czwartek, 28 grudnia 2017

Sebastian Faulks - Piekło poczeka

















Data ukończenia: 27 grudnia 2017

Data utworzenia recenzji: 28 grudnia 2017

Recenzja:

Jakoś zupełnie zapomniałem o tej książce. Sebastian Faulks przejął na jeden tytuł schedę po Bensonie, dzięki czemu mógł wejść w rolę Iana Fleminga. Zresztą już na samej okładce dumnie widnieje imię i nazwisko autora z dopiskiem "jako Ian Fleming".

Żeby trochę wyjaśnić zawiłość Bonda po śmierci Iana Fleminga, muszę zacząć od początku. Bezpośrednią kontynuacją książek oficjalnych (12 powieści i 2 zbiorów opowiadań) była powieść Kingsleya Amisa pt. "Pułkownik Sun".  Na kolejne czternaście tytułów został zatrudniony John Gardner, który postaci "zamroził i obudził" w latach osiemdziesiątych (bez szczególnego wytłumaczenia). Raymond Benson napisał sześć powieści dziejących się w latach dziewięćdziesiątych. Od tego momentu następni autorzy otrzymywali jedną szansę na książkę (co może być przełamane przez Horowitza, jego dzieło sprzedało rzeczywiście nieźle).

I recenzowane na blogu "Solo" i "Carte Blanche", to efekt właśnie takiego postanowienia Ian Fleming Publications - jednorazowa, wolna ręka autora. Ale to od Faulksa się zaczęło. I czy dało radę?

Zacznijmy może od fabuły - niczym kolejne części Godzilli, znowu jest to kontynuacja przygód  z pierwowzoru - Bonda z fazy Iana Fleminga. Przeżywamy jego porażki z Blofeldem i utratę żony. Faulks wykorzystuje materiał źródłowy w odpowiedni sposób, daje nam pewność, że wszystko to jest dalszą historią i nic nie zostało zapomniane. I tyle z tych plusów, bo zacznie się moje narzekanie...

Autor rzeczywiście pisze, jak Ian Fleming. Problem jest tylko taki, że popełnia wszystkie jego błędy w XXI wieku, kiedy jest to zabronione! Nie pomaga też fakt, że Faulks jest wyłącznie imitatorem i według mojej opinii nie czuje zupełnie procesu tworzenia powieści z Bondem. Są opisy mebli i pomieszczeń, są opisy potraw, sam schemat jest idealny godny Fleminga (scena tortur, główny zły i jego henchman - wszystko jest na miejscu). Sebastian nie zna czasów, o których pisze. Gdyby to chodziło wyłącznie o fabułę nie sprawiałoby zupełnie bólu, ale jeśli chodzi o smaczki, którymi raczył nas Ian widać to gołym okiem.

Kolejną sprawą jest miałkość samego schematu Fleminga. Każda jego powieść ma tę samą konstrukcję, jeśli chodzi o postaci, scenę tortur, scenę seksu i ostatecznej wali z przeciwnikiem. Wszystkie te elementy są, ale Faulks nie stara się, by lekko doszlifować lub podrasować ten schemat. Gra w tenisa z Juliusem Gornerem (zły) jest żywcem wyciągnięta z "Goldfingera", zmieniono tylko dyscyplinę. Sam przeciwnik ma jedną, "małpią", dłoń, jednak o to trudno się przyczepić, bo Fleming każdego antagonistę obarcza jakimś problemem ewolucyjnym. Jedna już sama nienawiść do Wielkiej Brytanii jest żywcem zerżnięta z "Moonraker'a", wydaje mi się, że nawet teksty Juliusa są lekko "aktualizowane" do świata Faulksa.

Ale dwa tematy mnie irytują niemiłosiernie. Pierwsza sprawa, to przemówienia Gornera po złapaniu Bonda w trakcie infiltracji. James nawet nie musi się trudzić w zadawaniu pytań. Julius wyśpiewa wszystko, opowie proces produkcji narkotyków, wyda swoje kontakty i jeszcze pokaże, jak to wszystko wygląda. Przypominam, że znajduje się nie po tej stronie muszki, o której myślimy. James dostaje z czytelnikiem większość odpowiedzi na pytania, których nawet nie zdążył jeszcze przemyśleć. Takie rzeczy zdarzały się, ale nie w tak perfidny sposób.

