niedziela, 30 czerwca 2013

Roald Dahl - Fantastyczny pan Lis
















Data ukończenia: 28 czerwca 2013

Data utworzenia recenzji: 30 czerwca 2013

Recenzja:

Opinia będzie krótka i brutalna.

Roald Dahl to autor, który stworzył powieść "Charlie i fabrykę czekolady", której nie czytałem. Miałem za to nieprzyjemność oglądać filmy - nie urzekły mnie. Z jednej strony dla dzieci, z drugiej próba "rozmowy" ze starszymi widzami. Ani jako dziecko, ani jako dorosły kontaktu nie nawiązaliśmy...

Drugie podejście z Dahlem było niespodziewane. Ekranizacja książki Fleminga "Żyje się tylko dwa razy" potrzebowała scenarzystę, z górnej półki. Górna półka ma to do siebie, że za dużo w niej prób ingerencji, a za mało racjonalnego myślenia. Tak Roald Dahl stworzył konspekt do filmu o Jamesie Bondzie, gdzie mieliśmy wulkan z którego wystrzeliwano rakietę "pożerającą" inne rakiety (amerykańskie i sowieckie). Książka sama się broniła - Dahla przede mną musi postać Jamesa Bonda...

Trzeci wyskok jest już nieco bardziej zaplanowany. Uwielbiam reżysera Wesa Andersona. Jego "Genialny klan", "Podwodne życie ze Stevem Zissou" i "Rushmore" to są arcydzieła, którymi zgwałcił i porzucił moją wcześniejszą miłość do Jean Pierre Jeunet'a. Jego przedostatni film, "Fantastyczny pan Lis", nie należy do jego ścisłej elity, ale nadal jest bardzo dobry. Stwierdziłem, że książka na której scenariusz bazował, musiała być co najmniej dobra. Gdy zobaczyłem na okładce Roalda, grymas pojawił się momentalnie i do ostatniej strony nie zszedł.

Historia opowiada o rodzinie lisów, w której ojciec zajmuje się polowaniem na kury, gęsi i indyki należących do trzech pobliskich "huncwotów". Osobniki lekko poddenerwowane wyciągają duży kaliber, by rozprawić się z chytrusem. Gdy proch nie zadziałał zaprzęgają koparki. Rodzina lisów sterroryzowana, zostaje zmuszona do podziemnej ucieczki.

I w sumie tyle, jeśli w filmie były śmieszne wątki z oposem, w książce ich zabrakło. Nie ma żadnego oposa! Całość wygląda tak, że do scenariusza filmowego wzięto wszystko, co Dahl napisał i dodano kilka scen, które uprzyjemniają zabawę. Coś bardzo podobnego, co Dahl zrobił Flemingowi.

Dla dzieci? Jeśli baśnie braci Grimm są dla dzieci, to Dahl też stworzył koszmarka im odpowiadającego. Głodujące liski, odstrzelona kita, chlejący cydr jeden z hodowców. To taki mix dla dzieci i dorosłych, "familijny" ktoś powie. Jednego z epitetów, których nie cierpię to "familijny", obok określenia "o smaku multiwitaminy".

Ponoć jest to ulubiony twór Dahla, bo jest najlepiej skomponowany. Chyba nie muszę sugerować, co zrobię szerokim łukiem jego pozostałym książkom...

czwartek, 27 czerwca 2013

Frank Herbert - Diuna
















Data ukończenia: 25 czerwca 2013

Data utworzenia recenzji: 27 czerwca 2013

Recenzja:

Należę jeszcze do pokolenia, które nie powinno się wstydzić, że "Diunę" poznała dzięki grom komputerowym, a nie tytułowi klasyki science-fiction. Gdy na przełomie lat 1997/1998 otrzymałem kilka dyskietek ze strategią Dune II: Battle for Arrakis, dostałem niezłego kopa w zad. RTS z prawdziwego zdarzenia, a nie jakieś tam Centurion, czy The Settlers. Świeżość była tak orzeźwiająca, że zacząłem zgłębiać temat i wykopałem bardzo marny film Davida Lynch'a, którym byłem w tamtych latach zachwycony. Na pierwszą powieść Herberta długo nie musiałem czekać, jednak dzięki tłumaczowi (Jerzy Łoziński) frajda była niewielka... Mając 12 lat, gdy ktoś moich ulubionych Fremenów zmienia w Wolan (i ja wiem, że tak nie powinno być) doprowadzało mnie do niezłej irytacji. Po pierwszym tomie odpuściłem sobie zbieranie kolekcji, która dzięki inwencji Polaka była dla mnie nic nie warta (co ponoć prawdą nie jest, bo ostatnio fani serii, lubią wyszukiwać wypociny Łozińskiego, które dziś mają wartość kolekcjonerską - szkoda, że w jednym zdaniu zostało użyte jego nazwisko i słowo "wartość", szukając o sobie informacji, mógłby źle to zrozumieć - do poprawy).

