piątek, 30 listopada 2012

Derren Brown - Sztuczki umysłu. Poznaj mechanizmy ludzkich zachowań
















Data ukończenia: 17 listopada 2012

Data utworzenia recenzji: 30 listopada 2012

Recenzja:

Jeśli nazwisko Brown kojarzy się wam wyłącznie z twórcą  "Kodu Leonarda da Vinci", to nie ma co się przejmować. Gorzej ma tylko Paris Hilton, która skojarzyłaby je z byłym premierem Wielkiej Brytanii - Gordonem Ramseyem.

Derren to chyba najmagiczniejszy homoseksualista, jakiego zdarzyło mi się oglądać w telewizji. W swoich krótkich programach skupia całą uwagę widza na sobie, czy jest to gra w rosyjską ruletkę, czy "zwykłe" odczytywanie ludzkich zachowań. O co chodzi? Jeśli David Copperfield kojarzy wam się z magią, a nie z postacią stworzoną przez Dickensa, to prawdopodobnie mieliście niesamowite dzieciństwo... przed telewizorem.

To on pokazał mi magię, taką o jakiej zawsze marzyłem. To dzięki niemu zrozumiałem, co to jest iluzja. Ale czar mentora prysł, gdy na ekrany tych samych telewizorów puszczono serial innego iluzjonisty, Magika w Masce (Val Valentino), o nazwie "Magia bez tajemnic". Pokazano dogłębnie, jak wykonuje się sztuczki pokazywane przez, między innymi, Copperfielda. Szczena opadła, bo po raz pierwszy słowo "iluzja" zaczęła kojarzyć mi się z wierutnym kłamstwem. Dopiero Derren Brown przyniósł falę świeżości do sztuczek magicznych. Nie tylko iluzja, ale i wspomniane wcześniej odczytywanie zachowań, wprowadzały dozę dramaturgii do telewizyjnych przedstawień (polecam obejrzeć "Rosyjską ruletkę" na YouTube, nie analizujcie, a przeżywajcie ostatnią scenę tego programu).

Jego książka to żadna księga czarów, sztuczek i iluzji. To ciekawe przemyślenia o umyśle i czynnościach z nim związanych. Na rozgrzewkę kilka żenujących tricków z monetą i kartami, które przez dodanie wydawałoby się mało istotnych ruchów, spowodują orgazm wyobraźni w mózgu widza.

Chcecie wiedzieć, jakim cudem Derren zapamiętuje wszystkie informacje? Przedstawia swoje ulubione sposoby ćwiczenia pamięci. Co śmieszniejsze, siedziałem o drugiej w nocy i robiłem te ćwiczenia na kartce papieru. To działa! Przypominam, że nie recenzuję książki o rzucaniu palenia, albo pozbyciu się świądu odbytu. Ćwiczenia serwowane przez autora rzeczywiście działają!

Przeskok do hipnozy, fobii i efektu placebo. Na koniec mamy kpinę z "zimnego odczytu", czyli rozmowy medium ze zmarłymi. Brown sam pisze, żeby nie mieć współczucia do osób, które zarabiają pieniądze za pomaganie rodzicom utrzymywać dialog ze swoim zmarłym dzieckiem.

I są minusy w tej książce, jak zwykle zboczenie zawodowe autora nieuchronnie przelało się do twórczości i podany nam rozdział o hipnozie nuży niemiłosiernie. Ale jeśli myśleliście, że nie można z jajem, ale i całkiem serio, stworzyć książki o ludzkich zachowaniach, sięgnijcie po wypociny Derrena Browna.

czwartek, 15 listopada 2012

Stephen King (Richard Bachman) - Wielki Marsz

















Data ukończenia: 13 marca 2009

Data utworzenia recenzji: 13 marca 2009

Recenzja:

Chyba najlepsza książka, jaką King napisał pod nazwiskiem Bachman. Teoretycznie nieskomplikowana historyjka, którą bez problemu można było rozszerzyć na 250 stron. Przez cały czas trzyma w napięciu. Od normalnych książek Kinga opowiadania Bachmana różnią się większym okrucieństwem i odpuszczeniem sobie jakichkolwiek barier moralnych. Sam może zmieniłbym lekko zakończenie, bo według mnie można było zakończy historię "czymś większym".

