sobota, 23 lipca 2011

Dan Brown - Kod Leonarda da Vinci

















Data ukończenia: 4 grudnia 2007

Data utworzenia recenzji: 4 grudnia 2007

Recenzja:

Jak się zaczęła cała ta moda na "Kod...", zdołałem obejrzeć wypowiedź Browna na temat swojej książki. Uważał on, że wszystko co w niej napisał to prawda. Teraz wiem o co mu chodziło i stwierdzam, że facet ma posrane we łbie. Sam Plantard powiedział, że cały ten Zakon to bujda. Leigh, który napisał "Święty Graal. Święta krew" też przynał, że to bujda (inna sprawa, że Plantard go oszukał, a ten dał się nabrać, jak nikt inny). Tylko największy plagiator Brown wierzy we wszystko...

Tyle słowem inteligencji autora. Książka mi się podobała, prosto napisana, dużo ciekawostek itp. Niestety, epilog został dodany tam na silę. Wolałbym, żeby w ogóle się nie pojawił, bo to co zostało tam przedstawione to jakieś badziewko. Nikt chyba nie wierzył, że zostanie tam coś ukazane, ale po jakiego grzyba robić takie 'nic' na sam koniec. 

Inna sprawa, że to jest ten sam szablon co w "Aniołach i demonach", przez przypadek nie odgadłem, kto jest głównym złym - za szybko historia jest opowiedziana, nie dali czasu nawet zacząć zabawy w detektywa.

Kolejna sprawa to fenomen - nie rozumiem o co tutaj walczyć. Wszystko to było już powiedziane wcześniej, a robi się z tego jakieś wielkie odkrycie (robiło). Ogółem - przeczytam następne książki z Langdonem, ale na bestseller to nie zasłużyło i jestem bardzo zawiedziony...

A posłowie w książce napisane przez jakiegoś barana jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Kolejny "maestro pióra" będzie mi tłumaczył, że Brown mija się z prawdą. Do roboty pisać własne książki!


Opinia po czterech latach:

Parę dni po przeczytaniu książki, miałem okazję obejrzeć film. Był tak nudny, że chyba jasno i wyraźnie pokazane mi zostało, że historię opowiedzianą przez Browna można strawić tylko raz. Aktorzy, którzy w nim wystąpili, to chyba największe drewna, jakie znaleziono w świecie filmowym.

Po tylu latach mogę bez problemu napisać, że "Anioły i demony" podobały mi się bardziej. Może wina leży po stronie książki, którą czytałem, bo nie zawierała kolorowych zdjęć wszystkich opisywanych dzieł sztuki, jak to było w recenzowanej przeze mnie wersji ilustrowanej pierwszej części.

Na dodatek mam wrażenie, że "Kod..." był o wiele nudniejszy od "Aniołów..." i szczerze powiedziawszy w ogóle nie trzymał mnie w napięciu.

piątek, 15 lipca 2011

José Carlos Somoza - Namalowane okno

















Data ukończenia: 14 czerwca 2011

Data utworzenia recenzji: 15 lipca 2011

Recenzja:

Literatura iberoamerykańska, to ostatnimi czasy, dosyć popularny u mnie temat. Na "gwiazdkę" otrzymałem cztery pstrokate okładki kolejnych tomów z serii Salsa, z wydawnictwa Muza. Dużo czasu upłynęło, kiedy w końcu mogłem się do nich zabrać. Na pierwszy ogień wziąłem "Namalowane okno".

Książka opowiada o Javierze, który występuje w dwóch postaciach: ojca, którego problemem jest chory syn, oraz maniaka filmowego, którego problemem jest niemożliwość znalezienia nowych zdjęć jego ulubionej aktorki - Jodie Foster. Pewnego dnia, jedna z tych postaci dowiaduje się przykrych rzeczy o swojej żonie, a druga o istnieniu pewnej filmoteki, zwanej SOLEDAD (Samotność), gdzie można zamawiać seanse filmowe, po których ludzie zaczynają wariować.

Problem polega tylko na tym, że nie zauważyłem jakiegoś punktu łączącego te dwie historie. Jedyne, co je łączy, to postać głównego bohatera. W trakcie czytania, byłem pewny, jakie będzie zakończenie. Stawiałem, że nagra na kasecie video ostatnie dni życia syna, aby wykorzystać umiejętności filmu do zachowania obrazu. Banalne? Może i tak. Ale przynajmniej moja interpretacja miała jakikolwiek sens, bo to co czytałem w rzeczywistości nie ma, moim zdaniem, ani logiki, ani spójności, ani nie daje przyjemności z lektury.

