wtorek, 25 grudnia 2012

Stephen King - Ręka mistrza















Data ukończenia:  19 lutego 2009

Data utworzenia recenzji: 19 lutego 2009

Recenzja:

Po "Mrocznej Wieży" dużo musiało upłynąć czasu, bym zatęsknił za Kingiem. Kapitalnie stworzona książka: dramat, dawka optymizmu, thriller, horror i ściskanie serca (chociaż do łez jeszcze daleko). Z ostatnich jego dzieł jedyna warta uwagi. Bardziej sentymentalny, niż horrorowaty, Stephen King.


Opinia po czterech latach:

Będzie to raczej rozwinięcie opinii z tamtego okresu. W skrócie, Edgar Freemantle, główny bohater, już na pierwszych stronicach traci rękę w wypadku samochodowym. Jest to dla niego bardziej ból psychiczny, niż fizyczny. Za radą psychologa, wyjeżdża na Duma Key, wyspę, która ma mu pomóc odzyskać równowagę psychiczną. Ma się tam zająć dawną pasją, malowaniem.

Sęk w tym, że King tworząc inne postacie, przyćmił głównego bohatera. Wireman, człowiek z niespodzianką w czaszce, to kwintesencja tej powieści. Jest niczym Joker w filmach o Batmanie - wygryza tytułową rolę. Teksty Wiremana to kopalnia wiedzy, dużo czasu zajęło mi przepisanie mądrości tego zacnego człowieka, ale mam je wszystkie, których używam po dziś dzień.

I tak drugoplanowa rola stała się najlepszą częścią tej książki. Elementy horrorowate występują, ale w kiczowatym stylu. Bardziej rzuca się w oczy klimat starości, rozmyślań o życiu, smutku. I ostatnie strony pokazują, jakim King jest wielkim pisarzem. Nie doprowadził mnie do płaczu, ale przykro odkładało się tę księgę.

Mimo tego wątku, nie mogę powiedzieć, że jest to fenomenalna powieść. Jest dobra, ale gdybym miał komuś polecić coś Kinga, podejrzewam, że ten tytuł zupełnie, by mi nie zaskoczył. Samej książki pamiętać nie będę, ale nauki Wiremana - owszem.

niedziela, 23 grudnia 2012

Piers Anthony - Źródło magii
















Data ukończenia: 23 grudnia 2012

Data utworzenia recenzji: 23 grudnia 2012

Recenzja:

...i po kilkunastu latach kupiłem książkę, która miała mi pokazać, że nie myliłem się - seria "Xanth jest rewelacyjna. Jak to często bywa z arcydziełami, sequele nie mają z nimi nic wspólnego (z wyjątkiem "Terminatora 2"), a "Źródło magii" to zwykłe popłuczyny po "Zaklęciu...".

Seksizm jest, ale nie przeszkadza zupełnie, bo jeśli ktoś chciałby się bawić w krytykę tej części, to znajdzie tutaj duże pole do popisu na innym gruncie. Główny bohater z pierwszej części - Bink, wraz z centaurem Chesterem i żołnierzem Crombie'm (zamienionym w gryfa) wyruszają w podróż, której celem jest poznanie źródła magii. Każdy ma problem w domu, więc łatwo idzie im przyjąć wyzwanie. Centaurzycy urodził się źrebak, żona Binka jest w ciąży i to w najpaskudniejszej, z charakteru i wyglądu, postaci zarazem, a Crombie podsyca swoją nienawiść do kobiet. Po drodze dołączają do nich: Dobry Czarodziej Humfrey i Grundy - miniaturowy golem tłumacz.

Jeśli brzmi to ciekawie, to muszę ostrzec, że to tylko początek, a później jest już tylko gorzej. Piers dwoił się  i troił, żeby napisać kontynuację swojego bestsellera. Całość niestety wygląda tak, że są pomysły na kolejne rozdziały, ale ich wykonanie to totalna fuszerka. Schemat jest taki:

