niedziela, 30 października 2016

Jeph Loeb, Jim Lee - Batman: Hush. Część 1
















Data ukończenia: 20 października 2016

Data utworzenia recenzji: 30 października 2016

Recenzja:

Pierwszy komiks wydany w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów DC. Wydawnictwo Eaglemoss musiało walnąć z grubej rury, ale nie jest to moja opinia, a jedynie społeczności internetowej. Życie tego tytułu jest dla mnie zupełnie nieznane, a jedyne, co by mnie zachęciło do kupienia go, (poza samą prenumeratą) to informacja, że rysownikiem jest Jim Lee.

Uwielbiałem tego kolesia - to co robił z postaciami X-Men w czasach, gdy oglądałem jego rysunki w TM-Semic... Brak słów. Piękne ciała kobiet, z lekką krzywizną, okrągłe biusty, wąziutkie wargi i lekko skośne oczy. Facet wiedział, jak narysować seks dla nastolatka.

Hush
"Hush" to solidny komiks, który jak na moje gusta ma za dużo... wszystkiego. Wydaje mi się, że twórcy na chama chcieli włożyć każdą znaną postać z komiksów Batmana. Całość trzyma się kupy, przynajmniej pierwsza połowa, którą recenzuję. Jednak, jeśli w drugim tomie okaże się, że główny zły, tytułowy Hush to osoba, którą podejrzewam już teraz - to będę mocno zawiedziony.

Hush
Batman prowadzi sprawę porwania chłopca Edwarda Lamonta IV, porywaczem okazuje się Killer Crock. Szybkie zakończenie tego wątku prowadzi do kolejnego, w który zamieszani są inni przeciwnicy Mrocznego Rycerza, a wszyscy, niczym marionetki, sterowani są przez Husha.

Hush
Bardziej podniecił mnie jednak dodatek do tego tomu, w którym umieszczono pierwsze przygody Batmana. Chociaż w tamtych latach nazywał się Bat-Manem. Krótka historia wydrukowana była w maju 1939 roku w Detective Comics. Bat-Man lubujący się w paleniu fajki zrobiony ohydną kreską (nawet debiut Supermana w 1938 roku miał o wiele ciekawsze rysunki) - to musiało mi się spodobać.

Bat-Man. Detective Comics #27
Tom oceniam na bardzo dobry. Samą historię gwoździa programu ocenię dopiero przy drugim tomie. Spodziewałem się jednak, po tylu pochlebnych opiniach, że będę miał do czynienia z czymś mocnym, niestety po pierwszej połowie widzę typowy akcyjniak.

czwartek, 27 października 2016

Pierre Thomas Nicolas Hurtaut - Sztuka pierdzenia

















Data ukończenia: 17 października 2016

Data utworzenia recenzji: 27 października 2016

Recenzja:

Któż nie lubi sobie popiardywać? Pamiętam, jak zmieniło się moje życie (które zawsze usłane było zachowaniami dobrymi, nie ingerującymi w wolność drugiej osoby), gdy poszedłem do wojska. Kilkuset facetów zamkniętych w jednym budynku z żarciem tak niemiłosiernie wiatropędnym, bez możliwości wyjścia na miasto i bez obecności kobiet... Nie muszę mówić, że większość pseudonimów świeżych rekrutów to były wariacje na temat produkowanych przez nich wyziewów cielesnych. Wszystko to było spowodowane tym, że nie było nikogo, kto mógłby taką osobę upomnieć lub zidentyfikować. Na apelu sierżant opierdala całą grupę? Nie ma to jak puścić cichacza ku uciesze pozostałych jebanych. Niestety wszystko się zmieniło po przysiędze, kiedy otwarto nam bramę na miasto, a młodzi-wolni młodzieńcy zachłysnęli się niepisaną umową o niemożliwości wytaczania gazów na zewnątrz przy obecności innych. Wojsko już nigdy nie było takie same...