Książka zapowiadała się z początku bardzo ciekawie, jednak z biegiem stron zacząłem zauważać, że dojdzie to do bredni, gdzie prosta, intrygująca historia została zniszczona intelektualnym popiardywaniem, którego nie rozumiem.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Joan Grant - Uskrzydlony faraon















Data ukończenia: około 15 lutego 2006

Data utworzenia recenzji: 15 lutego 2006

Recenzja:

Tak mi się spodobał "Faraon", że sięgnąłem sobie zaraz za następną książkę o Egipcie. Nie jestem pewien, czy akurat dobrą sobie wybrałem, bo jest miejscami mocno nużąca. Opowiada całe życie Sekity, córki faraona. Od oglądania, jako dusza, świat na który przyjdzie, do momentu wkroczenia do ichniego nieba. Ma pełno dylematów, typu wyjście za mąż za swego brata, urodzenie dziecka rzeźbiarza, wstąpienie do świątyni i takie tam. Różni się od innych powieści tym, że w każdym rozdziale jest dużo filozofii na temat bycia Egipcjaninem. W większości są to ciekawe nauki, ale czasem tak nudne i jakoś nie pokrywające się z innymi książkami tego typu, że aż męczące. Ogólnie fabuła na plus, ale nauki można było ograniczyć o 10%.


Opinia po pięciu latach:

Był to krótki okres fascynacji Egiptem. Bo po tej książce, już żadnej nie tknąłem. Dziś nie mogę już sobie przypomnieć jakiejś większej części fabuły, pamiętam tylko, że nie była to jedna z tych książek, które trzymają przy swoich stronach. Nie była specjalnie męcząca, ale też nie starała się utrzymać czytelnika przy sobie za wszelką cenę.

Pamiętam za to jak parę lat później, zauważyłem w autobusie pewną kobietę w średnim wieku, która czytała właśnie tę pozycję. Zdziwiło mnie, że w dobie Brownów ktoś jeszcze sięga, po tak zapomniane tytuły. Podziwiałem jak szybko przewracają się kartki i teraz dochodzę do wniosku, że miłośnicy kobiecej literatury byliby zachwyceni "Uskrzydlonym faraonem".

środa, 1 czerwca 2011

Paulo Coelho - Alchemik





















Data ukończenia: 10 kwietnia 2010

Data utworzenia recenzji: 18 kwietnia 2010

Recenzja:

Dużo słyszałem na temat tego autora i przez cały czas podchodziłem do niego sceptycznie. Jeśli zbyt dużo osób zaczyna rzucać pozytywne hasła na temat dzieł jednej osoby, widzę w tym jakieś dziwne koneksje. Jedyny do tej pory wyjątek to Zafon, którego bardzo dobrze wspominam. Czas na innego, okrzykniętego "wspaniałym", pisarza. 

Osoby, które zachęcały mnie do przeczytania jakiejkolwiek książki Coelho, same mnie odpychały. Zauważyłem pewną tendencję, że są to w 99% dziewczyny z jakąś traumą. Niekoniecznie samotność, ale pewne zagubienie w życiu. Osoby, które chciałyby być sobą, ale w gruncie rzeczy nie mają odwagi. I może to na wyrost powiedziane, ale tak mi się zawsze fanki Coelho kojarzyły. W końcu odważyłem się sięgnąć i sam przekonać. 

Pierwsze co się rzuca w oczy, to duże bukwy, pół stronicowe luki i 215 stron. Znaczy się, coś co udaje książkę. Spokojnie by sie zmieściło na 100 stronach, a widziałem już "większe" wydania "Alchemika". 

I od razu przechodzę do najważniejszego. Do treści. Jest kiepsko. Od samego początku ma się wrażenie, że napisane jest dla debili. Prosty język, dla osób, które odeszły od gara i chcą się zatopić w pseudointelektualnego harlequina. Naiwna opowiastka, lepiej określić, jako przypowieść o czymśtam, co tam tylko kto zechce. 

Z jednej strony jest prosta, z drugiej używa słów, których w żaden sposób nie wyjaśnia. Prawdopodobnie sam miałem się domyślić ich znaczenia. Na każdej stronie używane są puste hasła, takie jak: Dusza Świata, Własna Legenda, Język Wszechświata. Nie jestem głupi i domysłam się z kontekstu o co chodzi. Ale to zagrywka pokroju filmów z serii np. Matrix. Na każde niewyjaśnialne pytanie odpowiedź jest jedna: Matrix. W tej książce jest to Dusza Świata. 