Drugi temat, to kolejne żywcem zerżnięte z "Goldfingera" sceny "współpracy" Bonda z Gornerem. Julius wykorzystuje Jamesa do swoich niecnych planów, "zatrudniająć" go, jako pilota samolotu, który ma się rozbić w odpowiednim miejscu. Co może pójść nie tak? Ian Fleming poprzez Goldfingera też popełnił takiego fabularnego pierda, kiedy Bond zostaje wciągnięty we współpracę napadu na Fort Knox.

I najgorsze jest to, że skończyłem już oceniać książkę, a nie napisałem jeszcze o fabule... Ta jest miałka, a z tekstu powyżej wynika jasno, że mamy do czynienia z nienawiścią do Wielkiej Brytanii za pomocą narkotyków. To w skrócie oczywiście. Nic takiego, co można byłoby polecić. Wymieniane wcześniej książki: "Solo" i "Carte Blanche" stoją na o wiele wyższym poziomie. A osobom niezdecydowanym - polecam zapoznać się z klasyką Fleminga.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Akira Toriyama - Dragon Ball#5. Wieża Muskułów















Data ukończenia: 15 grudnia 2017

Data utworzenia recenzji: 18 grudnia 2017

Recenzja:

To niesamowite, że najnudniejszy wątek w dotychczasowej historii czytanych przeze mnie Smoczych Kul ciągnięty jest już trzeci tom. Podtytuł czwartego - "Wielki Finał", nie zakończył wcale tej niemrawej sceny.

Całe szczęście, nawet Akira musiał gdzieś zakończyć motyw uczenia Son Goku przez Żółwiego Pustelnika, a dzieje się to właśnie w tej części. Zaczyna się epizod znacznie żwawszy, bo na scenę wchodzi Armia Czerwonej Wstęgi. Podobna do faszystowskiej organizacja paramilitarna szukające siedmiu Smoczych Kul. Na czele stoi Marszałek Czerwony, a każdy inny, znaczący żołnierz oprócz stopnia, ma nazwisko (pseudonim?) od któregoś koloru. Są okrutni, gwałcą, rabują i zabijają, jak to w komiksach dla dzieci. Są też diabelnie śmieszni, a zarazem pozbawieni kloacznego humoru.

Przykładem jest starszy sierżant Purpurowy. Z zawodu - podoficer Armii Czerwonej Wstęgi. Z zamiłowania - ninja. Upośledzenie umysłowe - idiota. Jakiś rok temu widziałem odcinki z tego epizodu i w anime to było bardzo śmieszne, ale że żywcem wyciągnięto to z mangi - śmiałem się z tego drugi raz. Akira robi cuda, jeżeli chodzi o dowcipkowanie. St. sierż. Purpurowy to kwintesencja poczucia humoru. Historia tej walki czeka na swój finał w następnym tomie, więc nie mogę się doczekać kolejnego odcinka.

Ogólnie tom jest bardzo na TAK. Zarówno koniec Tenkaichi Budokai, jak i początek nowej przygody to wiadomości wyłącznie bardzo dobre. A za samego ninję - dodatkowy plusik.

piątek, 15 grudnia 2017

Terry Pratchett - Mort

















Data ukończenia: 19 listopada 2017

Data utworzenia recenzji: 15 grudnia 2017

Recenzja:

Śmieszna sprawa z tym "Mortem". Śmierć to do pewnego momentu mój ulubiony bohater. Gdy jakieś 15 lat temu zaczynałem podróż ze Światem Dysku (czytając bez żadnej chronologii) uważałem go za najciekawiej zrobioną postać. Zagubiony w naszym świecie, ale przez cały czas dążący do nauki nowości. Jego WIELKIE LITERY i drugoplanowość mocno mnie jarały. Nie musiał grać głównej roli, by być zapamiętanym.