1. Grupa podróżuje w kłótni i nie jest to marka samochodu.
2. Opisy fauny i flory, tylko problemem jest to, że Piers Anthony wymyśla magiczne rzeczy pokroju: drzewo chlebowe, drzewo butowe, rzepy, które można odczepić używając wulgarnego języka. Może się to podobać w pierwszych aktach, ale później jest to męczące. Świat nie jest tak konsekwentny, jak u Tolkiena, czy Rowling. Równie dobrze, ja mogę wymyślić purchawkę, która kicha po rozdeptaniu. Proste i miejscami żenujące swoją prostotą.
3. Gadka szmatka, ktoś potrzebuje pomocy.
4. Walka ze stworem. Ci, co czytali pierwszy tom, wiedzą, że Bink ma niespotykany dar. Dzięki niemu jest prawie nieśmiertelny. W trakcie walki, przy unikach, czytamy głównie rozmyślenia nad jego niesamowitym talentem. Autor rozprawia nad tym nieustannie. A po kolejnej takiej sytuacji, ja dochodzę do wniosku, że trzeba zmienić głównego bohatera, Bink miał już poprzedni tom.
5. Rozmyślania i dalsza podróż.

Wszystko wygląda tak, jakby miał kilka pomysłów na walkę, ale nie wiedział co wstawić pomiędzy nimi. Męczarnia. Tyle czekałem na ten tom, żeby w końcu go przeczytać. Jest to niestety największe książkowe rozczarowanie w moim życiu. Siedziałem i nie czułem tego dzieła. Robiłem wszystko inne i nie mogłem wsiąknąć w klimat. Oczywiście, ostatnie rozdziały, gdy pojawia się demon X(A/N)th, jest rzeczywiście bardzo dobry. Na poziomie "Zaklęcia..."! Ba! Już nawet słyszałem o tym, że trzeci tom wyjaśnia niektóre rzeczy wydumane w tej części i jest na poziomie pierwszego. Ale było już za późno, wierzę, że dalej może być lepiej, bo to, co trzymałem w rękach nie jest dobrą książką, a oceniam tylko to, co autor miał mi do przekazania w tej właśnie chwili. To było nudne, kiepskiej jakości, odcinanie kuponów od wspaniałego bestsellera.

piątek, 14 grudnia 2012

Roger Moore, Gareth Owen - Bond o Bondzie. 50 lat w służbie Jej Królewskiej Mości














Data ukończenia: 23 listopada 2012

Data utworzenia recenzji: 14 grudnia 2012

Recenzja:

"Skyfall". Jednym się podobało, inni krytykowali - ja byłem wniebowzięty. Ale teraz nie o filmie, a o książkach. 2012 rok, to wspaniały okres, kiedy każdy ma okazję zabłysnąć jakąś uwagą na temat agenta 007. Przypomina to koszyki w hipermarketach z plastikową chorągwią z napisem: "Mamo, tu jestem!". Autor tego dzieła też chciał zarobić odnowioną i usprawnioną wersją swojej książki. Michał Grzesiek chyba nie chciał, bo jego "Szpieg, którego kochamy" ani jakoś specjalnie nie uczestniczył w wydarzeniach związanych z premierą nowego filmu, ani na półkach księgarni nie zagościł. Pojawił się nowy gracz, iście brytyjska twarz, sir Roger Moore. Klękajcie na mordy przed jedną z najbardziej "chciałbym, żeby wszyscy myśleli, że jestem super fajny" książek, jakie dane było wydrukować na papierze kredowym.

Masochista, tak mogę siebie nazwać. Wybrałem to badziewko na imieniny, bo jako samozwańczy krytyk Bonda, musiałem przełknąć cierpką pigułę w kształcie zabójczego humoru Rogera Moore'a. Po wszystkich zniżkach i podzieleniu kosztów na trzy osoby, prezent nie kosztował więcej niż 8 złotych od łebka. Na tyle to mogłem naciągnąć bliskie mi osoby, ale już na pełną kwotę 49,90 zł - miałbym wyrzuty sumienia.

Wizualnie jest perfekcyjnie. Kredowy papier, dużo zdjęć i to w kolorach większość. Później zauważa się, że jest dużo luk, by móc dobić do jakiejś większej ilości stron. Białe plamy świecą, jak zęby Rogera w "Świętym".

Moore, najbardziej męczący Bond w historii, napisał wcześniej książkę "Nazywam się Moore. Roger Moore". Przekartkowałem ją i wiem, że nie była taka zła. Humor pisany lepszy niż zagrany. Miałem nadzieję, że i tu nie będzie źle. A jednak...

