sobota, 10 marca 2012

Ayn Rand - Atlas zbuntowany
















Data ukończenia: 29 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 10 marca 2012

Recenzja:

Recenzja będzie chaotyczna, bo i chaotycznie powieść była czytana. W ciągu dwóch i pół roku niewiele zapomniałem, ale to co się działo i w treści, i w świecie rzeczywistym, doprowadziło do tego, że wiele rzeczy, o których miałem wspomnieć, mogło mi zupełnie wyparować.

Tak! Dwa i pół roku zajęło przeczytanie mi tej książki. Prawie 1200 stron. Mały druk, wielkie gabaryty. Zanim jednak zacznę opowiadać o tym, jak do tego doszło, z lekka wezmę na warsztat całą otoczkę, która się uaktywnia i zaczyna interesować potencjalnego czytelnika, zanim jeszcze zobaczy, jakie tomiszcze musi trzymać w ręku.

Chlubą tego tytułu i największym zainteresowaniem budzi "fakt", że w Stanach Zjednoczonych jest to najczęściej czytana książka, zaraz po Biblii. Jeśli jest ona tak czytana, jak Biblia, to można te słowa rzucić w kąt. Ayn Rand to autorka, która musiała widocznie napisać coś, czego ludzie potrzebowali. Jeżeli Pismo Święte pokazuje, jak żyć kochając bliźniego swego, to co musi pokazywać "Atlas zbuntowany"? Dążę tu do stwierdzenia, że książka równie dobrze może konkurować z takimi bestsellerami, jak: "Nie potrafię schudnąć", czy "Jak skutecznie rzucić palenie?". Poradniki, które nic nowego nie mówią, ale złaknionym odmienności i duchowego przewodnika dają chwilowe poczucie własnej wartości, do momentu odłożenia drewienka (papieru) na półkę. Myśl ta przyszła do mnie w trakcie czytania "Atlasu", a nie przed. Prawda jest taka, że poszerzyłem grono czytelników złapanych na otoczkę, a nie na chęci przeczytania tej cegły. Inna sprawa, że samo słowo "czytana", jest dla mnie równoznaczne ze słowem "zaczęta". Ale przejdźmy do fabuły.

W skrócie, w USA jest multum wybitnych jednostek. Wspaniali bankierzy, przemysłowcy i naukowcy. Tworzą i czerpią z tego profity. Pewnego dnia, kilku bardzo ważnych urzędasów, stwierdza, że dla dobra społeczeństwa wszystko, co zostało wyprodukowane przez tych mistrzów umysłu, powinno być przekazane Ameryce, a co za tym idzie, dla każdego towarzy... tfu, obywatela. Osoby pokrzywdzone, w większości przez zastraszenie, oddają prawa do swoich dzieł i znikają. Inni, pierw niszczą cały swój dorobek i znikają. Dochodzi do sytuacji, kiedy cały kraj topi się w nędzy, ponieważ nie ma maszynistów do kontrolowania całego urządzenia. Nasuwają się pytania: Dlaczego? Gdzie uciekli? Kto podsuwa im pomysł? I te "najmądrzejsze", które jest niczym strzelba wisząca na ścianie: Kim jest John Galt?

Streściłem, jakieś 800 stron książki! Pozostało jeszcze 400, które dam sobie spokój opisywać. Kiedyś czytałem komiks "Watchmen", gdzie była pewna wyspa z ludźmi, którzy byli "naj" w swojej dziedzinie. Już po 300 stronach doszła do mnie taka myśl, że chyba "Atlas" i komiks mają kilka cech wspólnych. 

