sobota, 11 lutego 2012

Roberto Bolaño - Chilijski nokturn
















Data ukończenia: 6 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 11 lutego 2012

Recenzja:

Literatura iberoamerykańska jest specyficzna i nie przemówi do wszystkich. Charakteryzuje się chaosem w tekście, niedopowiedzeniem, a także próbuje nie oceniać moralności. Do dwóch wielkich dzieł, które mają w sobie wymienione cechy zaliczyć można "Grę w klasy" Cortazara i "Ja, Najwyższy" Bastosa. Znacznie mniejszą powieścią, ale spełniającą te kryteria, jest recenzowany właśnie "Chilijski nokturn" Bolaño.

Już dawno nie zdarzyło mi się przeczytać książki w jeden dzień. Siedząc sobie w kawiarni w ciągu trzech godzin przeczytałem powieść kupioną za 99 groszy w przecenie. Uwielbiam tę serię wizualnie i gdy jest możliwość dokupuję książki, które ładnie komponują się na półce. Jednak po "Namalowanym oknie" Somozy wiem, że znaczna część tych utworów nie przypadnie mi do gustu. Bolaño to osoba, której nie znam, a z zakupionych pozycji, wybrałem najmniejszą i najlżejszą.

Ksiądz Lacroix, który przez całe życie prześladowany jest przez "podstarzałego młodzieńca", cierpi w łóżku i wspomina swoje życie. Czego tutaj nie ma? Jest i Allende, i pucz Pinocheta. Główny bohater żyje z tymi autentycznymi postaciami i spotyka je na swojej drodze. Ma okazję uczyć marksizmu Augusto, który jeszcze nie doszedł do władzy. Widzi największe zmiany zachodzące w Chile. Nie jest do końca przekonany, czy to co robi jest dobre, czy nie. 

Jednak to nie jedyne historie, które pojawiają się na 130 stronach. Ksiądz Sebastian zwiedza europejskie kościoły i sprawdza, jak są konserwowane. Widzi swoich europejskich "braci", którzy są sokolnikami i używają swoich zwierzątek do polowania na gołębie, które brudzą ściany klasztorów. Czyż gołąb nie jest symbolem Ducha Świętego?

Inna historia tyczy się pewnego pomieszczenia w domu Marii Canales, w którym pewien gość podczas wspólnego wieczoru zobaczył nagą, przywiązaną do łóżka osobę. I dlaczego dziecko Marii ma taką smutną twarz, kiedy niania zabiera go na górę, do swojego pokoju? Czy jego oczy widzą coś, czego nie chcą widzieć?

Bo cały sens książki zawarty jest w jednym z pierwszych zdań na pierwszej stronie powieści: "jest moralnym obowiązkiem człowieka odpowiadać za własne czyny i za własne słowa, a także za własne milczenie...".

Trudno mi ocenić pozycję, bo z jednej strony jest to bardzo dobrze napisana książka, którą bardzo szybko się czyta i ma pewne elementy fabuły, które przytwierdzają do kawiarnianego fotela, aż do samego końca. Z drugiej strony nie jest to powieść, którą trzeba przeczytać, a przypomnienie sobie niektórych fragmentów byłoby dla mnie niemożliwe, gdybym nie pisał recenzji z powieścią Bolaño na kolańo.

niedziela, 5 lutego 2012

Michał Grzesiek - James Bond. Szpieg, którego kochamy
















Data ukończenia: 5 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 5 lutego 2012

Recenzja:

Pomimo tego, że o samym Bondzie się mówi i duża grupa ludzi ma serdecznie dosyć całego zamieszania wokół tej postaci, rynek w Polsce nie rozpieszcza nas wydaniami książek traktujących o tym fenomenie. Dlatego każdy rodzimy produkt, który wychodzi, to dobra okazja do świętowania. Nawet jeśli jest to tak mierny wyrób, jak "Bond. Leksykon" (co tylko dobrze ilustruje, jaka jest posucha).

O nowej książce o Bondzie dowiedziałem się w bardzo niecodzienny sposób. Odezwał się do mnie sam Michał Grzesiek, który przez przypadek trafił na moje recenzje na blogu. Zareklamował mi swoją książkę (jeszcze nie wydaną) i przesłał na pobudzenie apetytu kilka wycinków. Tym razem wiedziałem, że jest na co czekać.

