środa, 11 listopada 2015

Rosalind B. Perfold - Kochać zbyt mocno (Kapcie potwora), czyli o tym jak wygląda przemoc domowa














Data ukończenia: 29 maja 2015

Data utworzenia recenzji: 11 listopada 2015

Recenzja:

Uuuu, tytuł powiał grozą. Czujecie już kobiece żalenie się nad swoim życiem, "nie mogę go opuścić", "ale kiedyś był taki dobry"? Tak, to ten zestaw mamy przed sobą. Osobiście gardzę takimi historyjkami, nie dam rady wymusić w sobie krzty współczucia, a jak bierze żal, to tylko z powodu dzieci, które jeszcze nie poczuły zawodu szczeniackiej miłości, a z grubej rury mają przedstawione konsekwencje kalekiego współżycia obojga rodziców.

Znaleziony za 2,99zł tytuł w koszyku z tanimi książkami to komiks. Narysowany bardzo słabą kreską, niewiele odbiegającą od postaci na okładce. I tak! Głównym bohaterem jest tytułowa Rosalind, która zakochana po uszy w Brianie, sprawia sobie łańcuch z ogniw upokorzeń, molestowania seksualnego i łez. Dziecku też się dostaje, a nawet sugerowane jest, że było wykorzystywane. Mamy tutaj mnóstwo szablonów "złej rodziny", a każdy możliwy scenariusz zdarzył się właśnie Ros.

Sama historia jest na faktach - autorka pod pseudonimem tworzy pewnego rodzaju apel, w którym opowiada swoją niemoc w odejściu od potwora. Przedstawia swoje dziesięć lat, jako okres zmarnowany litością nad mężem i samą sobą. Komiks dobrze się czyta, a ponieważ historia była opowiedziana na stronie internetowej, znalazło się wiele takich Rosalind, które również podpisują się pod tą historią.

Być może początek opinii sugerował moją ocenę, a jednak te kilkaset stron bardzo mi się podobały. Kobieta, która skryła się pod tym pseudonimem ma podwójne jaja - udał się happy end oraz przedstawiła w postaci rysunków wulgarną prawdę "dupnych" związków. Nie ma tu żadnej poezji, a tego bym się obawiał. Kreska autorki pozbawiła treść niepotrzebnych wątków, które mogłyby, takiego laika w tym temacie jak ja, zniechęcić do dalszego śledzenia losów. Czy polecić? Zdecydowanie tak. Uważam, że przedstawienie trudnych tematów (dla niektórych niezrozumiałych) w takiej postaci tylko mocniej podkreśla tragizm sytuacji (bez podtekstów).

niedziela, 25 października 2015

Alan Moore - Strażnicy
















Data ukończenia: 28 maja 2015

Data utworzenia recenzji: 25 października 2015

Recenzja:

Rorschach's journ...

Nie, nie. Postaram się nie robić standardowej recenzji, z przeklejonym na początku wpisem z dziennika Rorschacha. Pierwszy raz mam możliwość powiedzieć, że w końcu na naszym rynku jest książka/komiks, który od dawna powinien być dostępny większemu gronu (podobnie, jak było z "Szatańskimi wersetami"). Po X latach można kupić świetne wydanie "Strażników" za mniej niż 300zł (taką cenę osiągał twór Moore'a jeszcze rok temu na Allegro).

Po śmierci TM-Semic i mojej ulubionej grupy X-Men, bardzo ciężko było mi się odnaleźć w rynku komiksowym. Przez chwilę wydawano Dobry Komiks, sam złapałem "Kaznodzieję", a później przeczytałęm kilkadziesiąt tomów "Dragon Ball". Na tym się zakończyło moje zbieranie komiksów, chociaż do dziś nie mogę sobie wybaczyć przegapienia serii "Władcy chmielu".

Tak było do 2009 roku, kiedy to zobaczyłem plakat "Watchmen" - filmu na podstawie kultowego komiksu Alana Moore'a. Co to za kultowość i kim jest pan Moore? Pamiętam, jak wróciłem do domu po uczelni i ściągnąłem sobie trzy tomy o superbohaterach, żeby zatopić się w tej podobno świetnej historii.

Zaraz? Trzy tomy o superbohaterach? X-Men leci od lat sześćdziesiątych i ma już niezliczone ilości odcinków. Jak "Watchmen" w stosunkowo krótkiej historii może doprowadzić do kultowości? Na tym polega magia Moore'a. Nie moce, nie walka, a fabuła trzyma w napięciu do ostatniego obrazka komiksu.

