piątek, 31 sierpnia 2012

Joanne K. Rowling - Harry Potter i Czara Ognia
















Data ukończenia: 27 sierpnia 2012

Data utworzenia recenzji: 31 sierpnia 2012

Recenzja:

Jest to pierwsza książka, którą kupiłem kilkanaście godzin po premierze. Moja pierwsza oczekiwana premiera! Nigdy więcej nie przeżyłem sytuacji, jak wśród moich znajomych wszyscy przychodzili na zajęcia niewyspani, bo czytali "jeszcze jeden" rozdział "Czary Ognia". Dojście do takich emocji odczuwałem podczas premiery Diablo II i każdej następnej części Atlantis. Niezapomniane przeżycie.

A ocena? Owszem, uwielbiałem wracać do świata czarodziejów, ale zauważyłem, że fabuła odstaje jakością od "Więźnia Azkabanu". Miło było czytać te dziesięć lat temu, o tym, jak Potter ma trudności z zaproszeniem dziewczyny na bal. Ja w tym czasie miałem bal gimnazjalny, a moja chroniczna nieśmiałość, spowodowana lenistwem, robiła mi niezłe psikusy w smarkatych latach. Jednak wątek główny nie był piorunujący.

Kilka lat później obejrzałem film, by się przekonać, czy mam rację. Rzeczywiście, po seansie stwierdziłem, że fabuła jest słabsza od "Komnaty Tajemnic".  Czwartą część widziałem tylko raz, wcześniejsze minimum dwa. Był to też ostatni film z serii, jaki widziałem. Stwierdziłem, że wolę to czytać, niż oglądać.

Po kolejnych pięciu latach od zaliczenia obrazu, musiałem stanąć po raz kolejny przed papierową "Czarą Ognia". Niechęć brała, ale przemogłem i zatopiłem się w jednej z NAJLEPSZYCH części Pottera. Jakżeż to? Ano, nie zmieniam zdania, co do minusów. Nadal uważam, że sam motyw Turnieju Trójmagicznego mógł być lepiej stworzony. Wiktor Krum daje radę, ale Fleur jest tak nijaka, że głowa mała. Choć to zamierzone. Czytanie o każdym następnym etapie turnieju było męczące, ciężko było wykrzesać tam nutkę rywalizacji. 

Za to wątki poboczne, stworzone są świetnie. Wnikać nie ma sensu, ale znając zakończenie tomu, znalazłem jedno ciekawe pytanie dotyczące Moody'ego, które mogło pogrążyć Rowling. Cholera wybrnęła nawet z tego. 4:0 dla niej. 

Dlaczego ocena tak się zmieniła? Pierwsza sprawa, film. To chyba największe spłycenie bardzo dobrej książki, jakie widziałem. Pozamieniane elementy, wyrzucone ciekawe wątki. To one budowały klimat wokół Turnieju Tójmagicznego. Jeśli zabrakło tych elementów, nic dziwnego, że coś wyglądało jak przeżuty papier.

Po drugie, smarkate lata i czytanie w stresie. Połykanie "ze wszystkimi" w czasie premiery może doprowadzić do niestrawności. Śpieszy się człowiek, by nadgonić koleżanki, nie zostawać w tyle. Zauważyłem, że tak dużo wątków ominąłem w pośpiechu, że równie dobrze mógłbym napisać, że nie zrozumiałem fabuły lub byłem na nią za młody. Wiem, że to wina dziesięciu lat, ale pewien jestem, że te elementy nieźle dały mi się we znaki.

Rowling po raz kolejny udowadnia, że jest dobra w tym, co robi. "Czara Ognia" trzyma poziom. Jest doroślejsza, mroczniejsza i powoli staje się nie serią dla dzieci, a niezłym thrillerem. O jej kunszcie nie chce mi się nawet pisać, żeby się nie powtarzać. Warte przeczytania, malkontentom zostaje słaby film.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Mówi MajinFox #2: Operacja "MajinFox & Watson Do Holmes", plany i druga rocznica


Przeczytana dzisiaj książka "Harry Potter i Czara Ognia" jest siedemnastą zaliczoną pozycją w 2012 roku, a mamy dopiero koniec sierpnia, więc rekord jest możliwy do pobicia. Jednak ten dzień, to coś ważniejszego, niż przeczytanie czwartego tomu. Dziś jest DRUGA ROCZNICA bloga!!!

