niedziela, 18 marca 2012

Ed Strosser, Michael Prince - Najgłupsze wojny. Obywatelski przewodnik po nieudanych puczach, spapranych przewrotach, bezsensownych inwazjach i absurdalnych rewolucjach
















Data ukończenia: 15 marca 2012

Data utworzenia recenzji: 18 marca 2012

Recenzja:

Już któryś raz zauważam, że koszyki w hipermarketach z tanimi książkami to kopalnia skarbów. Za cenę jednego "bestsellera" w księgarni, można zakupić kilkanaście "bestsellerów", które nie znalazły nowego właściciela kilka lat wcześniej. Biblioteczka poszerzyła się o kilka ciekawe tytuły, a jednym z nowych nabytków jest recenzowana książka.

Pamiętam, jak zobaczyłem bardzo prostą okładkę i od razu zacząłem się zastanawiać nad wydaniem swoich sześciu złotych. Kupić, czy nie? Spis treści zadecydował za mnie. Dwie wojny paragwajskie były uwzględnione. Musiałem to mieć!

Książka jest napisana humorystycznie i już dawno mnie nie uradował żaden tytuł, który w zamiarach miał być śmieszny. Pełno drwin z sytuacji, jak i z ludzi. Przywary zasłaniają zalety niemal każdej osoby uwzględnionej na stronicach. Autorzy, którzy prawdopodobnie są amatorami historycznymi (stwierdzam to po bibliografii), w bardzo przystępny sposób opisali konflikty, które nieszczególnie łatwo były przedstawiane w szkolnych podręcznikach (chociaż z autopsji wiem, że według planów zajęć, historia kończy się na II wojnie światowej, nigdy nie zdarzyło mi się pisać kartkówki z okresu powojennego).

Z bardzo starych wojen mamy dojście do władzy w Cesarstwie Rzymskim rolnika i Czwartą Krucjatę, gdzie nie zginął żaden muzułmanin.W Ameryce Południowej widzimy wszystkie wojny paragwajskie, konflikty o ptasie łajno, czy brawurową akcję Argentyńczyków na Falklandach. W Europie pucze moskiewskie i monachijskie, wojnę radziecką z Finami i Afganami, zamach na Hitlera i konflikt Rumunia versus reszta świata.

O ile wyżej wymienione afery są bardzo dowcipnie opowiedziane, ale zarazem tak stworzone, że człowiek nie gubi się w natłoku informacji, o tyle Ameryka Północna i jej konflikty są potraktowane, jakbyśmy to wszyscy znali i nie potrzebne nam były wyjaśnienia. Właśnie w tych rozdziałach można zauważyć, że brak jest polotu, a humoru też niewiele, a jak jest, to bardzo wymuszony. Inwazja USA na ZSRR i w Zatoce Świń są tego dobrym przykładem. Ale rozdział pod tytułem "Rebelia Whisky", to szczyt nudy. Jedynie wojna USA-Grenada trzyma poziom pozostałych rozdziałów. Oznacza to prawdopodobnie, że Ameryka Północna nie miała ciekawych wojen lub były tak bezbarwne, że dowcipy nie pomogły.

Minusem jest ograniczenie się jedynie do trzech kontynentów. Brak Azji, Afryki i Oceanii. Z tego co widziałem, panowie zakończyli na tym swoją podróż po najgłupszych wojnach i następcy nie widać. Jednak zachowałbym się zupełnie nie fair, gdybym nie polecił jednej z ciekawszych książek babrającej się w brudach historii.

sobota, 10 marca 2012

Ayn Rand - Atlas zbuntowany
















Data ukończenia: 29 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 10 marca 2012

Recenzja:

Recenzja będzie chaotyczna, bo i chaotycznie powieść była czytana. W ciągu dwóch i pół roku niewiele zapomniałem, ale to co się działo i w treści, i w świecie rzeczywistym, doprowadziło do tego, że wiele rzeczy, o których miałem wspomnieć, mogło mi zupełnie wyparować.

Tak! Dwa i pół roku zajęło przeczytanie mi tej książki. Prawie 1200 stron. Mały druk, wielkie gabaryty. Zanim jednak zacznę opowiadać o tym, jak do tego doszło, z lekka wezmę na warsztat całą otoczkę, która się uaktywnia i zaczyna interesować potencjalnego czytelnika, zanim jeszcze zobaczy, jakie tomiszcze musi trzymać w ręku.