Komediant z grupy zwalczającej zło. zwanej Strażnikami, zostaje wyrzucony przez okno w swoim mieszkaniu. Śmierć na miejscu. Kto zabił emerytowanego badassa, i czy innych członków rozwiązanej organizacji czeka jego los próbuje się dowiedzieć Rorschach, najbardziej prawicowa postać z jaką spędzicie czas przez następne 12 epizodów (i będziecie jej kibicować, pomimo lewackiego serca).

Całość rozgrywa się w alternatywnej historii USA, gdzie dzięki zdolnościom niektórych Strażników można było wygrać wojnę w Wietnamie, a pewne okoliczności doprowadziły do tego, że Deep Throat nie ujawnił afery Watergate. Mamy dzięki temu Nixona, który ubiega się już o trzecią kadencję.

Każdy z 12 epizodów wieńczony jest reminiscencją. Wydruk z książki jednego z superbohaterów, który ujawnia wesołe i przykre momenty grupy; wywiady z najmądrzejszym człowiekiem świata Adrianem Veidt'em; czy teczka policyjna Rorschacha. Całość buduje uniwersum, w którym żyjesz przez kilkaset stron. Jest własna subkultura, urządzenia, reklamy, komiksy. Świat żyje.

Ale najciekawszą postacią jest Alan Moore. który jest niczym bardziej popularny dziś George R. Martin. Twórca "Watchmen" chciał wykorzystać bohaterów z Charleston Comics (które zostało wykupione przez DC Comics), jednak obchodziłby się z nimi bardzo surowo. Śmierć tych bohaterów oznaczałaby brak możliwości na kontynuację. Mądre głowy z DC Comics dały Moore'owi wolną rękę do stworzenia swoich alternatywnych postaci. Efekt jest świetny.

Mógłbym pisać o tym godzinami, ale najlepszą rekomendacją jest uznanie w książce "1001 książek, które musisz przeczytać", oraz nawoływania mojego pięćdziesięcioletniego taty, który bardzo prosił mojego brata i mnie byśmy ciszej rozmawiali, bo nie chce żadnych spoilerów, a jest w trakcie czytania.

Polecam też film, który obok "300", jest najwierniejszą adaptacją komiksu w historii kina, a scenariusz pisał David Hayter - Solid Snake.

Jeszcze nie przekonani? Zapraszam do linków:


wtorek, 12 maja 2015

Siddhartha Mukherjee - Cesarz wszech chorób. Biografia raka















Data ukończenia: 9 maja 2015

Data utworzenia recenzji: 12 maja 2015

Recenzja:

Niecałe dwa lata temu pewien wojskowy psycholog powiedział mi: "Panie Marcinie, musiałem kupić tę książkę. Czułem potrzebę jej przeczytania".Ta kuriozalna sytuacja spowodowała, że stwierdziłem dwie rzeczy. Ja też potrzebuję ją przeczytać, a po drugie - powinniśmy się zamienić miejscami.

Zainteresowanie medycyną zaczęło się od wspomnianego w innej recenzji leksykonu "Lekarz domowy". Mnóstwo rysunków, które odzwierciedlały różnego rodzaju choroby, rany i egzemy, powodowały u mnie strach i chęć jeszcze poobcowania z czymś egzotycznym. Mózg tak mi przesiąkł niektórymi informacjami, że stwierdziłem, że najlepszą obroną przed wszelkim złem natury jest ciągłe mycie rąk. I tak szorowałem je sobie po dwieście razy dziennie, za każdym razem, gdy dotknąłem zakurzonego przedmiotu, lub otarłem się o kwiat doniczkowy. Miałem w mieszkaniu swoje "korytarze", którymi mogłem spokojnie przejść z punktu A do B i przeżyć. Moje ręce straciły skórę, a by ją zregenerować mama nacierała mnie kremami i zakładała rękawiczki-palczatki, na noc. Krem szczypał, jak diabli. Na dodatek zimą, zupełnie mi się nie goiły. Na lekcji polskiego siedziałem w ławce i zaciskałem pięść, by patrzeć, jak przez cienką skórkę widać mi kostki palców... Ostatni bastion padł, i gdzieś po pół roku moich eksperymentów, kilka solidnych lekcji wymierzonych w najczulsze miejsca, definitywnie wybiło mi z głowy wszelkie zbędne mycie, a dziś mogę się nazwać szczęśliwym brudaskiem.

