Data ukończenia: 19 listopada 2017
Data utworzenia recenzji: 13 grudnia 2017
Recenzja:
Jest już jakieś 3 dni po terminie, żona dzierga przedświątecznie serduszka na choinkę, ale przez cały czas czujemy, że jedna istota nie chce wyjść na zewnątrz. Patrząc na to, że minęło już 9 miesięcy muszę przyznać, że moja żona to niesamowita osoba - moją pomoc mogła wyłącznie otrzymać, gdy wracałem na weekendy. Nie było mnie przez te kilkadziesiąt tygodni ciałem, ale byłem duchem. Wsparłem ją między innymi recenzowaną właśnie książką. Nie pamiętam już kto mi polecił Cooke, ale argumentami ZA były: humor i prosty język. No to kupiłem, jak pieluchy "dwójki" dla noworodka.
Żonie książka nie przypadła do gustu, później zauważyłem dlaczego. Sam się za nią zabrałem i oznaczałem ważne fragmenty, które mają jej pomóc przejść ciążę beze mnie w tym okresie w miarę spokojnie. Rzeczywiście jest napisana prostym językiem w tonie nieco "rubasznym" i niestety jest to jeden z największych minusów tej książki...
Nic tak bardzo nie męczy, jak uczestniczenie w nieudolnej próbie tworzenia dowcipu. Kaz Cooke próbuje za wszelką cenę rozśmieszyć czytelnika. Jej podejście, kuriozalne porównania i sytuacje, które wydają jej się zabawne, są tak samo żenujące, jak strona relaksu z pierwszej lepszej gazetki dla garkotłuków. Jednak jej humor nasila się z ilością przeczytanej makulatury i pod koniec cieszysz się, że kończysz z autorką przygodę.
Sam dowcip nie jest tutaj jednak najgorszy. Obok ważnych informacji Kaz daje przy każdym tygodniu ciąży odcinek cykliczny "Dziennika pokładowego", czyli taki pamiętnik spisany po latach, co się działo, gdy była w ciąży i jak była traktowana. Propan-butan... Jakie to było słabe... Raz, że pisze to w swoim "śmiesznym" stylu. Dwa - tych wypocin nie da się czytać. Brak jakiegokolwiek polotu, niepotrzebne światu, zatrzymujące tempo galopującej ciąży. Obrzydliwość. Osobom, które nie czytają książek od deski do deski jest podpowiedź, strony tego badziewia są w kolorze szarym. Ja wymęczyłem i pozytywa nie wystawię.
Kolejnym minusem jest odwoływanie się do innych źródeł. Nie wiem, czy jest to wina polskiej edycji, ale podejrzewam, że książka jest redagowana na wzór oryginału. Wszystkie rozdziały kończą się spisem literatury lub stron internetowych, które mają poszerzyć wiedzę na opisywane wcześniej tematy. Jednak to, co sama autorka wypisuje, wygląda jak wersja demonstracyjna. A przy poradniku dla laików - tak nie można.
Nie rozumiem też: po co nabijać ilość stron kartkami typu "miejsce na Twoje notatki", lub pokroju "narysuj, jak myślisz, że będzie wyglądać Twoje dziecko". Takie rzeczy na magisterce, ale nie tutaj, za taką cenę.
Ogólnie, opisałem same minusy, bo pozostałe rzeczy są ok. Podobało mi się, że wydawnictwo spolonizowało książkę nie tylko poprzez tłumaczenie, ale też uzupełniając treść o polskie realia.
Jak to ocenić? Średniak. Wydano drugi tom - "Dzieciozmagania". Tego jednak nie kupię, po chamsku bym nawet stwierdził, że autorka nie zna się na temacie, a jedynie jest to praca odtwórcza (jednak urodziła dzieci, więc doświadczenie ma).
Akapit zostawiam swojemu synowi "ku pamięci". Przez kilka miesięcy namawiałem matkę, by nazwać Cię imieniem Set. Uważała, że można tym skrzywdzić dziecko i stanęło na Lucjuszu. Wiedz, co się tutaj działo: siedzimy w nocy i czekamy na Ciebie!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz