środa, 30 grudnia 2015

Frank Herbert - Dzieci Diuny


Data ukończenia: 26 grudnia 2015

Data utworzenia recenzji: 30 grudnia 2015

Recenzja: 

Gdzieś w połowie trzeciego tomu zdałem sobie sprawę, że pomimo siedzenia od kilkunastu lat w uniwersum Diuny, zupełnie nie wiem, co się dzieje. Nie sądziłem, że wszelkie filmy i gry komputerowe na podstawie pierwszego tomu, tak bardzo odbiegają od świata stworzonego przez Franka Herberta.

Ganima i Leto II to dzieci, które ssały piersi Muad'diba. Są nad wyraz rozwinięte, ale muszą doczekać pełnoletności, by zasiąść na tronie Imperium. W tej chwili władzę sprawuje Alia, ich ciotka. Z powodu różnych "mamboł dżamboł" mamy pięć różnych stron, które walczą w różnych sprawach, a celem i tak jest zabicie lub przywłaszczenie sobie dzieci Paula Atrydy.

Bardziej wolałbym się skupić na konstrukcji, bo to ona najwięcej uprzykrza czytanie. Nie przypominam sobie, by aż w takim stopniu książka wchodziła w rolę teatralnego przedstawienia. Rozdział za rozdziałem siedzi dwoje bohaterów i dywaguje o ważnych tematach. Te zaś nie były nam wcześniej przedstawione, więc dostajemy je na talerzu po pewnym czasie. Kiedy już wejdzie się w ten rytm, można to przeboleć. Jednak samej akcji, oprócz ganiania młodego Leto II z dużą prędkością po wydmach, praktycznie nie ma. Równie dobrze można byłoby przeczytać jutrzejszą gazetę o wydarzeniach z dziś.

Nie wiem, czy to wina dwóch lat od czasu kiedy zakończyłem "Mesjasza...", ale bez pomocy wikipedii i streszczeń, nie wiedziałem zupełnie, o czym te arrakijskie szumowiny mówią. Pierwsze rozdziały przesiedziałem z internetem, później tempo książki siadło na tyle mocno, że bardzo ziewnie podchodziłem do nowego tomu. Druga połowa idzie znacznie zgrabniej, a pewien moment z Leto II jest na tyle kontrowersyjny i ciekawy zarazem, że nie wiem już sam dokąd to zmierza. Nie jestem pewien, czy ten jeden motyw okaże się sukcesem Herberta, czy podcięciem żył.

Pomimo takiego wydźwięku - książka jest bardzo dobra. Przerażony jestem takim bezpardonowym wrzuceniem mnie do głębokiej wody, gdzie po dwóch tomach nadal czuję się zagubiony, pomimo łyku soku sapho. 

sobota, 14 listopada 2015

Ryszard Kapuściński - Cesarz
















Data ukończenia: 18 czerwca 2015

Data utworzenia recenzji: 14 listopada 2015

Recenzja:

Nie miałem możliwości sprawdzenia wcześniej dzieł Kapuścińskiego. Całkowicie mnie nie obchodził do momentu wydania książki "Kapuściński non fiction", a spór z nią związany trochę przypomniał mi o herosach polskiej literatury, którym bez wątpienia jest.

Do samego "Cesarza" nic mnie nie skłoniło - nie wiedziałem o czym traktuje, ani w jakiej formie jest ten reportaż. Na goło wejść w książkę zdarza mi się bardzo rzadko, a co za tym idzie, w świecie Kapuścińskiego miałem prawo czuć się bardzo obco.

Temat to Etiopia i rządzący nią Haile Selassie I, nieomylny cesarz. Jednak jest zrobiony w całkiem oryginalny (zwłaszcza dla mnie) sposób. Ocena i życie w ustroju jest opisana na podstawie historii osób związanych z dworem cesarza. Mamy tutaj spisane ich monologi  już po przeprowadzonej rewolucji, więc nie są to bałwochwalcze wypowiedzi "lojalnego" pracownika.

Sam czas, kiedy została wydana książka (1978), może być pretekstem do porównywania ustrojów. Bardzo ciężko jest napisać recenzję tak krótkiego reportażu, ale z oceną problemu nie ma. Idealnie wyważona, humorystyczna i zwięźle opisana historia egzotycznego kraju. Przypomina mi to świetny dokument stworzony przez Fidyka - "Defilada", który był całkowicie bezstronny i bez komentarza, a jednocześnie pokazywał cały absurd sytuacji. Zdecydowanie polecam!