Moje "nieszczęście" nijak ma się do tragedii osób chorych na raka. Przyznam szczerze, że mało o tym czytałem, nie miałem ochoty nawet wnikać w te tematy - moim "konikiem" od dawna były choroby skóry. Ale pojawienie się na rynku tego tytułu, dało mi szansę zapoznać się z tą ciemną dziurą medycyny.

Książka zaskoczyła mnie dwa razy. Byłem pewien, że zaglądając do niej napotkam treść, która będzie za mocna dla laika i siadając do niej podpisałem kontrakt z diabłem, że przez następne 600 stron mam prawo nie wiedzieć, co się dzieje i nie będę narzekał. "Cesarza..." czyta się łatwo i nie potrzeba żadnej wiedzy medycznej, by poznać historię nowotworów. Autor wyjaśnia nam zawiłości, wraca do starożytności i pokazuje nam, że nasza nowa cywilizacyjna choroba, nie jest taka nasza i taka nowa.

Jednak im bliżej naszych czasów, tym książka nudniejsza. To właśnie te drugie zaskoczenie - myślałem z początku, że to kwestia przesytu materiałem, a może wróciło to, na co się zgodziłem i jednak nie jest dla laików? Teraz pisząc recenzję stwierdziłem, że to nie jest kwestia trudności języka, a tematyki. "Biografia raka" miała być dla mnie obrazem wszelkich chorób, a nie myślałem, że dostanę dogłębną analizę walki z nim. Żeby mnie ktoś nie zrozumiał źle - cieszy mnie to, że są pokazane te wątki, ale są tak mocno wyeksponowane, że tytułowy bohater schodzi na dalszy plan, a za niego pojawiają się naukowcy, lekarze, aktywiści. Ciężko mi było przebrnąć przez te rozdziały, dochodziło do sytuacji, kiedy odpuszczałem sobie lekturę. Tematyka nie pociągająca, a i rozdziały nie skierowane do mnie.

Pierwsze 200 stron i ostatnie 50 - ideał, Pozostałe 350 - mordęga. Wiem, że inne osoby, mogłyby czerpać przyjemność, nadzieję z tych właśnie stron, ale to subiektywna opinia i w niej nie ma litości. Książka na raz, a gdybym miał ją ocenić, to będzie to takie 6/10. Średniak, ale jednak po tej jasnej stronie mocy.

A! Skóra się zagoiła.

niedziela, 25 stycznia 2015

Terry Deary - Wyzwanie dla żółwia
















Data ukończenia: 25 stycznia 2015

Data utworzenia recenzji: 25 stycznia 2015

Recenzja:

Czytam w tym momencie książkę, która jest tak odpychająca i męcząca, a zarazem tak świetnie opisana, że pochwalę się o niej w następnej recenzji. Nie chciałem sobie psuć humoru w leniwą niedzielę i postanowiłem odsapnąć od smutnych historii, a poszukać czegoś lekkiego.

Już lżejszej znaleźć pod ręką nie mogłem. Wróciłem do "Greckich opowieści", by przy okazji sprawdzić, czy pozostałe wydania trzymają wyższy poziom od "Trojańskiego kłamcy". Terry Deary bierze na warsztat bajkę Ezopa "Żółw i zając", a głównych bohaterów zastępuje greckimi dzieciakami. Kypselis zakłada się ze swoim rówieśnikiem, że pokona go w wyścigu podczas szkolnych igrzysk olimpijskich. Stawka jest wysoka: postawiono kozę i siostrę bliźniaczkę Kypselisa - Helenę.

Autor nie przemęczał się, krótka historyjka z wplątanymi ilustracjami Helen Flook, to przyjemność na 10 minut, Ktoś może oskarżyć, że przecież skierowana jest do dzieci. Nie wydaje mi się, jest tu na przykład kwestia dopingu, ale ani nie tłumaczy, co robią liście dziewanny, ani dlaczego jest to niby oszustwo. Sprawa bardziej może interesować starszego czytelnika, a nie dziecko, które łaknie fajnej opowiastki o wyścigu i kolorowych rysunków.