Chlubą tego tytułu i największym zainteresowaniem budzi "fakt", że w Stanach Zjednoczonych jest to najczęściej czytana książka, zaraz po Biblii. Jeśli jest ona tak czytana, jak Biblia, to można te słowa rzucić w kąt. Ayn Rand to autorka, która musiała widocznie napisać coś, czego ludzie potrzebowali. Jeżeli Pismo Święte pokazuje, jak żyć kochając bliźniego swego, to co musi pokazywać "Atlas zbuntowany"? Dążę tu do stwierdzenia, że książka równie dobrze może konkurować z takimi bestsellerami, jak: "Nie potrafię schudnąć", czy "Jak skutecznie rzucić palenie?". Poradniki, które nic nowego nie mówią, ale złaknionym odmienności i duchowego przewodnika dają chwilowe poczucie własnej wartości, do momentu odłożenia drewienka (papieru) na półkę. Myśl ta przyszła do mnie w trakcie czytania "Atlasu", a nie przed. Prawda jest taka, że poszerzyłem grono czytelników złapanych na otoczkę, a nie na chęci przeczytania tej cegły. Inna sprawa, że samo słowo "czytana", jest dla mnie równoznaczne ze słowem "zaczęta". Ale przejdźmy do fabuły.

W skrócie, w USA jest multum wybitnych jednostek. Wspaniali bankierzy, przemysłowcy i naukowcy. Tworzą i czerpią z tego profity. Pewnego dnia, kilku bardzo ważnych urzędasów, stwierdza, że dla dobra społeczeństwa wszystko, co zostało wyprodukowane przez tych mistrzów umysłu, powinno być przekazane Ameryce, a co za tym idzie, dla każdego towarzy... tfu, obywatela. Osoby pokrzywdzone, w większości przez zastraszenie, oddają prawa do swoich dzieł i znikają. Inni, pierw niszczą cały swój dorobek i znikają. Dochodzi do sytuacji, kiedy cały kraj topi się w nędzy, ponieważ nie ma maszynistów do kontrolowania całego urządzenia. Nasuwają się pytania: Dlaczego? Gdzie uciekli? Kto podsuwa im pomysł? I te "najmądrzejsze", które jest niczym strzelba wisząca na ścianie: Kim jest John Galt?

Streściłem, jakieś 800 stron książki! Pozostało jeszcze 400, które dam sobie spokój opisywać. Kiedyś czytałem komiks "Watchmen", gdzie była pewna wyspa z ludźmi, którzy byli "naj" w swojej dziedzinie. Już po 300 stronach doszła do mnie taka myśl, że chyba "Atlas" i komiks mają kilka cech wspólnych. 

Dlaczego tak, długo musiałem to czytać? Są tego dwa powody: wydanie i autorka. To co trzymałem w ręku jest tak wielkie, że żeby przenieść ją z punktu A do B, trzeba mieć nie tylko krzepę, ale także miejsce. W podróż nie weźmiesz. Do autobusu też nie. Po jakimś czasie zastanawiasz się, czy do teczki włożyć laptopa, czy "Atlas". W końcu nawet się nie zastanawiasz i zostawiasz cegiełkę w domu. Jeśli 80% dnia spędzam poza domem, to nie mogę paradować z paczką w ręku. Nawet jeśli mam czas w trakcie pracy, żeby sobie coś poczytać, to przez gabaryty rezygnowałem z czytania "Atlasu", na rzecz mniejszej książki. W między czasie, od dnia rozpoczęcia mojej podróży z powieścią do jej ukończenia przeczytałem, co najmniej, 49 książek! Nie próżnowałem. A można było inaczej ją wydać, w trzech tomach, tak jak podzielona jest na trzy części w środku. Ale dobra, niech im będzie.