Dochodzi do tego, że na każdej ze 100 stron (nie oszukujmy się, że jest ich tam 215) tworzą się jakieś infantylne pytania, których bym nie zadał. Odpowiedź jest jasna, jak słońce, czyli żadna. Moja irytacja narasta, gdy zaczynam odczuwać, że ta niejasna odpowiedź jest stworzona tylko po to, by oszukać mnie, że zawarty jest w niej jakiś niezrozumiały dla mnie mistycyzm. Powinienem czuć, że jestem głupi, jak andaluzyjski pasterz owiec. Nie czuję się tak, ale brnę dalej, bo przecież czegoś ta przypowieść ma mnie nauczyć i wyjaśnić o (proszę wstać) Duszy Świata (proszę usiąść). 

Z czasem okazuje się, że wychodzi szydło z worka i autor pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Niczym wstydliwy chłopczyk pokazuje nam w dziwnych słowach Boga, ale jeszcze nie używa jego imienia. Punkt kulminacyjny nadejdzie pod koniec, gdy wyjaśnić niewyjaśnialnego się nie zdąży. Zawsze można zrzucić na Pana Boga, nie? 

To jeszcze nic. Najbardziej irytującą mnie rzeczą było wymyślanie nielogicznych pierdoł. Najlepszym przykładem jest rozmowa głównego bohatera z pustynią, wiatrem, słońcem i Ręką (w domyśle Pan Bóg, chociaż ja z nudów wyobrażałem sobie, że rozmawia z ręką Pana Boga, co nawet mnie rozbawiło!). Ulubione słowa Coelho wyliczane są w tej części niczym orgazm (DŚ, WL i JW). 

Główny bohater pyta pustynię czy może zamienić go w wiatr. Ta odpowiada, że nie może, bo nie wie co to Miłość (nowe słowo z wielkiej litery, czyli ważne!). Poleca wiatr, ten też nie wie, więc poleca słońce. Słońce wie, co to Miłość, ale nie potrafi przemienić go w wiatr. O dziwo zna Duszę Świata. Więc poleca Rączkę. I tak dalej. 

Nie irytuje mnie fakt, że rozmawia z taki koleżkami, jak tamta czwórka. Zastanawia mnie: kto do jasnej cholery ustala te dzikie zasady? Dlaczego Słońce wie co to Miłość? Gdzie są wytłumaczone te moralitety? Skoro Słońce wie, to dlaczego Wiatr jest tak do tyłu z uczuciami? Kto zadecydował, że Słońce powinno wiedzieć, a reszta nie? Czy to Rączka decydowała o tym, że Słońce będzie ciągnąć więcej profitów z wiedzy o Miłości? 

Ręce mi opadły, jak to czytałem. Nienawiść do tej książki sięgnęła, w tym fragmencie, zenitu. Całe szczęście zakończenie uratowało nieco tę książkę. Nie, że zmieniło mi się nastawienie do niej, ale dobrze, że chociaż jedną rzecz doprowadził do końca. Paulo mógł w końcu zapomnieć, o czym zaczął pisać na początku przez te jego wielkie przemyślenia o DŚ. 

To nie książka. To broszurka religijna. To co pisałem o osobach zakochanych w Coelho, po przeczytaniu książki, nadal pozostaje w moich odczuciach. Mały przewodnik dla samotnych, zgorzkniałych, ludzi w depresji lub nie potrafiących się pogodzić z jakimiś błędami z przeszłości. Które prawdopodobnie nie mają zamiaru z tym walczyć, ale chciałyby poczytać o kimś odważniejszym. Prosty język, nieprzemęczająco napisana. Kartki lecą szybko. Za wiele niewymagająca dla takich osób. Istny harlequin, tylko na inne tematy. 