No, to tyle celebracji i przechodzimy do statystyk. 90 recenzji na blogu, a najchętniej czytane to:

10. Ayn Rand - Atlas zbuntowany
  9. Antoine de Saint-Exupery - Mały Książę
  8. Maria Kędziorzyna - Wędrówki Szyszkowego Dziadka
  7. Paulo Coelho - Walkirie
  6. Michał Grzesiek - James Bond. Szpieg, którego kochamy
  5. Hans Helmut Kirst - Bohater w wieży
  4. Stephen King - Mroczna Wieża III: Ziemie jałowe
  3. Salman Rushdie - Szatańskie wersety
  2. Raymond Chandler - Głęboki sen
  1. Agnieszka Graff - Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym


Oznacza to tylko, że mamy takie, a nie inne zboczenia - nie jest to związane z moim kunsztem, bo wśród osiemdziesięciu pozostałych recenzji bywały lepsze i ciekawsze.

A teraz plany na następny rok działalności:

  1. Zniknąć za jakiś czas podtytuł "Recenzje książek, filmów i gier" - niestety, blog jest o książkach i recenzji filmów się tu nie znajdzie. Jak widać blog jest jak szablon i rzadko kiedy pozwalam sobie na zmiany ascetycznego wizerunku. Wprowadzenie recenzji filmów i gier zniszczy mi tutaj wypracowany porządek.
  2. Dokończyć wstawianie starszych recenzji z opinią po latach - wiele ich nie zostało, więc zrobi się praktycznie samo. Wiąże się to z późniejszym, wolniejszym, wstawianiem recenzji na bloga. Mistrzem szybkości czytania nie jestem. A to prowadzi do punktu trzeciego.
  3. Założyć oddzielne blogi poświęcone recenzjom gier i filmów - nie ma co ukrywać, niemożność pisania i poprawiania recenzji, spowoduje, że będę musiał wyładować piśmienną nienawiść w innym kierunku. Filmy, które oglądam z moją Księżniczką Purchaweczką (brane są z książek "100 najlepszych filmów" i "1001 filmów, które musisz obejrzeć"), wymagają często opinii i analizy. Nie przepuszczę tej możliwości.
  4. Nadzorować operację "MajinFox & Watson Do Holmes" - będzie to trwało latami, ale efekt może być bardzo nostalgiczny, dla mnie.

A co to za operacja? Oto wstęp do recenzji, jaką oficjalnie umieszczę za kilkadziesiąt miesięcy:

To będzie najdłuższy projekt na tym blogu! "Atlas zbuntowany" czytałem długo, ale recenzja przyszła łatwo. "1001 książek, które musisz przeczytać", biorąc pod uwagę, że czytam opis jednej książki dziennie, musi jeszcze poczekać na swoją opinię. Ale teraz mam nie lada orzech do zgryzienia!

Gdy zobaczyłem na półkach w księgarniach TAKIE wydanie Sherlocka Holmesa, nie zastanawiałem się czy kupić. Nie kupiłem! Na spokojnie wróciłem do domu i zacząłem się zastanawiać, nie nad wydaniem 60 złotych, ale nad tym, jak ja taką kobyłę zrecenzuję.

Założenia bloga mam proste. Recenzuję to, co trzymam w ręku. Na przykładzie starego wydania "Fabryki oficerów": jeśli powieść przez polskiego wydawcę została podzielona na dwa tomy, recenzuję każdą część oddzielnie.

Tutaj problem jest inny. Fenomenalny pomysł Wydawnictwa REA, by wydać wszystkie dzieła Doyle'a o Sherlocku Holmesie w jednym tomie, nie pasuje trochę do mojej konwencji bloga. Nie uczciwe by było, gdybym po dwóch latach czytania, ocenił całą twórczość recenzją tego wydania. Stopniowo czytając "Księgę..." będę tworzył recenzje poszczególnych opowieści.

