poniedziałek, 11 marca 2013

Piers Anthony - Zamek Roogna
















Data ukończenia: 2 marca 2013

Data utworzenia recenzji: 11 marca 2013

Recenzja:

Bardzo chciałem, żeby to była dobra seria. Rozczarowanie po drugim tomie było jednak za duże, żebym dał radę z odrobiną dozy optymizmu wejść po raz trzeci w świat Xanth. Piers oszukał mnie "Źródłem magii", przez wiele lat myślałem, że cała seria jest świetna, bo po "Zaklęciu..." miałem do tego prawo.

Drugi tom pokazał, że postawienie na pierwszym miejscu szowinizmu nie tworzy lepszej fabuły. Ciężko też mówić o fabule, jeśli składa się ona ze schematów. Czyli największa bolączka w postaci nieśmiesznej dyskryminacji płci została zasłonięta brakiem pomysłu na zapchanie planu ramowego historii. Bo cel podróży i zakończenie trzymało się kupy, ale środek to farsa. I o jakim humorze tu mówimy? Cały wyglądał niczym dopowiedzenie wulgarnych rymowanek przez przedszkolaki typu: "bajka srajka", "prać srać", czy "pacha" (osobiście uważam, że to najbrzydsze słowo w języku polskim). Nędza!

I tak samo jest z tym tomem, ale z pewną różnicą. Dowcipki autora są i powtarzają się już któryś raz z kolei. Słowotwórstwo też znajdziemy, dzięki czemu widzimy, że Piers, gdy zabraknie mu możliwości rozwinięcia fabuły - wykorzysta nowego rodzaju stworzonej przez siebie rośliny, żeby wykaraskać się z opałów braku nowych pomysłów. Ale! W tym tomie jest całkiem niezła historia i bohaterowie, którzy nie stają okoniem w gardle.

Syn Binka, Dor, ma ciekawą umiejętność. Rozmawia z przedmiotami. Potrafi nawiązać rozmowę z łóżkiem rodziców, przez co muszą używać sobie z dala od domu. Ponieważ Dor staje się bardzo szybko mężczyzną, to i potrzeby ma coraz bardziej męskie. Z pomocą przyjdzie mu Dobry Czarodziej Humfrey, który wyśle go do świata przedstawionego na gobelinie w Zamku Roogna. Dzieło to okazuje się krainą Xanth osiemset lat wcześniej, gdzie jeszcze magia nie uformowała się do takiego stopnia, jak widzieliśmy to w poprzednich dwóch tomach. Z pomocą przychodzi mu przypadkowy pasażer, wielki pająk Skakun, który żył wcześniej na gobelinie, a przez przypadek został wchłonięty do świata na nim przedstawionego.

Mimo, że fabuła nadal może nie porywać, od połowy książki, rzeczywiście byłem już wciągnięty w historię. Nie jestem pewien, czy autor nie popełnił jednego błędu. Wydaje mi się, że Dor rozmawiał z plątamotą, a wcześniej było wytłumaczone, że z roślinami rozmawiać nie może, oprócz tych ściętych. Ale nie mam dowodu, może tak w przypływie nerwów na Piersa, coś sobie dopowiedziałem.

Książka jest nieco dojrzalsza, niż poprzedniczki. Niestety nie jestem pewien, czy w dobrym sensie. Gdy w "Zaklęciu..." i "Źródle..." akcja była poprowadzona dosyć cukierkowo, gdzie nie było walki na śmierć i życie, a miejsce miał podstęp i perswazja - tym razem postawiono bardziej na okrucieństwo. Trup ściele się gęsto, a ponieważ po stronie "dobrych" stoi Mistrz Zombi, zabija się po to, by mieć większą armię nieumarłych. Wcześniej umierano śmiercią bohaterską, teraz ilościowo i często zbyt dosadnie.

Nie jest to zła książka, wydaje mi się, że jest dobra, ale to raczej efekt miernego drugiego tomu. Taki mocniejszy średniak, co jasno pokazuje mi, że Piers Anthony może być niestety cieślą, który tymi samymi narzędziami i tą samą formą będzie tworzył nierówne produkty. I "Źródło magii", i "Zamek Roogna", napisane zostały w tym samym roku - 1979. Widać przepaść jakościową i nie widzę możliwości, by kolejne tomy trzymały dobry poziom. Czekam na "Przesmyk centaura", ale zdaję sobie sprawę, że nie wierzę już w fenomenalną serię. Tylko ją zaliczam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...