poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Bob McCabe - Monty Python. Autobiografia Monty Pythona













Data ukończenia: 21 lutego 2016

Data utworzenia recenzji: 15 sierpnia 2016

Recenzja:

W ubiegłym roku, zabrałem do kina swoją obłapienicę na rocznicowe wydanie "Świętego Graala". Nie cierpi tego, ale zmusiła się specjalnie dla mnie, bo ja ich uwielbiałem. Już będąc małym szczylkiem bardzo podobała mi się grafika Terry'ego Gilliama. Niekoniecznie musiałem rozumieć co się tam dzieje, najważniejsza była dobra zabawa z animacją. Jest to jeden z nielicznych produktów, w którym zauważyłem, że wraz z moim wzrostem rośnie zrozumienie absurdalności tego brytyjskiego tworu.

Wróćmy do kina. Sytuacja na sali kinowej bardzo luźna. Ktoś przebrany za zakonnika, inny za rycerza. Ktoś za pomocą dwóch połówek kokosa nadaje rytm śmiechom. Nagle obraz na ekranie minimalizuje się, a na windowsowej tapecie widzimy poruszający się kursor myszki z trudem próbujący włączyć napisy. Taka sytuacja mogła się wydarzyć tylko podczas projekcji filmu Monty Pythona i przeszła bez echa tylko z tego powodu, że na sali siedzieli fani Monty Pythona.

Zbiegło się z momentem, kiedy Filip Łobodziński przetłumaczył na rynek polski, znaną w kuluarach autobiografię MP. Cena porażająca, ale życie dało nam kilka dni w roku, które cenne przedmioty dają za zero. Od razu mówiąc o Filipie, muszę stwierdzić, że jego wersja nie ma nic do zarzucenia. Żarty są trzymane w tonie Tomasza Beksińskiego i czuje się, że jest to ten sam kanon, a nie siermiężna robota translatora Google w okresie popularności danego tematu.

Opracowana przez McCabe książka to raczej zbiór wypowiedzi naszej szóstki, niż pierdołowate streszczenie życia LCMP. Grupa niestety dała ciała i nie występuje tutaj w pełnym składzie - Graham Chapman nie żyje, więc McCabe musiał także przeszukiwać archiwalne wypowiedzi członka zespołu. Na dodatek zaprasza też do dyskusji jego brata i bratową, a także jego partnera (Graham był gejem). Jak to wygląda w praktyce?

McCabe rozpoczyna temat: Uniwersytety. Każdy opowiada swoją historię, a nasz przewodnik jednego wypowiedź kończy - drugiego zaczyna. Daje to efekt dialogu, z drugiej strony nie jest to lanie wody konkretnego komika. Mamy często pobieżnie opisany temat i czytelnikowi samemu nasuwa się myśl, że gdyby ograniczyć rolę "cięć", można byłoby usłyszeć coś więcej, ciekawszego, bardziej wbijającego szpilę przyjacielowi z grupy.

Wchodząc w temat przyjaciół. Komicy nie siedzieli w kupie przed Bobem i nie ważyli słów przed znajomymi. Każdy będąc w innym miejscu opisywał sytuację ze swojego punktu widzenia nie szczędząc uszczypliwości i opieprzania zachowania innej osoby. Wychodzą na wierzch takie kwiatki, które niekoniecznie mogą interesować fana serialu. Które mogą też sprawić, że konflikty o których przeczytał zaczną przeszkadzać w oglądaniu wersji telewizyjnej.

Nie są to oczywiście żadne minusy autobiografii, ale jeśli miałbym sobie czegoś życzyć to prosiłbym następnym razem o mniej dzieciństwa, studiów i czasów, które nie zostaną zapamiętane. Warte polecania fanom Monty Pythona, którzy nie lękają się spojrzeć na brzydsze oblicze swoich idoli.

środa, 27 lipca 2016

Yasmina Reza - Bóg Mordu



Data ukończenia: 27 grudnia 2015

Data utworzenia recenzji: 27 lipca 2016

Recenzja:

Miałem etap w swoim życiu, kiedy nie oglądałem filmów na podstawie książek, póki nie zakończyłem pierwowzoru. Do dziś nie wiem, co wspaniałego jest w filmie "Wyspa Tajemnic", a wersje kinowe Pottera omijałem z gracją. W większości wypadków wychodzi mi to na zdrowie, zdarza się nawet, jak w przypadku "Atlas zbuntowany", że lektura była na tyle wyczerpująca, że nie widziałem sensu zagłębiać się po raz kolejny w powieść, tym razem zekranizowaną.