Książka traktuje wyłącznie o oficjalnych filmach, co uważam za bardzo sensowne rozwiązanie. Nie można zarzucić, że czegoś brakuje, tak jak to robiłem podczas recenzowania "Leksykonu", gdzie zostały opisane wyłącznie książki wydane na rynku polskim i to nie w pełni (brak Higsona), a pominięto dzieła Gardnera, czy Bensona. Michał Grzesiek wybrał filmy i chwała mu za to, że nie próbował przedobrzyć, wszystkie 22 części są. Ni mniej, ni więcej.

Bardzo oryginalne jest samo opisanie filmów. Każda część jest podzielona na trzy podrozdziały. Pierwszy to "Przygotowania", gdzie opisywane jest z jakimi trudnościami zmagała się ekipa przed uderzeniem klapsa filmowego. Drugi, to "Realizacja", gdzie scena po scenie streszczana jest fabuła filmu, by przy każdym podpunkcie opisywać problemy, ciekawostki, a także jak powstawały konkretne ujęcia. Trzeci podrozdział, to "Premiera", gdzie przekazywana jest reakcja publiczności w czasie przeszłym, jak i w teraźniejszym. Mi osobiście najbardziej podobały się podrozdziały numer 1 i 3.

Książka jest hermetyczna. Ciężko będzie przebrnąć przez kolejne stronice, osobie, która nie lubi lub nie oglądała (co często jest jednym i tym samym) serii. Streszczenie filmu jest, ale i tak, moim zdaniem, to za mało, by cokolwiek można było zrozumieć z często bardzo mocno zagmatwanej fabuły obrazu. Z tego powodu jest to pozycja dla fanów stworzona przez fana. Osoby skrajne, które same analizują scenę po scenie, nie znajdą tu pewnie wielu nowych informacji. Zwłaszcza, że prawie wszystko zostało już powiedziane przez samych twórców (polecam dodatki do pełnej edycji 2-płytowej, dystrybutorem jest Imperial) w filmach dokumentalnych. Ale i takie "betony" znajdą w książce wiele nowych ciekawostek, które wciąż będzie można rozwijać, obalać i przyklaskiwać.

Widziałem w internecie dyskusję, gdzie kilka osób miało problem ze zrozumieniem, że na okładce książki Michała Grześka napisane jest, że to pierwsze polskie opracowanie poświęcone filmom o Bondzie. Chodziło oczywiście o to, że w 2009 roku został wydany "Bond. Leksykon", więc jest to pewnego rodzaju kłamstwo. Otóż nie! W wydaniu z Bukowego Lasu jest kilka wyrazów, które chyba wszystkim umknęły: "Pierwsze polskie tak obszerne...". A akurat obszerności "Leksykonowi" zarzucić nie mogłem.

Bardzo dobra książka, która jest warta przeczytania. Najlepsze opracowanie filmów o Bondzie na rynku i nie patrzę tu przez pryzmat słabej konkurencji, a przez pracę, zaangażowanie i za sympatię do tego, o czym się pisze!

piątek, 20 stycznia 2012

Paulo Coelho - Weronika postanawia umrzeć
















Data ukończenia: 27 kwietnia 2010

Data utworzenia recenzji: 28 kwietnia 2010

Recenzja:

Książki: "Alchemik" i "Weronika postanawia umrzeć" pojawiły się w domu w tym samym czasie. Zacząłem czytać lepszą według ogółu, chociaż tematyka bardziej mi pasowała w drugiej powieści. Całe szczęście, że zmusiłem się ją zacząć.

Weronika postanawia umrzeć, bo każdy jej dzień nie różnił się od poprzedniego. Zażyła solidną porcję tabletek nasennych, ponieważ inne metody samobójstwa mogłyby sprawić przykrość jej rodzicom. Żadnej krwi - romantyczna śmierć. Jednak coś się nie udaje i zostaje odratowana. Szybko przetransportowują ją do szpitala psychiatrycznego, jednak lekarze ostrzegają, że przeżyje tam tylko tydzień, ponieważ serce nie wytrzymało takiej dawki tabletek. Główna bohaterka zaczyna spotykać "wariatów" i zastanawiać się nad swoim losem.