Gdy rozmyślałem o tym, jak je tworzyć, nie miałem podstawowej rzeczy - książki. Z dniem 3 marca 2012 roku, moja Księżniczka Purchaweczka, przejęta moją kontemplacją, dała mi do ręki narzędzie zbrodni. Biorąc pod uwagę gabaryty, nie pójdzie tak łatwo, jak z Bondem, którego czytałem od stycznia 2009 do lutego 2011. Teraz przerwy będą dłuższe: czytanie wyłącznie w domu (w newralgicznych pokojach) doprowadzi do dużego wydłużenia procesu twórczego.

Z dniem 27 sierpnia 2012 roku, operację "MajinFox & Watson Do Holmes" uznaję za rozpoczętą!


I to chyba wszystko, co miałem do zakomunikowania. Dzięki za obserwowanie, wpadanie, komentowanie materialne (w postaci Komentarza), jak i niematerialne (bez zostawiania po sobie znaku).

niedziela, 26 sierpnia 2012

Garth Nix - Pan Poniedziałek
















Data ukończenia:  25 listopada 2006

Data utworzenia recenzji: 25 listopada 2006

Recenzja:

Najświeższa seria Nix'a, "Klucze do Królestwa", jest troszkę bardziej skierowana do młodszych czytelników, niż w przypadku trylogii "Starego Królestwa". Jednak, jak ktoś nie wstydzi się "spedalenia" czytając Harry'ego Pottera, tak jak ja, to nie powinno nic tutaj przeszkadzać. 

Niestety, na początku miałem złe przeczucia, bo historia głównego bohatera jest bardzo podobna do tej stworzonej przez Rowling. Też jest w rodzinie zastępczej, chory na astmę, a przede wszystkim jest dzieciakiem. Na początku jest to nieco odpychające, ale jak już się spotyka Pana Poniedziałka, historia nabiera tempa i przykuwa do książki. 

Kolejny minus - cholernie krótka, 300 stron, można przeczytać w niecałe 24 godziny, jak jeszcze się pomyśli że trzeba płacić 25 złotych za każdy tom (a jest ich 7), to trochę zniechęca. Nix nie zawiódł mnie, jeśli chodzi o pomysły w książce. Stworzył własne potwory, własne schwarzcharaktery, swój kodeks. 

Fabuła: Arthur Penhaligon otrzymuje od Pana Poniedziałka klucz minutowy od zegara, tylko po to, by ten mu go zaraz oddał. Całe to zamieszanie prowadzi nas do Domu Poniedziałka, a tam spotykamy Poniedziałkowych: Jutrzenkę, Zmierzchnika i Południka ze swoja armią, czyli wpadamy do innego świata - świata biurokracji, gdzie policji jest więcej niż robotników. 

Książka bardzo dobra, choć krótka, zachęca do wzięcia do ręki kolejnej części, "Ponury Wtorek". I tak też niedługo zrobię.


Opinia po sześciu latach:

Po przeczytaniu "Ponury Wtorek" miałem już dosyć Nix'a na bardzo długi czas. W 2006 roku była to moja piąta jego książka, a "Utopioną Środę" darowałem sobie. Niestety, nic nie ginie. Wyrzuty sumienia wracają i zmuszają mnie do skończenia serii "Klucze do Królestwa". Po tak długim okresie, musiałbym czytać jeszcze raz dwa pierwsze tomy, by dowiedzieć się, co się stało w trzecim. Ale nie ze mną te numery. Zaprzęgnąłem do roboty swoją rodzinkę.

Dałem książkę dwóm osobom, mamie i bratu, zaproponowałem przeczytanie i stworzenie planu akcji. Opowiadają mi historię, którą czytałem dawno temu, a ja wiedzę wykorzystam do napisania recenzji i ostatecznie do zakończenia pozostałych pięciu tomów.

