piątek, 30 listopada 2012

Derren Brown - Sztuczki umysłu. Poznaj mechanizmy ludzkich zachowań
















Data ukończenia: 17 listopada 2012

Data utworzenia recenzji: 30 listopada 2012

Recenzja:

Jeśli nazwisko Brown kojarzy się wam wyłącznie z twórcą  "Kodu Leonarda da Vinci", to nie ma co się przejmować. Gorzej ma tylko Paris Hilton, która skojarzyłaby je z byłym premierem Wielkiej Brytanii - Gordonem Ramseyem.

Derren to chyba najmagiczniejszy homoseksualista, jakiego zdarzyło mi się oglądać w telewizji. W swoich krótkich programach skupia całą uwagę widza na sobie, czy jest to gra w rosyjską ruletkę, czy "zwykłe" odczytywanie ludzkich zachowań. O co chodzi? Jeśli David Copperfield kojarzy wam się z magią, a nie z postacią stworzoną przez Dickensa, to prawdopodobnie mieliście niesamowite dzieciństwo... przed telewizorem.

To on pokazał mi magię, taką o jakiej zawsze marzyłem. To dzięki niemu zrozumiałem, co to jest iluzja. Ale czar mentora prysł, gdy na ekrany tych samych telewizorów puszczono serial innego iluzjonisty, Magika w Masce (Val Valentino), o nazwie "Magia bez tajemnic". Pokazano dogłębnie, jak wykonuje się sztuczki pokazywane przez, między innymi, Copperfielda. Szczena opadła, bo po raz pierwszy słowo "iluzja" zaczęła kojarzyć mi się z wierutnym kłamstwem. Dopiero Derren Brown przyniósł falę świeżości do sztuczek magicznych. Nie tylko iluzja, ale i wspomniane wcześniej odczytywanie zachowań, wprowadzały dozę dramaturgii do telewizyjnych przedstawień (polecam obejrzeć "Rosyjską ruletkę" na YouTube, nie analizujcie, a przeżywajcie ostatnią scenę tego programu).

Jego książka to żadna księga czarów, sztuczek i iluzji. To ciekawe przemyślenia o umyśle i czynnościach z nim związanych. Na rozgrzewkę kilka żenujących tricków z monetą i kartami, które przez dodanie wydawałoby się mało istotnych ruchów, spowodują orgazm wyobraźni w mózgu widza.

Chcecie wiedzieć, jakim cudem Derren zapamiętuje wszystkie informacje? Przedstawia swoje ulubione sposoby ćwiczenia pamięci. Co śmieszniejsze, siedziałem o drugiej w nocy i robiłem te ćwiczenia na kartce papieru. To działa! Przypominam, że nie recenzuję książki o rzucaniu palenia, albo pozbyciu się świądu odbytu. Ćwiczenia serwowane przez autora rzeczywiście działają!

Przeskok do hipnozy, fobii i efektu placebo. Na koniec mamy kpinę z "zimnego odczytu", czyli rozmowy medium ze zmarłymi. Brown sam pisze, żeby nie mieć współczucia do osób, które zarabiają pieniądze za pomaganie rodzicom utrzymywać dialog ze swoim zmarłym dzieckiem.

I są minusy w tej książce, jak zwykle zboczenie zawodowe autora nieuchronnie przelało się do twórczości i podany nam rozdział o hipnozie nuży niemiłosiernie. Ale jeśli myśleliście, że nie można z jajem, ale i całkiem serio, stworzyć książki o ludzkich zachowaniach, sięgnijcie po wypociny Derrena Browna.

czwartek, 15 listopada 2012

Stephen King (Richard Bachman) - Wielki Marsz

















Data ukończenia: 13 marca 2009

Data utworzenia recenzji: 13 marca 2009

Recenzja:

Chyba najlepsza książka, jaką King napisał pod nazwiskiem Bachman. Teoretycznie nieskomplikowana historyjka, którą bez problemu można było rozszerzyć na 250 stron. Przez cały czas trzyma w napięciu. Od normalnych książek Kinga opowiadania Bachmana różnią się większym okrucieństwem i odpuszczeniem sobie jakichkolwiek barier moralnych. Sam może zmieniłbym lekko zakończenie, bo według mnie można było zakończy historię "czymś większym".