Zdecydowanie polecam. Zwłaszcza, że po wymęczonej "Mrocznej Wieży" (która nie była taka zła), jakoś obiektywniej zdarza mi się patrzeć na dzieła Stephena Kinga.


Opinia po trzech latach:

Wspaniale jest polecać książkę w recenzji, nie pisząc nic o fabule, więc będę ciągnąć dalej. Osoby z bliższego mi otoczenia często krytykują moje zdolności do maszerowania. Człowiek per pedes, to dobre określenie. Maszerując: czytam książkę, rozmawiam twarzą w twarz, rozmawiam przez telefon, rozmyślam, debatuję ze współpracownikami w pracy, itp. Niektórzy mówią, że to wina ADHD, owsików, albo hemoroidów. Prawda jest taka, że gdy psychicznie i fizycznie wymęczyli mnie w wojsku, nauczyłem się lubić maszerować, bo gdybym miał to jeszcze znienawidzić to sfiksowałbym w pierwszym tygodniu. Chodzenie traktuję, jak obieranie ziemniaków i zmywanie naczyń - odseparowanie się i wypoczywanie. Na swój chory sposób.

Chodziłem, czytając "Wielki Marsz", ale musiałem usiąść. Wyobraźmy sobie konkurs chodzenia, w którym biorą udział dzieci. Meta jest tam, gdzie padnie przedostatnie z nich. Umrze z wycieńczenia, albo zostanie zastrzelony przez żołnierzy. Wojskowi odmierzają czas między jednym krokiem, a drugim, żeby można było określić, czy uczestnik jeszcze chodzi, czy tylko powłóczy nogami. Nie ma przerw, racje żywnościowe są, wydalanie w marszu, spanie w marszu i życie w marszu.

Uszanowałem swoje nogi i posadziłem dupsko w fotelu. Nawet im należy się szacunek. Tak zła, w dobrym znaczeniu, jest ta książka!

sobota, 3 listopada 2012

Arthur C. Clarke - Odyseja kosmiczna 2010
















Dat
a ukończenia: 23 października 2012

Data utworzenia recenzji: 3 listopada 2012

Recenzja:

Od razu po przeczytaniu pierwszej części zabrałem się za film nielubianego przeze mnie reżysera. Kubrick zmienił miejsce akcji z Saturna na Jowisza, bo przeciętny zjadacz chleba odczuje różnicę. Oglądałem partiami... i przez większy czas pytałem siebie, jakim cudem ludzie mogą mu dawać takie wysokie noty. Przecież jeśli w filmie wyjaśniają sytuację, to i tak nie wiadomo, co się dokładnie dzieje. Do filmu bez książki nie powinno się podchodzić.

- Ale jak to? Przecież książka wyszła po premierze filmu! - wyrwał się Remigiusz, bo sprawdził na wikipedii.

Ano tak. Stanley i Arthur pracowali nad scenariuszem do filmu na podstawie opowiadania napisanego przez tego drugiego. Tak powstała wersja papierowa, ale jeszcze nie książka, "Odysei kosmicznej 2001". Mam podejrzenia, że wyszło tak jak z "Lśnieniem" Kinga - Kubrick wziął z książki to, co mu się podobało i stworzył coś, czego sam King nie polubił. Efekt? Stephen postanowił nakręcić miniserial, który jest wierniejszy powieści. Mam wrażenie, że i w tym temacie może być podobnie. Kubrick naniósł poprawki do scenariusza, a Clarke napisał książkę na podstawie niepoprawionego.

Śmieszy mnie, jak ludzie stawiają pomniki Stanley'owi za ten film. Za muzykę? Za zdjęcia? Wszystko ok, ale brak jest scenariusza, wyjaśnień, a fabuła wysiada w połowie filmu. Prędzej uwierzę, że za nazwisko reżysera (obok Spielberga najbardziej rozchwytywane nazwisko w branży). Jakim cudem można gloryfikować dzieło, które nie daje odpowiedzi na podstawowe pytania, takie jak:

1. Do czego służy monolit?
2. Dlaczego HAL się zbuntował?
3. Co się działo pod sam koniec?
4. Co to za dziecko?

Nie ma tam odpowiedzi. W pierwszym scenariuszu, czyli książce, jest. W tym momencie, gdybym nie znał fabuły, nie miałbym zielonego pojęcia, co się dzieje. Film jest przepiękny, ale to, co wydarzyło się na samym końcu to jedna wielka czarna dziura fabularna. Nie takie filmy ludzie opieprzali za luki w opowiadanej historii! Okazuje się, że obrazu bez książki nie ma jak uszczypnąć. I vice versa. Gdybym znał wyłącznie powieść, pomyślałbym, że to dobra instrukcja, jak nie pisać książek science-fiction. Film pokazał to, czego Clarke nie potrafił opisać!

