niedziela, 28 grudnia 2014

George R. R. Martin - Starcie królów















Data ukończenia: 27 grudnia 2014

Data utworzenia recenzji: 28 grudnia 2014

Recenzja:

Po irytującym pierwszym sezonie serialu musiałem nieco odpocząć od dzieł Martina, ale gdy zasiadłem już do drugiego tomu - poczułem lekkie rozczarowanie. Pierwsza połowa książki dłuży się niemiłosiernie, a nie jest to godne wspaniałej pierwszej części. Gdybym miał sobie przypomnieć konkretne sceny, to muszę przyznać, że jedynie wprowadzenie nowych postaci do fabuły (a raczej możliwość obserwowania ich z bliska) było tym czymś, co prowadziło ją do przodu.

Sama historia dotyczy tytułowego starcia królów. Po "Grze o tron", mamy tutaj kilkaset procent więcej królewskich łbów do ścięcia, a każda morda gorsza od poprzedniej. Fircykowaty Renly i jego skostniały, i fanatyczny brat - Stannis, to moim zdaniem główni bohaterowie tej całej katastrofy. Stosunków tutaj nie będę opisywał, ale sama postać Stannisa zasługuje na oddzielny akapit.

Nie jest to postać, którą polubiłem, wydaje mi się, że jest w niej za duża sprzeczność. Król ten za uratowanie życia, daje tytuł lordowski pewnemu przemytnikowi Davosowi "Cebulowemu Rycerzowi", z drugiej strony jest tak sprawiedliwy, że za przeszłość swojemu nowemu sprzymierzeńcowi - ucina palce. Davos niczym opętany syndromem sztokholskim, ślepo podąża za swoim panem. Niestety Stannis zapomina o swoim podejściu, gdy ma możliwość przejęcia armii brata. Nie wiem, czy to jest błąd w scenariuszu, czy poznajemy jego obłudną stronę.

Na razie za dużo narzekań! Powiem szczerze - nie zdawałem sobie sprawy, że od drugiej połowy książki tytuł "Starcie królów" może być tak adekwatny. Tom trzymał moje emocje w garści do samego końca. 

Są nudne fragmenty, same rozdziały Jona Snow i Daenerys są tak nużąco napisane, że życzyłbym sobie skrócenie tych epizodów, ewentualnie poprawę w następnym tomie. Jednak ostatnie 200 stron czyta się jednym tchem i tylko nastraja do tego, by sięgnąć od razu po trzecią część. Jestem twardy i biorę dwie inne książki, ale do Westeros już teraz chcę wrócić.

wtorek, 11 listopada 2014

Monika Jaruzelska - Rodzina

















Data ukończenia: 3 listopada 2014

Data utworzenia recenzji: 11 listopada 2014

Recenzja:

Myślę, że każdy się tego spodziewał. Komplet: ascetyczna okładka "Towarzyszki...", same nazwisko i być może wścibstwo polityczne u tych bardziej podnieconych czytelników sprawił, że książka sprzedała się w wystarczającym nakładzie. Powstał, więc sequel, który żartobliwie sama Jaruzelska nazwała "Towarzyszka Panienka II".

Sequele dzielę na dwa typy: "Terminator 2" i "Ucieczka z Los Angeles". Pierwszy to doskonałość w każdym calu - nikt jej nie oczekiwał, ale jak dostał to był zakochany. Drugi typ, to taki reżyserski ""nie chcem, ale muszem", gdzie zarówno twórca, jak i widz, nie spodziewali się niczego zajebistego, a obraz okazał się gorszy niż obstawiali.

Niestety, druga książka Moniki Jaruzelskiej, to taki naciągany sequel. Już na samym wstępie autorka pokazała, czego się obawia w kontynuacji. A cały problem polega na tym, że słowo "kontynuacja" to klucz w tej recenzji.

Autorka starała się, jak mogła, ale nie miała pomysłu, co w niej zawrzeć. Sam tytuł, "Rodzina", wydaje mi się dopisany w ostatnim momencie, gdy okazało się, że tych treści jest w niej najwięcej. Sama skarży się, że terminy i wydawca gonią ją. Oczywiście wszystko to pisane jest żartem, ale przypominają mi się lekcje plastyki w podstawówce, gdzie ulubionym powiedzonkiem dzieci łaknących szczypty pochlebstwa było stwierdzenie: "wiem, że brzydko namalowałem...".

W poprzedniej recenzji pisałem, że podoba mi się podejście autorki do polityki. W "Towarzyszce..." zgrabnie omijała tematy, które mogłyby wprowadzić za dużo nerwów. W tym tomie, nie widzę już tego opanowania. Gdzieś tam zawsze pojawi się komentarz, który będąc zgodny, czy nie z Waszymi poglądami - po prostu płocho waniajet.

A gdzie ta cała "rodzina"? Autorka opisuje nam rozdział po rozdziale, jak nie ma czasu przeprowadzić wywiadu z rodzicami. Po czym następuje punkt kulminacyjny (ten wywiad), a w nim nic ciekawego...

Książka wymuszona, ale dobra. Szybko się czyta i przyjemnie, nie mogę ocenić negatywnie kunsztu Jaruzelskiej. Ale jeśli to, co pisała autorka o wydawnictwie ("oczywiście" żartobliwie) jest prawdą, to już wiem, kto tu jest najbardziej winny. Dobrze czytający się średniak, ale na trzecią książkę proponowałbym zmienić formułę, która tutaj okazała się mizerna.

środa, 29 października 2014

Martin ZeLenay - U progu zagłady















Data ukończenia: 27 października 2014

Data utworzenia recenzji: 29 października 2014

Recenzja:

Mam dziwne wrażenie, że przeczytałem jedną z tych książek, która ucierpiała na tym, że za dużo wątków zostało wprowadzonych w jednym tomie. W tym roku po przeczytaniu "Tajny raport Millingtona" byłem przekonany, że błędy, które były na porządku dziennym w pierwszym tomie, w drugim się już nie pojawią.

Zacznijmy od tego, że książka została przetłumaczona z oryginału pod tytułem Eve of Destruction, ale w sieci nigdzie nie znajdziemy takiego tytułu. Jak mniemam nigdzie indziej, niż w Polsce, tytuł nie został opublikowany. Ta uwaga wiąże się z kolejną. "Tajny raport..." miał polskie wtręty, gdzie nagle okazywało się, że Polska to bardzo istotny, drugoplanowy kraj, który pośrednio ma związek z główną fabułą. Na przykład, jedna z głównych postaci miała polskie korzenie lub podczas jakiegoś spotkania pada rozmowa o historii naszej ojczyzny. Wszystko wydawało się stworzone po to, by polski czytelnik czuł dumę, a zagraniczny zrozumiał zawiłe treści do których prawdopodobnie nie miał dostępu.