Kojarzycie sytuację, gdy w większej grupie przy piwie jedna osoba męczy się, bo nie może złapać tematu lub jest poirytowana, że nieznaczna uwaga spływa na jej splendor (głównie tylko taki, że się nie odzywa). Pal licho takie zachowanie. Gorzej, gdy na chama chce zaistnieć. Rzuca wtedy w eter (lub w etyl, wedle uznania): "Widziałam Zośkę w pewnej sytuacji, wolałabym o tym nie mówić" lub "Zawiodłam się na nim". W mojej głowie zawsze wtedy, uruchamia się mechanizm z dźwiękiem rysującej się płyty winylowej. Każdy ciekawski zapyta, ale o co chodzi? I oto jest! W końcu ktoś ją zauważył, czuje ten triumf w wysiedziałych lędźwiach. Ktoś zapyta: "A o co chodzi?". Ta z wyuczonym zakłopotaniem mówi: "Nie ważne".

Jeszcze paskudniej jest, jeśli autor książki robi takie zabiegi, a nie można nawiązać takich relacji, jak ta wyżej opisana sytuacja. Moore pisze głównie o sobie, ale gdy już łaskawie wspomni o kimś innym, to rzuca pewną dwuznaczną sugestię i pozostawia ją niewyjaśnioną. Stary, dobry Moore. Bierz moją forsę i spadaj na drzewa, z tymi swoimi połowicznymi ciekawostkami o Bondzie.

No właśnie, o jakim znowu Bondzie my mówimy? Bo James jest może wspomniany może ze dwa razy. Aleksandra Boga! Toż to znowu ten humor Rogera. Autor nie musi się wysilać, by być fajnym kolesiem na kwadracie, z wyszukanym poczuciem Rogerumoru (wszystkie prawa zastrzeżone, czy coś). Zmień imię James na Jim. Za dużo Jimów w ostatnim rozdziale? To dawaj Jimmy. Ups, trochę głupio to wygląda, dajmy jeszcze Jimbo. I tak w całej książce zabrakło Jamesa Bonda. Czy to walka z powtórzeniami, czy Rogerumor?

Jak to jest, że na trzy książki wydane w Polsce od 2009 roku, dwie próbują być zajebiście fajnackie (fajne, to za mało powiedziane) i obie są do bani? O Bondzie pisali już: kulturowy cieśla, miłośnik i odtwórca roli agenta 007. I wiecie co? Najlepiej zrobił to miłośnik (Michał Grzesiek), który nawet nie wychylił się ze swoją książką, nie gimnastykował się na każdym portalu. Usiadł i napisał, co wiedział, co sprawdził i to, co się wszystkim spodoba.

piątek, 30 listopada 2012

Derren Brown - Sztuczki umysłu. Poznaj mechanizmy ludzkich zachowań
















Data ukończenia: 17 listopada 2012

Data utworzenia recenzji: 30 listopada 2012

Recenzja:

Jeśli nazwisko Brown kojarzy się wam wyłącznie z twórcą  "Kodu Leonarda da Vinci", to nie ma co się przejmować. Gorzej ma tylko Paris Hilton, która skojarzyłaby je z byłym premierem Wielkiej Brytanii - Gordonem Ramseyem.

Derren to chyba najmagiczniejszy homoseksualista, jakiego zdarzyło mi się oglądać w telewizji. W swoich krótkich programach skupia całą uwagę widza na sobie, czy jest to gra w rosyjską ruletkę, czy "zwykłe" odczytywanie ludzkich zachowań. O co chodzi? Jeśli David Copperfield kojarzy wam się z magią, a nie z postacią stworzoną przez Dickensa, to prawdopodobnie mieliście niesamowite dzieciństwo... przed telewizorem.

To on pokazał mi magię, taką o jakiej zawsze marzyłem. To dzięki niemu zrozumiałem, co to jest iluzja. Ale czar mentora prysł, gdy na ekrany tych samych telewizorów puszczono serial innego iluzjonisty, Magika w Masce (Val Valentino), o nazwie "Magia bez tajemnic". Pokazano dogłębnie, jak wykonuje się sztuczki pokazywane przez, między innymi, Copperfielda. Szczena opadła, bo po raz pierwszy słowo "iluzja" zaczęła kojarzyć mi się z wierutnym kłamstwem. Dopiero Derren Brown przyniósł falę świeżości do sztuczek magicznych. Nie tylko iluzja, ale i wspomniane wcześniej odczytywanie zachowań, wprowadzały dozę dramaturgii do telewizyjnych przedstawień (polecam obejrzeć "Rosyjską ruletkę" na YouTube, nie analizujcie, a przeżywajcie ostatnią scenę tego programu).