A to, co najbardziej mnie w filmie poirytowało: niekompetencja Bowmana. Oto, co dzieje się po śmierci Poole'a u Kubricka i Clarke'a.

FILM: Dave wsiada w drugą kapsułę, wylatuje ratować ciało Franka. HAL w tym czasie zabija zahibernowaną trójkę, bo statek pozostał w rękach komputera, który miał być przed chwilą wyłączony. Gdy Bowman wraca, HAL nie otwiera mu śluzy, a z awaryjnej nie może skorzystać, bo zapomniał hełmu...

KSIĄŻKA: Procedura jest jasna, Frank przepadł, Dave musi obudzić jednego z "trójki". HAL się irytuje i otwiera śluzę. Zabija to dwóch zahibernowanych i jednego budzącego się. Dlaczego? HAL dostawał z Ziemi dwie informacje:
1. przekazywać wszystkie informacje załodze o podróży;
2. nie mówić załodze o celu podróży.
Te dwie sprzeczne informacje powodują, że komputer "szaleje". Z tego, co słyszałem, to dopiero w drugim filmie będzie to wyjaśnione. I po tym poznać Kubricka - trzeba nakręcić remake lub sequel, żeby wytłumaczyć jego interpretacje. Ale nie zmienia to faktu, że ten film to majstersztyk, przy dodaniu fabuły z książki Clarke'a.

- Ale ten film nie powstał dla fabuły, tylko dla dźwięku, obrazu. Fabuła nie jest najważniejsza, tylko klimat - drugie podejście Remigiusza.

O tak, to dobry argument. Szkoda, że inne filmy nie mają tak łatwo w podbijaniu audiowizualnością i klimatem serc widzów. Zaraz sprawię, że zrozumiecie, co się działo przez te dwie kubrickowskie godziny. Oto moje streszczenie książki pod tym samym tytułem:


W książce, monolit był tablicą na której pokazywały się różne wzory i obrazy. Obca rasa stojąca za ich budową, wybrała sobie małpoludy, jako w miarę możliwe do "ogarnięcia" istoty i zaczęła je nauczać. Małpoludy jadły trawę, chociaż obok były tłuste guźdźce. Nie potrafiły bronić się przed niebezpiecznymi zwierzętami, nawet nie uciekały. Były tak głupie. Monolit pokazał obraz: nażarty, bekający samiec. Małpoludy poczuły zazdrość: pierwszy krok do człowieczeństwa. Gdy podczas jednego seansu małpolud zginął, monolit zgasł, bo obca rasa przestraszyła się swojego mocnego wpływu na życie głupszej rasy.



Powrócono z nową serią ćwiczeń. Nastąpiła selekcja, wybrano małpoluda "zwanego" Strażnikiem Księżyca za najmądrzejszego i robiono z niego lidera. Ten znalazł narzędzie (zdaje się, że kość) i poprowadził swój lud na inne plemię, które wyrżnęli. Monolit spowodował, że słaba rasa małpoludów zaczęła używać mózgu i przetrwała ciężkie czasy wśród niebezpieczeństw. 



W 1999 roku znaleziono na Księżycu zakopany monolit. Gdy się do niego dobrano, ten wysłał sygnał w kierunku księżyca Saturna. Prawdopodobnie dał znać, że ludzie są na Księżycu i zdołali wykopać monolit (ale to mój domysł).


2001. Wysłano ekipę na Saturna. Załoga nie wie prawdy. HAL wie. Po wyłączeniu HALa, Dave zdaje sobie sprawę, że bez komputera nie ma powrotu na Ziemię. Leci w kierunku księżyca Saturna. Tam wlatuje w monolit, który specjalnie dla niego staje się portalem do czegoś. Widzi tam pojazdy innych ras, obca cywilizacja prawdopodobnie już dawno nie istnieje. Za długo musieli czekać. 