"U progu zagłady" ma bardzo podobny schemat, wrzuca polskie wątki na samym początku, ale patrząc na jedyny kraj wydania tego tomu, zaczynam zastanawiać się, czy nie lepiej jest napisać ciekawą powieść dziejącą się w Polsce, nie z Frankiem Shepardem, a ze Zdziśkiem Zarzeckim. 

Wracając do samej treści. Drugi tom przenosi znane nam postacie w bardziej określony czas, wybór papieża Franciszka, ładunek wybuchowy kierujący się do Watykanu, Putin i Korea Północna. Fakty wymieszane z fikcją, to dobry materiał na powieść lub na film. Niestety, ponownie wrócę do pierwszego tomu. Tam również fabuła była opisana w taki sposób, że lepiej by się to oglądało niż czytało. Każdy rozdział skonstruowany jest na zasadzie cięć. Będę to bardzo łopatologicznie tłumaczył. Tak, jak w szybkich akcjach w filmie, następują cięcia i ukazanie  innego momentu z innej perspektywy, w innym miejscu lub czasie. Wygląda to widowiskowo i dynamicznie. Podkreślam słowo WYGLĄDA!

Czytając ma się wrażenie, że siedzimy w biurze z głównymi bohaterami, gdy nagle mamy opis sytuacji na drugim końcu świata, by przekazać nam coś, czego i tak nie załapiemy. Po czym, po tych trzech zdaniach opisujących akcję w innym mieście - wracamy do naszego biura. Dynamizm opadł przez ten jeden dodany akapit. Świetnie to wygląda na kliszy filmowej, na stronicach książki wypada to komicznie.

Dialogi idealnie stworzone, niczym żywcem wyciągnięte z biura. Sama historia, pomimo kuriozalnej losowości na sam koniec (przypomina mi to sytuację, z gry Podwójne kłopoty Buda Tuckera, w której główny bohater utknął w więzieniu, gdzie spotyka scenarzystę, który tłumaczy, że nie mieli pomysłu, jak go stąd wyciągnąć. Włączył więc odpowiedni przycisk, który zmaterializował drzwi do supermarketu, co miało pomóc w dokończeniu fabuły), jest bardzo dobrym materiałem. Gdyby zredukować środek książki do niezbędnego minimum, tytuł nie zatraciłby akcji którą stworzył na początku i na końcu.

sobota, 20 września 2014

George R. R. Martin - Gra o tron
















Data ukończenia: 22 sierpnia 2014

Data utworzenia recenzji: 20 września 2014

Recenzja:

Po raz kolejny piszę wstęp do recenzji. Podchodzę do tego, jak pies do jeża. Praktycznie za każdym razem, kiedy siadam do pisania, najczęściej używanym klawiszem jest delete. Zaczynałem opowiadać o tym, jak ominął mnie ten cały hype na "Grę o tron". Jak zobaczyłem brzydką okładkę pierwszego wydania. Jak uciekałem przed serialem i tym cholernym określeniem "Winter is coming", który wylewał się z internetu niczym pozostałe gimnazjalne memy.

Czuję się, jak dziwkarz... Gdy już chciałem zacząć czytać książkę, zrobiłem najpodlejszą rzecz, której nigdy wcześniej nie uznawałem za stosowną. Swój wybór, czy zacznę czytać książkę, uzależniłem od obejrzenia pierwszego odcinka serialu... Spodobał mi się bardzo. Do tego stopnia, że czułem zażenowanie czytając powieść, że sam sobie zepsułem zabawę.

Problem z "Grą o tron" polegał na tym, że tutaj "zabawa" trwa do ostatniej strony. Przyjemność jest ogromna, chociaż od początku do końca wisi nad głową jedno założenie: w tej powieści nie ma czegoś takiego, jak "czyste dobro", z tego też powodu podczas czytania nie uświadczymy w żadnym momencie takiego zakończenia spraw.

Mógłbym się rozpisywać na temat fabuły, większość pewnie zna - druga większość ma szansę poznać samemu (czego bardzo życzę, chociaż w dobie spojlerów nawet na stronie onetu, jest to nie lada wyczyn!), ograniczę się tylko do samego początku. Namiestnik króla umiera, ponoć ze starości. Trwają poszukiwania następcy, a głównym kandydatem jest Eddard Stark - przyjaciel króla. Ten pozostawia swoje rodzinne strony i wchodzi w "paszczę szaleństwa".

Dawno nie czytałem tak skonstruowanych bohaterów, od czasów "Troi" nie utożsamiałem się z żadną postacią tak mocno. Na początku był to oczywiście Tyrion i Jon Snow. Po przeczytaniu stwierdziłem, że bękart jest tutaj najbardziej... płytką osobą. Cały pierwszy tom skradli drugoplanowi bohaterowie: Jorah Mormont i Littlefinger. Zwłaszcza ten drugi, który z każdą nową stroną wydawał mi się podobny... do mnie...

I tutaj powinienem wrócić na chwilę do serialu. Przy takim arcydziele, jakie stworzył Martin, zrozumieć nie mogę, jak można spieprzyć materiał na scenariusz. Lubię HBO, ale od jakiegoś czasu te trzy literki kojarzą mi się wyłącznie z nabrzmiałymi sutkami, lewitującymi penisami i ciągłymi aluzjami seksualnymi. W okół tego przejawia się gdzieś historia Martina, luźno powiązana z tym, co w książce. Ktoś pomyśli, że nie ma takich scen w powieści, skoro narzekam. Są, ale napisane przez faceta. Moja teza o tym, że najbardziej żenujące erotyczne sceny piszą kobiety, nadal jest aktualna. Martin robi to po męsku, nie przechodzimy z etapu do etapu. Czytamy, że uprawiają seks i tyle.

Cóż takiego oferuje nam serial? Littlefinger opowiada o swoich planach w burdelu, gdzie uczy kurtyzany lesbijskiego seksu, połączonego z fistingiem. Pal licho te niepotrzebne sceny dla pryszczatych nastolatków, ale Littlefinger gadający o swoich planach? W książce tego nie było. Serial obdziera z tajemniczości dodając pewne historyjki, po których powstają nadinterpretacje, wybielanie lub uwypuklanie cech. Czytając książkę Littlefinger ma u mnie twarz Aidana Gillen'a, ale zachowanie nie gra zupełnie z tym, co widziałem na ekranie.

