piątek, 29 czerwca 2012

Yann Martel - Życie Pi















Data ukończenia: 13 października 2009

Data utworzenia recenzji: 13 października 2009

Recenzja:

Jean-Pierre Jeunet, to mój ulubiony reżyser. Oglądałem wszystkie jego filmy po kilka razy, co w moim przypadku jest rzadkością. Nawet najsłabszy jego film, "Obcy - Przebudzenie", pasuje niektórymi elementami do jego pozostałych tworów. Rok temu podczas oglądania "Bardzo długich zaręczyn" zacząłem szukać informacji, co teraz jest przez niego tworzone. "Life of Pi" to tytuł, którym w poprzednim roku jeszcze się zajmował, jednak z powodu budżetu zaniechał ekranizowania książki Martela. Wcześniej zainteresowany był M. Night Shyamalan, jednak stwierdził on, że nie mógłby zepsuć swoim nazwiskiem zabawy z oglądania filmu (dowiedziałem się o tym dopiero po przeczytaniu książki, gdybym wiedział wcześniej to bym domyślił się czego mam oczekiwać po powieści). Teraz Ang Lee będzie próbował swoich sił i może w 2011 dane będzie mi zobaczyć, o co w tej książce chodzi, i jak to zostanie ukazane. 

Co do treści powieści. Piscine Molitor Patel przeżyje tę historię. Cokolwiek w trakcie jego przygód się nie stanie, dożyje narodzin swojej córki. Ta opowieść kończy się dobrze. Dlaczego Pi? Bo Piscine wymawiano jak "pissing", przezywano go "Pisuar" Patel. Pi, było ksywą zrobioną, by ludzie mieli radochę z przezywania go, lecz przez pryzmat zabawy nie zauważyli gorszej alternatywy. Piscine podziwia Richarda Parkera, nie to żeby do niego podchodzić, ale z daleka jest całkiem przyjemnie i bezpiecznie. Państwo Patel'owie prowadzą ZOO w Indiach, jednak z pewnych przyczyn sprzedają swój kram. Muszą tylko odtransportować zwierzęta do różnych miast, by potem spokojnie zacząć nowy biznes w Kanadzie. Płyną przez Pacyfik, cała rodzina ze zwierzętami. Książka ma 100 rozdziałów i podzielona jest na 3 części. Tak się kończy pierwsza. 

Druga. Pi nawołuje Richarda Parkera, by się nie poddawał. Ryk zebry zagłusza wszystko, ale Richarda Parkera i tak to nie obchodzi. Złamana noga zebry przyprawia o mdłości Pi, ten jednak nie poddaje się i wspiera dalej. Pi nagle oprzytomniał, i przypomina sobie, że nie chce koło siebie Richarda Parkera. Bierze wiosło i okłada nim, by go podtopić, uniemożliwić wejście na szalupę ratunkową. Pi zeskakuje do wody, gdy Richard Parker wchodzi do szalupy. Umysł Pi ocenił sytuację i stwierdził, że woli spędzić resztę życia z rekinami w oceanie, niż w małej łódce z Richardem Parkerem, tygrysem bengalskim. 

A teraz już normalny komentarz. W szalupie znajduje się jeszcze orangutan i hiena. I nie zdradziłem nic szczególnego. Problem tej książki polega na tym, że docenić ją można dopiero po przeczytaniu całości, co nie wszystkim może się udać. Cała druga część, będąca opowieścią na morzu zajmuje 2/3 książki i jest bardzo często po prostu nudna, co ma swoje uzasadnienie dopiero po przeczytaniu końcówki. Z drugiej strony - co można robić/pisać o 227 dniach na Pacyfiku. Rutyna. W trakcie czytania tego rozdziału dostawałem często szału, akcja zupełnie nie idzie do przodu, a strony jakoś same też się nie przewracają. Werdykt po drugim rozdziale był nieprzyjemny - książka powinna być okrojona z 50 stron drugiej części. Po trzeciej części nie jestem już tego taki pewien i cofam swój werdykt. Poprostu książka jest dla cierpliwych. Podobnie jak z filmami Jima Jarmuscha. Przez dwie godziny oglądamy nudny film, który oglądamy z przyjemnością. I tak powinno się podchodzić do tej opowieści. Jest to miks stylu opowiadania Jeuneta z nudą Jarmuscha i szokiem Shyamalana.