Cała magia prysła, gdy położyłem swoje nastoletnie łapska na pierwszej części serii o Śmierci... Miało to być coś wspaniałego, a zabiło mój zachwyt nad nie tyle samą postacią, ale także autorem, który przestał być dla mnie mistrzem. Nic mi się w tej książce nie podobało. Nudna, jak flaki z olejem fabuła, humor ledwo wyczuwalny i ogólny brak polotu tej części - wszystko to spowodowało, że w szczękościsku odczuwałem, jak autor nie wykorzystuje potencjału.

Śmierć zatrudnia u siebie Mortimera, cherlawego chłopca, który od stajennego ma awansować na samego mistrza fachu. Mort to dobry dzieciak i gdy pewnego dnia otrzymuje zadanie zakończenia żywota pewnej księżniczki - podejmuje, co najmniej, niewłaściwą decyzję. Śmierć w tym czasie rozkoszuje się chwilową przerwą w działalności i odkrywa sekrety ludzkich uciech.

Opinia negatywna całe szczęście nie jest aktualna. Przeczytałem po wielu latach książkę ponownie i muszę przyznać, że czytając Pratchetta według kolejności wydania - "Mort" jest najciekawszą książką do tej pory (jest to tom czwarty). Dowcipy Pratchetta dawno mi zbrzydły, więc tutaj bronić go nie będę. Jednak sama fabuła, która kiedyś mi nie podpasowała, teraz jest na całkiem zadowalającym poziomie. Kolejną kwestią jest samo "zajrzenie" do pracy Śmierci od kuchni - do tej pory siedzieliśmy w świecie magów i czarownic, a tutaj Pratchett pokazuje nam zasady nieco bardziej pokręconego świata.

Podsumowując, po latach zmieniło mi się postrzeganie tej części. Nie często zdarza mi się, by "naprawić" jakąś ocenę. Ale czytając zgodnie z datą wydania książek, rzeczywiście - "Mort" jest kilka poziomów wyżej. Szkoda tylko, że te żarty mnie nie potrafią tak zadowolić, jak te kilkanaście lat temu.

środa, 13 grudnia 2017

Kaz Cooke - Ciężarówką przez 9 miesięcy. Przewodnik po ciąży i okolicach















Data ukończenia: 19 listopada 2017

Data utworzenia recenzji: 13 grudnia 2017

Recenzja:

Jest już jakieś 3 dni po terminie, żona dzierga przedświątecznie serduszka na choinkę, ale przez cały czas czujemy, że jedna istota nie chce wyjść na zewnątrz. Patrząc na to, że minęło już 9 miesięcy muszę przyznać, że moja żona to niesamowita osoba - moją pomoc mogła wyłącznie otrzymać, gdy wracałem na weekendy. Nie było mnie przez te kilkadziesiąt tygodni ciałem, ale byłem duchem. Wsparłem ją między innymi recenzowaną właśnie książką. Nie pamiętam już kto mi polecił Cooke, ale argumentami ZA były: humor i prosty język. No to kupiłem, jak pieluchy "dwójki" dla noworodka.

Żonie książka nie przypadła do gustu, później zauważyłem dlaczego. Sam się za nią zabrałem i oznaczałem ważne fragmenty, które mają jej pomóc przejść ciążę beze mnie w tym okresie w miarę spokojnie. Rzeczywiście jest napisana prostym językiem w tonie nieco "rubasznym" i niestety jest to jeden z największych minusów tej książki...
Nic tak bardzo nie męczy, jak uczestniczenie w nieudolnej próbie tworzenia dowcipu. Kaz Cooke próbuje za wszelką cenę rozśmieszyć czytelnika. Jej podejście, kuriozalne porównania i sytuacje, które wydają jej się zabawne, są tak samo żenujące, jak strona relaksu z pierwszej lepszej gazetki dla garkotłuków. Jednak jej humor nasila się z ilością przeczytanej makulatury i pod koniec cieszysz się, że kończysz z autorką przygodę.