I żeby sprawa była jasna, pornografia i erotyka jest ok. Ale kiedy mam zamiar obejrzeć "Grę o tron", chcę widzieć "Grę o tron", a seksualne zabawy i sceny gdzie mogę zawiesić oko są tak wyolbrzymione, że tracę już cierpliwość.

Na koniec lekki powrót do książki. Zrobiłem sobie przerwę od "Gry o tron" - standardowo, przeczytam w między czasie inną powieść. Ale moje serce cierpi, że nałożyłem sobie taką tradycję. Chcę wrócić do Westeros....

środa, 27 sierpnia 2014

Mówi MajinFox #4: cztery lata

Jak tak dalej pójdzie, będę musiał dzieciaka do zerówki prowadzać...

Ponieważ miałem dobry dziś dzień to i sam sobie zrobię podsumowanie czytelnicze, które wprowadzi trochę równowagi w moim życiu.

Takiego lenia już dawno w lustrze nie widziałem - zdarza mi się często widzieć buntowników "z zasadami", ale ostatni rok to bumelanctwo pełną gębą. Zaczęło się od Szkoły Oficerskiej, która tak mnie rozregulowała, że nie potrafiłem już wejść w ten tryb pochłaniania książek. Po drodze pozmieniały mi się obowiązki w życiu - z pracy typu "siedźmy i klepmy biedę" (obciążenia psychicznego i fizycznego brak) zmieniłem na "do mordu!" (gdzie odpoczynek po bitwie to rzecz święta). Ma to swoje uroki ("piniondze"), ale czasu na czytanie mniej.

Ale, co tu było czytać? Nowy roczek zacząłem od "Danse Macabre", "Historii", "Myst 2", "Koszmary i fantazje". Następnie na szybko przeczytane krótkie historyjki lub poezja. Trafiło się za to kilka dobrych książek, jak na przykład... hmm, może "Towarzyszka Panienka" i "Żona enkawudzisty"? Mógłbym dorzucić też "Solo". Ilościowo bieda, ale jakościowo rok też nie był urodzajny.

Całe szczęście, że nowy, piąty już rok, zacząłem z grubej rury. Za kilka dni spłodzę recenzję "Gry o tron", arcydzieła, które zdetronizowało serię "Troja" w kategorii fantasy. O tym następnym razem.


I moja lista najpopularniejszych recenzji:

06. Augusto Roa Bastos - Ja, Najwyższy (pozdrawiam wszystkich, którzy szukali w googlach tej książki)

Do zobaczenia za rok!

sobota, 23 sierpnia 2014

William Boyd - Solo
















Data ukończenia: 23 lipca 2014

Data utworzenia recenzji: 23 sierpnia 2014

Recenzja:

Niesamowita posucha z tym Bondem. W tym roku, gdyby nie RMF Classic z Markiem Kondratem i muzyką, zupełnie byśmy zapomnieli, że gdzieś tam za rogiem przybędzie do nas 24 część szpiega. Leciał też serial "Fleming", który z jednej strony dobrze się oglądało, z drugiej nic nadzwyczajnego się dowiedzieć o autorze nie można było.

W 2013 roku dotarła do nas nowa książka, spod znaku 007. Nieco zmartwiony i zniechęcony zasiadłem do powieści, ponieważ znów zmienił się autor. Deaver i jego "Carte Blanche" było tak idealnie napisane, że nie widziałem możliwości zmiany twórcy na kolejny tom. A jednak...

Wszystko to, co zrobił Jeffery - zmiana biografii Bonda, wprowadzenie w teraźniejszość, nowe technologie - przepadło znów z dniem publikacji "Solo". Nowy autor wrócił do czasów Fleminga. Boyd kontynuuje, na podstawie nekrologu Bonda z "Żyje się tylko dwa razy", dalszą część przygód 007.

Tym razem zostaje wysłany do Afryki, gdzie ma zapobiec wojnie domowej między dwoma klanami, a że dziko w tym miejscu, to i główni niemilcy bez żadnych skrupułów wypełniają swoje zadanie. I przyznam bez bicia, jeśli tylko dostaję sygnał, że powieść dzieje się w Afryce, moje ustawione automatyczne ziewanko pyrka na wysokich obrotach. Nie wiem, czy to awersja do "W pustyni i w puszczy", czy jakieś niesympatyczne wspomnienie z tych terenów (nie byłem w Afryce). Marazm, pomimo ciągłej akcji, tak jak mi się włączył, zgasł dopiero po przeczytaniu "Żony enkawudzisty", którą wcisnąłem sobie między stronice "Solo".

Czy Boyd podołał "jako Ian Fleming"? Tak, ale niekoniecznie takiego chciałem go czytać. Wszystko pasuje, ma ręce i nogi. Czuć, że Boyd mógłby kontynuować serię, na kilka następnych tomów. Nawet te senne rozdziały w Afryce, które trwają niecałą połowę czasu spędzonego z książką, nie psują zabawy. Dobrze napisana akcja, trzyma w napięciu, w odpowiednim momencie włącza nam się agresor, gdy niewinne osoby zostają brutalnie zamordowane (we Flemingowy sposób). Ale!

Jeffery Deaver stworzył "Carte Blanche", które znacznie bardziej mi odpowiadało. Pomimo mojego stetryczenia i przywiązania do korzeni, wolałem poczytać o współczesnym Bondzie, który świetnie został stworzony przez Deaver'a, niż powrót do klasyki. Nie zmienia to faktu, że książka jest dobra i warta przeczytania. A ponieważ nie zapowiada się w najbliższym czasie na nową powieść o JB, czas odkurzyć którąś ze starszych części.

środa, 30 lipca 2014

Mira Jakowlenko - Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej















Data ukończenia: 16 lipca 2014

Data utworzenia recenzji: 30 lipca 2014

Recenzja:

Zawsze irytowało mnie, że na żadnym etapie w szkole wymuszonej nie miałem możliwości zagłębienia się w historię świata po II Wojnie Światowej. Między 1945 rokiem, a dzisiejszymi czasami mieliśmy przecież WTC i Smoleńsk, nikt się nigdy nie zagłębiał w mało ważne "ciekawostki", jak powstanie państwa Izrael, czy, jak wyglądało życie w NRD. Nic to, śmiejmy się z głupoty młodych w internecie, zapominając, kto za edukację pobiera pieniądze.