Dlaczego tak, długo musiałem to czytać? Są tego dwa powody: wydanie i autorka. To co trzymałem w ręku jest tak wielkie, że żeby przenieść ją z punktu A do B, trzeba mieć nie tylko krzepę, ale także miejsce. W podróż nie weźmiesz. Do autobusu też nie. Po jakimś czasie zastanawiasz się, czy do teczki włożyć laptopa, czy "Atlas". W końcu nawet się nie zastanawiasz i zostawiasz cegiełkę w domu. Jeśli 80% dnia spędzam poza domem, to nie mogę paradować z paczką w ręku. Nawet jeśli mam czas w trakcie pracy, żeby sobie coś poczytać, to przez gabaryty rezygnowałem z czytania "Atlasu", na rzecz mniejszej książki. W między czasie, od dnia rozpoczęcia mojej podróży z powieścią do jej ukończenia przeczytałem, co najmniej, 49 książek! Nie próżnowałem. A można było inaczej ją wydać, w trzech tomach, tak jak podzielona jest na trzy części w środku. Ale dobra, niech im będzie.

Drugi powód to sama autorka. Takiej marudy już dawno nie czytałem. Sama fabuła to historia na maksimum 300-400 stron. W przypływie chęci wykazania się elokwencją i inteligencją, można dołączyć wstawki elokwentne i inteligentne, więc dajmy maksimum 500 stron. Ale trzymałem w ręku prawie 1200! Z czego to wynika? A wyobraźmy sobie, że na bankiecie korporacyjnym, przy stole, wybierając czym będę wymiotować po imprezce: kawiorem, czy ciasteczkami, przychodzi uosobienie ideału, mężczyzna, który zaczyna rozmawiać. Rozmawia sobie sam do siebie, przez kilkanaście stron i uświadamia wszystkim, że ludzie to głupcy, bez talentu i własnej woli. I gada tak, a wszyscy sobie słuchają i przerwać mu nie potrafią. "No bo on tak ładnie opowiadał".

A teraz wyobraźmy sobie, że ten inteligentny bełkot jest w pociągu, w łóżku, w hotelu, w taksówce, przed seksem i po, w więzieniu, z bratem i bez, na peronie, na budowie, w samolocie, na przyjęciu, po przyjęciu, rozebrani czy też nie. Z kobietą, mężczyzną, z wojskowym i Murzynem, z jego żoną, matką, no i bratem, oddzielnie i przy kolacji, patrząc w okno, w myślach... DOSYĆ!! WIEM, ROZUMIEM! Tak, jak Biblia mówi kochaj bliźniego swego, tak "Atlas" mówi, kochaj siebie samego, bądź egoistą, wszystko co osiągnąłeś jest Twoje i kochaj to, bo to tylko dzięki Tobie!

I muszę odstawić książkę, bo przeczytałem dopiero 50 stron, a mam dosyć tej samej gadki w tych różnych okolicznościach. Biorę coś lżejszego, Fleminga, albo tego nieszczęsnego Coelho, i używam sobie na nich. Cała frustracja wylana na autora, później coś przeczytać dla przyjemności. Życie jest piękne! Ale przez cały czas po głowie mi coś łazi, nie daje spokoju, mam na sumieniu jedną książkę, której jeszcze nie przeczytałem. I siedzę w domu, trzymając w rękach książkę, na którą mam chęć od paru tygodni i muszę ją odłożyć. "Bo kurwa, Atlas!". I znów ten sam schemat, początek nowego podejścia idzie gładko, by po kilkudziesięciu stronicach rzucić powieść w furii.