Zdecydowanie polecam. Zwłaszcza, że po wymęczonej "Mrocznej Wieży" (która nie była taka zła), jakoś obiektywniej zdarza mi się patrzeć na dzieła Stephena Kinga.


Opinia po trzech latach:

Wspaniale jest polecać książkę w recenzji, nie pisząc nic o fabule, więc będę ciągnąć dalej. Osoby z bliższego mi otoczenia często krytykują moje zdolności do maszerowania. Człowiek per pedes, to dobre określenie. Maszerując: czytam książkę, rozmawiam twarzą w twarz, rozmawiam przez telefon, rozmyślam, debatuję ze współpracownikami w pracy, itp. Niektórzy mówią, że to wina ADHD, owsików, albo hemoroidów. Prawda jest taka, że gdy psychicznie i fizycznie wymęczyli mnie w wojsku, nauczyłem się lubić maszerować, bo gdybym miał to jeszcze znienawidzić to sfiksowałbym w pierwszym tygodniu. Chodzenie traktuję, jak obieranie ziemniaków i zmywanie naczyń - odseparowanie się i wypoczywanie. Na swój chory sposób.

Chodziłem, czytając "Wielki Marsz", ale musiałem usiąść. Wyobraźmy sobie konkurs chodzenia, w którym biorą udział dzieci. Meta jest tam, gdzie padnie przedostatnie z nich. Umrze z wycieńczenia, albo zostanie zastrzelony przez żołnierzy. Wojskowi odmierzają czas między jednym krokiem, a drugim, żeby można było określić, czy uczestnik jeszcze chodzi, czy tylko powłóczy nogami. Nie ma przerw, racje żywnościowe są, wydalanie w marszu, spanie w marszu i życie w marszu.

Uszanowałem swoje nogi i posadziłem dupsko w fotelu. Nawet im należy się szacunek. Tak zła, w dobrym znaczeniu, jest ta książka!

sobota, 3 listopada 2012

Arthur C. Clarke - Odyseja kosmiczna 2010
















Dat
a ukończenia: 23 października 2012

Data utworzenia recenzji: 3 listopada 2012

Recenzja:

Od razu po przeczytaniu pierwszej części zabrałem się za film nielubianego przeze mnie reżysera. Kubrick zmienił miejsce akcji z Saturna na Jowisza, bo przeciętny zjadacz chleba odczuje różnicę. Oglądałem partiami... i przez większy czas pytałem siebie, jakim cudem ludzie mogą mu dawać takie wysokie noty. Przecież jeśli w filmie wyjaśniają sytuację, to i tak nie wiadomo, co się dokładnie dzieje. Do filmu bez książki nie powinno się podchodzić.

- Ale jak to? Przecież książka wyszła po premierze filmu! - wyrwał się Remigiusz, bo sprawdził na wikipedii.

Ano tak. Stanley i Arthur pracowali nad scenariuszem do filmu na podstawie opowiadania napisanego przez tego drugiego. Tak powstała wersja papierowa, ale jeszcze nie książka, "Odysei kosmicznej 2001". Mam podejrzenia, że wyszło tak jak z "Lśnieniem" Kinga - Kubrick wziął z książki to, co mu się podobało i stworzył coś, czego sam King nie polubił. Efekt? Stephen postanowił nakręcić miniserial, który jest wierniejszy powieści. Mam wrażenie, że i w tym temacie może być podobnie. Kubrick naniósł poprawki do scenariusza, a Clarke napisał książkę na podstawie niepoprawionego.