Do podobnej konkluzji doszedł Hurtaut, w swojej książce "Sztuka pierdzenia". Wydana w 1751 we Francji rozprawka na temat wiatrowania, była czytana na bankietach, by pomóc w trawieniu i nie tracić przy tym humoru i stoickości. Czy słusznie uważana za komedię? Może i tematyka jest śmieszna, ale autor podchodzi do tego z pełną powagą. Rozpisuje nam instrukcję, jak należy podejść do badań, jak mocno wcisnąć nos, by wyłapywać co ostrzejsze "kąski" zapachowe. Jego specjalizacja pozwoliła wydalić lub wydzielić kilka rodzajów pierdzenia, oczywiście wszystkie okraszone przykładami. Autor nie traktuje nas po macoszemu, wszystko jest skrzętnie przedstawione, tak byśmy mogli również świecić na salonach zdobytymi informacjami.

Hurtaut opisuje tutaj historię opowiadaną przez Horacego. Ponoć Priap pierdnął tak mocno, że wystraszył wszystkie czarownice, które próbowały rzucić na niego czar. Te uciekły do miasta. Autor "Sztuki pierdzenia", jako znawca, zauważa, że byłoby to awykonalne przy pojedynczym puszczeniu piarda. Hurtaut, (uważam, że słusznie!) twierdzi, że musiałoby nastąpić tutaj pojedyncze pierdnięcie z wybuchem, po którym nastąpiły dwa pierdnięcia dyftongalne. Te drugie zdecydowanie mocne, by podkreślić wagę sytuacji.

Przypomina mi to trochę zboczone francuskie klasyki w małych rozmiarach. Pełne świństw w miniaturze, które korciły zwłaszcza dzieci - małymi rozmiarami. "Sztukę pierdzenia" otrzymaliśmy, jako prezent ślubny i szczerze powiedziawszy, ktoś trafił w sedno samą dedykacją: "w małżeństwie przyda się wszystko".

Wydawnictwo Terytoria zrobiło kawał dobrej roboty, by książka wrzucała nas w klimat XVIII wieku. Świetnie dobrana czcionka, a także tłumaczenie Krzysztofa Rutkowskiego oraz ryciny, które nie mają nic wspólnego z pierdzeniem, ale sytuacje w nich przedstawione daje dwuznaczny wydźwięk - to wszystko składa się na wyśmienite wydanie króciutkiej (140 stron) przecież książki, Zdecydowanie polecam zainteresować się odkrywaniem swojego ciała, nawet jeśli zaczniemy to od rektalnej strony.

czwartek, 20 października 2016

Terry Pratchett - Blask fantastyczny

















Data ukończenia: 13 października 2016

Data utworzenia recenzji: 20 października 2016

Recenzja:

Dziwnym jest, że wszystkie zastrzeżenia jakie miałem do "Koloru magii" zostały mi w tym tomie "wysłuchane". Nie zdarza mi się to często, by autor, którego skrytykowałem poprawił się od razu przy następnej książce.

Nie czytałem nigdy wcześnie "Blasku...", właśnie przez to, że "Kolor..." i Rincewind zabili mi klimat serii Świat Dysku. Humor w pierwszym tomie jest tak oczywisty, że jakakolwiek zmiana byłaby in plus, jednak Pratchett pokazał się tutaj z najlepszej strony. Strony "Zbrojnych", czy "Pomniejszych bógów".

"Blask fantastyczny" jest bezpośrednią kontynuacją "Koloru magii". Nie ma możliwości czerpać przyjemności z tego tytułu bez zaznajomienia się z poprzednim, więc gdy pierwszy tom kończy się "lotem" pechowego maga w dół, drugi go kontynuuje. Rincewind i Dwukwiat będą mieli okazję spróbować uratować świat przed czerwoną gwiazdą, która nieuchronnie zmierza do Wielkiego A'Tuina. Oczywiście, jak to zwykle bywa z ciemnym ludem, pojawienie się pryszcza na niebie powoduje powstawanie czcicieli, którzy zaczynają zachowywać się co najmniej dziwnie. Ponieważ magia coraz bardziej się rozrzedza, jedynym ratunkiem może być czarodziej, który nie zna żadnego praktycznego zaklęcia.