Jego książka to żadna księga czarów, sztuczek i iluzji. To ciekawe przemyślenia o umyśle i czynnościach z nim związanych. Na rozgrzewkę kilka żenujących tricków z monetą i kartami, które przez dodanie wydawałoby się mało istotnych ruchów, spowodują orgazm wyobraźni w mózgu widza.

Chcecie wiedzieć, jakim cudem Derren zapamiętuje wszystkie informacje? Przedstawia swoje ulubione sposoby ćwiczenia pamięci. Co śmieszniejsze, siedziałem o drugiej w nocy i robiłem te ćwiczenia na kartce papieru. To działa! Przypominam, że nie recenzuję książki o rzucaniu palenia, albo pozbyciu się świądu odbytu. Ćwiczenia serwowane przez autora rzeczywiście działają!

Przeskok do hipnozy, fobii i efektu placebo. Na koniec mamy kpinę z "zimnego odczytu", czyli rozmowy medium ze zmarłymi. Brown sam pisze, żeby nie mieć współczucia do osób, które zarabiają pieniądze za pomaganie rodzicom utrzymywać dialog ze swoim zmarłym dzieckiem.

I są minusy w tej książce, jak zwykle zboczenie zawodowe autora nieuchronnie przelało się do twórczości i podany nam rozdział o hipnozie nuży niemiłosiernie. Ale jeśli myśleliście, że nie można z jajem, ale i całkiem serio, stworzyć książki o ludzkich zachowaniach, sięgnijcie po wypociny Derrena Browna.

czwartek, 15 listopada 2012

Stephen King (Richard Bachman) - Wielki Marsz

















Data ukończenia: 13 marca 2009

Data utworzenia recenzji: 13 marca 2009

Recenzja:

Chyba najlepsza książka, jaką King napisał pod nazwiskiem Bachman. Teoretycznie nieskomplikowana historyjka, którą bez problemu można było rozszerzyć na 250 stron. Przez cały czas trzyma w napięciu. Od normalnych książek Kinga opowiadania Bachmana różnią się większym okrucieństwem i odpuszczeniem sobie jakichkolwiek barier moralnych. Sam może zmieniłbym lekko zakończenie, bo według mnie można było zakończy historię "czymś większym".

Zdecydowanie polecam. Zwłaszcza, że po wymęczonej "Mrocznej Wieży" (która nie była taka zła), jakoś obiektywniej zdarza mi się patrzeć na dzieła Stephena Kinga.


Opinia po trzech latach:

Wspaniale jest polecać książkę w recenzji, nie pisząc nic o fabule, więc będę ciągnąć dalej. Osoby z bliższego mi otoczenia często krytykują moje zdolności do maszerowania. Człowiek per pedes, to dobre określenie. Maszerując: czytam książkę, rozmawiam twarzą w twarz, rozmawiam przez telefon, rozmyślam, debatuję ze współpracownikami w pracy, itp. Niektórzy mówią, że to wina ADHD, owsików, albo hemoroidów. Prawda jest taka, że gdy psychicznie i fizycznie wymęczyli mnie w wojsku, nauczyłem się lubić maszerować, bo gdybym miał to jeszcze znienawidzić to sfiksowałbym w pierwszym tygodniu. Chodzenie traktuję, jak obieranie ziemniaków i zmywanie naczyń - odseparowanie się i wypoczywanie. Na swój chory sposób.

Chodziłem, czytając "Wielki Marsz", ale musiałem usiąść. Wyobraźmy sobie konkurs chodzenia, w którym biorą udział dzieci. Meta jest tam, gdzie padnie przedostatnie z nich. Umrze z wycieńczenia, albo zostanie zastrzelony przez żołnierzy. Wojskowi odmierzają czas między jednym krokiem, a drugim, żeby można było określić, czy uczestnik jeszcze chodzi, czy tylko powłóczy nogami. Nie ma przerw, racje żywnościowe są, wydalanie w marszu, spanie w marszu i życie w marszu.