Historia Związku Radzieckiego jest na tyle przewrotna, że gdy dostałem w ręce egzemplarz, czułem, że wchodzę w rewiry, które nie są mi do końca znane. Na dodatek cała historia jest opowiedziana nie z perspektywy krwi, a strachu. Główna bohaterka - Agnessa Mironowa, poprzez autorkę pokazuje, jak wyglądał Wielki Terror w życiu codziennym, od kuchni. Ponieważ nasza gospodyni domowa, była żoną jednego z prominentnych członków NKWD, mamy możliwość sprawdzenia, jakie psychiczne wyniszczenie panuje w rodzinie kata, a później ofiary tego samego reżimu.

Jeśli ktoś nie wie, czym charakteryzował się Wielki Terror lub Wielka Czystka, radzę przeczytać sobie jakieś mini opracowanie. Historia jest o tyle niezwykła, że nie działa się w barbarzyńskim państwie na drugim końcu świata, a obok naszego.

W tym wszystkim, trybik sowieckiej maszyny - enkawudzista, którego opisu pracy nie otrzymujemy w tej książce. Widzimy tylko efekty jego roboty: zwiększone dochody, luksus, wycieczki i ciągły strach. Agnessa, to osoba, która czerpie przyjemności z wygód, ale kątem oka zauważa, że za Stalina życie i dobrobyt to chwiejna sprawa. Próbuje nie wchodzić w zawodowe tematy męża, ale po części żyje w ciągłej psychozie. Gdy kolejny znajomy został aresztowany z zakazem korespondencji na 10 lat (co oznaczało śmierć), nasi bohaterowie czekają na swój wyrok śmierci. Nagły awans powoduje chwilowy zryw przyjemności i chęci korzystania z dobrodziejstw. Do następnego zaaresztowania.

Dużo w książce znajduje się tematów przeznaczonych specjalnie kobietom. Suknie, przyjęcia, ploteczki. Miłośników męskich tematów niech nie przestraszą te historie. Książka jest tak ciekawie napisana, że każdy z chęcią i niedowierzaniem będzie pożerać przedstawioną nam biografię.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Terry Deary - Trojański kłamca
















Data ukończenia: 30 czerwca 2014

Data utworzenia recenzji: 30 czerwca 2014

Recenzja:

Nie wiem, czy ktoś urodzony w latach osiemdziesiątych miał możliwość przegapienia tego autora. Nawet osoby na bakier z historią latały z tymi książkami i czerpały przyjemność podczas czytania "Strrrasznych historii". Sam miałem dwie: o Rzymianach i Grekach, choć pamiętam, jak rodzicielka sugerowała mi, żeby wybrać jedną inną, np. o Egipcjanach. W czwartej i piątej klasie byłem tak zafiksowany na punkcie bogów tamtych lat, że musiałem mieć akurat te dwa tomy.

Dziś Grecja kojarzy mi się z leniwą reprezentacją piłkarską i catenaccio, jednak gdy zobaczyłem po złotówce "Greckie opowieści" wróciłem do swego dziecięcego świata. "Trojański kłamca" to cieniutka książeczka, która bardziej zaspokoi dzieci, niż dorosłych (w przeciwieństwie do "Strrrasznych historii"). Opowieść o pieśniarzu Acheronie jest bogato ilustrowana, ale niestety na tyle krótka, że starczy na jedno posiedzenie.

Nie zostawia tego wspaniałego zachwytu, okropieństwa i innych ambiwalentnych uczuć, które towarzyszyły w starszej serii Deary'ego. Ot, historia opowiedziana w taki sposób, by dzieci zainteresowały się doroślejszą wersją, a dorośli zatęsknili za starymi czasami, gdzie historia jeszcze coś znaczyła i nie kojarzyła się z kulturoznawstwem (bezrobociem).

sobota, 31 maja 2014

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska - Danaidy
















Data ukończenia: 31 maja 2014

Data utworzenia recenzji: 31 maja 2014

Recenzja:

Po raz kolejny walczyłem z czasem i próbowałem stworzyć recenzję książki, którą aktualnie mam na tapecie. Problem w tym, że jej nie przeczytałem! Ale mam ja swoje sposoby na łatanie dziur! Wziąłem najcieńszą broszurkę, jaką miałem pod ręką, przeczytałem, a że padło na "Danaidy" to i sam sobie dobrej wiadomości nie mam...

Pamiętam , jak jeszcze w gimnazjum katowano mnie wierszami, fraszkami itp. Nie potrafiłem pokochać takich tworów. Owszem, Mickiewicz pięknie pisał, a i Tuwim poprawiał mi humor. Są to jednak wyjątki, bo z pozostałymi autorami nie miałem nawet chwili wspólnej myśli. Czytając te małe lub większe (po)tworki nie skupiałem się na treści, przekazach, czy na czymkolwiek, co miało być jakimś przesłaniem. Myślami uciekałem w świat bez smętów i marudzenia. Ktoś kiedyś mi powiedział, że na taką poezję to trzeba dorosnąć.

No i oto jestem. Zarost pięć razy mocniejszy niż w czasach gimnazjum, przeszedłem mutację, a niektóre mięśnie prężnieją mi bardziej okazale niż czternaście lat temu mógłbym sobie wyobrazić. Z takim "bagażem", mogę tylko stwierdzić, że... nadal nie dorosłem do poezji.

Myślami byłem gdzie indziej, fraszki mnie tylko trochę zainteresowały, ale poza tym, znalazłem się na nieodpowiednich stronicach. I nawet nie chciałbym opinii wystawiać krytycznej, bo to nie miałoby sensu!

Nie mój świat. Nie zrozumiałem. Nie potrzebowałem tego. I po prostu: do widzenia!

wtorek, 8 kwietnia 2014

Andrew Holmes, Dan Wilson - Zmory w biurze. 50 typów osób, których jak ognia należy unikać w pracy!















Data ukończenia: 31 marca 2014

Data utworzenia recenzji: 8 kwietnia 2014

Recenzja:

Moja najnowsza teoria: prawdziwe oblicze współpracowników poznajesz nie pierwszego dnia w pracy, a pierwszego dnia po urlopie. Im dłuższy, w tym większe bagno wracasz. Dziwnym jest, że im częściej dotyczy to biur, tym bardziej można zauważyć, że związane jest to z siedzącym trybem życia. Ten pojawia się po ośmiogodzinnym dniu pracy, liczonym już nie miesiącami, a latami. Przypadłość ta, o dziwo, objawia się nie nadczynnością dolnych partii ciała, ale górnych. Następuje słowotok, wyrzucanie z siebie niepotrzebnych nikomu spraw, a w skrajnych przypadkach (powiązane z motorycznością tej persony) na ciągłym bieganiu do kierownictwa i podpierdalaniu innych pracowników.

