sobota, 20 września 2014

George R. R. Martin - Gra o tron
















Data ukończenia: 22 sierpnia 2014

Data utworzenia recenzji: 20 września 2014

Recenzja:

Po raz kolejny piszę wstęp do recenzji. Podchodzę do tego, jak pies do jeża. Praktycznie za każdym razem, kiedy siadam do pisania, najczęściej używanym klawiszem jest delete. Zaczynałem opowiadać o tym, jak ominął mnie ten cały hype na "Grę o tron". Jak zobaczyłem brzydką okładkę pierwszego wydania. Jak uciekałem przed serialem i tym cholernym określeniem "Winter is coming", który wylewał się z internetu niczym pozostałe gimnazjalne memy.

Czuję się, jak dziwkarz... Gdy już chciałem zacząć czytać książkę, zrobiłem najpodlejszą rzecz, której nigdy wcześniej nie uznawałem za stosowną. Swój wybór, czy zacznę czytać książkę, uzależniłem od obejrzenia pierwszego odcinka serialu... Spodobał mi się bardzo. Do tego stopnia, że czułem zażenowanie czytając powieść, że sam sobie zepsułem zabawę.

Problem z "Grą o tron" polegał na tym, że tutaj "zabawa" trwa do ostatniej strony. Przyjemność jest ogromna, chociaż od początku do końca wisi nad głową jedno założenie: w tej powieści nie ma czegoś takiego, jak "czyste dobro", z tego też powodu podczas czytania nie uświadczymy w żadnym momencie takiego zakończenia spraw.

Mógłbym się rozpisywać na temat fabuły, większość pewnie zna - druga większość ma szansę poznać samemu (czego bardzo życzę, chociaż w dobie spojlerów nawet na stronie onetu, jest to nie lada wyczyn!), ograniczę się tylko do samego początku. Namiestnik króla umiera, ponoć ze starości. Trwają poszukiwania następcy, a głównym kandydatem jest Eddard Stark - przyjaciel króla. Ten pozostawia swoje rodzinne strony i wchodzi w "paszczę szaleństwa".

Dawno nie czytałem tak skonstruowanych bohaterów, od czasów "Troi" nie utożsamiałem się z żadną postacią tak mocno. Na początku był to oczywiście Tyrion i Jon Snow. Po przeczytaniu stwierdziłem, że bękart jest tutaj najbardziej... płytką osobą. Cały pierwszy tom skradli drugoplanowi bohaterowie: Jorah Mormont i Littlefinger. Zwłaszcza ten drugi, który z każdą nową stroną wydawał mi się podobny... do mnie...

I tutaj powinienem wrócić na chwilę do serialu. Przy takim arcydziele, jakie stworzył Martin, zrozumieć nie mogę, jak można spieprzyć materiał na scenariusz. Lubię HBO, ale od jakiegoś czasu te trzy literki kojarzą mi się wyłącznie z nabrzmiałymi sutkami, lewitującymi penisami i ciągłymi aluzjami seksualnymi. W okół tego przejawia się gdzieś historia Martina, luźno powiązana z tym, co w książce. Ktoś pomyśli, że nie ma takich scen w powieści, skoro narzekam. Są, ale napisane przez faceta. Moja teza o tym, że najbardziej żenujące erotyczne sceny piszą kobiety, nadal jest aktualna. Martin robi to po męsku, nie przechodzimy z etapu do etapu. Czytamy, że uprawiają seks i tyle.

Cóż takiego oferuje nam serial? Littlefinger opowiada o swoich planach w burdelu, gdzie uczy kurtyzany lesbijskiego seksu, połączonego z fistingiem. Pal licho te niepotrzebne sceny dla pryszczatych nastolatków, ale Littlefinger gadający o swoich planach? W książce tego nie było. Serial obdziera z tajemniczości dodając pewne historyjki, po których powstają nadinterpretacje, wybielanie lub uwypuklanie cech. Czytając książkę Littlefinger ma u mnie twarz Aidana Gillen'a, ale zachowanie nie gra zupełnie z tym, co widziałem na ekranie.

I żeby sprawa była jasna, pornografia i erotyka jest ok. Ale kiedy mam zamiar obejrzeć "Grę o tron", chcę widzieć "Grę o tron", a seksualne zabawy i sceny gdzie mogę zawiesić oko są tak wyolbrzymione, że tracę już cierpliwość.

Na koniec lekki powrót do książki. Zrobiłem sobie przerwę od "Gry o tron" - standardowo, przeczytam w między czasie inną powieść. Ale moje serce cierpi, że nałożyłem sobie taką tradycję. Chcę wrócić do Westeros....
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...