Sam nie wiem, jak mam się czuć z "Bogiem Mordu". Film przez przypadek obejrzałem pierwszy pod tytułem "Rzeź". Polański spowodował, że ten właśnie obraz, jest w pierwszej trójce moich ulubionych dzieł. Zarówno gra aktorska czterech osób, jak i dosyć kuriozalne rozwiązanie normalnej sprawy, jakim jest obrona własnego dziecka w potyczce słownej, dało chyba jeden z najoryginalniejszych "średnich metraży" w historii kina (zdania są podzielone, ale to jest moje).

Wszystko ma gdzieś swoje źródło, tak jest i z dziełem Polańskiego. Yasmina Reza przygotowała scenariusz, który idealnie pasuje do filmu, jak i teatru. Jest jeden problem - Romana widziałem pierwszego. Czytając stworzony przez autorkę dramat, przez cały czas widziałem Foster, Waltza, Winslet i Reilly'ego. Każda kwestia jest dokładnie taka sama - nie jestem pewien, czy w ogóle czytałem scenariusz, czy tylko przelatywałem wzrokiem, by sprawdzić, czy cokolwiek się tu zmieni w przekładzie. I to jest cały problem, nie wiem co jest dobre/lepsze. Czy w ogóle dobrze się czyta ten tekst? Czy może film jest tak rewelacyjnie zagrany, że "dobre momenty" kojarzyć się będą przez cały czas, przy każdym kolejnym posiadunku przy książce?

Warte... obejrzenia. Niestety, to jest tak jak w słynnej reklamie - co kupić? Książkę "Jak pisać scenariusze?", czy "Jak reżyserować?". Polański za to samo dzieło będzie zapamiętany, a tekst Yasminy należy potraktować, jako rozwinięcie swojej ciekawości.

środa, 30 grudnia 2015

Frank Herbert - Dzieci Diuny


Data ukończenia: 26 grudnia 2015

Data utworzenia recenzji: 30 grudnia 2015

Recenzja: 

Gdzieś w połowie trzeciego tomu zdałem sobie sprawę, że pomimo siedzenia od kilkunastu lat w uniwersum Diuny, zupełnie nie wiem, co się dzieje. Nie sądziłem, że wszelkie filmy i gry komputerowe na podstawie pierwszego tomu, tak bardzo odbiegają od świata stworzonego przez Franka Herberta.

Ganima i Leto II to dzieci, które ssały piersi Muad'diba. Są nad wyraz rozwinięte, ale muszą doczekać pełnoletności, by zasiąść na tronie Imperium. W tej chwili władzę sprawuje Alia, ich ciotka. Z powodu różnych "mamboł dżamboł" mamy pięć różnych stron, które walczą w różnych sprawach, a celem i tak jest zabicie lub przywłaszczenie sobie dzieci Paula Atrydy.

Bardziej wolałbym się skupić na konstrukcji, bo to ona najwięcej uprzykrza czytanie. Nie przypominam sobie, by aż w takim stopniu książka wchodziła w rolę teatralnego przedstawienia. Rozdział za rozdziałem siedzi dwoje bohaterów i dywaguje o ważnych tematach. Te zaś nie były nam wcześniej przedstawione, więc dostajemy je na talerzu po pewnym czasie. Kiedy już wejdzie się w ten rytm, można to przeboleć. Jednak samej akcji, oprócz ganiania młodego Leto II z dużą prędkością po wydmach, praktycznie nie ma. Równie dobrze można byłoby przeczytać jutrzejszą gazetę o wydarzeniach z dziś.

Nie wiem, czy to wina dwóch lat od czasu kiedy zakończyłem "Mesjasza...", ale bez pomocy wikipedii i streszczeń, nie wiedziałem zupełnie, o czym te arrakijskie szumowiny mówią. Pierwsze rozdziały przesiedziałem z internetem, później tempo książki siadło na tyle mocno, że bardzo ziewnie podchodziłem do nowego tomu. Druga połowa idzie znacznie zgrabniej, a pewien moment z Leto II jest na tyle kontrowersyjny i ciekawy zarazem, że nie wiem już sam dokąd to zmierza. Nie jestem pewien, czy ten jeden motyw okaże się sukcesem Herberta, czy podcięciem żył.