Nagle Dave znajduje się w pokoju hotelowym. Jest to wytwór monolitu. W telewizorze widzi różne programy, w tym film, w którym jest identyczny pokój, w którym się znajduje. Wszystkie informacje w telewizji są z tego samego czasu, kiedy w 1999 roku monolit z Księżyca wypuścił sygnał w stronę Saturna. 



Pokój ten ma być "wylęgarnią" ras. Dave kładzie się do łóżka i porzuca to, co nas ogranicza w życiu wiecznym - ciało. Na razie pozostaje w wizerunku "ducha-dziecka", ale to wytwór jego wyobraźni, później powinno i to zniknąć. Jest doskonalszą postacią, tak jak na samym początku Strażnik Księżyca, który poprowadził małpoludy w stronę człowieczeństwa. Teraz Dave ma szansę być władcą, ale nie wie, na razie, co zrobić z tak wielką mocą. Pod koniec decyduje się na zniszczenie orbitującej broni nuklearnej.


Idźcie teraz i obejrzyjcie swoje stare arcydzieło i poznajcie nowe.

- Idź w cholerę! Miałeś recenzować książkę, a recenzujesz film. I to jeszcze nie tego tomu. Jezus, ale frajer!

No właśnie i przechodząc zgrabnie do recenzji drugiego tomu, trzeba wyjaśnić jedną kwestię. Gdy Clarke podjął decyzję, że napisze nowe przygody, musiał wybrać, którego dzieła kontynuacja będzie dotyczyła. Arthur wybrał, że "Odyseja kosmiczna 2010", dzieje się po wydarzeniach z filmu. Tak! Możecie palić na stosie swoje egzemplarze książek, pierwsza powieść nie jest kanoniczna. Co śmieszniejsze, nie musicie już nawet do niej zaglądać, by zrozumieć film. W drugim tomie wyjaśniają każdą sytuację, jaka zaszła u Kubricka. Nie ma Saturna, jest Jowisz. Bowman poleciał po Franka i nie znamy powodu buntu HALa.

Akcja dzieje się dziewięć lat później. Amerykanie chcą dostać się na opuszczony statek Discovery (Odkrywca). Ponieważ nie zdążyli zbudować nowego pojazdu, zabierają ich na pokład sowieci. Statek kosmiczny Leonow natrafia podczas lotu na chiński statek kosmiczny Tsien. Chińczycy giną z rąk obcej rasy. Bowman wraca na Ziemię, ogląda obce cywilizacje, kontaktuje się z załogą Leonowa. Twórca HALa nawiązuje kontakt z HALem. I tak dalej.

Tragedią jest to, że przez większość czasu panuje totalna nuda. Dzieje się non stop, ale Clarke ma taki usypiający styl pisania, że jedynie początek i koniec były ciekawe. Środek jest do wymiany całkowicie, brakuje szlifów. Gdy Bowman ogląda obce cywilizacje autor próbuje stworzyć klimat, by nas zainteresować. Fiasko! Równie dobrze mogłem czytać słownik wyrazów bliskoznacznych, taki sam klimat.

Oczekiwałem czegoś lepszego. Końcówka zdecydowanie ratuje ten tom, ale nadal jest to jedna z najdłużej ciągnących się powieści, jaką miałem okazję czytać w tym roku.

czwartek, 18 października 2012

Joanne K. Rowling - Harry Potter i Zakon Feniksa
















Data ukończenia: 12 października 2012

Data utworzenia recenzji: 18 października 2012

Recenzja:

Gdybym miał wybrać najbardziej irytującą książkę, nie wygrałoby żadne dzieło Coelho, czy podebiutowe wydania Hellera. To właśnie Rowling swoim piątym tomem Pottera zgarnęła podium. Przyczyniła się do tego trójka bohaterów: Umbridge, Dumbledore i Harry Potter.

