niedziela, 19 sierpnia 2012

Jan Edmund Burel (Mundek Sild) - Kawior ze sliedzia, czyli kryminałki po obu stronach Białki. Tom 1: Oseski kapitalizma















Data ukończenia: 13 sierpnia 2012

Data utworzenia recenzji: 19 sierpnia 2012

Recenzja:

Pamiętam z wojska różne przezwiska. Był "Chemik", który studiował chemię, a po posiłkach puszczał silne i głośne wiatry. "Dombek", "Pajk", "Bigos" i "Ciopak" pochodziły od nazwiska. "Młody" to 29-latek, który wyglądał, jakby miał 16. "Starszy", bo był starszym. "Tęczowy chłopiec", bo jego zachowanie, wygląd i uśmiech, wskazywały, że ma wielobarwne wytryski. "Człowiek świstak", bo wyglądał, jakby był w fazie świstaka. "Kapa" z powodu wypowiedzianej głupoty. "Roman", bo tak miał na imię, co dla niektórych już to było niedorzeczne. Ja sam miałem ksywę "Makao", bo po wysiłkach fizycznych, nie lubiłem się przemęczać jeszcze gadaniem, więc ograniczałem się do rozmowy podczas karcianych gier. A "Kułwa" to biedny chłopak, który gadał za dużo i lubił często przeklinać, ale bozia nie obdarzyła go możliwością wymawiania spółgłoski "r".

W tym wszystkim jest sens, pseudonimy były tworzone na podstawie pewnych informacji. Z tego powodu, gdy na jednego mówili "Śledzik", nie mogłem zrozumieć, co jest grane. Nie śmierdział, nie miał na nazwisko Śledziński, nie było incydentu z jedzeniem. Musiałem zapytać! Był Białostoczaninem, a ci, jak pewnie wszyscy wiedzą "sledzikują". Rzeczywiście coś było na rzeczy. Mając 21 lat, a będąc od 11 Białostoczaninem, nie miałem zielonego pojęcia, że tak nas postrzegają. Co śmieszniejsze, nie mnie! Nikt nigdy mi czegoś takiego nie powiedział, w twarz.

Wydaje mi się, że chyba tego typu określenie musi drażnić, skoro mój brat znalazł w sklepie PSS Społem, taką właśnie książkę. Sprzedawana przy kasach, stanowi jedną z największych tajemnic literackich, jakie w swojej karierze znalazłem. Historia książki jest jeszcze bardziej tajemnicza, niż polskie wydanie "Szatańskich wersetów". Mundek Sild i Wojciech Hering (tak! jak śledź) to autorzy tego zbioru opowiadań, ale nigdzie nie można nic znaleźć na ich temat. Trzeba było wejść na stronę Książnicy Podlaskiej i tam wyszukać, że są to pseudonimy. Teraz w sieci w końcu jest informacja na temat tego wydania, bo umieściłem ją na lubimyczytać.pl i goodreads. Jak widać minimalizm na całego.

Te dziesięć opowiadań to typowe kryminały, których głównymi bohaterami są typy spod ciemnej gwiazdy. Jest tu pełno aluzji do białostockich największych cudów: Fasty, Dojlidy, Suraska, Grochowa... Przypomina mi, gdy na ankietach zdumieni Białostoczanie piszą czym możemy się pochwalić. Odpowiedzi to: żubr, Żubr i wielokulturowość (puste hasło). Smutne jest to, że ludzie żyją w nieświadomości, jak wspaniałe to jest miasto i że mamy czym się pochwalić, niekoniecznie wielokulturowością.

Ten zbiór opowiadań, to takie z przymrużeniem oka białostockiego pisarza, dla samych Białostoczan pisany. Nikt inny raczej nie będzie zachwycony, ani kunsztem, ani pomysłem. Ci co przyklasną, to z sentymentu, lub z faktu, że rozróżnia się dane miejsca w książce.

Białystok, to takie Miasto Grzechu, skorumpowani prezesi i mecenasi, gdzie przez cały czas, coś się kręci i "jest robota". Jest kilka dobrych historii, ale większość nie jest w żaden sposób odkrywcza.

Dlaczego warta przeczytania? Bo nie często zdarza się zobaczyć tak "rozpromowaną" książkę. Ciężko znaleźć, jakiekolwiek informacje o niej, więc myślę, że będzie to swojski "biały kruk". A i już w planach jest drugi tomik, który kupię. Warto brać udział w takich inicjatywach, być może następnym razem będzie to lepiej dopracowane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...