Książka jest świetna. Ostatnie przygody z Pratchett'em nie były najprzyjemniejsze, ale powrót do początków i przetrawienie beznadziejnego "Koloru magii" wynagrodziło mi śmiesznie spędzonym czasem. Polecam, niestety cały dwutom.

Książkę czytałem podczas podróży poślubnej, w Grecji. Gdy nie chciało się wracać do Polski, Dwukwiat rzekł do mnie: "Najważniejsze we wspomnieniach jest to, żeby potem mieć się gdzie zatrzymać i tam je wspominać". To powiedziała nielubiana przeze mnie postać, na drugi dzień spakowaliśmy się i wróciliśmy wspominać.

poniedziałek, 17 października 2016

Action Comics Nr 1. Czerwiec 1938r.
















Data ukończenia: 5 października 2016

Data utworzenia recenzji: 17 października 2016

Recenzja:

Nigdy specjalnie nie przepadałem za wydawnictwem DC Comics. Oczywiście pierwsze komiksy w moim domu to były z TM-Semic: Batman i Superman, ale ich historie nie za bardzo mnie interesowały. U mnie liczyli się tylko X-Men z Marvela.

Z tego też powodu nie mogę sobie wybaczyć, że ominęła mnie przyjemność zbierania kolekcji Marvela... Już nawet nie o to chodzi, że nie zauważyłem, że coś takiego na rynku jest (od czasu śmierci Dobrego Komiksu obudziłem się na wydanie "Watchmen" w jednym tomie). Podejrzewam, że wtedy nie miałbym możliwości finansowych na zamówienie prenumeraty. Ktoś powie, co Ci szkodziło kupować wybrane tytuły? Pedantyczne podejście do kolekcjonowania zmusza mnie do oczekiwania, że przyjdą czasy, kiedy będę mógł zacząć zbierać kolekcję Marvela.

Dlatego, gdy pojawiły się informacje o wypuszczeniu Wielkiej Kolekcji Komiksów DC Comics, od razu zamówiłem prenumeratę, by móc zapoznać się z nieznanym mi uniwersum. Szczęście też chciało, że otrzymałem figurkę Kid Flash'a i dodatek w postaci reprintu pierwszego numeru Action Comics z 1938 roku. Był to też pierwszy komiks, w którym pojawił się Superman.

Nie będę mógł się nachwalić w tym poście samego pomysłu wydania zeszytu, przypominającego lata dziewięćdziesiąte w Polsce i działalność TM-Semic. Przetłumaczone na nasz język nie tylko oryginalne historie, ale także i reklamy tworzą nie tylko klimat lat trzydziestych, ale także szacunek do firmy, która sprezentowała prenumeratorom taki dodatek.

Tyle słowem wydania. Teraz przejdźmy konkretnie do zawartości:

Zeszyt otwierany jest pierwszą przygodą Supermana, który nie potrafi tutaj latać, a jedynie wykonywać kilometrowe skoki. Lois Lane jest prześladowana przez kilku oprychów, a zainteresowany nią Clark Kent nie ma takiej siły przebicia, jak wspaniały "atleta" Superman, który ratuje ją z rąk niedoszłych gwałcicieli. Niestety, historia korupcji senatora zostaje zakończona nieuwielbianym przeze mnie "ciąg dalszy nastąpi".

Superman
Kolejny komiks w #1 to "Chuck" Dawson. Całkiem ciekawa historia Charlesa Dawsona, którego ojciec zostaje zabity podczas "krwawej wojny" o ziemię. Utrzymany w czerni i bieli, przedstawia cowboya szukającego zemsty. Jednak, jak nie przystało na biały charakter - niewinnie osadzony w więzieniu przez niewinnego zastępcę szeryfa, wymierza całkiem winną, lecz chyba (?) niezasłużoną karę. Jak na lata trzydzieste, mocno brutalny komiks. Niestety, historia kolejnego "atlety" w tym zeszycie zostaje zakończona nieuwielbianym...