Pomimo takiego wydźwięku - książka jest bardzo dobra. Przerażony jestem takim bezpardonowym wrzuceniem mnie do głębokiej wody, gdzie po dwóch tomach nadal czuję się zagubiony, pomimo łyku soku sapho. 

sobota, 14 listopada 2015

Ryszard Kapuściński - Cesarz
















Data ukończenia: 18 czerwca 2015

Data utworzenia recenzji: 14 listopada 2015

Recenzja:

Nie miałem możliwości sprawdzenia wcześniej dzieł Kapuścińskiego. Całkowicie mnie nie obchodził do momentu wydania książki "Kapuściński non fiction", a spór z nią związany trochę przypomniał mi o herosach polskiej literatury, którym bez wątpienia jest.

Do samego "Cesarza" nic mnie nie skłoniło - nie wiedziałem o czym traktuje, ani w jakiej formie jest ten reportaż. Na goło wejść w książkę zdarza mi się bardzo rzadko, a co za tym idzie, w świecie Kapuścińskiego miałem prawo czuć się bardzo obco.

Temat to Etiopia i rządzący nią Haile Selassie I, nieomylny cesarz. Jednak jest zrobiony w całkiem oryginalny (zwłaszcza dla mnie) sposób. Ocena i życie w ustroju jest opisana na podstawie historii osób związanych z dworem cesarza. Mamy tutaj spisane ich monologi  już po przeprowadzonej rewolucji, więc nie są to bałwochwalcze wypowiedzi "lojalnego" pracownika.

Sam czas, kiedy została wydana książka (1978), może być pretekstem do porównywania ustrojów. Bardzo ciężko jest napisać recenzję tak krótkiego reportażu, ale z oceną problemu nie ma. Idealnie wyważona, humorystyczna i zwięźle opisana historia egzotycznego kraju. Przypomina mi to świetny dokument stworzony przez Fidyka - "Defilada", który był całkowicie bezstronny i bez komentarza, a jednocześnie pokazywał cały absurd sytuacji. Zdecydowanie polecam!

środa, 11 listopada 2015

Rosalind B. Perfold - Kochać zbyt mocno (Kapcie potwora), czyli o tym jak wygląda przemoc domowa














Data ukończenia: 29 maja 2015

Data utworzenia recenzji: 11 listopada 2015

Recenzja:

Uuuu, tytuł powiał grozą. Czujecie już kobiece żalenie się nad swoim życiem, "nie mogę go opuścić", "ale kiedyś był taki dobry"? Tak, to ten zestaw mamy przed sobą. Osobiście gardzę takimi historyjkami, nie dam rady wymusić w sobie krzty współczucia, a jak bierze żal, to tylko z powodu dzieci, które jeszcze nie poczuły zawodu szczeniackiej miłości, a z grubej rury mają przedstawione konsekwencje kalekiego współżycia obojga rodziców.

Znaleziony za 2,99zł tytuł w koszyku z tanimi książkami to komiks. Narysowany bardzo słabą kreską, niewiele odbiegającą od postaci na okładce. I tak! Głównym bohaterem jest tytułowa Rosalind, która zakochana po uszy w Brianie, sprawia sobie łańcuch z ogniw upokorzeń, molestowania seksualnego i łez. Dziecku też się dostaje, a nawet sugerowane jest, że było wykorzystywane. Mamy tutaj mnóstwo szablonów "złej rodziny", a każdy możliwy scenariusz zdarzył się właśnie Ros.

Sama historia jest na faktach - autorka pod pseudonimem tworzy pewnego rodzaju apel, w którym opowiada swoją niemoc w odejściu od potwora. Przedstawia swoje dziesięć lat, jako okres zmarnowany litością nad mężem i samą sobą. Komiks dobrze się czyta, a ponieważ historia była opowiedziana na stronie internetowej, znalazło się wiele takich Rosalind, które również podpisują się pod tą historią.

Być może początek opinii sugerował moją ocenę, a jednak te kilkaset stron bardzo mi się podobały. Kobieta, która skryła się pod tym pseudonimem ma podwójne jaja - udał się happy end oraz przedstawiła w postaci rysunków wulgarną prawdę "dupnych" związków. Nie ma tu żadnej poezji, a tego bym się obawiał. Kreska autorki pozbawiła treść niepotrzebnych wątków, które mogłyby, takiego laika w tym temacie jak ja, zniechęcić do dalszego śledzenia losów. Czy polecić? Zdecydowanie tak. Uważam, że przedstawienie trudnych tematów (dla niektórych niezrozumiałych) w takiej postaci tylko mocniej podkreśla tragizm sytuacji (bez podtekstów).

niedziela, 25 października 2015

Alan Moore - Strażnicy
















Data ukończenia: 28 maja 2015

Data utworzenia recenzji: 25 października 2015

Recenzja:

Rorschach's journ...