Każdy czytający książkę prawdopodobnie domyślał się, jak to się skończy. Ja byłem lekko zaskoczony, bo po autorze spodziewałbym się czegoś bardziej religijno-mistycznego. A tu takie zakończenie, które nie dość, że z każdej strony jest wyjaśnione, to jeszcze do zaakceptowania!

Jednak sam główny wątek, jest niemal identyczny do tego z "Alchemika". Znowu pojawiają się pytania, co do spełniania swoich najskrytszych marzeń, zahacza mocno o religię. Są sceny, gdzie dusza wariatki wylatuje z ciała i obserwuje otoczenie. I są na swój sposób, jakoś tłumaczone. Niekoniecznie te tłumaczenia przypadły mi do gustu, ale cała fabuła, w którą wplątane są te wątki, rzeczywiście zmienia całkowicie moje podejście. Da się to czytać, a nawet sprawia przyjemność poznawanie nowych postaci i ich tajemnic.

Paulo zaczął używać bardziej wyrazistych, wymownych zdań. Czyta się płynnie i nie odczuwa się przemęczenia materiałem. Brak tutaj jakichś większych wymuszeń ze strony autora do zadumy, tak jak w przypadku "Alchemika". Co śmieszniejsze, uważam, że w całej "Weronice..." zawarte jest jakieś 70% nauk z "Alchemika", których tam nie cierpiałem. Tutaj, albo uważam je za dobre, albo nie zwracam uwagi. Jednak można sprzedać dwa razy to samo, ale wydając historyjkę sprawniej skonstruowaną.

Coelho napisał chyba najbardziej przystępną scenę seksu, jaką czytałem. Do tej pory, w innych książkach, wszystkie były nudne, pozbawione jakiejś werwy. Czasem zastanawiałem się, czy autorzy danych książek rzeczywiście robili czynności podobne do tych opisywanych w swoich powieściach. Coelho rozpisał się na kilka stron ze sceną masturbacji głównej bohaterki i muszę przyznać, że jest mocno pikantna (nie aż tak, jak te tanie historyjki z porno serwisów), ale też przyjemnie się czyta. Wszystko jest na eleganckim poziomie, gdzie można się czerwienić, ale jeszcze nie chichotać.

Cały wczorajszy dzień myślałem, jak ocenić jeszcze tę książkę. I wiele więcej nie ma do napisania, bo jest bardzo dobra. Wszystko najgorsze z "Alchemika" poszło won. I nawet cieszę się, że miałem okazję przezwyciężyć ten wstręt, bo Coelho okazał się naprawdę bardzo porządnym autorem. Miałem obawy, że to może tylko jedna taka perełka w jego twórczości. Ale już z tego samego źródła dowiedziałem się, że "Zwycięzca jest sam", jest jeszcze lepsza niż "Weronika...". Wierzę na słowo i chętnie sprawdzę, jak ta została napisana.


Opinia po dwóch latach:

Jestem trochę zszokowany swoją entuzjastyczną opinią. Książka jest ok, ale tak pochlebna ocena jest wynikiem tego, że poprzednia czytana jego powieść jest tak mdła i oczywista, że wystarczyło napisać przepis kulinarny, by mówić o rozwijającym się autorze.

Zaskoczeniem było dla mnie również pojawienie się akurat tej pozycji w "1001 książek, które musisz przeczytać". Żaden "Alchemik", żadne "Pierdy", a właśnie "Weronika". Gdybym miał wybrać, którąkolwiek pozycję napisaną przez Coelho (a czytałem tylko cztery), to również wybrałbym tydzień z samobójczynią. Nie jest to historia wybitna, bo kojarzy mi się multum historii w ten sposób opisanych. Jednak jeżeli ktoś ma zamiar przeczytać po raz pierwszy wypociny "boskiego" Coelho, to powinien "Weronikę" postanowić przeczytać.

sobota, 7 stycznia 2012

Alastair Dougall - James Bond: The Secret World of 007













Data ukończenia: 31 grudnia 2011

Data utworzenia recenzji: 7 stycznia 2012

Recenzja:

Rok po moim "bondowym przebudzeniu", w grudniu 2009 roku zakupiłem sobie na Allegro kolejną książkę do kolekcji. Miałem do wyboru polską lub angielską wersję, ale sądząc po cenie, ogonki w polskim języku są dużo warte. Tytuł polski to: "James Bond. Tajny Agent 007". Ograniczony budżet na hobby spowodował, że wybrałem wydanie angielskie.