Opinia po trzech latach:

Po przemyśleniu muszę stwierdzić, że nuda w tej książce może być zaporowa. Sam nie widzę siebie w sytuacji, gdy czytam jeszcze raz "Życie Pi", a osobom, które na pewno nie zmuszą się czytania o tułaczce głównego bohatera, opowiadam ją. Nie ma co ukrywać, historia jest niesamowita, ale warta skrócenia, choć z drugiej strony, dłużyzny w powieści świetnie zilustrowały monotonną, długą i przerażającą morską tułaczkę Pi. A zakończenie jest nagrodą dla wytrwałych.

środa, 27 czerwca 2012

Dorota Masłowska - Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną















Data ukończenia:
23 czerwca 2012

Data utworzenie recenzji: 27 czerwca 2012

Recenzja:

Nie wiem już sam czego oczekiwałem po tym tytule. Z jednej strony otoczka odpychała mnie od sięgnięcia po debiut Doroty Masłowskiej. Z drugiej, czyż recenzja takiej książki nie powinna się znaleźć na moim blogu? Wziąłem się w garść i zatopiłem po uszy w szambie.

I teraz dziwota. Kontrowersje są, ale jedyne kogo mogą obruszyć to chyba osoby nieczytających książek, gdzie według nich ostatnia świętość na tym padole to książki (które z obrzydzeniem omijają). Bo nie wulgaryzmy są tu kontrowersyjne, a styl pisania. Jest to niczym spisany bełkot, który codziennie wypowiadamy. "Ten bełkot to typowa gadka polskiego dresa!", ktoś powie. No cóż, sam się przyłapuję na tym, że w mowie mickiewiczyzną zaimponować nie mogę, nieraz wystrzelę tekst, który ciężko jest spisać. Tak właśnie Masłowska stworzyła swoją powieść.

Pierwsze 20 stron to jest dramat. I nie dziwię się, że ludzie rzucają książką o ścianę. Ale po tych pierwszych stronach, później staje się to tak powszednie, że brak jest już kontrowersji. Ciężko więc mówić o "kontrowersyjnej" książce, a jedynie o pierwszym szoku. Ten mija i jesteśmy zaabsorbowani książką tak, jakby to była zwykła, bez butów Nike i politycznego paszportu, powieść.

I to też nie jest prawdą. Bo aż tak mnie nie porwało. Historia polskiego dresiarza, który obcuje na różne sposoby z dziewczynami w pewien sposób jest pociągająca, ale nie zmienia to faktu, że nie aż tak, żeby z wypiekami na twarzy czekać na następny akapit. Sam styl także nieco odciąga od przeprowadzanej fabuły. Zauważyłem, że gdyby "Masłoska" nie była sobą, byłaby to o wiele ciekawsza książka. Ale czyż nie za styl dostała swoje nagrody?

Powiem szczerze, przyznanie nominacji do nagrody Nike i Paszportu Polityki pokazuje, jakim sezonem ogórkowym był rok 2002-2003. Bo nie ma w tej książce niczego, co sprawiłoby, że rzeczywiście mógłbym uznać dzieło Masłowskiej za rewolucyjne. Podejrzewam, że możliwość lekkiej kontrowersji mogło "ożywić" konwencję i jednej, i drugiej nagrody, która potrzebowała odrobiny wsparcia mediów. Bo albo to, albo Dorota Masłowska to córka jakiegoś prominentnego prezesa, który wspierał swoje dziecko.

Oryginalny styl to nie to, co mi się podobało najbardziej. Prędzej używanie określeń, które nawet na dziewiętnastolatkę brzmią kosmicznie. Tego mogłem pozazdrościć w jej wieku. Ale nie mogę wybaczyć kolejnego elementu - zakończenia. Takiej słabizny nie czytałem od czasu "Namalowanego okna" Somozy. Po zakończeniu stwierdziłem, że chyba tej książki nie zrozumiałem, zabrakło kilku podpowiedzi. Z pomocą idzie film, który moim zdaniem, powinno się obejrzeć po przeczytaniu książki. Otwiera możliwość dokładniejszej interpretacji niektórych scen.