Drugi powód to sama autorka. Takiej marudy już dawno nie czytałem. Sama fabuła to historia na maksimum 300-400 stron. W przypływie chęci wykazania się elokwencją i inteligencją, można dołączyć wstawki elokwentne i inteligentne, więc dajmy maksimum 500 stron. Ale trzymałem w ręku prawie 1200! Z czego to wynika? A wyobraźmy sobie, że na bankiecie korporacyjnym, przy stole, wybierając czym będę wymiotować po imprezce: kawiorem, czy ciasteczkami, przychodzi uosobienie ideału, mężczyzna, który zaczyna rozmawiać. Rozmawia sobie sam do siebie, przez kilkanaście stron i uświadamia wszystkim, że ludzie to głupcy, bez talentu i własnej woli. I gada tak, a wszyscy sobie słuchają i przerwać mu nie potrafią. "No bo on tak ładnie opowiadał".

A teraz wyobraźmy sobie, że ten inteligentny bełkot jest w pociągu, w łóżku, w hotelu, w taksówce, przed seksem i po, w więzieniu, z bratem i bez, na peronie, na budowie, w samolocie, na przyjęciu, po przyjęciu, rozebrani czy też nie. Z kobietą, mężczyzną, z wojskowym i Murzynem, z jego żoną, matką, no i bratem, oddzielnie i przy kolacji, patrząc w okno, w myślach... DOSYĆ!! WIEM, ROZUMIEM! Tak, jak Biblia mówi kochaj bliźniego swego, tak "Atlas" mówi, kochaj siebie samego, bądź egoistą, wszystko co osiągnąłeś jest Twoje i kochaj to, bo to tylko dzięki Tobie!

I muszę odstawić książkę, bo przeczytałem dopiero 50 stron, a mam dosyć tej samej gadki w tych różnych okolicznościach. Biorę coś lżejszego, Fleminga, albo tego nieszczęsnego Coelho, i używam sobie na nich. Cała frustracja wylana na autora, później coś przeczytać dla przyjemności. Życie jest piękne! Ale przez cały czas po głowie mi coś łazi, nie daje spokoju, mam na sumieniu jedną książkę, której jeszcze nie przeczytałem. I siedzę w domu, trzymając w rękach książkę, na którą mam chęć od paru tygodni i muszę ją odłożyć. "Bo kurwa, Atlas!". I znów ten sam schemat, początek nowego podejścia idzie gładko, by po kilkudziesięciu stronicach rzucić powieść w furii.

Po jakimś czasie, zacząłem oceniać nie samą książkę, a kowala, który wykowalił to dzieło. Wszystkie te inteligentne teksty musiały być tworzone chyba z jakichś wyrzutów sumienia. Całość tych monologów wygląda tak, jakby ktoś nie mógł się pogodzić z tym, że nie dano mu czasu na powiedzenie tego, co myśli. O co mi chodzi? Wyobraźmy sobie, że Ayn Rand poszła na urodziny swojej koleżanki i ktoś do niej powiedział coś niemiłego. Ona w tym momencie otwiera jadaczkę, i pragnie wygłosić swoją tyradę, pełną wspaniałych tekstów, które powodują, że przystojni mężczyźni widzą w niej obiekt seksualnych westchnień, kobiety z zazdrością patrzą na jej mózg przez pryzmat poruszających się warg. Głos zaczyna: "Głupi ten, co głupio robi". Ale efekt był nie taki, jakiego się spodziewała. Ledwo dokończyła swoje pierwsze zdanie, które było początkiem jej potoku myśli na trzynaście stron, a ktoś jej przerwał i wszyscy wpadli w śmiech. Urażona Rand wróciła, obrażona na cały świat, do swojego mieszkania i zaczęła krążyć po nim, układając monolog, który chciałaby wtedy wygłosić. Rozdzierając tekst na części, dodając nowe szczegóły, kasować i wklejać pewne wyrażenia. Aż pełna błogostanu położyła się do łóżka, bo się wyżyła po wsze czasy. Spisała swoje teksty na kartkę papieru, gdzie stworzone przez nią postacie nie będą przeszkadzać jej w tej najważniejszej chwili, podczas urodzin jej koleżanki.

I poważnie tak myślę, że Ayn musiała mieć straszne kompleksy na punkcie niedocenienia i pogardy ze strony jej znajomków, którzy pewnie nią nie gardzili, a jedynie nie stawiali jej w centrum uwagi z najzwyklejszych powodów.

Ale skłamałbym w jednym. Nostalgia mnie ogarnia przez ten wysiłek, przez to, co czytałem i to, co kątem oka widziałem w świecie rzeczywistym. 