Przychodzisz do pracy, a ten ciągle gra w Angry Birds? Twoja koleżanka ma właśnie okres, czym tłumaczy swoje plebejskie zachowanie? Bierzesz udział w wyborze pierścionka, zaproszeniu znajomych, problemach z zajściem w ciążę i innymi obarczającymi Cię psychicznie uroczystościami? Wysłuchujesz triumfalne wyniki negocjacji Twojego współpracownika z pracodawcą? Czy udało mu się załatwić opłacanie studiów, być może dowiesz się w następnym odcinku tej przeklętej telenoweli. Mąż dokazuje? Nieszczęśliwa miłość? Wpadka? Ktoś pieprzy pół dnia, że chętnie by się "poseksił"? Zmuszają Cię, żebyś pograł w "hirołsów", bo brakuje im czwartego gracza? Youtube, Facebook - bez komentarza.

Jeśli zauważasz tego typu zachowania, to mam złą wiadomość - Twoja efektywność prawdopodobnie nie osiąga optymalnego poziomu. Jeśli zauważasz - prawdopodobnie unikasz takich sytuacji. Co nie zmienia faktu, że nadal bierze Cię wkurw, zastanawiasz się, dlaczego inni tego nie widzą i dlaczego nikt z tym nic nie zrobi (łącznie z Tobą). Zastanawiasz się, jakim cudem, ktoś nie potrafi w ciągu 1/3 dnia zmobilizować się, żeby przynajmniej udać, że coś robi. I jeśli w tym ułamku tak się zachowuje, to jak pozostałe 2/3 musi być puste i bezproduktywne.

Jeśli jesteś jeszcze niewinną owieczką, która nie poznała uroku bycia pracownikiem, a zwłaszcza współpracownikiem, i masz nadzieję, że Cię to ominie, mogę z pobłażaniem popatrzeć w Twe oczy spośród tych liter. Z momentem, kiedy klapnąłeś dupskiem o krzesło stajesz na planszy do gry, a przesuwając się o kolejne pola, sprawdzaj czy Ci jeszcze za to płacą godziwie. Jeśli nie, to podpowiem: jako śmieciarz, żołnierz, czy astronauta nie obchodzi Cię okres kobiety, z którą nie uprawiasz seksu!

Żeby wcześnie zidentyfikować osoby, które będą nas jeszcze w życiu prześladować w robocie, Andrew Holmes stworzył poradnik, który pokazuje konkretne osobowości, kiedy następuje ich największe nasilenie, wskaźnik irytacji, jak zwalczać ten motłoch i specjalna rubryka, skierowana do lubiących achievmenty, w której można zaznaczyć odkrycie takiego szmatławca. Mamy tu "Zgniłego Skurwysyńca", "Nudziarza Dieciarza", "Gnębona Puczymordę", czy "Kopciuchy Parowozy". Jeśli masz nadzieję, że jest to poradnik, jak się przed nimi ustrzec, to wiedz, że patrzę na Ciebie!

Całe szczęście Andrew Holmes skupił się bardziej na współpracownikach, a nie na kierownictwie. Te smutasy są z tak innej bajki, że nie można ich łatwo sklasyfikować, a często nawet nie potrzeba. Nie wiem jak dobry człowiek musiałby być, jego IQ w konkretnej sytuacji to bardzo często IQ jego adiutanta, {który jest jego jedynym informatorem i okiem na pracowników [wybierany z listy "największych podpierdalaczy" (często nawet nie wybierani, a sami się wlizali na nieoficjalne stanowisko)]} podzielone przez 2.

Tłumaczeniem zajął się Robert Stiller, mój ulubieniec z flemingowych "Bondów". Mamy dzięki niemu bardzo nieocenzurowaną wersję książki, a czasem jest tak dosadna, że zastanawiam się, czy nie jest to wkład własny.

Książka jest ciekawa, niestety choć śmiesznie napisana, jest bardzo irytująca. Ktoś napisał, niemal dowód na to, z kim będziemy mieli jutro w robocie do czynienia, a nikt nie ruszy palcem na te darmozjady, które z ośmiogodzinnego dnia pracy, przepracują tylko dwie. Samego wyjścia z takiej sytuacji Holmes nie napisał. No chyba, że jest nim odejście z pracy. Wtedy tylko wystarczy włączyć swój mózg (zakurzony codziennymi, zbędnymi informacjami), podliczyć ile jeszcze można wyciągnąć i nie zapomnieć, by pracodawca podał Wam rękę w ostatni dzień pracy.

czwartek, 27 marca 2014

Howard Phillips Lovecraft - Koszmary i fantazje. Listy i eseje
















Data ukończenia: 23 marca 2014

Data utworzenia recenzji: 27 marca 2014

Recenzja:

W poprzednim roku obiecałem sobie, że bardziej zainteresuję się samą osobą Lovecrafta niż jego twórczością. Zbiór opowiadań "Zew Cthulhu" choć dobry i wart przeczytania, pozostawił mnie raczej z pewnym znakiem zapytania na twarzy. Czy bardziej podoba mi się autor, czy jego dzieła? Z dwóch książek, które wypożyczyłem, wybrałem recenzowane właśnie "Koszmary i fantazje. Listy i eseje".

Pierwsze, co się rzuca w oczy to fakt, że autorem jest wyłącznie Lovecraft. Pamiętam, jak czytając "Pisma Lenina" Żiżka miałem pretensję, że zamieszczono wstęp Sierakowskiego, pisma Lenina w całości, a później komentarz na kilkaset stron Slavoj'a. Samo rozmieszczenie kolejnych etapów książki nie zachwyciło mnie. W "Koszmarach..." mamy tutaj wyłącznie wstęp tłumacza i biografa (Joshi'ego), by później zgrabnie przejść do listów i esejów Howarda.

I tutaj wstawiam moją największą pretensję do książki. Nie ma komentarza. Przypisy oczywiście są, ale dostajemy tylko część korespondencji, tę którą tworzył Lovecraft. Jeśli chcielibyśmy poczytać, jak twórca Conana listował do twórcy Cthulhu - no cóż, ok, że chcemy, ale dostaniemy tylko część pisaną przez pana na okładce. Dostajemy w takim wypadku jedynie niewielki ułamek, który pokazuje nam jego kunszt i erudycję.