Uszanowałem swoje nogi i posadziłem dupsko w fotelu. Nawet im należy się szacunek. Tak zła, w dobrym znaczeniu, jest ta książka!

sobota, 3 listopada 2012

Arthur C. Clarke - Odyseja kosmiczna 2010
















Dat
a ukończenia: 23 października 2012

Data utworzenia recenzji: 3 listopada 2012

Recenzja:

Od razu po przeczytaniu pierwszej części zabrałem się za film nielubianego przeze mnie reżysera. Kubrick zmienił miejsce akcji z Saturna na Jowisza, bo przeciętny zjadacz chleba odczuje różnicę. Oglądałem partiami... i przez większy czas pytałem siebie, jakim cudem ludzie mogą mu dawać takie wysokie noty. Przecież jeśli w filmie wyjaśniają sytuację, to i tak nie wiadomo, co się dokładnie dzieje. Do filmu bez książki nie powinno się podchodzić.

- Ale jak to? Przecież książka wyszła po premierze filmu! - wyrwał się Remigiusz, bo sprawdził na wikipedii.

Ano tak. Stanley i Arthur pracowali nad scenariuszem do filmu na podstawie opowiadania napisanego przez tego drugiego. Tak powstała wersja papierowa, ale jeszcze nie książka, "Odysei kosmicznej 2001". Mam podejrzenia, że wyszło tak jak z "Lśnieniem" Kinga - Kubrick wziął z książki to, co mu się podobało i stworzył coś, czego sam King nie polubił. Efekt? Stephen postanowił nakręcić miniserial, który jest wierniejszy powieści. Mam wrażenie, że i w tym temacie może być podobnie. Kubrick naniósł poprawki do scenariusza, a Clarke napisał książkę na podstawie niepoprawionego.

Śmieszy mnie, jak ludzie stawiają pomniki Stanley'owi za ten film. Za muzykę? Za zdjęcia? Wszystko ok, ale brak jest scenariusza, wyjaśnień, a fabuła wysiada w połowie filmu. Prędzej uwierzę, że za nazwisko reżysera (obok Spielberga najbardziej rozchwytywane nazwisko w branży). Jakim cudem można gloryfikować dzieło, które nie daje odpowiedzi na podstawowe pytania, takie jak:

1. Do czego służy monolit?
2. Dlaczego HAL się zbuntował?
3. Co się działo pod sam koniec?
4. Co to za dziecko?

Nie ma tam odpowiedzi. W pierwszym scenariuszu, czyli książce, jest. W tym momencie, gdybym nie znał fabuły, nie miałbym zielonego pojęcia, co się dzieje. Film jest przepiękny, ale to, co wydarzyło się na samym końcu to jedna wielka czarna dziura fabularna. Nie takie filmy ludzie opieprzali za luki w opowiadanej historii! Okazuje się, że obrazu bez książki nie ma jak uszczypnąć. I vice versa. Gdybym znał wyłącznie powieść, pomyślałbym, że to dobra instrukcja, jak nie pisać książek science-fiction. Film pokazał to, czego Clarke nie potrafił opisać!

A to, co najbardziej mnie w filmie poirytowało: niekompetencja Bowmana. Oto, co dzieje się po śmierci Poole'a u Kubricka i Clarke'a.

FILM: Dave wsiada w drugą kapsułę, wylatuje ratować ciało Franka. HAL w tym czasie zabija zahibernowaną trójkę, bo statek pozostał w rękach komputera, który miał być przed chwilą wyłączony. Gdy Bowman wraca, HAL nie otwiera mu śluzy, a z awaryjnej nie może skorzystać, bo zapomniał hełmu...

KSIĄŻKA: Procedura jest jasna, Frank przepadł, Dave musi obudzić jednego z "trójki". HAL się irytuje i otwiera śluzę. Zabija to dwóch zahibernowanych i jednego budzącego się. Dlaczego? HAL dostawał z Ziemi dwie informacje:
1. przekazywać wszystkie informacje załodze o podróży;
2. nie mówić załodze o celu podróży.
Te dwie sprzeczne informacje powodują, że komputer "szaleje". Z tego, co słyszałem, to dopiero w drugim filmie będzie to wyjaśnione. I po tym poznać Kubricka - trzeba nakręcić remake lub sequel, żeby wytłumaczyć jego interpretacje. Ale nie zmienia to faktu, że ten film to majstersztyk, przy dodaniu fabuły z książki Clarke'a.