W ciągu ostatnich pięciu lat nie czytałem gorszej książki. Wszystkie 'ochy' i 'achy' są obrzydliwe. Nie mogę pojąć fenomenu tego czegoś. Nawet uważam, że większość osób zachwalających ją nie zrozumiało jej (tego ukrytego sensu, a raczej zagmatwanego przez prosty język). Lub co gorsza, w ogóle jej nie przeczytało. Byłem zmęczony po ukończeniu. Małe to takie, a cierpiałem podczas czytania. Gdyby nie moja zasada, że czytam do końca wszystko co zacząłem, wyrzuciłbym tę książkę w cholerę! Do całości brakowało mi jakiegoś kuriozalnego wieloryba zjadającego światy, czy innego Wielkiego Zderzacza Hadronów. A jedyne co mi się podoba w Coelho to:... muzyka na oficjalnej polskiej stronie: 


I minął tydzień od przeczytania. Miałem już nie sięgnąć po żadną inną jego książkę w ciągu następnych dwóch lat. Ale moja rodzina, która również negatywnie oceniła treść, zasugerowała, żebym przeczytał "Weronika postanawia umrzeć". Odłożyłem nawet Fleminga, żeby sprawdzić. I rzeczywiście, zaczyna się nieźle. A nawet mogę powiedzieć, że przy tym tytule mnie nie irytuje Coelho w ogóle. Ale to już następnym razem.


Opinia po roku:

Bez zmian.

poniedziałek, 30 maja 2011

Maria Kędziorzyna - Wędrówki Szyszkowego Dziadka















Data ukończenia: 17 maja 2011

Data utworzenia recenzji: 23 maja 2011

Recenzja:

Rok temu zacząłem przypominać sobie dziecięce książki i stwierdziłem, że muszę sobie zrobić większą przerwę między kolejnymi pozycjami. Jednak nie próżnowałem! Zacząłem szukać dalej tytułów, które kiedyś robiły na mnie wrażenie.

Problem polegał tylko na tym, że o ile fabułę i wygląd książki potrafiłem opowiedzieć, o tyle nie znałem tytułu i autora. Tak było z książką, którą właśnie recenzuję. Opowiadałem o "ludziku zrobionego z żołędzia", który zwiedzał las i spotykał owady. Gdy nikt nie potrafił przypomnieć mi tytułu, stwierdziłem więc, że może jednak był zrobiony z kasztana.

Wpisywanie w wyszukiwarkach nic nie dało, bo i konkretnego pytania zadać nie potrafiłem. Zostało Allegro, gdzie na dziale literatury dziecięcej, strona po stronie, wyszukiwałem czegoś, co mogłoby być tamtym tytułem sprzed lat. I w końcu znalazłem! Zapisałem sobie tytuł i teoretycznie tyle mi wystarczało. Chęć znalezienia odpowiedzi została zaspokojona.

Dopiero w kwietniu, tego roku, będąc w rodzinnym domku mojej lepszej połowy znalazłem przez przypadek w biblioteczce "Wędrówki Szyszkowego Dziadka". Wybłagałem i dostałem. Po miesiącu skonsumowałem książkę.

Historyjka opowiada o Szyszkowym Dziadku, stworzonym przez Łukasza, który zostaje podarowany małej Hanusi. Pozostawiony w lesie podejmuje się zebrania informacji na temat zwierząt, które żyją w tym miejscu. I to teoretycznie wyczerpujący skrót fabuły.

Podobały mi się bardzo dwie rzeczy. Pierwsza to podejście do tematu. Szyszkowy Dziadek dowiaduje się, jak zdobywają pokarm węże i ważki. Potrafi rozróżnić, co można przekazać małej dziewczynce, a które informacje mogą spowodować, że będzie miała traumę. Nie ma tutaj obłudnego ukrywania faktów przed dziećmi, jak w innych książkach. Najlepszy dowód, to po macoszemu potraktowane świnki w bajkach dla dzieci, wynika z nich, że świnia to zwierzątko pokroju psa lub kota. Mleka nie daje, jaj nie składa, czyli wiejski darmozjad. W "Wędrówkach..." węże zjadają słabe żaby. Kropka.

Druga sprawa to rysunki, za które odpowiedzialna jest Anna Seifertowa. Tak, jak pisałem przy "Dzieciach z Bullerbyn", niektóre książki ze starych lat miały wspaniałe rysunki, które budowały klimat. Także i tu jest to świetnie pokazane. Nie jestem pewien, czy zapamiętałbym książkę po tylu latach, gdyby nie widok zgarbionego Szyszkowego Dziadka na okładce, którego nawet żal się nieco robiło. Rysunki są tak klimatyczne, że przez długi czas myślałem, że akcja dzieje się podczas deszczu, co jest tylko w 1/4 prawdą.