Tematyka listów i esejów jest tak różnorodna, że zahacza o komunizm, weird fiction, życie osobiste Lovecrafta, jego przemyślenia (w dzisiejszych czasach bardzo kontrowersyjne) i inne mniej lub bardziej ciekawe "wypociny".

Do tych wspanialszych warto zaliczyć esej o kotach i psach, w którym pokazuje wyższość tych pierwszych nad drugimi; notatnik z pomysłami; obronę "Dagona"; listy, które opisują wydatki Lovecrafta (przez całe swoje życie był biedny, jak mysz kościelna), odrzucony szkic "Widma nad Innsmouth" i wątki polityczne. Pozostałe oznaczyłem sobie, jako wiejące nudą. Wszystkie pokazują zdolności literackie, ale nie wszyscy będą z tego zadowoleni. Także nie jestem pewien na czym polegał dobór twórczości, ponieważ nie są chronologicznie ustawione. Podejrzewam, że jest tu jakiś klucz, ale chyba nie załapałem jaki.

Większość tych pretensji tyczy się bardziej tłumacza, niż autora. Bez sarkazmu jednak mogę powiedzieć, że główną Gwiazdą książki jest Mateusz Kopacz. Jego praca jest tutaj bezbłędna, czuć, że trzymam książkę, która jest wynikiem pasji tego człowieka. Przypisy, dokładność tłumaczenia, dodatki... Biję pokłon, chociaż domagałbym się komentarza! Człowiek jest odpowiedzialny za przetłumaczenie biografii Lovecrafta, więc będę miał z nim jeszcze do czynienia.

Widziałem bardzo dużo hurraoptymistycznych komentarzy na temat tego zbioru, choć ogólnie uważam go za dobry, wielu rzeczy mu brakuje. Oczekiwałem bardziej analizowania listów i na ich podstawie tworzenie obrazu Lovecrafta, ale z OPIEKĄ! Tej tutaj za wiele nie ma, zostałem sam na polu bitwy z nieposegregowanymi papierami Howarda, przez co książka wydaje się być bardziej hermetyczna niż się z początku wydawało. Polecam wyłącznie miłośnikom Lovecrafta.

poniedziałek, 10 marca 2014

Martin ZeLenay - Tajny raport Millingtona
















Data ukończenia: 10 marca 2014

Data utworzenia recenzji: 10 marca 2014

Recenzja:

Obco brzmiące nazwisko wyszukane w internecie nie daje nam żadnej wskazówki, z czym będziemy mieć do czynienia przez najbliższe godziny. Jeśli wierzyć okładce jest to kolejny Polak, po Kuklińskim, który wspiera amerykański wywiad. Jak to z dobrymi agentami bywa, nazwisko na okładce prawdziwym nie jest, a jedyne czego możemy się o nim dowiedzieć, to że jest historykiem sztuki, który brał udział w tajnej operacji. Ta otworzyła mu drogę do poważniejszej kariery - konsultanta.

Z tego powodu mamy prawo oczekiwać faceta, który się zna na rzeczy i wie o czym pisze. Zawsze mam wtedy obawę, czy powinien pisać! Większość tego typu bohaterów używa wspomagaczy w postaci osób, które wiedzą: jak pisać - przykładem jest "Snajper" Wasdina. Tutaj nie widzę żadnego dodatkowego nazwiska, więc muszę wierzyć, że historyk sztuki, który robi w wywiadzie, ma też zdolność opisywania swojej codziennej roboty.

Kolejną moją obawą, była tematyka. Książki sensacyjne, thrillery polityczne, które czytałem w ciągu ostatnich lat, w głównej mierze opierały się na zimnowojennym Bondzie, walczącym ze Smierszem, czy z organizacją SPECTRE. Gdzie tym powieściom do czasów Motoroli DynaTAC, a co dopiero jakiegośtam "interneta". Chociaż recenzowana rok temu "Carte Blanche" dziejąca się w teraźniejszości zaskoczyła mnie pozytywnie i do dziś uważam, że Pan Deaver to pierwszy autor, który wczuł się w rolę Iana Fleminga i napisał trudną, ale satysfakcjonującą powieść w trudnych, cyfrowych, dzisiejszych czasach.

ZeLenay miał wysoko postawioną poprzeczkę. Jego tytułowy raport Millingtona, to nic innego, jak ocena systemu obrony USA. Pierwszy raport został opublikowany przed zamachem na WTC, a Millington dzięki niemu stał się kimś na miarę Nostradamusa (ludziom młodym wyjaśniam, że to taki wróż Maciej, sprzed pierwszej emisji "Tańca z gwiazdami"). Przepowiedział niemal wszystko, co wydarzyło się w 2001 roku. Napisał także drugi raport, a rząd amerykański zaciska pięści i modli się, żeby nie spełniło się proroctwo. W Afganistanie pewien posłaniec ma szmacianą lalkę z zaszytą informacją na kartce, we Francji zostaje popełnione morderstwo na chcącym współpracować Turku, a wszystko w cieniu pewnej wystawy.

Muszę się przyznać, że w środku pogubiłem się bardzo. O ile początek był dla mnie całkowicie jasny, mający bardzo dobrze rozpisane problemy typowego agenta z niemożliwością ujawnienia swojej prawdziwej kariery przed żoną i córką, to w rozwiązaniu akcji błądziłem niczym ślepiec w ciasnej beczce. Nie wiedziałem, czy czegoś nie łapię, czy może później się wyjaśni. Jednak koniec powyjaśniał niewyjaśnione i muszę przyznać, że chyba wszystko się zgadza i jest na swoim miejscu. ZeLenay stworzył scenariusz na dobry film sensacyjny!

Zawsze podobało mi się, jak autorzy potrafili tworzyć postacie drugoplanowe. Robił to Stephen King, Ian Fleming, David Gemmell, czy Rowling. Do tego wąskiego grona mogę dopisać Martina ZeLenay'a. Zwłaszcza za dwa charaktery: Victora Dubovsky'ego i Toma Woodricha. Ten pierwszy to prawdopodobnie nasz autor w nowej skórze, opowiadający o Polsce, Kazimierzu Malewiczu i potępiający Związek Radziecki, który nie zniknął po zmianie nazwy na Federację Rosyjską. Z zachowania przypominający mi Slavoja Żiżka. Drugi, Tom, też mi kogoś przypomina, choć z imienia i nazwiska nie dam rady wskazać. Prawdopodobnie to typowy człowiek, z którym mamy do czynienia w dzień powszedni. Jak mówi, to okręca sobie sznurek wokół palca. Mała rzecz, a cieszy.