środa, 11 listopada 2015

Rosalind B. Perfold - Kochać zbyt mocno (Kapcie potwora), czyli o tym jak wygląda przemoc domowa














Data ukończenia: 29 maja 2015

Data utworzenia recenzji: 11 listopada 2015

Recenzja:

Uuuu, tytuł powiał grozą. Czujecie już kobiece żalenie się nad swoim życiem, "nie mogę go opuścić", "ale kiedyś był taki dobry"? Tak, to ten zestaw mamy przed sobą. Osobiście gardzę takimi historyjkami, nie dam rady wymusić w sobie krzty współczucia, a jak bierze żal, to tylko z powodu dzieci, które jeszcze nie poczuły zawodu szczeniackiej miłości, a z grubej rury mają przedstawione konsekwencje kalekiego współżycia obojga rodziców.

Znaleziony za 2,99zł tytuł w koszyku z tanimi książkami to komiks. Narysowany bardzo słabą kreską, niewiele odbiegającą od postaci na okładce. I tak! Głównym bohaterem jest tytułowa Rosalind, która zakochana po uszy w Brianie, sprawia sobie łańcuch z ogniw upokorzeń, molestowania seksualnego i łez. Dziecku też się dostaje, a nawet sugerowane jest, że było wykorzystywane. Mamy tutaj mnóstwo szablonów "złej rodziny", a każdy możliwy scenariusz zdarzył się właśnie Ros.

Sama historia jest na faktach - autorka pod pseudonimem tworzy pewnego rodzaju apel, w którym opowiada swoją niemoc w odejściu od potwora. Przedstawia swoje dziesięć lat, jako okres zmarnowany litością nad mężem i samą sobą. Komiks dobrze się czyta, a ponieważ historia była opowiedziana na stronie internetowej, znalazło się wiele takich Rosalind, które również podpisują się pod tą historią.

Być może początek opinii sugerował moją ocenę, a jednak te kilkaset stron bardzo mi się podobały. Kobieta, która skryła się pod tym pseudonimem ma podwójne jaja - udał się happy end oraz przedstawiła w postaci rysunków wulgarną prawdę "dupnych" związków. Nie ma tu żadnej poezji, a tego bym się obawiał. Kreska autorki pozbawiła treść niepotrzebnych wątków, które mogłyby, takiego laika w tym temacie jak ja, zniechęcić do dalszego śledzenia losów. Czy polecić? Zdecydowanie tak. Uważam, że przedstawienie trudnych tematów (dla niektórych niezrozumiałych) w takiej postaci tylko mocniej podkreśla tragizm sytuacji (bez podtekstów).

niedziela, 25 października 2015

Alan Moore - Strażnicy
















Data ukończenia: 28 maja 2015

Data utworzenia recenzji: 25 października 2015

Recenzja:

Rorschach's journ...

Nie, nie. Postaram się nie robić standardowej recenzji, z przeklejonym na początku wpisem z dziennika Rorschacha. Pierwszy raz mam możliwość powiedzieć, że w końcu na naszym rynku jest książka/komiks, który od dawna powinien być dostępny większemu gronu (podobnie, jak było z "Szatańskimi wersetami"). Po X latach można kupić świetne wydanie "Strażników" za mniej niż 300zł (taką cenę osiągał twór Moore'a jeszcze rok temu na Allegro).

Po śmierci TM-Semic i mojej ulubionej grupy X-Men, bardzo ciężko było mi się odnaleźć w rynku komiksowym. Przez chwilę wydawano Dobry Komiks, sam złapałem "Kaznodzieję", a później przeczytałęm kilkadziesiąt tomów "Dragon Ball". Na tym się zakończyło moje zbieranie komiksów, chociaż do dziś nie mogę sobie wybaczyć przegapienia serii "Władcy chmielu".

Tak było do 2009 roku, kiedy to zobaczyłem plakat "Watchmen" - filmu na podstawie kultowego komiksu Alana Moore'a. Co to za kultowość i kim jest pan Moore? Pamiętam, jak wróciłem do domu po uczelni i ściągnąłem sobie trzy tomy o superbohaterach, żeby zatopić się w tej podobno świetnej historii.

Zaraz? Trzy tomy o superbohaterach? X-Men leci od lat sześćdziesiątych i ma już niezliczone ilości odcinków. Jak "Watchmen" w stosunkowo krótkiej historii może doprowadzić do kultowości? Na tym polega magia Moore'a. Nie moce, nie walka, a fabuła trzyma w napięciu do ostatniego obrazka komiksu.