Po jakimś czasie, zacząłem oceniać nie samą książkę, a kowala, który wykowalił to dzieło. Wszystkie te inteligentne teksty musiały być tworzone chyba z jakichś wyrzutów sumienia. Całość tych monologów wygląda tak, jakby ktoś nie mógł się pogodzić z tym, że nie dano mu czasu na powiedzenie tego, co myśli. O co mi chodzi? Wyobraźmy sobie, że Ayn Rand poszła na urodziny swojej koleżanki i ktoś do niej powiedział coś niemiłego. Ona w tym momencie otwiera jadaczkę, i pragnie wygłosić swoją tyradę, pełną wspaniałych tekstów, które powodują, że przystojni mężczyźni widzą w niej obiekt seksualnych westchnień, kobiety z zazdrością patrzą na jej mózg przez pryzmat poruszających się warg. Głos zaczyna: "Głupi ten, co głupio robi". Ale efekt był nie taki, jakiego się spodziewała. Ledwo dokończyła swoje pierwsze zdanie, które było początkiem jej potoku myśli na trzynaście stron, a ktoś jej przerwał i wszyscy wpadli w śmiech. Urażona Rand wróciła, obrażona na cały świat, do swojego mieszkania i zaczęła krążyć po nim, układając monolog, który chciałaby wtedy wygłosić. Rozdzierając tekst na części, dodając nowe szczegóły, kasować i wklejać pewne wyrażenia. Aż pełna błogostanu położyła się do łóżka, bo się wyżyła po wsze czasy. Spisała swoje teksty na kartkę papieru, gdzie stworzone przez nią postacie nie będą przeszkadzać jej w tej najważniejszej chwili, podczas urodzin jej koleżanki.

I poważnie tak myślę, że Ayn musiała mieć straszne kompleksy na punkcie niedocenienia i pogardy ze strony jej znajomków, którzy pewnie nią nie gardzili, a jedynie nie stawiali jej w centrum uwagi z najzwyklejszych powodów.

Ale skłamałbym w jednym. Nostalgia mnie ogarnia przez ten wysiłek, przez to, co czytałem i to, co kątem oka widziałem w świecie rzeczywistym. 

Czytałem ostatnie rozdziały podczas protestów w sprawie ACTA, jedno na drugie się nachodziło. Walka z rządem, bunt przeciwko ingerencji w życie szarego człowieka. Składam z liter wyrazy w "Atlasie" o wojnie między społeczeństwem, a klasą rządzącą. W telewizji widzę ACTA.

Widzę, jak trudno znaleźć pracę. Studia to studnia, w którą się wpada i traci czas na próby wydostania się z niej. Marzenia o odzyskanym czasie. Czytam w "Atlasie" o upadku inteligencji, egoizmu i egocentryzmu.

Widzę kątem oka. Mój pierwszy poważny związek, który zmierza ku dobremu. Czytam o Dagny i jej relacjach z Galtem.

Widzę. Opisy na każdym kroku. Na GG, na Facebooku. "Życie jest piękne". "Kocham swoich przyjaciół". "W 100% szczęśliwa"... A czytam o obłudzie, kłamstwie, by nie spojrzeć tylko sobie prosto w oczy, w lustro i stwierdzić przed samym sobą: "Spieprzyłam!".

Widzę. Katastrofę w Smoleńsku. Czytam o mostach, które runęły, wypadki kolejowe, upadek gospodarki.

Widzę. Związki, które padły. Czteroletnie, czy pięcioletnie? On wydaje swoje ostatnie oszczędności, by ją uszczęśliwić, ona potrzebuje wolności, choćby i za cenę własnego JA. Kontrolowana przez swoją matkę, która wetuje wszystko to, co dobre między nimi. Na rzecz JEJ "wolności"! Czytam. Związek Reardena ze swoją żoną i mieszającą się we wszystko matkę.

Widzę....("DOSYĆ!! WIEM, ROZUMIEM!").

I tyle! To były dziwne dwa i pół roku. Wielu rzeczy się nauczyłem, wiele się zmieniło. Jak mam ocenić książkę, która mnie wymęczyła, jak nic do tej pory. Przeczytajcie, ale może streszczenie. Wyzute już z tych opisów. Miło będę wspominał "pracę" z tą powieścią, bo był to bardzo ciekawy czas. Ale nigdy więcej Ayn Rand i jej książek!

1 komentarz:

  1. Gdyby tylko Ayn potrafiła rozmawiać o swoich problemach pewnie nie powstałaby ani książka ani recenzja. Cieszę się ,że niektórzy swoje żale przelewają na pismo.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...