Kolejna sprawa to dialogi. Od czasu Fleminga, a zwłaszcza "Goldfingera", nie widziałem tak dobrze spisanych dialogów. Nie mówię tu o żadnej erudycji, a o prawdziwej rozmowie, ze swoimi zgrzytami, wcinaniem się w zdanie i ogólną swobodą języka. Widać to zwłaszcza podczas biurowych rozmów naszych "dobrych" agentów. Miałem nawet w trakcie podejrzenia, że może rzeczywiście są spisane, a cała akcja ma prawo wydawać się prawdziwa.

Wydawnictwo Znak określiło "Tajny raport Millingtona" jako pierwszy thriller w trylogii, która zobrazuje nam współczesne boje z terroryzmem. Nie mogę znaleźć dużo informacji o Martinie, z tego co widzę, napisał jedną książkę i uważam, że to udany debiut. Jeśli popracuje przy następnych swoich powieściach, kto wie, może szykuje się nam nie kolejny Kukliński, a może Dan Brown? Czekam też na kolejne tomy trylogii. Wydawnictwo Znak, trafiło w dobry moment - wspomniany Victor Dubovsky krytykujący Rosję za swoje postępowanie idealnie wpasował się w dzisiejsze gorące tematy dotyczące Krymu.

czwartek, 27 lutego 2014

Rand Miller, David Wingrove - Myst: Księga Ti'Any

















Data ukończenia: 18 lutego 2014

Data utworzenia recenzji: 27 lutego 2014

Recenzja:

Pierwsze 130 stron czytałem dwa miesiące... Chociaż nie - po 130 stronach, nie czytałem przez dwa miesiące... Czy powinienem się chwalić, podejrzewam, że w takim samym natężeniu, jak autorzy, że coś takiego wydali na rynek.

Nawet nie wiem od czego można zacząć. Sama historia jest prequelem tego, co widzieliśmy w pierwszym tomie i grach. Jeśli pamiętamy, że kultura D'ni nie przetrwała do teraźniejszości, w tej części mamy ukazane dlaczego tak się stało. Aitrus (ojciec Gehna, dziadek Atrusa, pradziadek Achenara i Sirrusa) wierci dziury, bo D'ni chcą zobaczyć, co znajduje się na powierzchni i czy ssaki żyjące na niej mają rozum (chodzi o nas). Drugim wątkiem jest badanie przez Annę i jej dziadka pojawiających się kraterów na powierzchni. Gdzieś tam pośrodku się spotkają i spłodzą dziecko, a D'ni upadnie.

Ot i cała fabuła, która nie jest odkrywcza, bo każdy wie od samego początku na czym to się zakończy (osoby, które nie wiedzą prawdopodobnie nie są nawet zainteresowane taką recenzją). Ale, przecież czytelnicy oczekują jakiegoś zaskoczenia, czegoś ciekawego. Skoro wiadomo, jak wygląda końcówka, to co musiało się tam wydarzyć przed tragedią, skoro napisali książkę. Nadążacie?

Tylko jedno zaskoczenie! Zawsze dzieliłem książki na trzy kategorie: bardzo dobre; które po pierwszych stronach zapowiadały się dobrze; które wiedziałem, że są złe, ale nie ma to jak czasem usiąść na kaktusie. "Księga Ti'Any" nie należy do żadnej z tych kategorii. Moje zaskoczenie wyglądało w taki sposób: Zadowolony, że to "Myst", zacząłem czytać pierwszą stronę. Coś nie idzie. Po drugiej widzę, że chyba wpadłem w niezłe szambo i nie będzie lepiej. Zajrzałem na ostatnią: "Fruk mi w rzętak! CZTERYSTA stron. Jestem wielce zaskoczony!".

Nie wiem, jak można tak źle skonstruować książkę. Przez pierwsze 130 stron, kompletnie nic się nie dzieje. Grupa dorosłych facetów wierci dziury. Nastąpiła jakaś katastrofa i się jeden szyb zawalił (nawet nie zauważyłem - tak płynną monotonią zawiało). A Anna (to ta nasza) biadoli nad losem swojego starego dziadunia. I tak przez prawie 200 stron. Dialogi marnie skonstruowane, chociaż znam kilka osób, które właśnie w taki sposób się wysławiają (bo wypada porozmawiać - porozmawiajmy, jak w Myście). Kiedyś ktoś napisał, że stworzenie dobrych dialogów, to najcięższa harówka. Panowie, którzy popisali się tą książką nie zdali egzaminu nawet na dostateczny. Swoją drogą przestrzegam osoby, które czytają tylko dialogi opuszczając opisy, żeby nie wpadły w zachwyt. Jest ich tutaj pełno, ale nic nie wnoszą ciekawego do powieści.

Gdy już odłożyłem gniota książkę na dwa miesiące, stwierdziłem, że już dawno się tak nie wkopałem. Chyba od czasu "Atlasu...". Dopiero, gdy choróbsko mnie powaliło złapałem za dzieło Randa Millera i dokończyłem cholerę. I nie było takie złe! Problem polega na tym, że autorzy nie mieli zielonego pojęcia, jak zacząć pisać książkę. Nie mieli też pojęcia, że zapełnianie w powieściach stron niepotrzebnymi rozdziałami nie zrobi z niej arcydzieła. "Księga Ti'Any" zaczyna się robić interesująca dopiero, gdy Anna spotyka kulturę D'ni. Ale to jest w połowie tekstu i nic już nie uratuje oceny.

Książki źle się sprzedały. Prószyński i S-ka nie pofatygowali się i nie dokończyli trylogii na rynku polskim. Z drugiej strony Rand i David po wydaniu trzeciego tomu "Book of D'ni" też obiecywali czwartą część, ale i tam po czasie nikt o świecie Myst pewnie nie pamiętał, albo i pamiętał, ale płacić nie było komu.