Czytałem ostatnie rozdziały podczas protestów w sprawie ACTA, jedno na drugie się nachodziło. Walka z rządem, bunt przeciwko ingerencji w życie szarego człowieka. Składam z liter wyrazy w "Atlasie" o wojnie między społeczeństwem, a klasą rządzącą. W telewizji widzę ACTA.

Widzę, jak trudno znaleźć pracę. Studia to studnia, w którą się wpada i traci czas na próby wydostania się z niej. Marzenia o odzyskanym czasie. Czytam w "Atlasie" o upadku inteligencji, egoizmu i egocentryzmu.

Widzę kątem oka. Mój pierwszy poważny związek, który zmierza ku dobremu. Czytam o Dagny i jej relacjach z Galtem.

Widzę. Opisy na każdym kroku. Na GG, na Facebooku. "Życie jest piękne". "Kocham swoich przyjaciół". "W 100% szczęśliwa"... A czytam o obłudzie, kłamstwie, by nie spojrzeć tylko sobie prosto w oczy, w lustro i stwierdzić przed samym sobą: "Spieprzyłam!".

Widzę. Katastrofę w Smoleńsku. Czytam o mostach, które runęły, wypadki kolejowe, upadek gospodarki.

Widzę. Związki, które padły. Czteroletnie, czy pięcioletnie? On wydaje swoje ostatnie oszczędności, by ją uszczęśliwić, ona potrzebuje wolności, choćby i za cenę własnego JA. Kontrolowana przez swoją matkę, która wetuje wszystko to, co dobre między nimi. Na rzecz JEJ "wolności"! Czytam. Związek Reardena ze swoją żoną i mieszającą się we wszystko matkę.

Widzę....("DOSYĆ!! WIEM, ROZUMIEM!").

I tyle! To były dziwne dwa i pół roku. Wielu rzeczy się nauczyłem, wiele się zmieniło. Jak mam ocenić książkę, która mnie wymęczyła, jak nic do tej pory. Przeczytajcie, ale może streszczenie. Wyzute już z tych opisów. Miło będę wspominał "pracę" z tą powieścią, bo był to bardzo ciekawy czas. Ale nigdy więcej Ayn Rand i jej książek!

wtorek, 28 lutego 2012

George Orwell - Folwark Zwierzęcy















Data ukończenia: 11 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 28 lutego 2012

Recenzja:

Szukając czegoś krótkiego do przewertowania, trafiłem na "Folwark Zwierzęcy". Ciekaw jestem, kto jakie ma skojarzenia, wymawiając te dwa słowa. Osoby urodzone w latach osiemdziesiątych prawdopodobnie z nostalgią wspominają film animowany. Osoby świeższe mogą kojarzyć film pełnometrażowy z 1999 roku.

Wszystkie te dzieła są wspaniałe! Gdy pierwszy raz zapoznawałem się z Folwarkiem były to wczesne lata dziewięćdziesiąte, gdy na kasecie video zacząłem oglądać świnki, koniki, owieczki, które wyrzucają z dworu swego właściciela i rozpoczynają pracę nad stworzeniem swojego własnego społeczeństwa, gdzie każdy będzie szczęśliwy. Świnki okazały się złe, bajka stawała się straszniejsza z minuty na minutę, moment z koniem i rzeźnikiem doprowadzał mnie do "prawie płaczu" i czuło się po seansie pewną pustkę. Coś mnie musiało ominąć. Z racji tego, że wiele rozrywek na kasetach video nie było, zdążyłem się nauczyć całego filmu na pamięć.

Będąc w pierwszej klasie podstawówki zacząłem czytać książkę (gdzieś między "Pilot i ja", a "Na jagody", co tylko dobrze obrazuje, jakie miałem problemy z literaturą na moim poziomie), ale nie przyrzeknę, że ją skończyłem. Po tym akcencie, zostawiłem temat na wiele lat.