Śmieszy mnie, jak ludzie stawiają pomniki Stanley'owi za ten film. Za muzykę? Za zdjęcia? Wszystko ok, ale brak jest scenariusza, wyjaśnień, a fabuła wysiada w połowie filmu. Prędzej uwierzę, że za nazwisko reżysera (obok Spielberga najbardziej rozchwytywane nazwisko w branży). Jakim cudem można gloryfikować dzieło, które nie daje odpowiedzi na podstawowe pytania, takie jak:

1. Do czego służy monolit?
2. Dlaczego HAL się zbuntował?
3. Co się działo pod sam koniec?
4. Co to za dziecko?

Nie ma tam odpowiedzi. W pierwszym scenariuszu, czyli książce, jest. W tym momencie, gdybym nie znał fabuły, nie miałbym zielonego pojęcia, co się dzieje. Film jest przepiękny, ale to, co wydarzyło się na samym końcu to jedna wielka czarna dziura fabularna. Nie takie filmy ludzie opieprzali za luki w opowiadanej historii! Okazuje się, że obrazu bez książki nie ma jak uszczypnąć. I vice versa. Gdybym znał wyłącznie powieść, pomyślałbym, że to dobra instrukcja, jak nie pisać książek science-fiction. Film pokazał to, czego Clarke nie potrafił opisać!

A to, co najbardziej mnie w filmie poirytowało: niekompetencja Bowmana. Oto, co dzieje się po śmierci Poole'a u Kubricka i Clarke'a.

FILM: Dave wsiada w drugą kapsułę, wylatuje ratować ciało Franka. HAL w tym czasie zabija zahibernowaną trójkę, bo statek pozostał w rękach komputera, który miał być przed chwilą wyłączony. Gdy Bowman wraca, HAL nie otwiera mu śluzy, a z awaryjnej nie może skorzystać, bo zapomniał hełmu...

KSIĄŻKA: Procedura jest jasna, Frank przepadł, Dave musi obudzić jednego z "trójki". HAL się irytuje i otwiera śluzę. Zabija to dwóch zahibernowanych i jednego budzącego się. Dlaczego? HAL dostawał z Ziemi dwie informacje:
1. przekazywać wszystkie informacje załodze o podróży;
2. nie mówić załodze o celu podróży.
Te dwie sprzeczne informacje powodują, że komputer "szaleje". Z tego, co słyszałem, to dopiero w drugim filmie będzie to wyjaśnione. I po tym poznać Kubricka - trzeba nakręcić remake lub sequel, żeby wytłumaczyć jego interpretacje. Ale nie zmienia to faktu, że ten film to majstersztyk, przy dodaniu fabuły z książki Clarke'a.

- Ale ten film nie powstał dla fabuły, tylko dla dźwięku, obrazu. Fabuła nie jest najważniejsza, tylko klimat - drugie podejście Remigiusza.

O tak, to dobry argument. Szkoda, że inne filmy nie mają tak łatwo w podbijaniu audiowizualnością i klimatem serc widzów. Zaraz sprawię, że zrozumiecie, co się działo przez te dwie kubrickowskie godziny. Oto moje streszczenie książki pod tym samym tytułem:


W książce, monolit był tablicą na której pokazywały się różne wzory i obrazy. Obca rasa stojąca za ich budową, wybrała sobie małpoludy, jako w miarę możliwe do "ogarnięcia" istoty i zaczęła je nauczać. Małpoludy jadły trawę, chociaż obok były tłuste guźdźce. Nie potrafiły bronić się przed niebezpiecznymi zwierzętami, nawet nie uciekały. Były tak głupie. Monolit pokazał obraz: nażarty, bekający samiec. Małpoludy poczuły zazdrość: pierwszy krok do człowieczeństwa. Gdy podczas jednego seansu małpolud zginął, monolit zgasł, bo obca rasa przestraszyła się swojego mocnego wpływu na życie głupszej rasy.



Powrócono z nową serią ćwiczeń. Nastąpiła selekcja, wybrano małpoluda "zwanego" Strażnikiem Księżyca za najmądrzejszego i robiono z niego lidera. Ten znalazł narzędzie (zdaje się, że kość) i poprowadził swój lud na inne plemię, które wyrżnęli. Monolit spowodował, że słaba rasa małpoludów zaczęła używać mózgu i przetrwała ciężkie czasy wśród niebezpieczeństw. 