Komediant z grupy zwalczającej zło. zwanej Strażnikami, zostaje wyrzucony przez okno w swoim mieszkaniu. Śmierć na miejscu. Kto zabił emerytowanego badassa, i czy innych członków rozwiązanej organizacji czeka jego los próbuje się dowiedzieć Rorschach, najbardziej prawicowa postać z jaką spędzicie czas przez następne 12 epizodów (i będziecie jej kibicować, pomimo lewackiego serca).

Całość rozgrywa się w alternatywnej historii USA, gdzie dzięki zdolnościom niektórych Strażników można było wygrać wojnę w Wietnamie, a pewne okoliczności doprowadziły do tego, że Deep Throat nie ujawnił afery Watergate. Mamy dzięki temu Nixona, który ubiega się już o trzecią kadencję.

Każdy z 12 epizodów wieńczony jest reminiscencją. Wydruk z książki jednego z superbohaterów, który ujawnia wesołe i przykre momenty grupy; wywiady z najmądrzejszym człowiekiem świata Adrianem Veidt'em; czy teczka policyjna Rorschacha. Całość buduje uniwersum, w którym żyjesz przez kilkaset stron. Jest własna subkultura, urządzenia, reklamy, komiksy. Świat żyje.

Ale najciekawszą postacią jest Alan Moore. który jest niczym bardziej popularny dziś George R. Martin. Twórca "Watchmen" chciał wykorzystać bohaterów z Charleston Comics (które zostało wykupione przez DC Comics), jednak obchodziłby się z nimi bardzo surowo. Śmierć tych bohaterów oznaczałaby brak możliwości na kontynuację. Mądre głowy z DC Comics dały Moore'owi wolną rękę do stworzenia swoich alternatywnych postaci. Efekt jest świetny.

Mógłbym pisać o tym godzinami, ale najlepszą rekomendacją jest uznanie w książce "1001 książek, które musisz przeczytać", oraz nawoływania mojego pięćdziesięcioletniego taty, który bardzo prosił mojego brata i mnie byśmy ciszej rozmawiali, bo nie chce żadnych spoilerów, a jest w trakcie czytania.

Polecam też film, który obok "300", jest najwierniejszą adaptacją komiksu w historii kina, a scenariusz pisał David Hayter - Solid Snake.

Jeszcze nie przekonani? Zapraszam do linków:


wtorek, 12 maja 2015

Siddhartha Mukherjee - Cesarz wszech chorób. Biografia raka















Data ukończenia: 9 maja 2015

Data utworzenia recenzji: 12 maja 2015

Recenzja:

Niecałe dwa lata temu pewien wojskowy psycholog powiedział mi: "Panie Marcinie, musiałem kupić tę książkę. Czułem potrzebę jej przeczytania".Ta kuriozalna sytuacja spowodowała, że stwierdziłem dwie rzeczy. Ja też potrzebuję ją przeczytać, a po drugie - powinniśmy się zamienić miejscami.

Zainteresowanie medycyną zaczęło się od wspomnianego w innej recenzji leksykonu "Lekarz domowy". Mnóstwo rysunków, które odzwierciedlały różnego rodzaju choroby, rany i egzemy, powodowały u mnie strach i chęć jeszcze poobcowania z czymś egzotycznym. Mózg tak mi przesiąkł niektórymi informacjami, że stwierdziłem, że najlepszą obroną przed wszelkim złem natury jest ciągłe mycie rąk. I tak szorowałem je sobie po dwieście razy dziennie, za każdym razem, gdy dotknąłem zakurzonego przedmiotu, lub otarłem się o kwiat doniczkowy. Miałem w mieszkaniu swoje "korytarze", którymi mogłem spokojnie przejść z punktu A do B i przeżyć. Moje ręce straciły skórę, a by ją zregenerować mama nacierała mnie kremami i zakładała rękawiczki-palczatki, na noc. Krem szczypał, jak diabli. Na dodatek zimą, zupełnie mi się nie goiły. Na lekcji polskiego siedziałem w ławce i zaciskałem pięść, by patrzeć, jak przez cienką skórkę widać mi kostki palców... Ostatni bastion padł, i gdzieś po pół roku moich eksperymentów, kilka solidnych lekcji wymierzonych w najczulsze miejsca, definitywnie wybiło mi z głowy wszelkie zbędne mycie, a dziś mogę się nazwać szczęśliwym brudaskiem.