O Dumbledorze wypowiadać się nie będę, bo za dużo można zniszczyć. Umbridge, Wielki Inkwizytor Ministerstwa Magii w Hogwarcie, to babsztyl, który jest bardziej zafajdany umysłowo niż Śmierciożercy. Można próbować szukać wytłumaczenia jej zachowania, ale wychodzi na to, że to TYLKO człowiek jest. Rowling pokazała, że draństwo nie zawsze kryje się za "obrażonymi" minami i czarnymi ubraniami. To postać w babusinym sweterku z nierozłącznym uśmiechem.

Kolejną irytującą postacią jest sam Potter. Nabrał ludzkich cech, nie jest wyłącznie papierowym bohaterem, który zawsze musi być zdziwiony, by móc mu wytłumaczyć, co się dzieje w świecie czarodziejów. W tym tomie nabrał denerwujących cech, jest wymagający, roszczeniowy i przez cały czas wypomina innym, że więcej mu się należy, bo w poprzednich tomach to on walczył z Voldemortem, dementorami i innymi. Oliwy do ognia dodaje fakt, że świętej pamięci ojciec - James, będąc w jego wieku, dawał baty Snape'owi.

I co chwila irytacja sięgała zenitu, tak dobrze zrobiła to Rowling. Bo tutaj stworzono ją specjalnie, nie jest to efekt uboczny marnych wypocin autora. Trzyma się kciuki za dzieciaki i ich bunt przeciwko polityce dorosłych, która bezpośrednio w nich uderza. Nie możemy znieść myśli, że ojciec głównego bohatera zachowywał się, jak Draco Malfoy. I czy Potter znajdzie swoją miłość?

Książkę w pewnym momencie chce się odrzucić. Rowling przez cztery tomy tworzyła świat magii, który miał dobre i złe strony, ale był uwielbiany. Z tą częścią pojawiły się czarne myśli, że być może wraz z wiekiem ludzie dostrzegają kolejne etapy mroku człowieka. Najlepsza książka z serii!

sobota, 6 października 2012

Garth Nix - Ponury Wtorek

















Data ukończenia: około 10 grudnia 2006

Data utworzenia recenzji: 10 grudnia 2006

Recenzja:

W "Poniedziałku" tematem było lenistwo i biurokracja, a we "Wtorku" - chciwość i niewolnictwo. Książka tylko na parę godzin, 280 stron na opisanie nowo stworzonego świata, nowych postaci, zaskakujących przedmiotów. Malutko! Zwłaszcza, jak się pomyśli, że środek książki nieco nuży brakiem jakiejkolwiek dynamiki.

Po "Poniedziałku" myślałem, że to tylko takie niemrawe rozpoczęcie, po drugim tomie już nie widzę tej całej serii tak jasno. Nix za dużo wymyśla nowości w literaturze, a za mało poświęca czasu na budowanie klimatu. Wszystko leci, jak z bicza.


Książka dobra, ale tylko dobra, zbyt lakoniczna - nie umywa się do ospałej sagi o Abhorsenie, w której było o wiele mniej innowacji, ale istniał klimat i ciekawie stworzony świat. I tak będę czekał na kolejny tom - "Utopioną Środę".


Opinia po sześciu latach:

No! W końcu natknąłem się na recenzję, gdzie potrafiłem wyłożyć kawę na ławę. Już wtedy zauważyłem, że Nix leci w kulki. Kolejny stworzony świat MÓGŁBY być ciekawy, gdyby został napisany przez innego autora. Sama postać Harry'ego Pottera, tfu, Artura Penhaligona jest nudna od samego początku do końca. Pozostałe postacie: Pan Poniedziałek, Ponury Wtorek i ich świta są świetnie stworzonymi osobami, które nie mają zupełnie życia w tej serii.

Wyobraźcie sobie, że Rowling opisuje tylko przygody Pottera, Hermiony i Rona. A charaktery, jak Voldemort, Snape, czy Umbridge, to wyłącznie "papierowe" osobniki, które zapełniają tekst narratora. Nie mają własnego życia, nic o nich nie wiadomo. Klapa na miejscu. Nie postać Pottera jest często wybierana na najlepszą z całej serii. Są ludzie, którzy wolą Snape'a i Dumbledore'a.