Sam dowcip nie jest tutaj jednak najgorszy. Obok ważnych informacji Kaz daje przy każdym tygodniu ciąży odcinek cykliczny "Dziennika pokładowego", czyli taki pamiętnik spisany po latach, co się działo, gdy była w ciąży i jak była traktowana. Propan-butan... Jakie to było słabe... Raz, że pisze to w swoim "śmiesznym" stylu. Dwa - tych wypocin nie da się czytać. Brak jakiegokolwiek polotu, niepotrzebne światu, zatrzymujące tempo galopującej ciąży. Obrzydliwość. Osobom, które nie czytają książek od deski do deski jest podpowiedź, strony tego badziewia są w kolorze szarym. Ja wymęczyłem i pozytywa nie wystawię.

Kolejnym minusem jest odwoływanie się do innych źródeł. Nie wiem, czy jest to wina polskiej edycji, ale podejrzewam, że książka jest redagowana na wzór oryginału. Wszystkie rozdziały kończą się spisem literatury lub stron internetowych, które mają poszerzyć wiedzę na opisywane wcześniej tematy. Jednak to, co sama autorka wypisuje, wygląda jak wersja demonstracyjna. A przy poradniku dla laików - tak nie można.

Nie rozumiem też: po co nabijać ilość stron kartkami typu "miejsce na Twoje notatki", lub pokroju "narysuj, jak myślisz, że będzie wyglądać Twoje dziecko". Takie rzeczy na magisterce, ale nie tutaj, za taką cenę.

Ogólnie, opisałem same minusy, bo pozostałe rzeczy są ok. Podobało mi się, że wydawnictwo spolonizowało książkę nie tylko poprzez tłumaczenie, ale też uzupełniając treść o polskie realia.

Jak to ocenić? Średniak. Wydano drugi tom - "Dzieciozmagania". Tego jednak nie kupię, po chamsku bym nawet stwierdził, że autorka nie zna się na temacie, a jedynie jest to praca odtwórcza (jednak urodziła dzieci, więc doświadczenie ma). 

Akapit zostawiam swojemu synowi "ku pamięci". Przez kilka miesięcy namawiałem matkę, by nazwać Cię imieniem Set. Uważała, że można tym skrzywdzić dziecko i stanęło na Lucjuszu. Wiedz, co się tutaj działo: siedzimy w nocy i czekamy na Ciebie!

niedziela, 10 grudnia 2017

Frank Miller, Lynn Varley - 300

















Data ukończenia: 25 lipca 2017

Data utworzenia recenzji: 10 grudnia 2017

Recenzja:

Kiedyś mój polonista stwierdził, że jedynym przypadkiem wyższości filmu nad książką jest "Kariera Nikodema Dyzmy". Przez kilka ostatnich lat dodałbym jeszcze "Pozdrowienia z Rosji" Fleminga i "300" Franka Millera. Sam jestem na siebie zły, bo kiedyś wyznawałem zasadę - najpierw oryginał, później remake/prequel/cokolwiek.

"300" to był film, który moim zdaniem odbudował nieco zaufanie do strasznego, na tamte, czasy rynku ekranizowanych komiksów. Były wyjątki - "X-Men" i "Sin City". Ale pozostałe filmy, były infantylne i źle dobrane nawet aktorsko, o beznadziejnych scenariuszach nie wspominając. Snyder zebrał wszystko to, co najlepsze w komiksie, wszystko to, co najlepsze z efektów specjalnych i nie wiele myśląc przekopiował z oryginału całość. Druga część "300" należy do tych "genialnych dzieł", które wyłączyłem po 20 minutach - a nie zdarza mi się to często.

Napisałem "przekopiował z oryginału całość". Do chwili przeczytania komiksu byłem o tym przekonany w 100%, okazuje się, że dzieło Franka Millera, wcale nie należałoby do moich ulubionych, gdybym przeczytał je jako pierwsze. Okazuje się, że Snyder wprowadził kilka kosmetycznych scen, które sprawiają, że pierwowzór fabularnie wypada dość płytko i ogranicza się wyłącznie do rzeźni.