Jestem zawiedziony! Widziałem i słyszałem opinię osób, które nie potrafiły przeczytać tej książki po tych dwudziestu stronach. Niech żałują, bo skoro zaczęli warto było ją dokończyć. Widziałem i słyszałem opinię osób, które były zachwycone genialnością tej powieści. Część z powodu fabuły i przekazu, a druga część z powodu rozmowy głównego bohatera z własnym "dżordżem" (to te same osoby, które dobrze bawią się na filmach Marka Koterskiego, z powodu używanych w nich przekleństw, a nie inteligentnego i humorystycznego spojrzenia na codzienne życie). Spodziewałem się albo gniota, albo arcydzieła. Książka Masłowskiej nie zdobyła żadnego z tych dwóch biegunów.

czwartek, 14 czerwca 2012

David Gemmell, Stella Gemmell - Troja: Upadek królów
















Data ukończenia: 6 czerwca 2012

Data utworzenia recenzji: 14 czerwca 2012

Recenzja:

I stało się. Autor nie dożył zwieńczenia swej historii, dokończyła za niego żona. Wiedziałem o tym wcześniej, przed rozpoczęciem trylogii, ale dopiero przejąłem się pod koniec pierwszego tomu, kiedy wiedziałem, że uczestniczę w jednej z najlepszych serii, jakiej dano mi było przeczytać.

Nie ma co ukrywać. Imię Stelli, żony autora, może nieco przerazić. Jeśli dzieło nie zostało zakończone przez mistrza to żadne rodzinne koneksje nie uspokoją wątpiącej duszy: czy wszystkie założenia zostały uwzględnione; czy nie zmieniono na potrzeby wydawnictwa niektórych wątków; czy wszystko zostało w odpowiedni sposób poukładane?

Nie ma się czego obawiać! Nie mogę znaleźć tych miejsc, w których maczała palce Stella, wszystko do siebie pasuje i nie ma dodanych żadnych niepotrzebnych rzeczy, które zmieniłyby wydźwięk powieści. Nadal wszystko jest rzeczywiste, bez czarów, bogów i anormalnych zjawisk. Klimat tego tomu jest identyczny, jak dwa poprzednie, a jedyną zmianą, która mogła być dodana przez kobietę to scena seksu, od których David wcześniej stronił. Jest opisana w taki sposób, jak zrobiłaby to kobieta. Podejrzewam, że to właśnie najbardziej widoczny wkład nowej autorki książki.

Ten tom poświęcony jest najbardziej rodzinie królewskiej: Hektorowi, Andromasze i Priamowi. Ten pierwszy przeżywa rozterki. Z jednej strony musi walczyć o swoją rodzinę, z drugiej zdaje sobie sprawę, że wojna jest od samego początku przegrana. Priam dowodzi, w oblężonej Troi, martwymi już oddziałami. Czeka na pomoc, która już nie przybędzie, a jego żołnierze jedynie kiwają głową, dla świętego spokoju. Obłąkanie Priama jest tak podobne do Adolfa Hitlera w filmie "Upadek", że zacząłem się zastanawiać, czy aby Gemmellowie nie za mocno czerpali wenę z oblężonego Berlina.

Wynik tej części jest taki sam, jak w micie o Troi. Ale jeśli ktoś spodziewa się strzały wypuszczonej przez Parysa w stopę Achillesa, to znaczy, że nie czytał dwóch pierwszych tomów. Nie ma żadnego Drewnianego Konia Trojańskiego, ani Królika. Odyseusz nie pokłócił się z bogami, co miało przyczynić się do tego, że nie szybko zobaczy swoją Penelopę. Nie ma żadnych irracjonalnych rzeczy w tej powieści. Historie pokroju mitów zostawić należy Odyseuszowi, bajarzowi-zwycięzcy, który ma prawo przedstawiać historię w takich okolicznościach, by pamiętano oblężenie Troi, jako wielki sukces Greków. Historia jest dziełem obserwatora, a propaganda zwycięzcy.