W 1999 roku znaleziono na Księżycu zakopany monolit. Gdy się do niego dobrano, ten wysłał sygnał w kierunku księżyca Saturna. Prawdopodobnie dał znać, że ludzie są na Księżycu i zdołali wykopać monolit (ale to mój domysł).


2001. Wysłano ekipę na Saturna. Załoga nie wie prawdy. HAL wie. Po wyłączeniu HALa, Dave zdaje sobie sprawę, że bez komputera nie ma powrotu na Ziemię. Leci w kierunku księżyca Saturna. Tam wlatuje w monolit, który specjalnie dla niego staje się portalem do czegoś. Widzi tam pojazdy innych ras, obca cywilizacja prawdopodobnie już dawno nie istnieje. Za długo musieli czekać. 


Nagle Dave znajduje się w pokoju hotelowym. Jest to wytwór monolitu. W telewizorze widzi różne programy, w tym film, w którym jest identyczny pokój, w którym się znajduje. Wszystkie informacje w telewizji są z tego samego czasu, kiedy w 1999 roku monolit z Księżyca wypuścił sygnał w stronę Saturna. 



Pokój ten ma być "wylęgarnią" ras. Dave kładzie się do łóżka i porzuca to, co nas ogranicza w życiu wiecznym - ciało. Na razie pozostaje w wizerunku "ducha-dziecka", ale to wytwór jego wyobraźni, później powinno i to zniknąć. Jest doskonalszą postacią, tak jak na samym początku Strażnik Księżyca, który poprowadził małpoludy w stronę człowieczeństwa. Teraz Dave ma szansę być władcą, ale nie wie, na razie, co zrobić z tak wielką mocą. Pod koniec decyduje się na zniszczenie orbitującej broni nuklearnej.


Idźcie teraz i obejrzyjcie swoje stare arcydzieło i poznajcie nowe.

- Idź w cholerę! Miałeś recenzować książkę, a recenzujesz film. I to jeszcze nie tego tomu. Jezus, ale frajer!

No właśnie i przechodząc zgrabnie do recenzji drugiego tomu, trzeba wyjaśnić jedną kwestię. Gdy Clarke podjął decyzję, że napisze nowe przygody, musiał wybrać, którego dzieła kontynuacja będzie dotyczyła. Arthur wybrał, że "Odyseja kosmiczna 2010", dzieje się po wydarzeniach z filmu. Tak! Możecie palić na stosie swoje egzemplarze książek, pierwsza powieść nie jest kanoniczna. Co śmieszniejsze, nie musicie już nawet do niej zaglądać, by zrozumieć film. W drugim tomie wyjaśniają każdą sytuację, jaka zaszła u Kubricka. Nie ma Saturna, jest Jowisz. Bowman poleciał po Franka i nie znamy powodu buntu HALa.

Akcja dzieje się dziewięć lat później. Amerykanie chcą dostać się na opuszczony statek Discovery (Odkrywca). Ponieważ nie zdążyli zbudować nowego pojazdu, zabierają ich na pokład sowieci. Statek kosmiczny Leonow natrafia podczas lotu na chiński statek kosmiczny Tsien. Chińczycy giną z rąk obcej rasy. Bowman wraca na Ziemię, ogląda obce cywilizacje, kontaktuje się z załogą Leonowa. Twórca HALa nawiązuje kontakt z HALem. I tak dalej.

Tragedią jest to, że przez większość czasu panuje totalna nuda. Dzieje się non stop, ale Clarke ma taki usypiający styl pisania, że jedynie początek i koniec były ciekawe. Środek jest do wymiany całkowicie, brakuje szlifów. Gdy Bowman ogląda obce cywilizacje autor próbuje stworzyć klimat, by nas zainteresować. Fiasko! Równie dobrze mogłem czytać słownik wyrazów bliskoznacznych, taki sam klimat.

Oczekiwałem czegoś lepszego. Końcówka zdecydowanie ratuje ten tom, ale nadal jest to jedna z najdłużej ciągnących się powieści, jaką miałem okazję czytać w tym roku.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...