Książka jest irytująca. Nix wprowadza za dużo ciekawych elementów, co powoduje, że wygląda to jak magazyn z niewykorzystanymi pomysłami od kilkudziesięciu lat. Gdy brat opowiadał mi fabułę, a ja co kilka zdań zadawałem pytania do niej, typu: "Dlaczego?", "Skąd?", jego odpowiedzią przeważnie było: "nie wiadomo, książka tego nie wyjaśnia". Nie ma żadnych wyjaśnień wielu irracjonalnych elementów w tej powieści, pozostawione są sobie samym, a czytelnik, być może, przez chaos i szybkość prowadzonej akcji, może nie zauważyć dużych luk w fabule.

Wygląda to, jak mierna kopia Pottera. Historia i pomysł jest ciekawy, ale sposób wykonania już nie. Brak tu stabilności fabuły, energii i konsekwencji. Wchodząc do świata stworzonego przez Nix'a można się czuć jak w cyrku, w sytuacji, gdy wszystkie osoby i zwierzęta wychodzą na arenę, a my nie możemy żadnemu poświęcić całej uwagi (a i tak obserwujemy klauna). Chaos. Zdecydowanie, lepiej "Pana Poniedziałka" usłyszeć, niż przeczytać.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Jan Edmund Burel (Mundek Sild) - Kawior ze sliedzia, czyli kryminałki po obu stronach Białki. Tom 1: Oseski kapitalizma















Data ukończenia: 13 sierpnia 2012

Data utworzenia recenzji: 19 sierpnia 2012

Recenzja:

Pamiętam z wojska różne przezwiska. Był "Chemik", który studiował chemię, a po posiłkach puszczał silne i głośne wiatry. "Dombek", "Pajk", "Bigos" i "Ciopak" pochodziły od nazwiska. "Młody" to 29-latek, który wyglądał, jakby miał 16. "Starszy", bo był starszym. "Tęczowy chłopiec", bo jego zachowanie, wygląd i uśmiech, wskazywały, że ma wielobarwne wytryski. "Człowiek świstak", bo wyglądał, jakby był w fazie świstaka. "Kapa" z powodu wypowiedzianej głupoty. "Roman", bo tak miał na imię, co dla niektórych już to było niedorzeczne. Ja sam miałem ksywę "Makao", bo po wysiłkach fizycznych, nie lubiłem się przemęczać jeszcze gadaniem, więc ograniczałem się do rozmowy podczas karcianych gier. A "Kułwa" to biedny chłopak, który gadał za dużo i lubił często przeklinać, ale bozia nie obdarzyła go możliwością wymawiania spółgłoski "r".

W tym wszystkim jest sens, pseudonimy były tworzone na podstawie pewnych informacji. Z tego powodu, gdy na jednego mówili "Śledzik", nie mogłem zrozumieć, co jest grane. Nie śmierdział, nie miał na nazwisko Śledziński, nie było incydentu z jedzeniem. Musiałem zapytać! Był Białostoczaninem, a ci, jak pewnie wszyscy wiedzą "sledzikują". Rzeczywiście coś było na rzeczy. Mając 21 lat, a będąc od 11 Białostoczaninem, nie miałem zielonego pojęcia, że tak nas postrzegają. Co śmieszniejsze, nie mnie! Nikt nigdy mi czegoś takiego nie powiedział, w twarz.

Wydaje mi się, że chyba tego typu określenie musi drażnić, skoro mój brat znalazł w sklepie PSS Społem, taką właśnie książkę. Sprzedawana przy kasach, stanowi jedną z największych tajemnic literackich, jakie w swojej karierze znalazłem. Historia książki jest jeszcze bardziej tajemnicza, niż polskie wydanie "Szatańskich wersetów". Mundek Sild i Wojciech Hering (tak! jak śledź) to autorzy tego zbioru opowiadań, ale nigdzie nie można nic znaleźć na ich temat. Trzeba było wejść na stronę Książnicy Podlaskiej i tam wyszukać, że są to pseudonimy. Teraz w sieci w końcu jest informacja na temat tego wydania, bo umieściłem ją na lubimyczytać.pl i goodreads. Jak widać minimalizm na całego.

