piątek, 7 września 2012

Arthur C. Clarke - Odyseja kosmiczna 2001
















Data ukończenia: 4 września 2012

Data  utworzenia recenzji: 7 września 2012

Recenzja:

Nie przepadam za Kubrickiem. Rozumiem, co ludzie w nim widzą, ale nie mogę tego na chama polubić. Podejrzewam, że bardzo duży odsetek ma bardzo podobne odczucia, ale "mistrz jest mistrz" i ciężko podważać autorytet, by nie być zjedzonym przez obrońców Stanleya. "Mechaniczna pomarańcza" jest przeciętna, "Lśnienie" dobre, a Nicholson genialny, "Dr Strangelove" tylko dobry. "Full Metal Jacket" przez pierwszą połowę jest rewelacyjny, by później stać się przeciętnym filmem. Może trzeba do niego dorosnąć, odświeżam sobie powoli niektóre z jego filmów i rzeczywiście, obraz jest kapitalny, ale nie chce mi się wierzyć, że przy natłoku wymagających filmów, właśnie ten reżyser został okrzyknięty najlepszym.

Ale jest jeden obraz, który mnie zawsze bardzo ciekawił - "Odyseja kosmiczna 2001". Wiem, że są tam Dave i Hal, jakaś podróż, ale filmu nie widziałem. Czas nadrobić zaległości, ale zaczynając od pierwowzoru - powieści Arthura C. Clarka. Okazało się, że oba dzieła tworzone były w tym samym czasie.

Nie przepadam za książkami science-fiction i może dlatego tak ocenię zaraz tę powieść. Wzloty i upadki w tej 200-stronicowej historii są tak częste, że zaczynałem się zastanawiać, czy Clarke potrafi chociaż trochę utrzymać poziom pisania. Jest świetny moment ukazania początków ludzkości, by zaraz w następnym rozdziale opisać bardzo nudnie podróż Floyda na księżyc. Kolejna scena to wspaniale opisane życie na statku Odkrywca (Discovery), by później wynudzić samotną drogę Davida w stronę księżyca Saturna. 

Tam, gdzie napotykamy dłużyzny, występują wielobarwne opisy, które są godne Elizy Orzeszkowej. Nie mówię, że Clarkowi brak kunsztu, pięknie to opisuje, ale ja potrzebowałem scen z HALem, Frankiem, a nie malownicze pejzaże czarnej, jak noc przestrzeni kosmicznej z lampkami choinkowymi zawieszonymi na firance. Można to nawet namalować.

Książka opowiada o tajemniczym czarnym monolicie, który trzy miliony lat temu nauczył małpoludy posługiwać się narzędziami i spowodował, że mogła narodzić się ludzkość. Dzięki sześcianowi poznano, co to zazdrość, gniew i nienawiść. A to, jak wiadomo, cechy charakteryzujące człowieka. Monolit znika i ludzkość nie pamięta o jego istnieniu. W 1999 roku na księżycu odnaleziono AMT-1, który jest niczym innym, jak czarnym monolitem, który wysyła sygnał w przestrzeń kosmiczną. W 2001 roku Frank Poole, David Bowman, Hunter, Kaminski i Whitehead wyruszają w podróż kosmiczną w stronę Saturna, a kieruje ich komputer pokładowy HAL 9000. To co się od tej pory stanie, to jeden z najlepszych momentów w historii literatury!

Warte przeczytania, ale jestem zawiedziony. Gdyby poezja i barwy tego utworu były bardziej stonowane to stwierdziłbym, że jest to najlepsza książka science-fiction, jaką czytałem. Nawet biłaby "Diunę" Franka Herberta. A tak, zobaczę film i może wtedy po seansie bardziej docenię tę powieść. Poinformuję o tym, w recenzji "Odysei kosmicznej 2010".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...