niedziela, 24 marca 2013

Carlos Maria Dominguez - Dom z papieru

















Data ukończenia: 20 marca 2013

Data utworzenia recenzji: 24 marca 2013

Recenzja:

Może to i chore, ale zapach grzyba i wilgoci przyprawia mnie o ekstazę. Nie chodzi mi tu o smażone wilgotne grzyby leśne, a te biblioteczne. Staram się przypomnieć niektóre, co bardziej urodzajne. Ten w "Cieniu wiatru", był co najmniej apetyczny. "Gra Anioła" nie miała aż tak dojrzałego, ale myślę, że trzeba będzie poczekać jeszcze kilka miesięcy (może lat) i wrócić na zbiory. "Ja, Najwyższy" miał takie zapachy, że kurendy dyktatora czytało się ze wzmożoną intensywnością. I przez cały ten czas wydawało mi się, że tego typu wonności dodają kilka punktów do ostatecznej oceny powieści. Miałem rację, ale nie zauważyłem jeszcze jednego czynnika! Co gra główne skrzypce w tych książkach? Książka.

Zapachy towarzyszyły mi i w tej powieści. Od czasu "Chilijskiego nokturnu" nie sięgałem po literaturę iberoamerykańską. Zebrała mi się niezła kupka, ale niestety nie wszystkie wykorzystują swój potencjał ("Namalowane okno"), przez co i ja nie czułem większego zapału do ich poznania. Jednak podczas pewnej spontanicznej wymiany zdań na LubimyCzytać.pl, jeden z użytkowników (bałem się podać dane wrażliwe, te grzyby na początku nie wszystkim muszą się dobrze kojarzyć) napisał do mnie ciekawą wiadomość kończąc cytatem z recenzowanej książki: "Jako czytelnicy szpiegujemy biblioteki przyjaciół, choćby tylko dla rozrywki. Czasami po to, żeby odkryć książkę, którą chcielibyśmy przeczytać, a której nie mamy, czasami po to, żeby dowiedzieć się, co pożarło zwierzę, z którym się zadajemy". Połknąłem haczyk. Minęło jednak sporo czasu, zanim do niej zasiadłem. Dopiero niechęć do ostatniego tomu wypocin Arthura C. Clarke'a zmusiła mnie do szukania ratunku w ramionach Domingueza.

Ciężko to nazwać powieścią, wygląda raczej na opowiadanie. Okładkę ma, strony też. "Alchemik" również miał, ale konsystencja zawartości różni się diametralnie. Okazało się, że ten wspaniały cytat, to nie jedyny warty zapamiętania. Ta mała książeczka to skarbnica tekstów!

Ale tekstami to i sam Paulo Coelho potrafi żyć. Ważne, czy fabuła nie rzęży. Bluma Lennon zakupuje w księgarni "Poezje" Emily Dickinson. Gdy zaczyna czytać potrąca ją samochód. Już w pierwszym akapicie rozstajemy się z nią, a miejsce zajmuje nasz główny bohater, który odbiera paczkę zaadresowaną do denatki. W środku znajduje egzemplarz "Smugi cienia" Conrada pokryty śladową ilością cementu. Pragnie znaleźć nadawcę i dowiedzieć się, co za historia kryje się za tą książką. Trop wiedzie do Urugwaju, do pewnego Carlosa. Książkowego zboczeńca, większego ode mnie.

Jeśli macie jakiś fetysz, trzymacie kalendarz i zapisujecie, kiedy przeczytaliście dany tytuł (wczoraj była trzecie rocznica przeczytania "Goldfingera"!), lubicie układać własne książki na półkach odpowiednią metodą, macie założone katalogi i inne dziwactwa - to ta powieść powinna należeć do Was. Ja tę biblioteczną będę musiał oddać, a szkoda, bo zapachu, który potęguje klimat książki, nie uświadczę, póki we własnym domu grzyba nie uhoduję.

środa, 20 marca 2013

Michael Farquhar - Królewskie skandale. Szokująco prawdziwe opowieści o najnikczemniejszych i najbardziej rozwiązłych królach, królowych, carach i cesarzach















Data ukończenia: 18 marca 2013

Data utworzenia recenzji: 20 marca 2013

Recenzja:

I ciężko cokolwiek napisać, gdy sam tytuł książki wyjaśnił wiele. W gruncie rzeczy jest humorystyczna, ale czy Michael Farquhar wie o czym pisze?

Gdybym miał strzelać (nie mam pewności) stwierdziłbym, że jest Amerykaninem. Tylko oni potrafią tak wiele chaotycznie napisać, o nie swojej historii, której nie rozumieją, w tak miałki sposób, udając, że jest to zabawne. Mógłbym to mu wybaczyć, ale jeśli to Europejczyk i stworzył takiego knota...