Te dziesięć opowiadań to typowe kryminały, których głównymi bohaterami są typy spod ciemnej gwiazdy. Jest tu pełno aluzji do białostockich największych cudów: Fasty, Dojlidy, Suraska, Grochowa... Przypomina mi, gdy na ankietach zdumieni Białostoczanie piszą czym możemy się pochwalić. Odpowiedzi to: żubr, Żubr i wielokulturowość (puste hasło). Smutne jest to, że ludzie żyją w nieświadomości, jak wspaniałe to jest miasto i że mamy czym się pochwalić, niekoniecznie wielokulturowością.

Ten zbiór opowiadań, to takie z przymrużeniem oka białostockiego pisarza, dla samych Białostoczan pisany. Nikt inny raczej nie będzie zachwycony, ani kunsztem, ani pomysłem. Ci co przyklasną, to z sentymentu, lub z faktu, że rozróżnia się dane miejsca w książce.

Białystok, to takie Miasto Grzechu, skorumpowani prezesi i mecenasi, gdzie przez cały czas, coś się kręci i "jest robota". Jest kilka dobrych historii, ale większość nie jest w żaden sposób odkrywcza.

Dlaczego warta przeczytania? Bo nie często zdarza się zobaczyć tak "rozpromowaną" książkę. Ciężko znaleźć, jakiekolwiek informacje o niej, więc myślę, że będzie to swojski "biały kruk". A i już w planach jest drugi tomik, który kupię. Warto brać udział w takich inicjatywach, być może następnym razem będzie to lepiej dopracowane.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Eric-Emmanuel Schmitt - Pan Ibrahim i kwiaty Koranu
















Data ukończenia: 10 sierpnia 2012

Data utworzenia recenzji: 12 sierpnia 2012

Recenzja:

Z braku dostępu do swojej domowej biblioteki musiałem poszperać w tym, co było na miejscu. Grupa książek Schmitta zerkała na mnie już od dłuższego czasu i gdy wziąłem po raz kolejny w garść "Oskara i panią Różę", szybko zmieniłem zdanie i zabrałem najmniejszą z dostępnych: "Pana Ibrahima...".

Szybko się czyta twory Erica i to nie tylko za sprawą krótkiej formy opowiadań. Już w pierwszym zdaniu potrafi wciągnąć czytelnika w swój świat, który w prosty sposób mówi o ludzkich potrzebach. Nie musi wdrażać Dusz Świata, Języka Światła i innych Wojowniczych Żółwi Ninja, jak robi to Paulo Coelho. Nie. Schmitt nie ukrywa treści za hasłami, które zrozumiałe są wyłącznie autorowi i ludziom z betonu - zatwardziałym fanom, niezdolnym do przyjęcia negatywnej opinii. Wszystko dzieje się na płaszczyźnie zdrowego rozsądku, a jedyną pozamaterialną częścią, w jego historiach, są emocje ludzi.

Eric jest dla mnie przeciwległym biegunem Coelho i z tego powodu zawsze będę wywyższał tego pierwszego, który nie ucieka od wyjaśnień w kierunku tworów pokroju gadającego Słońca. Ale do książki wróć!

Główny bohater, Momo, ma 11 lat i wszelkie oszczędności odkłada na dziwki. W ten sposób szuka dojrzałości. Pewnego dnia zaczyna interesować się pewnym Arabem, sklepikarzem na żydowskiej, paryskiej ulicy, który powoli przeistacza się w ojca, o jakim zawsze marzył.

Krótkie to streszczenie, bo i z 60 stron najciężej wyłuskać fabułę, bez jej popsucia. Wydaje mi się, że ma dużo wspólnego z "Oskarem...", tylko spisany jest w drugą stronę. Tam dziecko było bohaterem, któremu się współczuło, tutaj jest to pan Ibrahim, który, dzięki Momo, znajduje coraz więcej szczęścia. Po przeczytaniu okazało się, że obie książki należą do serii, której nazwa brzmi: "Le cycle de l'invisible", a pierwszego tomu: "Milarepa" na polskim rynku znaleźć jeszcze nie sposób, chyba.