Powróciłem do niego, gdy zaczęto wspominać o nowej ekranizacji książki Orwella. Tym razem miano posłużyć się "prawdziwymi" zwierzętami, a nie rysunkowymi. Jednak nie to było najciekawsze. W kolorowym czasopiśmie przeczytałem, że knur Napoleon to Józef Stalin. Przeczytałem cały artykuł i poczułem się, jakby mi ktoś strzelił w przyłbicę śledziem. Zaczęto porównywać każde zwierzątko do prawdziwych postaci, które zapisały się na kartach historii. Nie ma już Snowball'a, Majora, Squealer'a i Minimusa. Teraz jest Trocki, Marks, Mołotow i Gorki. Szok! Najgorsze jest to, że wszystko, co tam było napisane, to ten brakujący element, którego nie znalazłem, jak byłem samosmrodkiem. Wziąłem książkę po raz drugi, czytając coś czego wcześniej nie było. Po czym obejrzałem nowy film, który jest równie świetny, jak pozostałe dwa dzieła.

Oczywiście może trochę przesadzam ze wszystkim. Miałem wtedy góra 12 lat i wiedziałem o czym jest książka, wiedziałem, że to totalitaryzm i ogólnie wszystko, co się tam dzieje jest z góry ustalone, że jest niedobre. Jednak zaskoczyło mnie, że oficjalnie przydzielone są nazwiska do konkretnych zwierząt. Zmienia to zupełnie wydźwięk powieści, bo wiadomo, kogo konkretnie ocenia.

Tym razem wziąłem do ręki książkę, by móc sobie po raz kolejny przypomnieć film animowany, a za jakiś czas wrócę do pełnometrażowego. Średnio co 10 lat wracam do tej historii i najwspanialsze jest to, że się zupełnie nie zmienia, wciąż jest arcydziełem, jeśli chodzi o literaturę i wydaje się być wciąż aktualna. Tylko inne osoby można przyporządkować do konkretnego towarzysza w Folwarku Zwierzęcym. Film animowany jest świetnym dopełnieniem i nie wyobrażam sobie jednego bez drugiego. 

sobota, 11 lutego 2012

Roberto Bolaño - Chilijski nokturn
















Data ukończenia: 6 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 11 lutego 2012

Recenzja:

Literatura iberoamerykańska jest specyficzna i nie przemówi do wszystkich. Charakteryzuje się chaosem w tekście, niedopowiedzeniem, a także próbuje nie oceniać moralności. Do dwóch wielkich dzieł, które mają w sobie wymienione cechy zaliczyć można "Grę w klasy" Cortazara i "Ja, Najwyższy" Bastosa. Znacznie mniejszą powieścią, ale spełniającą te kryteria, jest recenzowany właśnie "Chilijski nokturn" Bolaño.

Już dawno nie zdarzyło mi się przeczytać książki w jeden dzień. Siedząc sobie w kawiarni w ciągu trzech godzin przeczytałem powieść kupioną za 99 groszy w przecenie. Uwielbiam tę serię wizualnie i gdy jest możliwość dokupuję książki, które ładnie komponują się na półce. Jednak po "Namalowanym oknie" Somozy wiem, że znaczna część tych utworów nie przypadnie mi do gustu. Bolaño to osoba, której nie znam, a z zakupionych pozycji, wybrałem najmniejszą i najlżejszą.

Ksiądz Lacroix, który przez całe życie prześladowany jest przez "podstarzałego młodzieńca", cierpi w łóżku i wspomina swoje życie. Czego tutaj nie ma? Jest i Allende, i pucz Pinocheta. Główny bohater żyje z tymi autentycznymi postaciami i spotyka je na swojej drodze. Ma okazję uczyć marksizmu Augusto, który jeszcze nie doszedł do władzy. Widzi największe zmiany zachodzące w Chile. Nie jest do końca przekonany, czy to co robi jest dobre, czy nie. 

Jednak to nie jedyne historie, które pojawiają się na 130 stronach. Ksiądz Sebastian zwiedza europejskie kościoły i sprawdza, jak są konserwowane. Widzi swoich europejskich "braci", którzy są sokolnikami i używają swoich zwierzątek do polowania na gołębie, które brudzą ściany klasztorów. Czyż gołąb nie jest symbolem Ducha Świętego?

Inna historia tyczy się pewnego pomieszczenia w domu Marii Canales, w którym pewien gość podczas wspólnego wieczoru zobaczył nagą, przywiązaną do łóżka osobę. I dlaczego dziecko Marii ma taką smutną twarz, kiedy niania zabiera go na górę, do swojego pokoju? Czy jego oczy widzą coś, czego nie chcą widzieć?