Czy David Gemmell zakończył trzecim tomem historię Troi? Takie pytanie mi się nasuwało w trakcie czytania. Bez wątpienia - Troja padła, historia zakończona. Wśród bohaterów "Troi" mamy jednak osobę, która za kilka dni wyjdzie z Żydami z Egiptu, a potomkowie Helikaona stworzą Rzym. Czy były to otwarte furtki na przedłużenie historii? Odpowiedź Gemmel zabrał ze sobą.

czwartek, 31 maja 2012

Garth Nix - Abhorsen
















Data ukończenia:
około 3 listopada 2006

Data utworzenia recenzji: 3 listopada 2006

Recenzja:

Ostatnia część z trylogii "Starego Królestwa", i najlepsza. Końcowe 100 stron wchłonąłem w ciągu jednego dnia, a ostatnio ciężko mi znaleźć, aż tyle wolnego czasu. Świetnie Nix kreuje postaci, zwłaszcza jeśli chodzi o dramatyzm. Cały świat i zasady, jakie wymyślił, wciąż trzymają się kupy, więc myślę, że na tych trzech częściach pewnie nie zakończy, bo szkoda zakończyć coś, co całkiem nieźle kwitnie.


Opinia po pięciu i pół roku:

Nie lubię patrzeć na swoje stare recenzje, które nie mają podpowiedzi, o czym była ta część. Przekartkowując ździebko stwierdzam, że po raz kolejny przyłapałem się na maksymalnym wywyższaniu niektórych książek, których wstydziłem się źle ocenić.

Prawda jest jasna, gdyby nie okładki, nie wziąłbym do ręki tej serii. To jedyne co mnie trzymało przy stronicach. Nie czuję żadnej więzi między mną, a którymkolwiek bohaterem z tej serii. Mało tego, w recenzji "Głębokiego snu" Chandlera, pisałem, że nie podoba mi się, że główny bohater jest narratorem wszystkowiedzącym, a później okazuje się, że jest wszystko zapominającym. Nie można rozwiązać zagadki, bo wszystko jest poukrywane przed główną postacią tej książki - czytelnikiem.

A co można zaobserwować w "Abhorsenie"? Już na początku dostajemy niezłą informację, że podczas zamachu nastąpiło bezkrólewie. SUGEROWANE jest, że to koniec dyskusji. Nie rozmowa między bohaterami, a gadanina wszystko wiedzącego narratora. To jest największy problem, bo jeżeli później okazuje się, że był to zamierzony fałsz, dla podniesienia tętna, to zaczynam być lekko podirytowany. Nie wiem, może się czepiam, ale odniosłem takie wrażenie, że bardzo tanim sposobem trzeba było podwyższyć jakość literatury.

Seria miała bardzo duży potencjał, sam pomysł tak mi się podobał, że przyćmił negatywną ocenę za realizację. Nudna, wymuszona, opisy zbędne i nieciekawe. Jak można wejść w "Śmierć" i opisywać to w taki nudny sposób. Dopiero po latach mogłem szczerze przyznać, że Garth Nix napisał serię, tak jakby miał w ręku całą talię kart i po trzech razach nie ułożył jeszcze pasjansa. Irytacja, po trzech tomach. Inne książki też nie są najlepsze, co jeszcze będę miał okazję udowodnić na podstawie drugiej serii: "Klucze do Królestwa".

Oczywiście ten temat o nekromantach jest bardzo ciekawym do dalszej realizacji i nadal uważam, że powinien być kolejny tom, pomimo tego, że trylogia definitywnie się zakończyła. Nix pisze właśnie czwarty tom, "Clariel: The Lost Abhorsen", który jest prequelem. Mam nadzieję, że  po tylu latach Garth Nix oprócz pomysłów nasiąkł nieco kunsztem.

sobota, 26 maja 2012

Łukasz Szamreta, Agnieszka Bobrowska, Monika Kamieńska, Rafał Woźniewski, Agnieszka Pieczko, Agata Moniuszko, Michał Niżyński, Joanna Litwiejko - Czarowne miejsca, czarowni ludzie... Zbiór tekstów krasomówczych
