Nie, nie. Postaram się nie robić standardowej recenzji, z przeklejonym na początku wpisem z dziennika Rorschacha. Pierwszy raz mam możliwość powiedzieć, że w końcu na naszym rynku jest książka/komiks, który od dawna powinien być dostępny większemu gronu (podobnie, jak było z "Szatańskimi wersetami"). Po X latach można kupić świetne wydanie "Strażników" za mniej niż 300zł (taką cenę osiągał twór Moore'a jeszcze rok temu na Allegro).

Po śmierci TM-Semic i mojej ulubionej grupy X-Men, bardzo ciężko było mi się odnaleźć w rynku komiksowym. Przez chwilę wydawano Dobry Komiks, sam złapałem "Kaznodzieję", a później przeczytałęm kilkadziesiąt tomów "Dragon Ball". Na tym się zakończyło moje zbieranie komiksów, chociaż do dziś nie mogę sobie wybaczyć przegapienia serii "Władcy chmielu".

Tak było do 2009 roku, kiedy to zobaczyłem plakat "Watchmen" - filmu na podstawie kultowego komiksu Alana Moore'a. Co to za kultowość i kim jest pan Moore? Pamiętam, jak wróciłem do domu po uczelni i ściągnąłem sobie trzy tomy o superbohaterach, żeby zatopić się w tej podobno świetnej historii.

Zaraz? Trzy tomy o superbohaterach? X-Men leci od lat sześćdziesiątych i ma już niezliczone ilości odcinków. Jak "Watchmen" w stosunkowo krótkiej historii może doprowadzić do kultowości? Na tym polega magia Moore'a. Nie moce, nie walka, a fabuła trzyma w napięciu do ostatniego obrazka komiksu.

Komediant z grupy zwalczającej zło. zwanej Strażnikami, zostaje wyrzucony przez okno w swoim mieszkaniu. Śmierć na miejscu. Kto zabił emerytowanego badassa, i czy innych członków rozwiązanej organizacji czeka jego los próbuje się dowiedzieć Rorschach, najbardziej prawicowa postać z jaką spędzicie czas przez następne 12 epizodów (i będziecie jej kibicować, pomimo lewackiego serca).

Całość rozgrywa się w alternatywnej historii USA, gdzie dzięki zdolnościom niektórych Strażników można było wygrać wojnę w Wietnamie, a pewne okoliczności doprowadziły do tego, że Deep Throat nie ujawnił afery Watergate. Mamy dzięki temu Nixona, który ubiega się już o trzecią kadencję.

Każdy z 12 epizodów wieńczony jest reminiscencją. Wydruk z książki jednego z superbohaterów, który ujawnia wesołe i przykre momenty grupy; wywiady z najmądrzejszym człowiekiem świata Adrianem Veidt'em; czy teczka policyjna Rorschacha. Całość buduje uniwersum, w którym żyjesz przez kilkaset stron. Jest własna subkultura, urządzenia, reklamy, komiksy. Świat żyje.

Ale najciekawszą postacią jest Alan Moore. który jest niczym bardziej popularny dziś George R. Martin. Twórca "Watchmen" chciał wykorzystać bohaterów z Charleston Comics (które zostało wykupione przez DC Comics), jednak obchodziłby się z nimi bardzo surowo. Śmierć tych bohaterów oznaczałaby brak możliwości na kontynuację. Mądre głowy z DC Comics dały Moore'owi wolną rękę do stworzenia swoich alternatywnych postaci. Efekt jest świetny.

Mógłbym pisać o tym godzinami, ale najlepszą rekomendacją jest uznanie w książce "1001 książek, które musisz przeczytać", oraz nawoływania mojego pięćdziesięcioletniego taty, który bardzo prosił mojego brata i mnie byśmy ciszej rozmawiali, bo nie chce żadnych spoilerów, a jest w trakcie czytania.

Polecam też film, który obok "300", jest najwierniejszą adaptacją komiksu w historii kina, a scenariusz pisał David Hayter - Solid Snake.