"Chuck" Dawson
Następny bohater to Zatara, bardziej znany z bycia ojcem innej heroiny z DC - Zatanna'y. Razem ze swoim asystentem Tong'iem rozwiązują sprawę napadów na pociągi. "Tygrysica", nazwana tutaj arcyłotrem, jest zwykłą kryminalistką, która ze swoim gangiem stanowi małe zagrożenie dla wspaniałego magika. Pomimo tego, że sam przeciwnik jest mało zachwycający - jest to jedyny superbohater w tej kolekcji, oprócz Supermana. O dziwo, historia jest zamkniętym odcinkiem.

Zatara Mastar Magician
Jedną z ciekawostek jest tekst kapitana Franka Thomas'a pt. "Strategia Mórz Południowych". Nie jest to historia obrazkowa, ponieważ w tamtych latach był przymus posiadania minimum dwóch stron prozy w zeszycie, by nie był traktowany jako komiks, a jako czasopismo. Wiązało się to z niższą taryfą pocztową. Fabuła jest bardzo miałka, a opowiada o kapitanie szkunera - Coleman'ie i jego majtku Cottonballa'u. Ten drugi oczywiście jest czarny, a co za tym idzie: ma imię, jak czarny; mówi, jak czarny i cała jego postać jest przedstawiona, jak czarnego w latach trzydziestych XX wieku. Rasistowskie stereotypy. Historia również jest niedokończona.

Strategia Mórz Południowych
Lepkoręki Stimson to ciekawy przypadek postaci z uniwersum DC. Komiks zbudowany na zasadzie slapstickowej komedii. Stimson kradnie jabłka, a po nieudanej akcji policja zaczyna go za to ścigać. Patrząc na to, że cały oddział próbuje go złapać, zastanawiam się, czy te wykroczenie nie jest gorsze niż napady na pociągi. Tam policji było znacznie mniej.

Lepkoręki Stimson
Kolejny produkt to "Przygody Marco Polo". Historia jest urwana, ale ciekawostką jest fakt, że twórca sam nie był pewien, czy powieść chce opowiedzieć za pomocą pisma, czy rysunków. Chyba najsłabszy punkt zeszytu.

Przygody Marco Polo
Atleta "Pep" Morgan (bokser) i jego trener Pop Burkett muszą zmierzyć się nie z samymi przeciwnikami na ringu, a z "demonicznym" trenerem, który swoich zawodników faszeruje kuriozalnymi pomysłami na zwycięstwo. W tym przypadku była to igła z narkotykiem schowana w rękawicy. Taki "Tygrysia Maska" wersja jankeska.

"Pep" Morgan
Jakby komuś było mało przygód reportera Clarke'a w jednym zeszycie, mamy możliwość przeczytać historię Scoop'a Scanlona, który w czerni i bieli rozwiązuje sprawę złodzieja klejnotów. I tyle, wydaje się wciśnięty, jako zapychacz.

Scoop Scanlon. Pięciogwiazdkowy dziennikarz
Ostatni komiks - Tex Thomson, to historia kolejnego cowboya, który już jest tak bogaty, że zaczął się nudzić. Trafia do angielskiego miasteczka, gdzie zostaje wrobiony w morderstwo przez kolejną złą kobietę. Sama fabuła może najlepsza nie jest, ale bohater to ciekawy przypadek. Jego historia jest nieco podobna do Kapitana Ameryki z Marvela, który w późniejszych przygodach również walczy z Niemcami podczas II Wojny Światowej i również staje się herosem DC (choć bez supermocy).

Tex Thomson
Na koniec zostały jeszcze dwie strony z ciekawostkami: baseball i artyści, które nic ciekawego do zeszytu nie wnoszą.

dodatki
Pomimo tego, że trochę z kpiną opisuję wydawnictwo, wcale tak nie jest. Wartość ma dla mnie szczególną, bo nie Superman mi sprawia przyjemność, ale postacie, które w tych czasach jemu "towarzyszyły". Jakość fabularna, być może jest zerowa, ale wartość kolekcjonerska - ogromna. Ten zeszyt to tylko wstęp do kolekcji DC i już z niecierpliwością czekam na moment wchodzenia w uniwersum głębiej.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...