To jest problem Nix'a. Ma szkice na świetne osobniki, ale nie potrafi stworzyć z nich niczego spójnego. Tak, jak w tym tomie, Ponury Wtorek za pomocą swoich rękawic z Nicości tworzy przedmioty materialne, tak Garth ze swoich materialnych szkiców postaci, nie robi z nimi nic.

No i po tylu latach musiałem wejść na wikipedię i przeczytać streszczenie tej części. Źle to świadczy o książce, jeśli aż tak nie mogę znaleźć punktu zaczepienia. O zgrozo! Na wikipedii czyta się to całkiem nieźle, ale problem polega na tym, że często taki skrót to jedyna pozytywna esencja z tego gniota.

sobota, 29 września 2012

Mikołaj Gogol - Szynel i inne opowiadania















Data ukończenia: 23 września 2012

Data utworzenia recenzji: 29 września 2012

Recenzja:

Szukając w spisie "1001 książek, które musisz przeczytać" Boxall'a natrafiłem na taką pozycję, jak "Nos". Mikołaj Gogol to autor, którego znam wyłącznie ze słyszenia, a te opowiadanie to ponoć kawał niezłej komedii. Doszukałem się zbioru opowiadań i lekko zmuszając się do zaliczenia (narzuciłem na siebie coś, czego zupełnie nie czułem potrzeby czytać), rozpocząłem jedną z najdziwniejszych przygód, jakie miałem do tej pory literować.

Nos - Narrator przedstawia na początku Iwana Jakowlewicza, cyrulika, który podczas śniadania w chlebie znajduje nos. Nie jest to pierwszy lepszy nos, bo należy on do asesora kolegialnego Kowalowa. Nie jest to sen, bo Kowalow budzi się rano bez nosa. Chcąc zgłosić zgubę w odpowiednim urzędzie napotyka się na wysiadający nos z dorożki w służbowym uniformie. Ten nie ma zamiaru wracać na swoje miejsce, bo jak sam twierdzi, nie należy do nikogo. Historia kończy się dobrze, ale narrator kpi z czytelników, którzy oczekiwali racjonalnego wyjaśnienia sprawy oraz z samego autora, który musiał stworzyć tego typu fabułę.

Szynel - Akakiusz Akakijewicz to człowiek całkowicie poświęcony swojej pracy. To radca tytularny, który jest wyszydzany w urzędzie przez osoby, który wykorzystują to, że nie może się odgryźć. Pewnej zimy zauważa, że jego płaszcz, który i tak nie wyglądał najlepiej, zaczyna prześwitywać. Kupno sukna na zrobienie nowego jest w tym momencie nie na jego możliwości, zaczyna wielkie oszczędności, by być w posiadaniu nowego szynela.

Wij - horrorowata opowieść o wiedźmie, która lubiła ujeżdżać swoje ofiary. Filozof Choma Brutus to poszkodowana osoba, która polanem wymierzyła sprawiedliwość. Stara zmienia się w młodą dziewczynę, główny bohater ucieka, ale po jakimś czasie dostaje wezwanie od pewnego mężczyzny, że ostatnim życzeniem zamordowanej córki, było to, żeby pewien nieznany mu filozof przez trzy noce modlił się o jej dusze w cerkwi, w której spoczywa. Pracodawcy wysyłają Chomę, a ten nie wie, czy oni wiedzą, że to on zabił i czy wiedźma po śmierci jest nadal wiedźmą.


Dziw bierze, że to XIX wiek. Czytając Doyle'a zauważam, że już w tamtych czasach pisano tak, że wszystko da się zrozumieć. Nie jest to czytanie wyrazów, ale składanie zdań. Okres ten jest dla mnie tak odległy, że traktowałem go, jako epoka Szekspira, Kochanowskiego i Gala Anonima. Patrząc na Gogola i twórcę Holmesa, dostrzegam nową gałąź do spenetrowania.