Bo cały sens książki zawarty jest w jednym z pierwszych zdań na pierwszej stronie powieści: "jest moralnym obowiązkiem człowieka odpowiadać za własne czyny i za własne słowa, a także za własne milczenie...".

Trudno mi ocenić pozycję, bo z jednej strony jest to bardzo dobrze napisana książka, którą bardzo szybko się czyta i ma pewne elementy fabuły, które przytwierdzają do kawiarnianego fotela, aż do samego końca. Z drugiej strony nie jest to powieść, którą trzeba przeczytać, a przypomnienie sobie niektórych fragmentów byłoby dla mnie niemożliwe, gdybym nie pisał recenzji z powieścią Bolaño na kolańo.

niedziela, 5 lutego 2012

Michał Grzesiek - James Bond. Szpieg, którego kochamy
















Data ukończenia: 5 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 5 lutego 2012

Recenzja:

Pomimo tego, że o samym Bondzie się mówi i duża grupa ludzi ma serdecznie dosyć całego zamieszania wokół tej postaci, rynek w Polsce nie rozpieszcza nas wydaniami książek traktujących o tym fenomenie. Dlatego każdy rodzimy produkt, który wychodzi, to dobra okazja do świętowania. Nawet jeśli jest to tak mierny wyrób, jak "Bond. Leksykon" (co tylko dobrze ilustruje, jaka jest posucha).

O nowej książce o Bondzie dowiedziałem się w bardzo niecodzienny sposób. Odezwał się do mnie sam Michał Grzesiek, który przez przypadek trafił na moje recenzje na blogu. Zareklamował mi swoją książkę (jeszcze nie wydaną) i przesłał na pobudzenie apetytu kilka wycinków. Tym razem wiedziałem, że jest na co czekać.

Książka traktuje wyłącznie o oficjalnych filmach, co uważam za bardzo sensowne rozwiązanie. Nie można zarzucić, że czegoś brakuje, tak jak to robiłem podczas recenzowania "Leksykonu", gdzie zostały opisane wyłącznie książki wydane na rynku polskim i to nie w pełni (brak Higsona), a pominięto dzieła Gardnera, czy Bensona. Michał Grzesiek wybrał filmy i chwała mu za to, że nie próbował przedobrzyć, wszystkie 22 części są. Ni mniej, ni więcej.

Bardzo oryginalne jest samo opisanie filmów. Każda część jest podzielona na trzy podrozdziały. Pierwszy to "Przygotowania", gdzie opisywane jest z jakimi trudnościami zmagała się ekipa przed uderzeniem klapsa filmowego. Drugi, to "Realizacja", gdzie scena po scenie streszczana jest fabuła filmu, by przy każdym podpunkcie opisywać problemy, ciekawostki, a także jak powstawały konkretne ujęcia. Trzeci podrozdział, to "Premiera", gdzie przekazywana jest reakcja publiczności w czasie przeszłym, jak i w teraźniejszym. Mi osobiście najbardziej podobały się podrozdziały numer 1 i 3.

Książka jest hermetyczna. Ciężko będzie przebrnąć przez kolejne stronice, osobie, która nie lubi lub nie oglądała (co często jest jednym i tym samym) serii. Streszczenie filmu jest, ale i tak, moim zdaniem, to za mało, by cokolwiek można było zrozumieć z często bardzo mocno zagmatwanej fabuły obrazu. Z tego powodu jest to pozycja dla fanów stworzona przez fana. Osoby skrajne, które same analizują scenę po scenie, nie znajdą tu pewnie wielu nowych informacji. Zwłaszcza, że prawie wszystko zostało już powiedziane przez samych twórców (polecam dodatki do pełnej edycji 2-płytowej, dystrybutorem jest Imperial) w filmach dokumentalnych. Ale i takie "betony" znajdą w książce wiele nowych ciekawostek, które wciąż będzie można rozwijać, obalać i przyklaskiwać.

Widziałem w internecie dyskusję, gdzie kilka osób miało problem ze zrozumieniem, że na okładce książki Michała Grześka napisane jest, że to pierwsze polskie opracowanie poświęcone filmom o Bondzie. Chodziło oczywiście o to, że w 2009 roku został wydany "Bond. Leksykon", więc jest to pewnego rodzaju kłamstwo. Otóż nie! W wydaniu z Bukowego Lasu jest kilka wyrazów, które chyba wszystkim umknęły: "Pierwsze polskie tak obszerne...". A akurat obszerności "Leksykonowi" zarzucić nie mogłem.