Gdy paczka dotarła, zaskoczyła mnie wielkość, jak i wydawnictwo. Był to ślicznie opracowany album, który nie mieści mi się obok standardowych książek o Bondzie, z wydawnictwa Dorling Kindersley. Osoby urodzone w latach osiemdziesiątych/dziewięćdziesiątych, pamiętają zapewne serię albumów pod nazwą: "Patrzę, podziwiam, poznaję", z tego wydawnictwa. Każdy tom poświęcony był innemu tematowi, np.: ryby, owady, skamieniałości, taniec i ptaki. Ktoś jednak wpadł na pomysł, by stworzyć księgę ze świata 007, w ten sam sposób. 144 stronicową książkę kończę dopiero po dwóch latach, ponieważ na rynku pojawiła się nowa książka o Bondzie - Michała Grześka "James Bond. Szpieg, którego kochamy". A pisanie dwóch recenzji na raz z tej samej tematyki, może być zabójstwem dla autora i samym opinii.

Album jest pisany w taki sposób, by była pewność, że James Bond to prawdziwa postać. Książka została stworzona dzięki uprzejmości M i Q, którzy przekazali autorowi ważne informacje. Całość jest ubarwiona świetnymi zdjęciami oraz rysunkami Rogera Stewarta.

Mamy tutaj szczegółowy rysunek rąk doktora No, przekrój Disco Volante, dokładne zdjęcia i rysunki przedstawiające działanie Lotusa Esprit, rozrysowana akcja po akcji walka Bonda z Zorinem na moście Golden Gate itp.

Jedynym mankamentem jest to, że opisano wszystkie oficjalne filmy z Bondem..., ale tylko do 2000 roku! I to byłby najmniejszy problem, gdyby to była zamknięta książka. Ale za każdym razem, kiedy wydają następny film, aktualizowany jest też album. Mój kończy się na "Świat to za mało". Koszty takiej książki są duże i gdybym kupował po premierze każdego nowego filmu, nowszą wersję, równie dobrze zamiast je kupować, mógłbym zacząć palić mentolowe. Może przy okazji premiery "Skyfall" w październiku skuszę się.

Ktoś zapewne zasugerowałby, że to dziecinada. Miłośnik powiedziałby, że to wyłącznie dla fanów. Ale gdzie jest racjonalna granica między dziecinadą, a fanowstwem? Problem polega na tym, że wara od mojej dziecinady. Książka jest świetna!

piątek, 30 grudnia 2011

Jaroslav Hašek - Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej. Tom 1 i 2


















Data ukończenia: 24 grudnia 2011

Data utworzenia recenzji: 30 grudnia 2011

Recenzja:

Jedną z moich zabaw w dzieciństwie było oglądanie obrazków w książkach. Potrafiłem popatrzeć na okładkę, a potem biegać i wydawać dźwięki sugerujące strzelanie, "pyfanie" i inne onomatopeje. Okładka recenzowanej książki posiadała kilka walorów, które sprawiało mi szczególną przyjemność. Kukiełkowy bohater, bardzo podobny do uwielbianych przeze mnie "Sąsiadów", a także takie wyrazy, jak "wojna" i "wojak". Ale się wtedy "napyfałem"...

Po wielu latach postanowiłem zmusić się do przeczytania. Powodów wielkich nie było. Znam postać z opowieści, ale nawet filmu obejrzeć nie miałem możliwości. Wyczytałem w "1001 książek, które musisz przeczytać", że warto - no to wziąłem pod uwagę. Ale dopiero, jak pojawiła się postać Szwejka w "Ostatnim rozdziale, czyli Paragrafie 22 bis", stwierdziłem, że najwyższy czas zebrać się do roboty i zobaczyć z kim ma się do czynienia. Wojak w książce Hellera był marudny i nieszczęśliwy. Ci, co czytali powieść Jaroslava Haška wiedzą, że to przeciwieństwo głównego bohatera. Może to był efekt przemęczenia już wojnami, albo pewien "żart" Hellera, które pojawiały się w książce, niczym niepotrzebna trzecia skarpeta w opakowaniu.