A co do samego Gogola, w tym "wybiorze" opowiadań "Nos" rzeczywiście jest najlepszym tworem. Ale pozostałe przekonały mnie, że może warto sięgnąć po jego nowelę. Na przykład "Martwe dusze", które też znalazły się na liście Boxall'a.

niedziela, 23 września 2012

100 flag. Na ścieżkach wiedzy 3. Encyklopedia














Data ukończenia: 20 września 2012

Data utworzenia recenzji: 23 września 2012

Recenzja:

Z moich wyliczeń wynika, że jest to setna przeczytana książka od 2005 roku (udokumentowana recenzją!). Wpadłem na pomysł uczcić to w jakiś szczególny sposób, ale że inwencji u mnie ostatnio za grosz, postanowiłem zabrać się za książkę z setką w tytule. Tego typu zestawień jest mnóstwo. Mogłem wybrać sto pozycji seksualnych, chorób wenerycznych i najlepszych hip hopowych płyt (wyszło tyle? myślałem, że to kilka utworów plus ich covery). Ale nie! Musiałem brać do łap "100 flag", bo było w przecenie. A jakość książki sprawdziłem tym, czy jest flaga Paragwaju... Nadaję się na testera jakości, nie pogadasz.

Czego oczekujemy po takiej książce dla dzieci?

Ilustracje flag. Historia. Podstawowe fakty. Charakterystyka kolorów. Ciekawostki. Wiecie, że Izrael ma największą flagę na świecie? Rekord Guinessa! Paragwaj to jedyne państwo, na fladze której ma awers i rewers, a RPA ma użytą największą ilość kolorów. To jest wspaniała książeczka i szkoda, że nie ma wszystkich państw opisanych.

Co Twoje dziecko dostało?

Ilustracje flag są, jedna teraźniejsza plus dwie wcześniejsze. Opis też jest. Podano, kiedy została przyjęta flaga, opisane podstawowe kolory. Podstawowe dane są. Zawierają: nazwę państwa, kolory, proporcje i datę przyjęcia. Jest punkt "Warto wiedzieć", który informuje o takich ciekawostkach, jak podałem wyżej o Paragwaju i RPA. Dodatkowo zawierają tam wiadomości o kolorach, proporcjach i datach przyjęcia. I ostatni punkt to "Pytania i odpowiedzi", w którym są pytania i odpowiedzi dotyczące opisywanej flagi. Kto zaprojektował flagę? Kiedy pierwszy raz została ukazana światu? Jakie są kolory? Jakie są proporcje?

Nie ma tam nic innego, niż opisywanie tych cholernych kolorów, proporcji i dat, kiedy powstały. Jeśli już znajdzie się prawdziwa ciekawostka to jest to raczej wytrysk z przyzwoitości, niż orgazm. A pamiętam, jak babcia karmiła mnie tego typu encyklopediami i atlasami do zarzygania. Ileż można było tego dostawać? Zamiast dostać pluszaka, to encyklopedia geograficzna na pięć tomów... Ale jedno trzeba rzec, nigdy nie kupiła mi takiego syfu, jak to, co właśnie recenzuję! A może nikt kiedyś nie odważyłby się czegoś takiego wydać dla dziecka? Kogo to ma uszczęśliwić? Dziecko od lat 4 do 6? To po jaką cholerę w opisach flag używasz takich słów, jak: partia MPLA, ruch partyzancki, niepodległość, socjalizm, unitarny charakter państwa, Kadafi, Bhutan, Kuba, Czad i Katar? Jak mam to wytłumaczyć dziecku? Na plastelinie? Nie ma sensu pisać dla dziecka o niepotrzebnych rzeczach! To tak, jakbym opisywał dziecku flagę Polski i wymknęłoby mi się o ataku na Czechosłowację. Było, to było, ale nie zawsze jest odpowiedni moment na niektóre tematy.

Ech, wykorzystywanie dzieci do zarobku. Polecić książkę? 

Tak, jeśli chcesz uciszyć dziecko na pięć sekund, bo zaraz zapyta, co to apartheid. Bo czujesz obowiązek.

Nie, jeśli kochasz swoje dziecko. Kup mu lepiej "100 pozycji seksualnych", teraz się zawstydzi, a za dwadzieścia lat podziękuje. Ja sam nie uczyłem się czytać na lekturach, robiłem to wcześniej z innymi... książkami. Mój brat w smarkatym wieku wyciągał "Lekarza domowego", otwierał na najczęściej używanej stronie i instruował wszystkich pouczającym głosem, że pochwa składa się z łechtaczki, warg sromowych itd. Działo się to podczas wizytacji gości, przy kolacji i winku. A on dzięki tej wiedzy do dziś bryluje na salonach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...