Bardzo dobra książka, która jest warta przeczytania. Najlepsze opracowanie filmów o Bondzie na rynku i nie patrzę tu przez pryzmat słabej konkurencji, a przez pracę, zaangażowanie i za sympatię do tego, o czym się pisze!

piątek, 20 stycznia 2012

Paulo Coelho - Weronika postanawia umrzeć
















Data ukończenia: 27 kwietnia 2010

Data utworzenia recenzji: 28 kwietnia 2010

Recenzja:

Książki: "Alchemik" i "Weronika postanawia umrzeć" pojawiły się w domu w tym samym czasie. Zacząłem czytać lepszą według ogółu, chociaż tematyka bardziej mi pasowała w drugiej powieści. Całe szczęście, że zmusiłem się ją zacząć.

Weronika postanawia umrzeć, bo każdy jej dzień nie różnił się od poprzedniego. Zażyła solidną porcję tabletek nasennych, ponieważ inne metody samobójstwa mogłyby sprawić przykrość jej rodzicom. Żadnej krwi - romantyczna śmierć. Jednak coś się nie udaje i zostaje odratowana. Szybko przetransportowują ją do szpitala psychiatrycznego, jednak lekarze ostrzegają, że przeżyje tam tylko tydzień, ponieważ serce nie wytrzymało takiej dawki tabletek. Główna bohaterka zaczyna spotykać "wariatów" i zastanawiać się nad swoim losem.

Każdy czytający książkę prawdopodobnie domyślał się, jak to się skończy. Ja byłem lekko zaskoczony, bo po autorze spodziewałbym się czegoś bardziej religijno-mistycznego. A tu takie zakończenie, które nie dość, że z każdej strony jest wyjaśnione, to jeszcze do zaakceptowania!

Jednak sam główny wątek, jest niemal identyczny do tego z "Alchemika". Znowu pojawiają się pytania, co do spełniania swoich najskrytszych marzeń, zahacza mocno o religię. Są sceny, gdzie dusza wariatki wylatuje z ciała i obserwuje otoczenie. I są na swój sposób, jakoś tłumaczone. Niekoniecznie te tłumaczenia przypadły mi do gustu, ale cała fabuła, w którą wplątane są te wątki, rzeczywiście zmienia całkowicie moje podejście. Da się to czytać, a nawet sprawia przyjemność poznawanie nowych postaci i ich tajemnic.

Paulo zaczął używać bardziej wyrazistych, wymownych zdań. Czyta się płynnie i nie odczuwa się przemęczenia materiałem. Brak tutaj jakichś większych wymuszeń ze strony autora do zadumy, tak jak w przypadku "Alchemika". Co śmieszniejsze, uważam, że w całej "Weronice..." zawarte jest jakieś 70% nauk z "Alchemika", których tam nie cierpiałem. Tutaj, albo uważam je za dobre, albo nie zwracam uwagi. Jednak można sprzedać dwa razy to samo, ale wydając historyjkę sprawniej skonstruowaną.

Coelho napisał chyba najbardziej przystępną scenę seksu, jaką czytałem. Do tej pory, w innych książkach, wszystkie były nudne, pozbawione jakiejś werwy. Czasem zastanawiałem się, czy autorzy danych książek rzeczywiście robili czynności podobne do tych opisywanych w swoich powieściach. Coelho rozpisał się na kilka stron ze sceną masturbacji głównej bohaterki i muszę przyznać, że jest mocno pikantna (nie aż tak, jak te tanie historyjki z porno serwisów), ale też przyjemnie się czyta. Wszystko jest na eleganckim poziomie, gdzie można się czerwienić, ale jeszcze nie chichotać.

Cały wczorajszy dzień myślałem, jak ocenić jeszcze tę książkę. I wiele więcej nie ma do napisania, bo jest bardzo dobra. Wszystko najgorsze z "Alchemika" poszło won. I nawet cieszę się, że miałem okazję przezwyciężyć ten wstręt, bo Coelho okazał się naprawdę bardzo porządnym autorem. Miałem obawy, że to może tylko jedna taka perełka w jego twórczości. Ale już z tego samego źródła dowiedziałem się, że "Zwycięzca jest sam", jest jeszcze lepsza niż "Weronika...". Wierzę na słowo i chętnie sprawdzę, jak ta została napisana.