Wydaje mi się, że warto przeczytać książkę, zwłaszcza dziecku. Jest bardzo zgrabnie napisana i nie ma efektu zażenowania w trakcie czytania dialogów, co często mnie na przykład dopada. Ja, o dziwo po tylu latach, bawiłem się bardzo dobrze. W przyszłości zamierzam przeczytać "Wędrówki..." swemu dziecku.

piątek, 20 maja 2011

Włodzimierz Iljicz Lenin, Slavoj Žižek - Rewolucja u bram. Pisma Lenina z roku 1917
















Data ukończenia: 15 maja 2011

Data utworzenia recenzji: 20 maja 2011

Recenzja:

Slavoj Žižek zaplusował sobie u mnie występem w filmie dokumentalnym pod tytułem "Žižek", tam właśnie poznałem jego podejście do rzeczywistości, filozofii, filmów i od cholery innych tematów. Ale nie mnogość zainteresowań sprawiła, że zacząłem go lubić, a sposób przekazywania swoich racji.

Slavoj Žižek do każdej rzeczy podchodzi filozoficznie. Sam uważa się za marksistę, jest komentatorem psychoanalityka Jacques'a Lacana. Jeśli sprawdzi się jego umiejętności, to można zauważyć, że "zna się" na wszystkim. A każdy w nim znajdzie plusy i minusy.

Dla mnie Slavoj Žižek to świetny krytyk kultury, który za pomocą pozostałych swoich "tytułów", analizuje scena po scenie każdy film. Jego "Z-boczona historia kina", trzy odcinkowy miniserial dokumentalny, pokazuje multum tytułów, z jego własnym komentarzem. Można się nie zgadzać z tym co mówi, ale trzeba to zobaczyć, ile można wynieść z jednego filmu.

Po oglądaniu, chciałem się zabrać za którąkolwiek z książek, jaka została przez niego napisana. Na święta wymusiłem na bracie sprezentowanie mi losowego tytułu. Głównie liczył się stosunek ilość stron/cena. Takim sposobem dostałem do ręki "Rewolucje u bram".

I polskie wydanie, moim zdaniem, mocno próbuje oszukać okładką. Każde zagraniczne ma informację, że autorem jest Lenin, a "edited by Slavoj Žižek". Tutaj wydaje się pomijać tę kwestię. Chociaż to jest czepianie się na siłę.

Już na pierwszy ogień mamy przedmowę Sławomira Sierakowskiego, który mnie przestraszył i zniechęcił do książki... Pamiętam, że czytałem gdzieś komentarz na temat relacji Wydawnictwa Krytyki Politycznej, a autora. Slavoj Žižek ponoć nie byłby zadowolony z samych poglądów, a co za tym idzie,  z publikowania jego książek, przez to wydawnictwo. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Biorę pod uwagę, że jeśli chodzi o politykę, to różne brudy wprawiane są w ruch, niekoniecznie prawdziwe. W każdym razie w przedmowie dowiaduję się, że mowa będzie o lewicy na świecie, jakie błędy popełnia, jak je zwalczać i jaką postawę powinno się przyjmować.

Po przedmowie mamy głównego bohatera - Lenina. Są tu opublikowane jego listy, które pisane były pomiędzy dwoma rewolucjami. Moim zdaniem problem w nich polega na tym, że analizowane powinny być na bieżąco. Tutaj mamy przez kilkaset stron listy Lenina, które po setnej zaczęły mnie nużyć. Aż chce się krzyknąć: "Załapałem!", ale nikt nie słucha. Musiałem to zaliczyć, większość pewnie dałaby sobie spokój i przeszła do komentarza. Jednak, by móc napisać recenzję książki, powinno się ją całą przeczytać. Lenin nieźle mnie wynudził...

Kolejny etap książki, to Slavoj Žižek i jego komentarz. W tym momencie następuje jakieś odrodzenie. Chce się czytać! Anegdoty są kapitalne, analizowanie filmów przyprawia o dreszcze. A wszystko to w kontekście Lenina, lewicy i społeczeństwa. To najjaśniejszy punkt tej książki.

I jak wrażenia? Wydaje mi się, że umieszczanie pism Lenina na początku było błędem. Nie było w nich, moim zdaniem, nic takiego, by nie można byłoby ich pominąć. Zamiast przedmowy Sierakowskiego, można byłoby w skrócie opisać o tym, co Lenin chciał przekazać.