Jednak nie mogę nic złego powiedzieć o formacie, sceny walki w dużych okienkach wyglądają obłędnie. Z drugiej strony sama kreska nie przedstawia się jakoś znakomicie. Owszem, są dynamiczne, ale całość jest zrobiona stylem, który niekoniecznie mi odpowiada.

Jakieś podsumowanie mi się nasuwa, ale w żadnym przypadku nie mogę dobrze ocenić komiksu. Jest przeciętny. Jednak na tyle przeciętny, że pokusiłbym się na zrobienie filmu na podstawie historii Franka Millera. Całe szczęście, że zrobił to za mnie Zack Snyder.

wtorek, 19 września 2017

Mark Frost - Sekrety Twin Peaks














Data ukończenia: 18 lipca 2017

Data utworzenia recenzji: 19 września 2017

Recenzja:

Pamiętam, jak przez mgłę, a zarazem przez kołdrę, jak na początku lat dziewięćdziesiątych oglądałem w nocy jeden z odcinków Twin Peaks. Rodzice nie mieli chyba zielonego pojęcia, że obejrzałem z nimi kilka "tłustych" godzin tego serialu. Niestety o jeden raz za dużo... Czerwony pokój, facet ścigający swojego sobowtóra, ogień i muzyka Badalamenti'ego. Widziałem wcześniej horrory, których nie powinienem zobaczyć na oczy. Ale, to co zrobił Lynch..., Lovecraft podpowiedziałby mi, że to było "nienazwane". W tamtym wieku to określenie rzeczywiście, by pasowało. Po latach dowiedziałem się, że tej nocy zalałem własne łóżko z natłoku wrażeń...

Ciężko nazwać mnie fanem tego serialu. Definicja musiałaby mieć stwierdzenie "mimo wszystko", a u mnie takiej taryfy ulgowej nie ma. Rozśmieszyło mnie, gdy w trakcie trzeciego sezonu, zaczęła się burza, że nie ma klimatu starych serii. Przepraszam, jakiego klimatu? Rozmawiamy, o tej dziecinadzie małomiasteczkowej? Bo psychodelia przeszła ze zdwojoną siłą.


Bardzo ciężko mi się oglądało po kilkunastu latach, gdy miałem pełną świadomość, przed czym siedzę. Z jednej strony świetnie zarysowane postacie agentów FBI, z drugiej - naiwne miasteczko, które w tej samej chwili potrafi płakać z powodu śmierci bliskiej osoby i rozpływać się nad bagietą z Francji. Mądrzejszy ode mnie powie: "ale to zamierzone działanie, to jest właśnie esencja balansu, naśmiewanie się z innych sitcomów itp. itd.". Z takimi działaniami, jest jak z ćwiczeniem mięśni Kegla, trzeba wiedzieć, kiedy przytrzymać, a kiedy puścić. Duet Lynch-Frost mieli z tym problemy i moim zdaniem to oni byli powodem zawieszenia tego serialu na 26 lat. Żadnej publiczności proszę w to nie mieszać, nie jej wina, że po odkryciu mordercy Laury Palmer, nie było celu oglądania serialu dalej. W tamtych czasach, taki "Lost" zostałby zgaszony po trzecim sezonie, chociaż tutaj ludzie mieli jeszcze cień szansy, że któryś ze scenarzystów, znajdzie sposób na zakończenie tego bubla.