Data ukończenia: 10 maja 2012

Data utworzenia recenzji: 26 maja 2012

Recenzja:

Nauczycielka od geografii wybiegła z kantorka pani od języka rosyjskiego. Terminy nagliły, więc i krok przyspieszyła. Zbiegając po schodach przysunęła swoją dłoń do ust, by ukryć, przed uczniami i ważnymi figurami liceum, opary "treści rozmów" ze swoją koleżanką. Stanęła przed drzwiami, wyprostowała spódnicę i krokiem godnym szeregowca przebranego za generała, przekroczyła próg pokoju polonistki.
- Ach witam cię, polonistko - zaczęła targi, ta co dostała rolę nauczycielki od geografii.
- Witam geo..., geogra... - polonistka zauważyła, że zastawiła na siebie pułapkę, już była zła na przybyłego belfra. Zemsta będzie sroga. Oby wytrzymać przeszywający wstyd do rozpoczęcia lekcji, tam im pokaże. - Cześć, co u ciebie?
- Wszystko w porządku, a pamiętasz o tym konkursie i o książce? Pal licho konkurs, daj mi nazwiska osób, za które nie będzie mi wstyd w mojej książeczce.
- No to popatrz se na tych ło - rzuciła polonistka i to nie żartem, a wykształceniem o ścianę.
Pani od geografii nachyliła się, dzięki czemu polonistka musiała poczuć nutkę kurażu w jej oddechu. Analizując, lub robiąc coś, co normalnie tak by wyglądało, zaczęła dowodzić:
- Ta dobra, tą wezmę se na Jana Papieża Drugiego, bo wiesz, rocznica, musimy to udczyć w książce. A ten dwójarz co robi na liście? Co ty mi tu tępaków dajesz? Ja tu ciężko pracuję, a on mi swoją pracą zabruździ stronice - użyła sobie niezaprzeczalnie zapracowana nauczycielka.
- Ten? Pisze dobre teksty, nie zawiedziesz się.
- Dwójarz? To czemu ma takie oceny?
- Nie czemu, tylko dlaczego - powiedziała triumfalnie polonistka. - A dlaczego? To nie za umiejętności, tylko za wygląd i styl bycia. Szczurze mówiąc, nie pasi mnie.
- Dzięki, kawał z ciebie dobrej kobiety.
- Użyłaś oksymoronu...
Wraz z odjazdem kamery od rozmówców, słychać wyłącznie, że prowadzona jest dalsza debata, ale sam tok nie jest już zrozumiały. Chwilowe mignięcie drzwi od sali. Następnie dłuższa chwila na budynek VLO w Białymstoku. Słychać dźwięki muzyki, ale nie są to spodziewane brzmienia w stylu "Sensacje XX wieku", czy kolejnej części przygód 007. Sytuacja była tak żenująca, że podkreśliła ją muzyka El Chombo - Chacarron.

Mniej więcej tak widziałem tę sytuację, gdy jeden z autorów, ten dwójarz, a mój brat, opowiedział mi historię powstania tego tomiku. 

Autorzy tekstów mieli brać udział w konkursie, a efekt ich pracy, zachowany jest w tego typu zbiorze. Część z nich to laureaci eliminacji, inni to prominentne osoby, które wcześniej zajęły wysokie miejsca. W każdym razie pani zajmująca się wyborem tekstów, zmuszała niektórych do napisania tekstu o Janie Pawle II, na co wielu się nie zgodziło.

Ogólnie tematyka to region Podlasia plus jakieś tam ciekawostki. Mamy więc opisaną historię jeziora Wigry, Puszczę Knyszyńską, Pałac Branickich i Czarną Wieś Kościelną. Ktoś inny miał kosmiczne widzenia, inny opisuje miejsca z przeszłości i teraźniejszości. A inna dziewczyna nazywa miód - naszym największym skarbem.