Jeszcze nie przekonani? Zapraszam do linków:


wtorek, 12 maja 2015

Siddhartha Mukherjee - Cesarz wszech chorób. Biografia raka















Data ukończenia: 9 maja 2015

Data utworzenia recenzji: 12 maja 2015

Recenzja:

Niecałe dwa lata temu pewien wojskowy psycholog powiedział mi: "Panie Marcinie, musiałem kupić tę książkę. Czułem potrzebę jej przeczytania".Ta kuriozalna sytuacja spowodowała, że stwierdziłem dwie rzeczy. Ja też potrzebuję ją przeczytać, a po drugie - powinniśmy się zamienić miejscami.

Zainteresowanie medycyną zaczęło się od wspomnianego w innej recenzji leksykonu "Lekarz domowy". Mnóstwo rysunków, które odzwierciedlały różnego rodzaju choroby, rany i egzemy, powodowały u mnie strach i chęć jeszcze poobcowania z czymś egzotycznym. Mózg tak mi przesiąkł niektórymi informacjami, że stwierdziłem, że najlepszą obroną przed wszelkim złem natury jest ciągłe mycie rąk. I tak szorowałem je sobie po dwieście razy dziennie, za każdym razem, gdy dotknąłem zakurzonego przedmiotu, lub otarłem się o kwiat doniczkowy. Miałem w mieszkaniu swoje "korytarze", którymi mogłem spokojnie przejść z punktu A do B i przeżyć. Moje ręce straciły skórę, a by ją zregenerować mama nacierała mnie kremami i zakładała rękawiczki-palczatki, na noc. Krem szczypał, jak diabli. Na dodatek zimą, zupełnie mi się nie goiły. Na lekcji polskiego siedziałem w ławce i zaciskałem pięść, by patrzeć, jak przez cienką skórkę widać mi kostki palców... Ostatni bastion padł, i gdzieś po pół roku moich eksperymentów, kilka solidnych lekcji wymierzonych w najczulsze miejsca, definitywnie wybiło mi z głowy wszelkie zbędne mycie, a dziś mogę się nazwać szczęśliwym brudaskiem.

Moje "nieszczęście" nijak ma się do tragedii osób chorych na raka. Przyznam szczerze, że mało o tym czytałem, nie miałem ochoty nawet wnikać w te tematy - moim "konikiem" od dawna były choroby skóry. Ale pojawienie się na rynku tego tytułu, dało mi szansę zapoznać się z tą ciemną dziurą medycyny.

Książka zaskoczyła mnie dwa razy. Byłem pewien, że zaglądając do niej napotkam treść, która będzie za mocna dla laika i siadając do niej podpisałem kontrakt z diabłem, że przez następne 600 stron mam prawo nie wiedzieć, co się dzieje i nie będę narzekał. "Cesarza..." czyta się łatwo i nie potrzeba żadnej wiedzy medycznej, by poznać historię nowotworów. Autor wyjaśnia nam zawiłości, wraca do starożytności i pokazuje nam, że nasza nowa cywilizacyjna choroba, nie jest taka nasza i taka nowa.

Jednak im bliżej naszych czasów, tym książka nudniejsza. To właśnie te drugie zaskoczenie - myślałem z początku, że to kwestia przesytu materiałem, a może wróciło to, na co się zgodziłem i jednak nie jest dla laików? Teraz pisząc recenzję stwierdziłem, że to nie jest kwestia trudności języka, a tematyki. "Biografia raka" miała być dla mnie obrazem wszelkich chorób, a nie myślałem, że dostanę dogłębną analizę walki z nim. Żeby mnie ktoś nie zrozumiał źle - cieszy mnie to, że są pokazane te wątki, ale są tak mocno wyeksponowane, że tytułowy bohater schodzi na dalszy plan, a za niego pojawiają się naukowcy, lekarze, aktywiści. Ciężko mi było przebrnąć przez te rozdziały, dochodziło do sytuacji, kiedy odpuszczałem sobie lekturę. Tematyka nie pociągająca, a i rozdziały nie skierowane do mnie.

Pierwsze 200 stron i ostatnie 50 - ideał, Pozostałe 350 - mordęga. Wiem, że inne osoby, mogłyby czerpać przyjemność, nadzieję z tych właśnie stron, ale to subiektywna opinia i w niej nie ma litości. Książka na raz, a gdybym miał ją ocenić, to będzie to takie 6/10. Średniak, ale jednak po tej jasnej stronie mocy.

A! Skóra się zagoiła.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...