- Ale ten film nie powstał dla fabuły, tylko dla dźwięku, obrazu. Fabuła nie jest najważniejsza, tylko klimat - drugie podejście Remigiusza.

O tak, to dobry argument. Szkoda, że inne filmy nie mają tak łatwo w podbijaniu audiowizualnością i klimatem serc widzów. Zaraz sprawię, że zrozumiecie, co się działo przez te dwie kubrickowskie godziny. Oto moje streszczenie książki pod tym samym tytułem:


W książce, monolit był tablicą na której pokazywały się różne wzory i obrazy. Obca rasa stojąca za ich budową, wybrała sobie małpoludy, jako w miarę możliwe do "ogarnięcia" istoty i zaczęła je nauczać. Małpoludy jadły trawę, chociaż obok były tłuste guźdźce. Nie potrafiły bronić się przed niebezpiecznymi zwierzętami, nawet nie uciekały. Były tak głupie. Monolit pokazał obraz: nażarty, bekający samiec. Małpoludy poczuły zazdrość: pierwszy krok do człowieczeństwa. Gdy podczas jednego seansu małpolud zginął, monolit zgasł, bo obca rasa przestraszyła się swojego mocnego wpływu na życie głupszej rasy.



Powrócono z nową serią ćwiczeń. Nastąpiła selekcja, wybrano małpoluda "zwanego" Strażnikiem Księżyca za najmądrzejszego i robiono z niego lidera. Ten znalazł narzędzie (zdaje się, że kość) i poprowadził swój lud na inne plemię, które wyrżnęli. Monolit spowodował, że słaba rasa małpoludów zaczęła używać mózgu i przetrwała ciężkie czasy wśród niebezpieczeństw. 



W 1999 roku znaleziono na Księżycu zakopany monolit. Gdy się do niego dobrano, ten wysłał sygnał w kierunku księżyca Saturna. Prawdopodobnie dał znać, że ludzie są na Księżycu i zdołali wykopać monolit (ale to mój domysł).


2001. Wysłano ekipę na Saturna. Załoga nie wie prawdy. HAL wie. Po wyłączeniu HALa, Dave zdaje sobie sprawę, że bez komputera nie ma powrotu na Ziemię. Leci w kierunku księżyca Saturna. Tam wlatuje w monolit, który specjalnie dla niego staje się portalem do czegoś. Widzi tam pojazdy innych ras, obca cywilizacja prawdopodobnie już dawno nie istnieje. Za długo musieli czekać. 


Nagle Dave znajduje się w pokoju hotelowym. Jest to wytwór monolitu. W telewizorze widzi różne programy, w tym film, w którym jest identyczny pokój, w którym się znajduje. Wszystkie informacje w telewizji są z tego samego czasu, kiedy w 1999 roku monolit z Księżyca wypuścił sygnał w stronę Saturna. 



Pokój ten ma być "wylęgarnią" ras. Dave kładzie się do łóżka i porzuca to, co nas ogranicza w życiu wiecznym - ciało. Na razie pozostaje w wizerunku "ducha-dziecka", ale to wytwór jego wyobraźni, później powinno i to zniknąć. Jest doskonalszą postacią, tak jak na samym początku Strażnik Księżyca, który poprowadził małpoludy w stronę człowieczeństwa. Teraz Dave ma szansę być władcą, ale nie wie, na razie, co zrobić z tak wielką mocą. Pod koniec decyduje się na zniszczenie orbitującej broni nuklearnej.


Idźcie teraz i obejrzyjcie swoje stare arcydzieło i poznajcie nowe.

- Idź w cholerę! Miałeś recenzować książkę, a recenzujesz film. I to jeszcze nie tego tomu. Jezus, ale frajer!