Polecić? Raczej odradzić, ale samą historię warto poczytać w internecie, jeśli ktoś jest zainteresowany, to na stronie Korox Tevar znajdzie streszczenie nawet nie wydanego w Polsce tomu.

sobota, 8 lutego 2014

Monika Jaruzelska - Towarzyszka Panienka

















Data ukończenia: 6 lutego 2014

Data utworzenia recenzji: 8 lutego 2014

Recenzja:

Często zdarza mi się kończyć książkę w konkretny dzień, by podkreślić datę, bo już najwyższy czas, czy chociażby "fajnie by było zakończyć ją w Wigilię!". Dlatego wątpię, by ktokolwiek uwierzył, w ten czysty przypadek, że w 25. rocznicę Okrągłego Stołu udało mi się ukończyć tytuł córy naszego dyktatora.

Ale w ten przypadek uwierzycie! Kilka godzin po zamknięciu książki o "wspaniałej rodzinie Jaruzelskich", temat stał się nieaktualny. Barbara Jaruzelska krzyczała z internetu, że chce rozwodu z Wojciechem. Cała idylla opisana przez Monikę Jaruzelską prysła w ciągu kilkudziesięciu minut.

Miałem chrapkę na "Towarzyszkę..." od kilku miesięcy. Z reguły nie interesują mnie takie tematy, ale trzeba przyznać, że czy prawicowiec, czy lewicowiec - nazwisko przyciąga, prawdopodobnie bardziej niż takie, jak: Tusk, Wałęsa, czy Kaczyński. Z tego powodu, gdy dochodzimy do takiego okresu, kiedy i "Oni" zaczynają mieć swój ludzki głos, coś tam łechce w kroczu, by sięgnąć.

Nie mam zamiaru wdawać się w politykę. Jestem synem żołnierza, który widział to wszystko z innej strony. Nie wiem, czy to indoktrynacja, czy jaka cholera, ale spoglądam na niego i wydaje się być "swój". Ja sam mam swoje przemyślenia, które być może są wynikiem tego, że potrafię słuchać kilku stron na raz i wyciągać z tego wnioski. A z tym w Polsce, jak ze stolcem - z wiekiem coraz trudniej.

Od 12 grudnia siedzę nad drugą częścią książki "Myst", gdy dostałem "Towarzyszkę..." rzuciłem w cholerę tamtą miazgę i "przekartkowałem". Już dawno nie czułem przyjemności z czytania! Autorka, gdy wraca do dzieciństwa, wydaje się, że zamienia się w Lisę z "Dzieci z Bullerbyn". Gdy opowiada o Korei Północnej wyłania się z niej podróżnik. Czego, jak czego, ale stylu jej odmówić nie można.

Z biegiem stron zauważyłem, że rzeczywiście bardzo ostrożnie podchodzi do spraw politycznych - nie wychwala, ale też nie opluwa. Ma swoje, własne zdanie na ten temat, które bardzo nieśmiało próbuje przeszmuglować do książki, ale jest to na tyle nieinwazyjne i eleganckie, że nie ma się do czego przyczepić (chociaż czytałem gdzieś komentarz, że jadła banany od Fidela - największa zdrada Polski...).

Prowokatorzy i badacze zostaną odprawieni z kwitkiem, bo to opowieść zupełnie inna, niż sugeruje nazwisko. Sam nigdy nie wiedziałem, czym zajmowała się Jaruzelska i zawsze wydawało mi się, że siedzi gdzieś, jak mysz kościelna ukryta przed gniewem społeczeństwa. Okazuje się, że nie. I co dziwniejsze, według jej relacji, nawet "nasi" nie robili jej krzywdy za nazwisko.

Ostatnie strony i jej podejście do życia (owady, Danuta Wałęsa i inne) pokazały mi, że chyba więcej mam wspólnego z córką dyktatora, niż z wojującą i piętnującą masą, która od x lat, wciąż żyje przeszłością. Nie wiem, czy to na dobre wychodzi, ale będę to oceniał za kilka lat.

piątek, 31 stycznia 2014

Frank Herbert - Mesjasz Diuny















Data ukończenia: 12 grudnia 2013

Data utworzenia recenzji: 31 stycznia 2014

Recenzja:

Napisanie kontynuacji światowego bestselleru, to chyba najtrudniejszy etap tworzenia epickiej serii. Nie wiem, czy Frank Herbert miał wizję podczas pisania pierwszego tomu, jak będzie wyglądał drugi, ale i tak stało przed nim nie lada wyzwanie. Udało się?

Akcja dzieje się 12 lat po wydarzeniach w "Diunie". Dżihad ogarnął całe uniwersum, kilkadziesiąt planet "padło łupem" ideologicznej wojny prowadzonej przez Fremenów, na której czele stoi Muad'Dib. Jego wszechwiedza, spowodowana ciągłymi wizjami przeszłości, coraz mocniej prowadzi go ku zgubie. Jego oficjalna żona, księżniczka Irulana, podaje środek antykoncepcyjny Chani - jego kochance, Paul nie może spłodzić dziecka. Wojna, której chcąc, nie chcąc, przewodzi powoduje poddenerwowanie innych graczy na tej rozległej planszy. Spisek Bene Gesserit, Gildii i Rodu Tleilaxu ma doprowadzić do zguby nowego imperatora. Tyle jeśli chodzi o spiski na zewnątrz. Wewnątrz mamy bojkotujących Fremenów, którzy nie cofną się przed niczym, żeby użyć najcięższego arsenału, zabronionego przez konwencję.

Jeśli komuś się żal zrobiło młodego władcy, to od razu spieszę z informacją, że nie wszystko jest tak "płaczliwe", jak się w opisie wydaje. Nadal uważam Paula za terrorystę, ale tym razem mam pewność, że robi to dla "mniejszego zła" i sretetete. Krótki tom nie pozwala jakoś bardziej "wczuć się" w postaci, które miały zaszczyt na chwilę pojawić się na stronicach. Może Duncan Idaho wzbudza nieco więcej sympatii, ale to wszystko przez to, że nasz główny bohater żyje w snach/przyszłości/teraźniejszości i w czym go tam jeszcze wie. Z jednej strony porównuje się do Hitlera, z drugiej czuje, że powinien odczuwać skruchę, z trzeciej zaś nie wprawia tego w czyn. "Mesjasz Diuny", to dla mnie dobra książka o tym, co się stanie, gdy terrorysta dopnie swego.

Końcówka miała być łzawa, ale niestety, choć seria "Diuna" stoi na wysokim poziomie, to główny bohater mnie nie przekonuje do siebie. Czytam o nim i nie jestem Paulem Atrydą. Jestem Bondem, Potterem, Danielem Sempere, Binkiem i Yossarianem. Nie jestem Paulem Atrydą i Paulo Coelho.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...