Ta książeczka stoi w rozkroku między bajką o żółwiu i zającu, a greckimi opowieściami. Powoływanie się na którykolwiek z tych tematów, to kpina. Równie dobrze, ktoś mógł opisać mój wczorajszy dzień z perspektywy egipskich opowieści. Tylko komu o tym pisać, a zwłaszcza komu o tym czytać?

niedziela, 28 grudnia 2014

George R. R. Martin - Starcie królów















Data ukończenia: 27 grudnia 2014

Data utworzenia recenzji: 28 grudnia 2014

Recenzja:

Po irytującym pierwszym sezonie serialu musiałem nieco odpocząć od dzieł Martina, ale gdy zasiadłem już do drugiego tomu - poczułem lekkie rozczarowanie. Pierwsza połowa książki dłuży się niemiłosiernie, a nie jest to godne wspaniałej pierwszej części. Gdybym miał sobie przypomnieć konkretne sceny, to muszę przyznać, że jedynie wprowadzenie nowych postaci do fabuły (a raczej możliwość obserwowania ich z bliska) było tym czymś, co prowadziło ją do przodu.

Sama historia dotyczy tytułowego starcia królów. Po "Grze o tron", mamy tutaj kilkaset procent więcej królewskich łbów do ścięcia, a każda morda gorsza od poprzedniej. Fircykowaty Renly i jego skostniały, i fanatyczny brat - Stannis, to moim zdaniem główni bohaterowie tej całej katastrofy. Stosunków tutaj nie będę opisywał, ale sama postać Stannisa zasługuje na oddzielny akapit.

Nie jest to postać, którą polubiłem, wydaje mi się, że jest w niej za duża sprzeczność. Król ten za uratowanie życia, daje tytuł lordowski pewnemu przemytnikowi Davosowi "Cebulowemu Rycerzowi", z drugiej strony jest tak sprawiedliwy, że za przeszłość swojemu nowemu sprzymierzeńcowi - ucina palce. Davos niczym opętany syndromem sztokholskim, ślepo podąża za swoim panem. Niestety Stannis zapomina o swoim podejściu, gdy ma możliwość przejęcia armii brata. Nie wiem, czy to jest błąd w scenariuszu, czy poznajemy jego obłudną stronę.

Na razie za dużo narzekań! Powiem szczerze - nie zdawałem sobie sprawy, że od drugiej połowy książki tytuł "Starcie królów" może być tak adekwatny. Tom trzymał moje emocje w garści do samego końca. 

Są nudne fragmenty, same rozdziały Jona Snow i Daenerys są tak nużąco napisane, że życzyłbym sobie skrócenie tych epizodów, ewentualnie poprawę w następnym tomie. Jednak ostatnie 200 stron czyta się jednym tchem i tylko nastraja do tego, by sięgnąć od razu po trzecią część. Jestem twardy i biorę dwie inne książki, ale do Westeros już teraz chcę wrócić.

wtorek, 11 listopada 2014

Monika Jaruzelska - Rodzina

















Data ukończenia: 3 listopada 2014

Data utworzenia recenzji: 11 listopada 2014

Recenzja:

Myślę, że każdy się tego spodziewał. Komplet: ascetyczna okładka "Towarzyszki...", same nazwisko i być może wścibstwo polityczne u tych bardziej podnieconych czytelników sprawił, że książka sprzedała się w wystarczającym nakładzie. Powstał, więc sequel, który żartobliwie sama Jaruzelska nazwała "Towarzyszka Panienka II".

Sequele dzielę na dwa typy: "Terminator 2" i "Ucieczka z Los Angeles". Pierwszy to doskonałość w każdym calu - nikt jej nie oczekiwał, ale jak dostał to był zakochany. Drugi typ, to taki reżyserski ""nie chcem, ale muszem", gdzie zarówno twórca, jak i widz, nie spodziewali się niczego zajebistego, a obraz okazał się gorszy niż obstawiali.

Niestety, druga książka Moniki Jaruzelskiej, to taki naciągany sequel. Już na samym wstępie autorka pokazała, czego się obawia w kontynuacji. A cały problem polega na tym, że słowo "kontynuacja" to klucz w tej recenzji.

Autorka starała się, jak mogła, ale nie miała pomysłu, co w niej zawrzeć. Sam tytuł, "Rodzina", wydaje mi się dopisany w ostatnim momencie, gdy okazało się, że tych treści jest w niej najwięcej. Sama skarży się, że terminy i wydawca gonią ją. Oczywiście wszystko to pisane jest żartem, ale przypominają mi się lekcje plastyki w podstawówce, gdzie ulubionym powiedzonkiem dzieci łaknących szczypty pochlebstwa było stwierdzenie: "wiem, że brzydko namalowałem...".

W poprzedniej recenzji pisałem, że podoba mi się podejście autorki do polityki. W "Towarzyszce..." zgrabnie omijała tematy, które mogłyby wprowadzić za dużo nerwów. W tym tomie, nie widzę już tego opanowania. Gdzieś tam zawsze pojawi się komentarz, który będąc zgodny, czy nie z Waszymi poglądami - po prostu płocho waniajet.