Ciężko powiedzieć, czy można polecić ten tytuł. Slavoj Žižek spisał się perfekcyjnie, chociaż czuję się za głupi na jego psychoanalizę. Co nie zmienia faktu, że dobrze się bawiłem podczas czytania. Jeśli ktoś ma zamiar brać do ręki tę książkę, spokojnie może zacząć od komentarza. Za wiele się nie traci, a Žižek i tak przytacza słowa Lenina, gdy są mu akurat w danym momencie potrzebne. Chętnie przeczytam "Lacrimae rerum", które traktuje o filmach.

A dla zainteresowanych, jakie filmy Slavoj Žižek wziął na warsztat podczas analizowania pism Lenina, umieszczam listę:
- Co się wydarzyło w Madison County;
- The Thin Blue Line;
- Wróg u bram;
- Exotica;
- Intymność;
- Zgadnij kto przyjdzie na obiad;
- Rób co należy;
- When a Stranger Calls;
- cały Dekalog (głównie: VIII, I, X);
- Vertigo;
- Gasparone;
- Przełamując fale;
- Tańcząc w ciemnościach;
- Orkiestra;
- Medea (a raczej tłumacz o tym wspomina);
- Taksówkarz;
- Ścigany;
- Salo, czyli 120 dni Sodomy;
- Truman Show;
- Zardoz;
- Ucieczka Logana;
- Ptaki;
- Matrix;
- Ucieczka z Nowego Jorku;
- Dzień Niepodległości;
- Podziemny krąg;
- Ja, Irena i Ja;
- Brudny Harry;
- Czas Apokalipsy: Powrót;
- Październik;
- Łąki Bieżyńskie;
- Last Bolshevik;
- Szczęście;
- Mężowie i żony;
- Mężczyźni wolą blondynki;
- Wróg publiczny;
- Informator;
- Buena Vista Social Club;
- Memento;
- Miłość Elviry Madigan;
- Metropolis;
- seria James Bond, jako całość;
- Przypadek;
- Podwójne życie Weroniki;
- Rodzice miejcie się na baczności.

niedziela, 15 maja 2011

Andy Borowitz - Kto mi zwędził mydło?
















Data ukończenia: 21 października 2009

Data utworzenia recenzji: 21 października 2009

Recenzja:

Dalsze podtytuły to: "Jak przetrwać więzienne lata. Podręcznik dla dyrektorów generalnych".

Poradnik pisany jest w pierwszej osobie przez skorumpowanego dyrektora generalnego, który pokazuje nam w 11 rozdziałach między innymi: jak urządzić celę zgodnie z feng shui, przewodnik po stołówkach, jak radzić sobie pod prysznicem, jak założyć własną firmę w więzieniu i inne ciekawe rzeczy, które przyszłym dyrektorom na pewno wkrótce będą potrzebne (w końcu żaden nie jest bez winy).

Prześmiewcza, krytykująca menedżerów wyższego szczebla, którzy wegetują na wysokich stanowiskach. Główny bohater to osoba, która wykorzystuje Sześć Sigma, a nie zarządzanie jakością w swoim nowym przedsiębiorstwie stworzonym w więzieniu. Dlaczego? Bo zarządzanie jakością rozumie tylko w 19%, a Sześć Sigma już w 29%! 

Książeczka zawiera 100 stron i nie ma nawet czasu się nudzić. Jak ktoś lubi satyrę, która może nie powoduje płakania ze śmiechu, ale jest na pewno na dobrym poziomie. Wszystko napisane w inteligentny sposób, głupie opisy zawierają wskazówki, jakie warto wykorzystać w perswazji, motywacji i zarządzaniu. Podsumowując, bardzo ciekawie napisana pozycja, nie tylko dla studentów zarządzania i ekonomii.


Opinia po półtorej roku:

Być może, gdybym poczekał jeszcze kilka godzin z napisaniem tamtej recenzji, nie musiałbym się teraz tłumaczyć. Doszły mnie słuchy, że jest to parodia książki, po którą raczej jeszcze długo bym nie sięgnął. Tytuł to "Kto zabrał mój ser?". I to chyba było gwoździem do trumny. Jak jeszcze z początku myślałem, że to świeży pomysł, to oceniałem to jako próbującą być śmieszną książeczką o zarządzaniu. Teraz jest to nieśmieszna parodia tego typu książek.

A jedną z rzeczy, która mnie bardzo irytuje, to nieśmieszna parodia. Studenckie żarciki są fajne, póki nie trzeba za nie płacić.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...