Znudziło? No cóż, nie jest to książka najwyższych lotów, traktowałbym to jako pamiątka wyłącznie dla twórców tych tekstów. Nie wiem, jak większość z nich skończyła, ale nie słyszy się, by którekolwiek nazwisko było dziś sławne. Jeśli mam kogoś pochwalić to szczególnie: Agnieszkę Bobrowską, Agatę Moniuszko, Michała Niżyńskiego i Rafała Woźniewskiego. Ich teksty były bardzo dobre.

Tomik wziąłem ze względu na skończony drugi tom "Troi". Szybko poszło i nie jestem rozczarowany. Czegoś takiego oczekiwałem. Widać, że prace w większości wypadków są wymuszone, narzucone, pisane pod dyktando zapełnienia dziury w zbiorze. Kwestionuje to sens robienia konkursów.

Patrząc na jakość dzieł i przypisane do nazwisk tytuły: "laureat regionalny", "laureat eliminacji", "laureat eliminacji szkolnych", zaczynam się zastanawiać na jakich zasadach przyznawane są te zaszczytne wyróżnienia i pierwsze miejsca. Czy są to demokratyczne wybory jednej osoby?

czwartek, 10 maja 2012

David Gemmell - Troja: Tarcza Gromu















Data ukończenia: 7 maja 2012

Data utworzenia recenzji: 10 maja 2012

Recenzja:

Największą mordęgą jest recenzowanie środkowych części sagi, która równie dobrze może nie mieć podziału na tomy. W opinii pierwszej można streścić fabułę, w recenzji ostatniej wzdychać i krzyczeć, że to najlepsza seria, jaką się czytało. A w drugiej? Co można napisać, by nie zepsuć zabawy? Jeśli obawiacie się spoilerów, zapraszam do bałwochwalczego, ostatniego akapitu.

Kilka miesięcy po ataku na pałac Priama, Odyseusz dowiaduje się, że jego przyjaciel, Helikaon, nie żyje. Ksantosa prowadzi Hektor, odpierając ataki mykeńskich piratów. Wojna wisi na włosku, ale wszyscy przygotowują się do nadchodzących wielkimi krokami Igrzysk, na cześć Andromachy i Hektora. Na ten czas nie ma wojen i waśni, jedynie obłuda i skrytobójstwa. Do Troi zmierzają zarówno królowie ze wschodu, jak i z zachodu. Na jednej imprezie zasiądą: Priam, Agamemnon, Odyseusz, Peleus i inni.

I ten moment uważam za kulminacyjny, a zwłaszcza walkę na pięści między Hektorem, a Achillesem. Pierwszy objedzony i lekko pijany, ale serdeczny i szlachetny. Drugi - brutal, bestia wcielona. I wiadomo, że jeśli wygra Achilles, to jego okrucieństwo nie pozwoli pozostawić przy życiu Hektora. Ale to przecież nie może być ta ostateczna walka między nimi! Wiemy, że syn Priama nie ginie w tym akcie. Jakim cudem trojańczyk przetrwa te bombardowanie pięściami tesalczyka. I to jest właśnie wspaniałe, wiadomo, jak się to wszystko skończy, ale póki nie doczytasz, nie uwierzysz!

W drugim tomie zmieniła się obsada. Odsunięto mocno wyeksponowanych: Arguriusa, Helikaona, Andromachę i Priama. Część z powodu śmierci, część z powodu nowych szachów. Po Helikaonie, główne skrzypce gra brzydki król Itaki - Odyseusz. Pojawia się kobieta, Piria, która ma nieszczęście być gwałcona za każdym razem, kiedy spotyka mężczyzn. Jednak na ratunek przychodzą jej kolejne dwie postacie - Kalliades i Banokles. Mykeńczycy, którzy przetrwali rzeź w pierwszym tomie (w sumie byli już wcześniej, ale dopiero tutaj widać ich w pełni). Pierwszy jest bardzo opanowany, facet z przeszłością, który zakochuje się w Pirii. A Banokles to lekkoduch, połączenie Zagłoby i Obeliksa, ale wspaniały wojownik. Obaj są niesamowicie podobni do dwóch rzymskich żołnierzy z serialu "Rzym", Lucjusza Worenusa i Tytusa Pullo. Biorąc pod uwagę konstrukcję zarówno książki "Troja" i serialu wyprodukowanego przez HBO - miłośnicy jednego, polubią drugie.