Miałem wiele wątpliwości, czy Szwejk jest idiotą, czy jest to jego sposób na życie. Z jednej strony robi tak kuriozalne rzeczy, że niemożliwością jest zrobienie tego, nie będąc totalnym młotem. Z drugiej, kwestie, które wygłasza swoim znajomym, sugerują, że zna receptę na przeżycie w austro-węgierskiej armii. Namawia ich, by udawali idiotów, to mniej surowa kara ich dosięgnie. Bo, jak żyć normalnie, gdzie za stwierdzenie, że "muchy srają na obraz najjaśniejszego pana" robi się tak wiele problemów.

Ciekawą cechą Szwejka jest zdolność do opowiadania. W jakimkolwiek kierunku nie toczyłaby się rozmowa, potrafi znaleźć historię, która będzie do niej pasować. W większości wypadków tylko niewielkim elementem, co doprowadza do furii współrozmówców.

Pierwszy tom, to usługiwanie kapelanowi wojskowemu, bardzo kontrowersyjnemu, który jest przechrzczonym Żydem i w Boga nie wierzy. Szybko się czyta, bo i wiele humoru jest. Widać, że obaj pasują do siebie. Pijanica i służący mu idiota.

Drugi, to tułaczka Szwejka, w poszukiwaniu swego pana - porucznika Lukasza. Jeden szuka, drugi przed nim ucieka. Problem tego tomu jest taki, że za dużo jest scen podróży, które nużą. Zanim Szwejk odnajdzie swego porucznika, zdążę się już kilka razy wynudzić. Ale tylko, gdy pojawia się trio: Szwejk, Lukasz i Baloun zaczyna być znowu śmiesznie i ciekawie. 

I w tym momencie, kiedy najbardziej mnie bawiła książka - skończyła się. Przede mną jeszcze trzeci i czwarty tom, ale oceniam w tym momencie to, co trzymałem w ręku. Nie jest to może arcydzieło, ale czyta się dobrze. Chwila przerwy i do następnego.

piątek, 23 grudnia 2011

Terry Pratchett - Potworny regiment















Data ukończenia: 23 listopada 2008

Data utworzenia recenzji: 23 listopada 2008

Recenzja:

Już dawno nie czytałem jego książek. Prawdopodobnie za dużo go było u mnie w ciągu kilku ostatnich lat. Zmusiłem się jednak do przeczytania tej części i jestem sympatycznie zaskoczony. Co prawda humor nie jest jakiś prześmieszny, ale daje radę, w stosunku do innych tomów ze Świata Dysku. Jedna z lepszych książek, stawiam obok "Pomniejsze bóstwa" i cyklu o Straży Miejskiej. Co do wulgaryzmów (czytałem dużo słów krytyki), są na miejscu i niczego im nie brakuje. To książka o wojsku, więc brak tego elementu szkodziłby tylko sprawie.

Swoją drogą, na tyle mi się spodobała, że może odświeżę sobie cykl.


Opinia po trzech latach:

Uwielbiałem tego faceta! Pratchett dał mi wspaniałe "Pomniejsze bóstwa", "Straż! Straż!" i inne części o Straży Miejskiej. Byłem skłonny przeczytać wszystkie książki, ale czar prysł, gdzieś w połowie drogi. Zaczęło się od "Morta" i wszystkie tomy ze Śmiercią w roli głównej doprowadzały mnie do skrajnej nudy. Wraz z tym zacząłem zauważać, gdzie są rozmieszczone dowcipy, ale jedyne na co mnie było stać to lekki uśmieszek, ni to drwina, ni sympatia. Aż po jakimś czasie powiedziałem dość i dobrych kilka lat musiało minąć, żebym zmusił się do sięgnięcia po następny tytuł. Trafiło na "Potworny regiment", a tom wybrałem ze względu na tęsknotę za mundurem.