Bo wszystko, co w tej książce jest śmieszne, nie zostało zrobione przez Farquhara, tylko przez królewskie rody. Nie ma tutaj wartości dodanej, autor tylko zbiera historyczne "Czy wiesz, że?" i pakuje je w nieładzie do swojego dzieła. Jak znajdziecie opinię, że to humorystyczny autor, to od razu zaznaczam - on tylko szmugluje śmieszne rzeczy. Żeby miał jeszcze z czego wybierać...

Typowy Amerykanin, jak rozumiem, nie zdaje sobie sprawy, że królewskie skandale w Europie nie ograniczały się tylko do trzech królestw, cesarzy rzymskich i papieży. Mamy francuskie, angielskie i rosyjskie historyjki, ale czy przeglądając mapę podczas poszukiwań autor nie zauważył rozrastającej się plamy Polski, Niemiec i wielu innych królestw w tamtej epoce? Wszystkie były mniej skandalizujące niż te trzy królestwa? Czy to skandaliczna ignorancja?

No dobra. Biorę, co jest. Farquhar obdarza swoje rozdziały historyjkami, które często nie są zrozumiałe. Pierwszy traktuje o siedmiu grzechach głównych. Każdy grzech to inna postać, często nie wiadomo z którego królestwa. Bo autor w "Zawiści", na przykład, wsadza Henryka II, ale w "Gniewie" - Henryka IV. Jeden jest królem Francji, a drugi Anglii. W całym podrozdziale może nie być nawet jednym słowem wzmianki, o tym, gdzie my do jasnej cholery jesteśmy! Muszę poszukać drzewa genealogicznego jednego i drugiego, poszperać w datach i nadal muszę zgadywać, bo informacje są często tak poukrywane, że po jakimś czasie już nie szukam odpowiedzi na pytanie "Gdzie?", a na pytanie "Co?". Typowe popcornowe olewanie tematu.

Jeszcze nie wspomniałem o poszatkowaniu historii! Gdy w jednym rozdziale czytamy opowieść o angielskim Henryku VI, wspomniane są jego problemy z dynastią Yorków z przypisem, że szerzej opisane jest to w innym rozdziale. Szkoda, że tak zrobiono, bo żeby zrozumieć o co chodzi z Henrykiem VI, rozdział o konfliktach z Yorkami powinien być wcześniej. Dlaczego (skoro ograniczamy się do trzech królestw!) nie można było w świetny sposób przedstawić historię angielskiej korony bez cięcia jej na konkretne skandale? Tutaj panuje porządek taki: rozdział "SEKS" - autor jebł wszystko, co było; "KAZIRODZTWO"? Jeb! następna porcja. A ty czytelniku nie o historii dumaj, tylko o skandalach.

I jeszcze bardzo ważny grzech tej książki. Niedokładność. Widać, że czasem Michael czegoś nie doczytał. Coś gdzieś zostało usłyszane, ale źle zrozumiane. Bo jak można było mieć taką kartę przetargową, jaką jest historia "Trupiego Synodu" i papieża Formozusa i nie potrafić jej przedstawić chociażby w połowie. Tak, jest napisane o "Trupim Synodzie", ale historia u Farquhara się gdzieś urywa. Może, gdyby dokończył czytanie rozdziału o Formozusie w innej książce, wiedziałby, że na tym ten skandal się nie zakończył, a był dopiero początkiem. Nie wykorzystał potencjału, a jeśli ktoś jest zainteresowany historią, to odsyłam tutaj.

No właśnie. I tak jest zawsze! Gdy coś mnie zainteresowało z tej zbieraniny skandali, to nie ma tu wiele informacji. Autor posługuje się słowami "seks", "kazirodztwo", "morderstwo", a zapomina, że za tymi wyrazami kryło się w historii coś jeszcze. Nie tylko pornograficzna pasja musi interesować czytelnika, ale też to, czego Farquhar chyba nie darzy dużym szacunkiem - motyw. I tak musiałem wejść na wikipedię, podjąć decyzję o dokończeniu "Dynastii Tudorów" (serial, który nie zawsze wierny - wierniejszy od tej pisaniny), bo to co zostało przedstawione, to tylko ciekawostka, którą umysł żądny wiedzy przyswoi, ale nie udobrucha. Z tego powodu jest warta polecenia osobom, które na bakier z historią, zaczną się nią interesować. Może "seksem" łatwiej im to przyjdzie.

niedziela, 17 marca 2013

Joanne K. Rowling - Harry Potter i Insygnia Śmierci
















Data ukończenia: 11 marca 2013

Data utworzenia recenzji: 17 marca 2013

Recenzja:

W pierwszym akapicie zrobię podsumowanie, a cała reszta będzie już tylko jednym wielkim spojlerem. Sześć lat udało mi się ukrywać przed jakąkolwiek informacją o Harrym Potterze i mogę uczciwie przyznać - nie wiedziałem nic, a nic, co czeka mnie w ostatnim tomie. Ta księga to arcydzieło i daję ten tytuł, nie tylko za to, że jest świetna, ale także za całą serię. Po raz pierwszy jest tak dobitnie pokazane, że główny (dobry) bohater nie musi być wzorem cnót, a jego rodzice mogą być największymi sukinsynami w szkole. Nie ma tu podziału na czarne i białe. Z tego też względu polecam wejść w świat stworzony przez Rowling i zapomnieć o wersjach kinowych (oglądałem i radzę skupić się na książkach, i tak je oceniać). Swoją drogą pisarka jest na mojej liście ulubionych autorów jedyną kobietą! A teraz przemyślenia.

Nie chcę się chwalić, ale dużo udało mi się odgadnąć po przeczytaniu szóstego tomu. Problem polega na tym, że zauważyłem, że bardzo dużo czytelników miało taki sam napływ intuicji, jak ja. Co lepsze, niektorzy odszyfrowali skrót RAB w talizmanie. Ja przystałem wyłącznie na dobroci Snape'a i fakcie, że Harry jest horkruksem. Trochę mnie to dziwi, że Rowling nie zwróciła uwagi na to, że jej wierni czytelnicy już się domyślili, jak zakończy się seria, bez przeczytania siódmej części. Myślałem, że w trakcie czytania będzie tyle pętli, że sam wymyślałem sobie dalszy bieg wydarzeń. Między innymi:

1. Neville zabija Voldemorta - miałem taką myśl, że świetnym by było, gdyby w siódmym tomie okazało się, że Longbottom jest głównym kluczem do pokonania Voldemorta. Ta przepowiednia i jego charakter mogła tutaj dużo namieszać.

2. Dursleyowie, a zwłaszcza Petunia odgrywają bohaterów, którzy ratują życie Potterowi. Nic takiego się nie stało, ale ciotka też miała niemały epizod w tym tomie.

3. Malfoyowie rehabilitują się, a Draco ratuje życie Potterowi.

4. Ginie Ron. Dlaczego nie Hermiona? Bo Ron od pierwszego tomu był dla mnie stworzony, żeby zginąć. Neville też.

Miałem tych pomysłów więcej. Z tego powodu szokiem było dla mnie, że Rowling jest aż tak przewidywalna w kluczowych sytuacjach. Ale to nie jest ujma! Bo domyślam się, że większość tego była zaplanowana od początku. Wątek Snape'a, choć zgadłem i tak mnie zaskoczył, bo nie tak sobie wyobrażałem jego miłość do matki Pottera.

Ale żeby nie było do końca miło... Są dwie rzeczy, które muszę wypomnieć. Pierwsza sprawa - Rowling chyba się spieszyła z wydaniem "Insygnii". Wydaje mi się, że za mało, a zarazem za szybko, wyjaśniane są niektóre wątki, przez co wydają się być nieprzekonywujące. Przykładem może być rozpoznanie przez Harry'ego Aberfortha . Zdaję sobie sprawę, że to oko i lustro..., ale reakcja Pottera jest niewiarygodna w danej chwili!

Druga BARDZO poważna sprawa, to rozwiązanie postaci Snape'a. Gdy pod koniec dowiadujemy się, że najczystszy charakter serii, Dumbledore, nie jest taki wspaniały, jak nam go przedstawiano, to pamiętamy, że tom wcześniej miał pogrzeb huczności wesela. Severus, najodważniejszy i największy bohater siedmiu ksiąg, ginąc zostawia po sobie wyłącznie wspomnienia. Są wspaniałe, ale gdzie jest oddanie hołdu? Do końca książki wspomniany jest tylko raz - na peronie, dziewiętnaście lat później. Biorąc pod uwagę, jak wiele bohaterowie mu zawdzięczają, słowo "dziękuję" w różnych formach nie pada. Co moim zdaniem jest mocno przykre.

I niesamowicie szkoda mi, że seria się skończyła, ale nie chciałbym już widzieć ósmego tomu. Wszystko wydaje się pozamykane, a sam epilog pokazuje, że blizna już nie boli, czyli zagrożenia brak. Z drugiej strony, nie dowiem się czy Arianę zgwałcono, a Aberforth był zoofilem i zabawiał się z kozami, co świetnie pokazuje, że Rowling nie musiała pisać dosłownie o wszystkich rzeczach, bo to książka dla dzieci, ale dorośli zauważą pewne niuanse, które sprawią, że książkę odbiorą jeszcze smutniej niż młodzież.