A gdzie ta cała "rodzina"? Autorka opisuje nam rozdział po rozdziale, jak nie ma czasu przeprowadzić wywiadu z rodzicami. Po czym następuje punkt kulminacyjny (ten wywiad), a w nim nic ciekawego...

Książka wymuszona, ale dobra. Szybko się czyta i przyjemnie, nie mogę ocenić negatywnie kunsztu Jaruzelskiej. Ale jeśli to, co pisała autorka o wydawnictwie ("oczywiście" żartobliwie) jest prawdą, to już wiem, kto tu jest najbardziej winny. Dobrze czytający się średniak, ale na trzecią książkę proponowałbym zmienić formułę, która tutaj okazała się mizerna.

środa, 29 października 2014

Martin ZeLenay - U progu zagłady















Data ukończenia: 27 października 2014

Data utworzenia recenzji: 29 października 2014

Recenzja:

Mam dziwne wrażenie, że przeczytałem jedną z tych książek, która ucierpiała na tym, że za dużo wątków zostało wprowadzonych w jednym tomie. W tym roku po przeczytaniu "Tajny raport Millingtona" byłem przekonany, że błędy, które były na porządku dziennym w pierwszym tomie, w drugim się już nie pojawią.

Zacznijmy od tego, że książka została przetłumaczona z oryginału pod tytułem Eve of Destruction, ale w sieci nigdzie nie znajdziemy takiego tytułu. Jak mniemam nigdzie indziej, niż w Polsce, tytuł nie został opublikowany. Ta uwaga wiąże się z kolejną. "Tajny raport..." miał polskie wtręty, gdzie nagle okazywało się, że Polska to bardzo istotny, drugoplanowy kraj, który pośrednio ma związek z główną fabułą. Na przykład, jedna z głównych postaci miała polskie korzenie lub podczas jakiegoś spotkania pada rozmowa o historii naszej ojczyzny. Wszystko wydawało się stworzone po to, by polski czytelnik czuł dumę, a zagraniczny zrozumiał zawiłe treści do których prawdopodobnie nie miał dostępu.

"U progu zagłady" ma bardzo podobny schemat, wrzuca polskie wątki na samym początku, ale patrząc na jedyny kraj wydania tego tomu, zaczynam zastanawiać się, czy nie lepiej jest napisać ciekawą powieść dziejącą się w Polsce, nie z Frankiem Shepardem, a ze Zdziśkiem Zarzeckim. 

Wracając do samej treści. Drugi tom przenosi znane nam postacie w bardziej określony czas, wybór papieża Franciszka, ładunek wybuchowy kierujący się do Watykanu, Putin i Korea Północna. Fakty wymieszane z fikcją, to dobry materiał na powieść lub na film. Niestety, ponownie wrócę do pierwszego tomu. Tam również fabuła była opisana w taki sposób, że lepiej by się to oglądało niż czytało. Każdy rozdział skonstruowany jest na zasadzie cięć. Będę to bardzo łopatologicznie tłumaczył. Tak, jak w szybkich akcjach w filmie, następują cięcia i ukazanie  innego momentu z innej perspektywy, w innym miejscu lub czasie. Wygląda to widowiskowo i dynamicznie. Podkreślam słowo WYGLĄDA!

Czytając ma się wrażenie, że siedzimy w biurze z głównymi bohaterami, gdy nagle mamy opis sytuacji na drugim końcu świata, by przekazać nam coś, czego i tak nie załapiemy. Po czym, po tych trzech zdaniach opisujących akcję w innym mieście - wracamy do naszego biura. Dynamizm opadł przez ten jeden dodany akapit. Świetnie to wygląda na kliszy filmowej, na stronicach książki wypada to komicznie.

Dialogi idealnie stworzone, niczym żywcem wyciągnięte z biura. Sama historia, pomimo kuriozalnej losowości na sam koniec (przypomina mi to sytuację, z gry Podwójne kłopoty Buda Tuckera, w której główny bohater utknął w więzieniu, gdzie spotyka scenarzystę, który tłumaczy, że nie mieli pomysłu, jak go stąd wyciągnąć. Włączył więc odpowiedni przycisk, który zmaterializował drzwi do supermarketu, co miało pomóc w dokończeniu fabuły), jest bardzo dobrym materiałem. Gdyby zredukować środek książki do niezbędnego minimum, tytuł nie zatraciłby akcji którą stworzył na początku i na końcu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...