A żeby nie być gołodupnym, kilka gwoździ do trumny "klimatu Twin Peaks":
1. Komu podoba się związek Andy'ego z Lucy? To takie śmieszne przecież jest. Te plemniki. Czy one żyją? Jeśli ktoś to lubił, może wcisnąć przycisk, ten nad którym świeci taka mała, żółta lampeczka.
2. James Hurley. O w mordę, co za gość. Ruchadło z Twin Peaks. Polecam zobaczyć grę aktorską w pierwszym odcinku, gdy Bobby zaczyna szczekać, a Hurley - gangsta na Harley'u - robi taką, słodką minkę 9-latka. Każda scena z tym typem to istna polewa z aktorstwa. Możecie mi wmawiać, że to zaplanowane. Ja wtedy rzucę cytatem "To złe!".
3. Ale na oddzielny punkt zasługuje scena nagrywania kasety. Jest tu James, Dona i ta Laura Palmer v 2.0. Przypomniałem sobie, gdy przy rodzicach oglądałem tę, w zamyśle twórców, erotyczną scenę śpiewania piosenki. Żenada i wstyd, mogli mnie chociaż przyłapać na pornolu, bo już większej spedaliny zrobić z siebie nie mogłem - kiedy się ona zakończy! Moja rodzina jest tolerancyjna, w przeciwieństwie do mnie, bo zrozumieć nie mogę, jak można tak źle wszystko dobrać. Dlaczego one wąchają skarpety Ruchacza? Co się dzieje z ich ustami, jak śpiewają, czy tak właśnie według aktorów wygląda ta czynność? Po cholerę tu ta scena jest? To jest jeden wielki NOPE.
4. Żeby zostawić Ruchacza w spokoju, to panna detektyw Donna. Ma 100 km do rozsądku, przyciemniane okulary i skończyła się jej guma w portfelu.
5. Chłopcy z czytelni. Już pomijam, że "swoi" ścigają przez kilka pierwszych odcinków Dżemsa, by później sobie przypomnieć, że należy do ich bandy. A ich znak rozpoznawczy? To ma przedstawiać mima, czy może kroplę potu z anime/mangi?


Mógłbym więcej, ale wolę pisać o scenach, które mi się podobają i wydaje mi się, że także samemu Lynch'owi, bo sezon właśnie wyświetlany ma więcej z Twin Peaks'a, którego uwielbiam, niż ze znienawidzonego klimatu samego miasteczka.

I od razu napiszę, ze trzeci sezon to bezdyskusyjnie najciekawsze i bardzo wymagające dzieło ostatnich lat.

Brakuje jednak w tym wszystkim Marka Frosta, który zdawał się pełnić rolę hamulcowego Lynch'a. Swoje historie (normalniejsze) przelał na papier w dwóch książkach. Oto jedna z nich.


Bliżej nieokreślony Archiwista stworzył notatki dotyczące dziwnych zjawisk w Twin Peaks, terenach nieopodal i ludzi, którzy są z tymi miejscami związani. Zapiski te zostały znalezione przez FBI po wydarzeniach z drugiego sezonu. Gordon Cole w załączonej instrukcji objaśnia swojemu agentowi TP (osoby oglądające nowe odcinki zapewne już domyślają się, o kim mowa) skąd pochodzi i mniej więcej, co może dać rozwikłanie zagadki notatek.


Książka jest zrobiona w taki sposób, by jak najwierniej oddać tajemnicę serialu i samej treści. Mamy wycinki z gazet, listy pisane odręcznie, zdjęcia. TP na marginesach zaznacza swoje uwagi na bieżąco, więc razem z nią odkrywamy dziwaczne sytuacje z terenów Twin Peaks. Mamy, więc tutaj wyjaśnione zawiłe stosunki białej społeczności z plemieniem indiańskim. Dziwne obiekty latające i porwania dzieci z Twin Peaks. Czy szczegółowa historia rodzin: Packard i Martell. Jednak najmocniejsze wątki, to:
- kim jest Archiwista?;
- co to za pierścień, który przewija się od początku indiańskiego plemienia, a jego historia sięga czasów dzisiejszych?;
- kim jest "człowiek w czerni", uciszający świadków paranormalnych zjawisk?



Od razu spieszę wyjaśnić, że pomimo ciekawie spisanej książki - nie wszystko zostało wyjaśnione. Nie pomoże Wam też zrozumieć bardziej końcówki trzeciego sezonu. Mark Frost stworzył małą encyklopedię skierowaną do fanów, która podczas emisji nowych odcinków powodowała u nich dumę i może trochę niektóre wątki były bardziej jasne. Tytuł jednak pomija kilka historii z serialu, tak jakby w ogóle one nie zaszły. Z tego też powodu niektórzy twierdzą, że najnowszy sezon jest bezpośrednią kontynuacją książki - co też nie jest prawdą. Archiwista nie wiedział i nie zapisał, co dzieje się z Cooper'em w ostatnim odcinku, a jak wiadomo niemal wszystko z niego przeszło do kolejnego sezonu.