I tak, rzeczywiście jedna z lepszych książek Pratchetta, jaką czytałem. Ale przewidywalna, przez co nieśmieszna. Może i za pierwszym razem, rzeczywiście było lekkie zdziwienie, gdy pierwsza postać okazała się kobietą, ale każdy kolejny "coming out" był tylko próbą ożywienia niemrawej fabuły, która się wlekła i wlekła. Dlaczego uważam, że to lepsza książka? Bo z tego co pamiętam, nie było jeszcze stworzonego takiego klimatu w Świecie Dysku. Pomysł ciekawy, realizacja mierna. Niczym fatalnie pozszywany Igor.

sobota, 3 grudnia 2011

Connie Willis - Zaćmienie















Data ukończenia: 5 lipca 2009

Data utworzenia recenzji: 5 lipca 2009 i 4 września 2009

Recenzja #1 (5 lipca 2009):

Pierwsza kobieta zajmująca się sf, którą w ogóle kojarzę. Sam z tego typu książek lubię jedynie serię o Diunie, a cała reszta jest przeważnie infantylnymi opowiastkami. To co dziś przeczytałem to zbiór opowiadań jednego z najlepszych pisarzy sf, z jakimi miałem przyjemność się zetknąć. Jeśli dorzucimy do tego wojnę płci, to mężczyżni z tą panią przegrywają. Porusza dzisiejsze problemy, tylko w innym czasie. Nie bawi się w pokazywanie laserorubinów, filtrfraków i innych kosmicznych pierdół.

Na 11 opowiadań, tylko jedno było dla mnie nie do przyjęcia, tytułowe "Zaćmienie", którego albo nie zrozumiałem, albo jest pokrętne. To bardzo dobry wynik w porównaniu z innymi zbiorami, z którymi musiałem się męczyć. Chociaż czuję, że każde z nich bardzo szybko wyleci mi z głowy. Nie jest to książka, którą trzeba przeczytać, ale w wolnym czasie, z braku laku...


Recenzja #2 (4 września 2009):
           
Książki, które w ciągu ostatnich kilku miesięcy czytałem, można by było w większości wypadków nazwać tomiskami. Podróże komunikacją miejską lub przesiadywanie na wykładach z "Grą Anioła" raczej nie wchodziło w grę. Musiałem sobie wybrać w takim wypadku książkę bardziej poręczną. W praktyce to wygląda tak, że mam jedną główną powieść, a druga książka jest czytana bardzo marudnie i tylko wtedy, gdy nie mam możliwości czytać pierwszej.

Moja mama zaproponowała mi przeczytanie książki pt. „Przewodnik stada” Connie Willis. Rzadko kiedy mam do czynienia z science-fiction, nie miałem wiele okazji do zapoznania się z takimi książkami, ale za perłę zawsze będę uważał „Diunę” Herberta. Jeszcze rzadziej zdarza mi się spotkać kobietę, autorkę, piszącą prawdziwą fantastykę naukową. Nie wybrałem jednak „Przewodnika stada”, a wziąłem zbiór opowiadań – „Zaćmienie”. Stwierdziłem, że opowiadania bardziej będą pasować do moich celów, czyli książki do podróży.
            
Wytyczna została zrealizowana i mogę teraz spokojnie zrecenzować zbiór dzieł Connie Willis. Jest to o tyle prostsze, że nie jest to książka tak mocno wychodząca poza ludzkie zrozumienie, jak na przykład „Progi tolerancji” Bronisława Kijowskiego – mojej największej zmory science-fiction. 

„Zaćmienie” składa się z jedenastu historii, które są łatwo strawne. Nie ma tutaj co prawda walk kosmicznych, laserorubinów, filtrfraków i innych wymyślnych, pseudonaukowych definicji, które mogą wygładzić nam mózg. Autorka skupiła się raczej na opisywaniu dzisiejszych problemów w nieco innej scenerii, lekko ulepszonej technicznie. Oto krótkie recenzje opowiadań:

Praktyka dyplomowaotwierające opowiadanie jest rozpisane na kilka dni, dokładnie wiemy, w którym dniu dzieje się akcja. Pewien student w ramach praktyki dyplomowej zostaje wysłany w rok 1940 do Katedry Świętego Pawła. Okres II Wojny Światowej, czyli ciągłe bombardowania, zmusza praktykanta i ówczesnych lokatorów katedry do bezustannej walki o życie nie tylko swoje, ale i katedry. Całkiem ciekawa historia, jednak rozmach, z jakim zostało to napisane, prowokuje do oczekiwania jakiegoś bardzo ciekawego zakończenia. Tymczasem koniec (a raczej ostatni akapit) psuje lekko całość.

