wtedy w eter (lub w etyl, wedle uznania): "Widziałam Zośkę w pewnej sytuacji, wolałabym o tym nie mówić" lub "Zawiodłam się na nim". W mojej głowie zawsze wtedy, uruchamia się mechanizm z dźwiękiem rysującej się płyty winylowej. Każdy ciekawski zapyta, ale o co chodzi? I oto jest! W końcu ktoś ją zauważył, czuje ten triumf w wysiedziałych lędźwiach. Ktoś zapyta: "A o co chodzi?". Ta z wyuczonym zakłopotaniem mówi: "Nie ważne".

Jeszcze paskudniej jest, jeśli autor książki robi takie zabiegi, a nie można nawiązać takich relacji, jak ta wyżej opisana sytuacja. Moore pisze głównie o sobie, ale gdy już łaskawie wspomni o kimś innym, to rzuca pewną dwuznaczną sugestię i pozostawia ją niewyjaśnioną. Stary, dobry Moore. Bierz moją forsę i spadaj na drzewa, z tymi swoimi połowicznymi ciekawostkami o Bondzie.

No właśnie, o jakim znowu Bondzie my mówimy? Bo James jest może wspomniany może ze dwa razy. Aleksandra Boga! Toż to znowu ten humor Rogera. Autor nie musi się wysilać, by być fajnym kolesiem na kwadracie, z wyszukanym poczuciem Rogerumoru (wszystkie prawa zastrzeżone, czy coś). Zmień imię James na Jim. Za dużo Jimów w ostatnim rozdziale? To dawaj Jimmy. Ups, trochę głupio to wygląda, dajmy jeszcze Jimbo. I tak w całej książce zabrakło Jamesa Bonda. Czy to walka z powtórzeniami, czy Rogerumor?

Jak to jest, że na trzy książki wydane w Polsce od 2009 roku, dwie próbują być zajebiście fajnackie (fajne, to za mało powiedziane) i obie są do bani? O Bondzie pisali już: kulturowy cieśla, miłośnik i odtwórca roli agenta 007. I wiecie co? Najlepiej zrobił to miłośnik (Michał Grzesiek), który nawet nie wychylił się ze swoją książką, nie gimnastykował się na każdym portalu. Usiadł i napisał, co wiedział, co sprawdził i to, co się wszystkim spodoba.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...