No właśnie i przechodząc zgrabnie do recenzji drugiego tomu, trzeba wyjaśnić jedną kwestię. Gdy Clarke podjął decyzję, że napisze nowe przygody, musiał wybrać, którego dzieła kontynuacja będzie dotyczyła. Arthur wybrał, że "Odyseja kosmiczna 2010", dzieje się po wydarzeniach z filmu. Tak! Możecie palić na stosie swoje egzemplarze książek, pierwsza powieść nie jest kanoniczna. Co śmieszniejsze, nie musicie już nawet do niej zaglądać, by zrozumieć film. W drugim tomie wyjaśniają każdą sytuację, jaka zaszła u Kubricka. Nie ma Saturna, jest Jowisz. Bowman poleciał po Franka i nie znamy powodu buntu HALa.

Akcja dzieje się dziewięć lat później. Amerykanie chcą dostać się na opuszczony statek Discovery (Odkrywca). Ponieważ nie zdążyli zbudować nowego pojazdu, zabierają ich na pokład sowieci. Statek kosmiczny Leonow natrafia podczas lotu na chiński statek kosmiczny Tsien. Chińczycy giną z rąk obcej rasy. Bowman wraca na Ziemię, ogląda obce cywilizacje, kontaktuje się z załogą Leonowa. Twórca HALa nawiązuje kontakt z HALem. I tak dalej.

Tragedią jest to, że przez większość czasu panuje totalna nuda. Dzieje się non stop, ale Clarke ma taki usypiający styl pisania, że jedynie początek i koniec były ciekawe. Środek jest do wymiany całkowicie, brakuje szlifów. Gdy Bowman ogląda obce cywilizacje autor próbuje stworzyć klimat, by nas zainteresować. Fiasko! Równie dobrze mogłem czytać słownik wyrazów bliskoznacznych, taki sam klimat.

Oczekiwałem czegoś lepszego. Końcówka zdecydowanie ratuje ten tom, ale nadal jest to jedna z najdłużej ciągnących się powieści, jaką miałem okazję czytać w tym roku.

czwartek, 18 października 2012

Joanne K. Rowling - Harry Potter i Zakon Feniksa
















Data ukończenia: 12 października 2012

Data utworzenia recenzji: 18 października 2012

Recenzja:

Gdybym miał wybrać najbardziej irytującą książkę, nie wygrałoby żadne dzieło Coelho, czy podebiutowe wydania Hellera. To właśnie Rowling swoim piątym tomem Pottera zgarnęła podium. Przyczyniła się do tego trójka bohaterów: Umbridge, Dumbledore i Harry Potter.

O Dumbledorze wypowiadać się nie będę, bo za dużo można zniszczyć. Umbridge, Wielki Inkwizytor Ministerstwa Magii w Hogwarcie, to babsztyl, który jest bardziej zafajdany umysłowo niż Śmierciożercy. Można próbować szukać wytłumaczenia jej zachowania, ale wychodzi na to, że to TYLKO człowiek jest. Rowling pokazała, że draństwo nie zawsze kryje się za "obrażonymi" minami i czarnymi ubraniami. To postać w babusinym sweterku z nierozłącznym uśmiechem.

Kolejną irytującą postacią jest sam Potter. Nabrał ludzkich cech, nie jest wyłącznie papierowym bohaterem, który zawsze musi być zdziwiony, by móc mu wytłumaczyć, co się dzieje w świecie czarodziejów. W tym tomie nabrał denerwujących cech, jest wymagający, roszczeniowy i przez cały czas wypomina innym, że więcej mu się należy, bo w poprzednich tomach to on walczył z Voldemortem, dementorami i innymi. Oliwy do ognia dodaje fakt, że świętej pamięci ojciec - James, będąc w jego wieku, dawał baty Snape'owi.

I co chwila irytacja sięgała zenitu, tak dobrze zrobiła to Rowling. Bo tutaj stworzono ją specjalnie, nie jest to efekt uboczny marnych wypocin autora. Trzyma się kciuki za dzieciaki i ich bunt przeciwko polityce dorosłych, która bezpośrednio w nich uderza. Nie możemy znieść myśli, że ojciec głównego bohatera zachowywał się, jak Draco Malfoy. I czy Potter znajdzie swoją miłość?

Książkę w pewnym momencie chce się odrzucić. Rowling przez cztery tomy tworzyła świat magii, który miał dobre i złe strony, ale był uwielbiany. Z tą częścią pojawiły się czarne myśli, że być może wraz z wiekiem ludzie dostrzegają kolejne etapy mroku człowieka. Najlepsza książka z serii!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...