Po 15 latach wróciłem dzięki Rebisowi do serii, która tym razem dopieszczona jest przez Marka Marszała. A sam wygląd? Jezus... Jak trzymam to wydanie, to czuję się jak Fremen w filtraku pijący wodę z przefiltrowanego moczu. Jedna z najlepiej wydanych książek na polskim rynku.

I w tym momencie mam wątpliwości. Bo jak mam streścić fabułę? Opowiedzieć o pustynnej planecie Arrakis, która jest bogata w "przyprawę"? O Atrydach, którzy dostają ją w lenno przez Cesarza? Mam wrażenie, że osoby, które teraz kochają "Grę o tron" za jej politykę, zawiłości, zdrady i inne ładne hasła, powinny odnaleźć się w "Diunie". Pełno tu intryg wobec Rodu Atrydów, który sam wydaje się wiedzieć, że wpakowali się w niezłe tarapaty. Smaczku dodaje też fakt, że plemiona zamieszkujące pustynne wydmy mają swoje wierzenia o pewnym Mesjaszu, który przyjdzie i zmieni całkowicie ich życie z dżihadem zamiast wisienki na torcie.

Wkręcać fabułę w recenzję na siłę jest rzeczywiście bardzo trudno, bo wydaje mi się, że każdy po części kojarzy (lub powinien) historię spisaną przez Herberta. Jednak po tylu latach dopiero teraz zauważyłem, że "Diuna" Lyncha to jedno wielkie kłamstwo. Kto może mi wytłumaczyć na jakich chorych zasadach do treści książki trzeba było dokręcić tak niepotrzebne sceny, jak:
- zatyczki w sercach Harkonennów;
- choroba skórna Vladimira;
- dziwna broń miotająca dźwiękiem w rękach Fremenów;
- deszcz pod koniec filmu (Lynch tą sceną zrobił z Muad'Diba Jezusa Chrystusa, pysznie!).

Nie widziałem jeszcze tak zrobionego filmu, że wyrzucono ważne sceny, a wkręcono na siłę kilka swoich, autorskich. Czas stracony.

Ale wracając do książki. Ciekawi mnie jedno! Czy nikt nie zauważa przemianę w Paulu Atrydzie? Przecież jego ucieczka przed Harkonennami do Fremenów, a także późniejsza wojna partyzancka z bronią jądrową przypomina bardziej ataki terrorystyczne niż bohaterską wojnę o sprawiedliwość. Jakoś dziwnie nieromantycznie napisana powieść. Nie widzę też, by ktoś krytykował naszego Mesjasza Diuny. Paul z początku jest tak szlachetny, że jego przemiana u Fremenów w bojownika po dwóch latach powoduje co najmniej osłupienie (jego drugie przybrane imię, Usul, zobowiązuje; Usul - baza kolumny). Jeńców nie bierze, filozoficznie gada, ma plan kolejnej eksterminacji Harkonennów, wie gdzie uderzać, by zabolało. Maszyna do zabijania w ramach religii. Nawet jedna z osób zauważa, że ojciec Paula był uwielbiany, że stawiał człowieka ponad "przyprawę". Na ostatnich stronicach widać, że Muad'Dib to już nie Atryda, a Fremen-Cesarz-Mesjasz. Być może największy potwór ze wszystkich znajdujących się postaci w książce. To są moje przemyślenia. Paul to postać zła.

I żeby było jasne! Podobało mi się to. Chyba najbardziej niespójna postać, o jakiej czytałem. Bije nawet niezrównoważonego Bonda. Sama książka to małe arcydzieło, ale i z dużymi minusami. Druga księga w tej powieści jest rozwleczona na amen i niekoniecznie mi się podobała. Ale czekam na kolejny tom. Chciałbym rzec En Taro Adun, ale to ze StarCrafta, więc po prostu widzimy się w następnym tomie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...