Sagę Rowling czytałem od 25 sierpnia 2011 roku do 11 marca 2013 roku.

poniedziałek, 11 marca 2013

Piers Anthony - Zamek Roogna
















Data ukończenia: 2 marca 2013

Data utworzenia recenzji: 11 marca 2013

Recenzja:

Bardzo chciałem, żeby to była dobra seria. Rozczarowanie po drugim tomie było jednak za duże, żebym dał radę z odrobiną dozy optymizmu wejść po raz trzeci w świat Xanth. Piers oszukał mnie "Źródłem magii", przez wiele lat myślałem, że cała seria jest świetna, bo po "Zaklęciu..." miałem do tego prawo.

Drugi tom pokazał, że postawienie na pierwszym miejscu szowinizmu nie tworzy lepszej fabuły. Ciężko też mówić o fabule, jeśli składa się ona ze schematów. Czyli największa bolączka w postaci nieśmiesznej dyskryminacji płci została zasłonięta brakiem pomysłu na zapchanie planu ramowego historii. Bo cel podróży i zakończenie trzymało się kupy, ale środek to farsa. I o jakim humorze tu mówimy? Cały wyglądał niczym dopowiedzenie wulgarnych rymowanek przez przedszkolaki typu: "bajka srajka", "prać srać", czy "pacha" (osobiście uważam, że to najbrzydsze słowo w języku polskim). Nędza!

I tak samo jest z tym tomem, ale z pewną różnicą. Dowcipki autora są i powtarzają się już któryś raz z kolei. Słowotwórstwo też znajdziemy, dzięki czemu widzimy, że Piers, gdy zabraknie mu możliwości rozwinięcia fabuły - wykorzysta nowego rodzaju stworzonej przez siebie rośliny, żeby wykaraskać się z opałów braku nowych pomysłów. Ale! W tym tomie jest całkiem niezła historia i bohaterowie, którzy nie stają okoniem w gardle.

Syn Binka, Dor, ma ciekawą umiejętność. Rozmawia z przedmiotami. Potrafi nawiązać rozmowę z łóżkiem rodziców, przez co muszą używać sobie z dala od domu. Ponieważ Dor staje się bardzo szybko mężczyzną, to i potrzeby ma coraz bardziej męskie. Z pomocą przyjdzie mu Dobry Czarodziej Humfrey, który wyśle go do świata przedstawionego na gobelinie w Zamku Roogna. Dzieło to okazuje się krainą Xanth osiemset lat wcześniej, gdzie jeszcze magia nie uformowała się do takiego stopnia, jak widzieliśmy to w poprzednich dwóch tomach. Z pomocą przychodzi mu przypadkowy pasażer, wielki pająk Skakun, który żył wcześniej na gobelinie, a przez przypadek został wchłonięty do świata na nim przedstawionego.

Mimo, że fabuła nadal może nie porywać, od połowy książki, rzeczywiście byłem już wciągnięty w historię. Nie jestem pewien, czy autor nie popełnił jednego błędu. Wydaje mi się, że Dor rozmawiał z plątamotą, a wcześniej było wytłumaczone, że z roślinami rozmawiać nie może, oprócz tych ściętych. Ale nie mam dowodu, może tak w przypływie nerwów na Piersa, coś sobie dopowiedziałem.

Książka jest nieco dojrzalsza, niż poprzedniczki. Niestety nie jestem pewien, czy w dobrym sensie. Gdy w "Zaklęciu..." i "Źródle..." akcja była poprowadzona dosyć cukierkowo, gdzie nie było walki na śmierć i życie, a miejsce miał podstęp i perswazja - tym razem postawiono bardziej na okrucieństwo. Trup ściele się gęsto, a ponieważ po stronie "dobrych" stoi Mistrz Zombi, zabija się po to, by mieć większą armię nieumarłych. Wcześniej umierano śmiercią bohaterską, teraz ilościowo i często zbyt dosadnie.

Nie jest to zła książka, wydaje mi się, że jest dobra, ale to raczej efekt miernego drugiego tomu. Taki mocniejszy średniak, co jasno pokazuje mi, że Piers Anthony może być niestety cieślą, który tymi samymi narzędziami i tą samą formą będzie tworzył nierówne produkty. I "Źródło magii", i "Zamek Roogna", napisane zostały w tym samym roku - 1979. Widać przepaść jakościową i nie widzę możliwości, by kolejne tomy trzymały dobry poziom. Czekam na "Przesmyk centaura", ale zdaję sobie sprawę, że nie wierzę już w fenomenalną serię. Tylko ją zaliczam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...