Pogrzeb – Elliot przychodzi na swój własny pogrzeb, gdy Anna go zauważa zaczyna na wszelkie sposoby ukrywać ten fakt przed wszystkimi. Jednak sprawa okazuje się „pokręcniejsza” niż na początku się wydawało. Ogólnie całkiem ciekawe, niestety koniec podsuwa tyle różnych interpretacji, że nie wiem, które słowa brać na poważnie, a które nie. Lubię tego typu chwyty, ale w tym opowiadaniu, jakoś to nie przeszło.

Znalezisko – kolejne kościelne opowiadanie. Tym razem każdy pracownik kościoła podejrzewa innych o szpiegowanie. I chyba tylko tyle można zdradzić. Krótkie i dużo się dzieje. Dużym minusem jest właśnie wielkość historii, czuć po prostu, że to powinna być część czegoś większego, a nie takie małe coś.

Wszystkie moje ukochane córki – chyba najmocniejsza część książki. Mocno wulgarne, poruszające tematy seksu i perwersji (pedofilia, zoofilia). Dziewczyny w internacie zauważają, że chłopaczyska (trudno mi nazwać płeć męską w wieku smarkaterii, chłopcy to trochę upadlające, za to mężczyźni - zbyt dostojne) nie są zainteresowane seksem. Nad wszystkimi czuwa Ojciec, niczym Wielki Brat. Jedno z lepszych opowiadań, jeśli nie najlepsze. Absolutnie nic do zarzucenia.

Ojciec panny młodej – próba walki z happy endem w bajkach i baśniach. Autorka stwarza baśniowy świat, gdzie księżniczka jednak nie zacięła się wrzecionem. Raczej tylko ciekawostka.

Zaćmienie – tytułowe opowiadanie i najsłabsza część zbioru. Cała fabuła poświęcona jest, o dziwo, zaćmieniu. Wszyscy chcą je zobaczyć, jednak warunki atmosferyczne budzą wątpliwości. Główna bohaterka zauważa dziwne zbiegi okoliczności i dochodzi do pewnych wniosków. No tak, wszystko teoretycznie jest dane, jak na tacy, jednak i tak nie wiadomo skąd te wnioski, dlaczego tak się stało i czy warto było o czymś takim pisać. Na koniec niczym w starych filmach (i w większości filmów fantastyczno-nad-wyraz-naukowych) wszyscy wiedzą, o co chodzi i puszczają do siebie oczko. Może gdyby autorka wpisała mnie do tego świata, wiedziałbym, o co tyle krzyku do cholery! Bo całość zrozumiałem, a jednak ostatnia scena sugeruje, że w tym było coś więcej. Przekartkowałem opowiadanie i stwierdziłem, że się nie mylę. Może gdybym przeczytał jeszcze raz wyciągnąłbym esencję, tak dobrze zakamuflowaną, niczym owsiki. Do tego czasu jednak uznaję, że coś nie wypaliło.

Sydon w Lustrzaku – tutaj zaszło jakieś nieporozumienie. Wprowadzanie nowych nazw powinno być trochę bardziej zrozumiałe dla czytelnika. Lustrzak to osoba kopiująca zwykłych ludzi, Sydon to potwór zamieszkujący planetę górniczą Solfatar. Sydon to również potocznie nazywane odwierty przez górników. Gdy dochodzi do rozmów, wspomnień, rozmyślań można się pogubić, o czym w tym momencie czytamy. Problemem jest fakt, że zostało to zrobione na krótkie opowiadanie, a nie na jakiś większy projekt. Ma w sobie jakiś kryminalny klimat, niestety zagmatwanie mocno psuje ten obraz. Myliłem się z początku, to jedyna część zbioru, gdzie mamy do czynienia z różnymi kosmicznymi przedmiotami. Historia dotyczy Lustrzaka, który przylatuje na Solfatar do czegoś, co nazwałbym górniczym burdelem, tutaj przyjęło nazwę „klasztoru”. Wszyscy wiedzą, kim jest i obawiają się jego reakcji, jednak ten siada przy pianinie i wybrzdękuje ładne kawałki. Zaczyna poznawać historię „zakonnic” w „klasztorze” i zauważa, że nie jest jedyną osobą, która może być niebezpieczna. Ciekawe, jednak już pomijając Sydony, koniec po raz kolejny mi się nie spodobał. Pewne rzeczy, które wyszły na jaw, spowodowały, że dla świętego spokoju w myślach powiedziałem do siebie: „Achaaaaaa!”.