Jest tu kilka smaczków. Jeśli założymy okulary, byłego już, doktora Jackoby'ego, niektóre ryciny będą nam podawać kolejne informacje. Książkę czytałem w warunkach poligonowych - brak możliwości sprawdzenia. Inne zdjęcie po rozszyfrowaniu daje duży spojler do trzeciego sezonu (książka została wydana rok temu).


Tak, jak wspomniałem wcześniej - tytuł skierowany do fanów. Podobało mi się odejście od "komizmu", bo tego tutaj nie ma. Szkoda, ze większość tych wątków została porzucona i w serialu nikt nie kwapił się o pociągnięcie historii dalej. W październiku powinna odbyć się premiera kolejnej książki. Traktującej o życiorysach bohaterów po wydarzeniach z drugiego sezonu. Może nic nie zmieni to w postrzeganiu finału, ale na pewno wypełni nam środek. Ocena bardzo dobra. A sam proponuję Wam zmierzyć się z jedną z teorii dotyczącą ostatniego odcinka - oglądajcie go równocześnie z przedostatnim.

niedziela, 23 lipca 2017

Andrzej Sapkowski - Miecz przeznaczenia

















Data ukończenia: 11 lipca 2017

Data utworzenia recenzji: 23 lipca 2017

Recenzja:

Po "Ostatnim życzeniu" byłem tak najarany Geraltem, że dokończyłem swoją przygodę z cyfrową wersją. Dałem odpocząć tej nadmuchanej bańce i po kilku miesiącach znowu zasiadłem przed historią Geralta. "Miecz przeznaczenia" to też zbiór opowiadań, ale pomimo mojej niechęci do takiej formy, nie obawiałem się, że zastanę tutaj coś nędznego. Po pewnym czasie stwierdziłem, że rzeczywiście - książka nadal jest bardzo dobra.

Jednak zanim zacznę się rozpływać nad kunsztem, trochę dziegciu - nie wiem, jak nudnym trzeba być, żeby w każdym opowiadaniu używać jego tytułu do zarzygania. O co chodzi? Jeżeli historia zwie się "Granica możliwości", możemy być pewni, że te dwa słowa będą wykorzystywane przez wszystkich bohaterów do ostatniej strony. Zdarza się to nagminnie w (aż) trzech opowiadaniach i zdaję sobie sprawę, że może innym smutasom to nie przeszkadza - z całym szacunkiem, ale JA uważam to za problem z dobieraniem tytułów.

Kolejna sprawa to strasznie nudny rozdział "Trochę poświęcenia". Skłamałbym, że cały. Bardziej chodzi mi o epizod, kiedy Jaskier i Geralt penetrują "lovecraftiańskie" miasto. Tak, jak i Lovecraft zabija czytelnika nudą, tak i Sapkowski zaczął mordować. Czego po jednym mogę się spodziewać, drugiemu nie przystoi. Ale opowiadanie, jako całość smutne i dobre w jednym.

Z dobrych rzeczy. Pomimo tego, że nie oceniam wyżej niż pierwszy tom, znajduję świetne wątki, które dzięki umiejętnościom Sapkowskiego stają się z miejsca klasykami. Całość kręci się w okół nieszczęśliwej miłości do Yennefer, ale z drugiej strony widzę bardzo dużo wysiłku włożonego w postacie drugoplanowe. Andrzej stara się w tych opowiadaniach wprowadzać wątki, które prawdopodobnie zostaną wykorzystane już we właściwej serii Wiedźmina. Świetny Borch Trzy Kawki, świetna Ciri, kapitalny powrót do wątków, które zapoczątkowane były w poprzednim zbiorze. Jest to bardzo dobra książka i już poluję na trzeci tom.

Swoją drogą odpaliłem właśnie drugą część gry. Zobaczyłem intro. Cały ten "Wiedźmin" to kapitalny produkt eksportowy. Duma!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...