Moje "nieszczęście" nijak ma się do tragedii osób chorych na raka. Przyznam szczerze, że mało o tym czytałem, nie miałem ochoty nawet wnikać w te tematy - moim "konikiem" od dawna były choroby skóry. Ale pojawienie się na rynku tego tytułu, dało mi szansę zapoznać się z tą ciemną dziurą medycyny.

Książka zaskoczyła mnie dwa razy. Byłem pewien, że zaglądając do niej napotkam treść, która będzie za mocna dla laika i siadając do niej podpisałem kontrakt z diabłem, że przez następne 600 stron mam prawo nie wiedzieć, co się dzieje i nie będę narzekał. "Cesarza..." czyta się łatwo i nie potrzeba żadnej wiedzy medycznej, by poznać historię nowotworów. Autor wyjaśnia nam zawiłości, wraca do starożytności i pokazuje nam, że nasza nowa cywilizacyjna choroba, nie jest taka nasza i taka nowa.

Jednak im bliżej naszych czasów, tym książka nudniejsza. To właśnie te drugie zaskoczenie - myślałem z początku, że to kwestia przesytu materiałem, a może wróciło to, na co się zgodziłem i jednak nie jest dla laików? Teraz pisząc recenzję stwierdziłem, że to nie jest kwestia trudności języka, a tematyki. "Biografia raka" miała być dla mnie obrazem wszelkich chorób, a nie myślałem, że dostanę dogłębną analizę walki z nim. Żeby mnie ktoś nie zrozumiał źle - cieszy mnie to, że są pokazane te wątki, ale są tak mocno wyeksponowane, że tytułowy bohater schodzi na dalszy plan, a za niego pojawiają się naukowcy, lekarze, aktywiści. Ciężko mi było przebrnąć przez te rozdziały, dochodziło do sytuacji, kiedy odpuszczałem sobie lekturę. Tematyka nie pociągająca, a i rozdziały nie skierowane do mnie.

Pierwsze 200 stron i ostatnie 50 - ideał, Pozostałe 350 - mordęga. Wiem, że inne osoby, mogłyby czerpać przyjemność, nadzieję z tych właśnie stron, ale to subiektywna opinia i w niej nie ma litości. Książka na raz, a gdybym miał ją ocenić, to będzie to takie 6/10. Średniak, ale jednak po tej jasnej stronie mocy.

A! Skóra się zagoiła.

niedziela, 25 stycznia 2015

Terry Deary - Wyzwanie dla żółwia
















Data ukończenia: 25 stycznia 2015

Data utworzenia recenzji: 25 stycznia 2015

Recenzja:

Czytam w tym momencie książkę, która jest tak odpychająca i męcząca, a zarazem tak świetnie opisana, że pochwalę się o niej w następnej recenzji. Nie chciałem sobie psuć humoru w leniwą niedzielę i postanowiłem odsapnąć od smutnych historii, a poszukać czegoś lekkiego.

Już lżejszej znaleźć pod ręką nie mogłem. Wróciłem do "Greckich opowieści", by przy okazji sprawdzić, czy pozostałe wydania trzymają wyższy poziom od "Trojańskiego kłamcy". Terry Deary bierze na warsztat bajkę Ezopa "Żółw i zając", a głównych bohaterów zastępuje greckimi dzieciakami. Kypselis zakłada się ze swoim rówieśnikiem, że pokona go w wyścigu podczas szkolnych igrzysk olimpijskich. Stawka jest wysoka: postawiono kozę i siostrę bliźniaczkę Kypselisa - Helenę.

Autor nie przemęczał się, krótka historyjka z wplątanymi ilustracjami Helen Flook, to przyjemność na 10 minut, Ktoś może oskarżyć, że przecież skierowana jest do dzieci. Nie wydaje mi się, jest tu na przykład kwestia dopingu, ale ani nie tłumaczy, co robią liście dziewanny, ani dlaczego jest to niby oszustwo. Sprawa bardziej może interesować starszego czytelnika, a nie dziecko, które łaknie fajnej opowiastki o wyścigu i kolorowych rysunków.

Ta książeczka stoi w rozkroku między bajką o żółwiu i zającu, a greckimi opowieściami. Powoływanie się na którykolwiek z tych tematów, to kpina. Równie dobrze, ktoś mógł opisać mój wczorajszy dzień z perspektywy egipskich opowieści. Tylko komu o tym pisać, a zwłaszcza komu o tym czytać?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...