Daisy w słońcu – jednak zmieniam zdanie. To właśnie te opowiadanie jest najmocniejsze. Poznajemy Daisy, której mieszają się różne wspomnienia ze swego życia. Potrafi rozmawiać z własną matką na tematy dojrzewania, by przejść w mgnieniu oka o kilka lat w tył, do swojego brata i wypytywać go o książkę, którą czyta. Wszystkie sceny dzieją się pod grozą wypalającego się słońca. Może nie klimat, ale spójność opowiadania najbardziej zachwyca. Tutaj nic nie trzeba dopowiadać, wnioski same wychodzą na wierzch, nie ma żadnych oczek, tylko trzymająca w napięciu historia.

Klon na zamówienie – komedia poruszająca temat klonowania. Czy jeśli zapuka do nas o kilkanaście lat młodsza osoba i oznajmi, że jest naszym klonem, to czy pozwolimy mu spać z naszą żoną? Czy może będziemy mieli jednak jakieś wątpliwości? Bardzo ciekawa i miła w czytaniu opowiastka.

Samaryt… - autorka zastanawia się nad kwestią Jakuba i Ezawa z Biblii. Skoro jesteśmy potomkami Jakuba, to kto jest potomkiem owłosionego Ezawa? „Samaryt…” opowiada o małpie, która pracując, jako pomoc, w klasztorze, zaczyna nawiązywać z ludźmi kontakt i daje znać, że tak samo jak chrześcijanie, kocha Boga. Czy można dać chrzest małpie? Bardzo ciekawa historia, pomimo tematyki, trzymająca w napięciu.

Niebieski księżyc – Niebieski księżyc oznacza niesamowity zbieg okoliczności. Ostatnie opowiadanie w tym zbiorze jest właśnie poświęcone takim przypadkom. Poznajemy wielu bohaterów, którzy tylko z początku nie mają ze sobą nic wspólnego. Niczym w filmie „Magnolia” pokazywane są nam różne sceny z życia, które zachodzą na siebie i odkrywają nowe karty. Jedyny minus to bardzo dużo postaci i nazwisk, które powodują, że można przeoczyć, kto z kim rozmawia, zwłaszcza, gdy nie są to pierwszoplanowi bohaterowie. Mimo wszystko, bardzo dobre zakończenie zbioru opowiadań.
            
Podsumowując, nie jest to taka książka, którą bym rozpamiętywał latami. Pomimo kilku słabych opowiadań, jest czego szukać w tym zbiorze, aż cztery z jedenastu to kawał dobrej zabawy. Pozostałe potrafiły zanudzić. Jedno jest pewne, jako nieorientujący się za bardzo w fantastyce naukowej czytelnik, mogę stwierdzić, że Connie Willis w niepisanej wojnie płci wypada znacznie lepiej niż jej męscy odpowiednicy. Daleko jej jednak do Stanisława Lema i jego przemyśleń. Tak, jak na początku napisałem, potrzebowałem zbioru opowiadań do zajęcia się w środkach komunikacji. Misja została wykonana, miłośnikom science-fiction mogę polecić bez wyrzutów sumienia, a pozostałym osobom, no cóż, warto się otworzyć na nowe horyzonty i spróbować fantastyki w wykonaniu Connie Willis. Ja spróbowałem i nie żałuję. I po cichu zbieram czas na „Przewodnika stada”, który ma być ponoć znacznie ciekawszy.


Opinia po dwóch latach:

Myślę, że wszystko zostało tutaj powiedziane. Po tych dwóch latach z niedowierzaniem czytam swoje recenzje, bo nieszczególnie pamiętam zawartość książki. Ale z tego co pamiętam, "Daisy w słońcu" to szczerze, jedno z najlepszych opowiadań, jakie czytałem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...