Są też momenty wzruszające i przerażające. Próba ratowania ulubieńca Odyseusza, wieprza, który nie był zwykłą świnią, ponieważ miał imię - Ganny. Czy też kolejny najazd na Dardanię. Pierwszy skończył się tragicznie, zwłaszcza dla królowej Halizji - podpalono jej syna, a ją brutalnie zgwałcono. Dziecko z gwałtu nie jest przez nią kochane i wciąż wyczuwa, że Mykeńczycy wrócą dokończyć dzieła. Z jednej strony świetnie stworzona psychika kobiety zgwałconej, z drugiej strony jest to przerażające i smutne zarazem, jak cierpi Halizja, którą czeka jeszcze raz ta sama przeprawa.

Nie będę owijał w bawełnę. 2/3 "Troi" zaliczone. Wiem, że trzeci tom będzie równie dobry, co pozostałe dwa. Bo musiałoby się stać coś naprawdę złego, żebym mógł mieć wątpliwości, co do jakości ostatniej przygody. Na przykład: śmierć autora...

poniedziałek, 7 maja 2012

Stephen King - Mroczna Wieża VI: Pieśń Susannah















Data ukończenia: 20 sierpnia 2007

Data utworzenia recenzji: 20 sierpnia 2007 i 30 września 2007

Recenzja #1 (20 sierpnia 2007):

"Stephen King - Mroczna Wieża VI: Pieśń Susannah" przeczytane, ale czasu nie mam na kilka słów, później napiszę. Ale książka bardzo dobra!


Recenzja #2 (30 września 2007):

Nieco czasu minęło, ale i tak muszę się wypowiedzieć. Obok czwartego tomu najlepsza część sagi. Jakoś trzymało w napięciu i po bardzo wolnym piątym tomie, tutaj nagle wszystko rusza z kopyta. No i te drugoplanowe postacie, które czasem są opisywane, jakby były głównymi (tyle wysiłku poświęcono na stworzenie postaci do jednego rozdziału), a przede wszystkim Cullum, Damascus i sam Król. Jestem w trakcie siódmego tomu i muszę przyznać, że na razie to, co stworzył po "Wilkach..." jest kapitalne.


Opinia po pięciu latach:

Po bardzo wydłużonym piątym tomie, wziąłem od razu "Pieśń Susannah". W tamtych czasach nie robiłem tego, co dziś. Nie przerywałem sobie kolejnych tomów inną książką. Z tego powodu występowało znużenie i zmęczenie materiałem. Założyłem sobie, że mam wyłącznie siedem dni na przeczytanie szóstej części, a ponieważ w tamtym roku bardzo wolno mi to wychodziło, był to nie lada wyczyn. Powód? Za siedem dni miałem zostać wcielony do wojska, a jedyne czego się obawiałem, to co będę czytał, jeśli będę miał taki mały tom...

By móc zatopić się w ostatniej części "Mrocznej Wieży", i to w koszarach, zacząłem swój wyścig z czasem. Gdzieś na dwie godziny przed odjazdem pociągu do Poznania 20 sierpnia 2007 roku, zakończyłem "Pieśń...". Jeden z najlepszych tomów!

Po powrocie zdziwiłem się mocno, jak bardzo różnią się opinie czytelników. Ta książka jest uznawana za najgorszą z całej serii. Dlaczego? Występuje tu Stephen King. Nie jest to żadne zaskoczenie, bo już na okładce jesteśmy o tym poinformowani. Jednak ten niewinny element spowodował drastyczne obniżenie średniej oceny tego tomu.

Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Ba! Nawet bardzo przyjemnie się czytało, a moja najmniej lubiana postać dostała w końcu nieco wiatru w skrzydła. Wbrew ogółowi, muszę przyznać, że po tym tomie już byłem niesamowicie podekscytowany możliwością dokończenia całej sagi. A plan został wykonany i bramy koszar przestąpiłem z zaczętym siódmym tomem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...