Opinia po dwóch latach:

Jestem trochę zszokowany swoją entuzjastyczną opinią. Książka jest ok, ale tak pochlebna ocena jest wynikiem tego, że poprzednia czytana jego powieść jest tak mdła i oczywista, że wystarczyło napisać przepis kulinarny, by mówić o rozwijającym się autorze.

Zaskoczeniem było dla mnie również pojawienie się akurat tej pozycji w "1001 książek, które musisz przeczytać". Żaden "Alchemik", żadne "Pierdy", a właśnie "Weronika". Gdybym miał wybrać, którąkolwiek pozycję napisaną przez Coelho (a czytałem tylko cztery), to również wybrałbym tydzień z samobójczynią. Nie jest to historia wybitna, bo kojarzy mi się multum historii w ten sposób opisanych. Jednak jeżeli ktoś ma zamiar przeczytać po raz pierwszy wypociny "boskiego" Coelho, to powinien "Weronikę" postanowić przeczytać.

sobota, 7 stycznia 2012

Alastair Dougall - James Bond: The Secret World of 007













Data ukończenia: 31 grudnia 2011

Data utworzenia recenzji: 7 stycznia 2012

Recenzja:

Rok po moim "bondowym przebudzeniu", w grudniu 2009 roku zakupiłem sobie na Allegro kolejną książkę do kolekcji. Miałem do wyboru polską lub angielską wersję, ale sądząc po cenie, ogonki w polskim języku są dużo warte. Tytuł polski to: "James Bond. Tajny Agent 007". Ograniczony budżet na hobby spowodował, że wybrałem wydanie angielskie.

Gdy paczka dotarła, zaskoczyła mnie wielkość, jak i wydawnictwo. Był to ślicznie opracowany album, który nie mieści mi się obok standardowych książek o Bondzie, z wydawnictwa Dorling Kindersley. Osoby urodzone w latach osiemdziesiątych/dziewięćdziesiątych, pamiętają zapewne serię albumów pod nazwą: "Patrzę, podziwiam, poznaję", z tego wydawnictwa. Każdy tom poświęcony był innemu tematowi, np.: ryby, owady, skamieniałości, taniec i ptaki. Ktoś jednak wpadł na pomysł, by stworzyć księgę ze świata 007, w ten sam sposób. 144 stronicową książkę kończę dopiero po dwóch latach, ponieważ na rynku pojawiła się nowa książka o Bondzie - Michała Grześka "James Bond. Szpieg, którego kochamy". A pisanie dwóch recenzji na raz z tej samej tematyki, może być zabójstwem dla autora i samym opinii.

Album jest pisany w taki sposób, by była pewność, że James Bond to prawdziwa postać. Książka została stworzona dzięki uprzejmości M i Q, którzy przekazali autorowi ważne informacje. Całość jest ubarwiona świetnymi zdjęciami oraz rysunkami Rogera Stewarta.

Mamy tutaj szczegółowy rysunek rąk doktora No, przekrój Disco Volante, dokładne zdjęcia i rysunki przedstawiające działanie Lotusa Esprit, rozrysowana akcja po akcji walka Bonda z Zorinem na moście Golden Gate itp.

Jedynym mankamentem jest to, że opisano wszystkie oficjalne filmy z Bondem..., ale tylko do 2000 roku! I to byłby najmniejszy problem, gdyby to była zamknięta książka. Ale za każdym razem, kiedy wydają następny film, aktualizowany jest też album. Mój kończy się na "Świat to za mało". Koszty takiej książki są duże i gdybym kupował po premierze każdego nowego filmu, nowszą wersję, równie dobrze zamiast je kupować, mógłbym zacząć palić mentolowe. Może przy okazji premiery "Skyfall" w październiku skuszę się.

Ktoś zapewne zasugerowałby, że to dziecinada. Miłośnik powiedziałby, że to wyłącznie dla fanów. Ale gdzie jest racjonalna granica między dziecinadą, a fanowstwem? Problem polega na tym, że wara od mojej dziecinady. Książka jest świetna!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...