Książka bardzo dobra. I krótka, więc można bez przeszkody za jednym posiedzeniem przenieść się do Paryża i wrócić do rzeczywistości, bez przesiadek. Najlepsze jest to, że podczas czytania "książki o wierze i życiu" można odczuć lekkość bytu. Ale tylko, gdy w rękach trzymamy, którąś z powieści Schmitta, więc szanujmy własne zdrowie i wybierajmy książki, które nie popsują nam życia wewnętrznego.

piątek, 10 sierpnia 2012

Jaroslav Hašek - Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej. Tom 3 i 4

















Data ukończenia: 9 sierpnia 2012

Data utworzenia recenzji: 10 sierpnia 2012

Recenzja:

1 listopada 2011 zacząłem czytać pierwsze dwa tomy Szwejka, które skończyłem po bardzo długim czasie 24 grudnia tego samego roku. Jeśli chodzi o moje szczegółowe zapamiętywanie dat, to jest to pewien fetysz, lubię sobie wspominać, co i kiedy danego dnia czytałem. Często nawet dzień kończenia tytułu nie jest przypadkowy, a z premedytacją wydłużony, by był bardziej "okrągły" lub "uroczyściejszy". Data rozpoczęcia i ukończenia książki, to dwa wyjątkowe dni w poprzednim roku. Z tego powodu postanowiłem na dzień 31 lipca skończyć trzeci i czwarty tom Szwejka. Spóźniłem się o dziewięć dni, z czego jestem bardzo niezadowolony. Ale o książce to ma być rozprawka, a nie o moich zboczeniach.

Lekko zmusiłem się do skończenia przygód Szwejka, ale podobnie, jak z "Atlasem zbuntowanym" nie dawał mi spokoju drań jeden. Przysiadłem i okazało się, że trzeci i czwarty tom jest o wiele zabawniejszy niż pierwsze dwa. Powód? Wydaje mi się, że wszystko to za sprawką rozdzielenia historii na większą ilość osób. Wiele ciekawych postaci przewija się przez historię, o wiele bardziej kretyńskich, niż główny bohater. O właśnie! Idiotyzm.

W trakcie czytania postanowiłem sobie przypomnieć początek historii wojaczki Szwejka i obejrzałem film z 1956 roku "Dobry wojak Szwejk" z Rudolfem Hrusinskym. Com zobaczył! Już wiem skąd Szwejk jest idiotą! Gdy nie miałem okazji wcześniej widzieć filmu, zastanawiałem się, jakim cudem wszyscy uważają Józefa za totalnego kretyna? Zawsze wydawał mi się chytrusem, który nabiera na swój iloraz inteligencji generalicję. Film sugerował dobitnie, że Szwejk to idiota bez dwóch zdań. Ciesząc się, że obaliłem mit, czytałem dalej książkowego Józefa i widziałem w nim spryciarza. Aż do momentu, kiedy nie założył rosyjskiego munduru... Co za idiota!

Historia kończy się tragicznie. Ostatnie zdanie: "Na tym urywa się rękopis Jarosława Haszka", pokazuje, że żartownisiem jest się tylko do pewnego momentu. I szczerze powiedziawszy szkoda, że tak daleko rękopis sięga, bo gdyby skrócono go o jeden rozdział, wydaje mi się, że skończył by się, hmmm.... pełniej.

sobota, 4 sierpnia 2012

Tygrys tu, tygrys tam...:
R. L. Stine - Urok
Jerome Bixby - Cudowne życie
Richard Matheson - Pij moją czerwoną krew
William F. Nolan - Coś paskudnego
Leon Garfield - Niespokojny duch
Isaac Asimov - Trzynasty dzień Bożego Narodzenia
Zenna Henderson - Ciii...
Roald Dahl - Proszek plamisty
Ambrose Bierce - Mały włóczęga
Ray Bradbury - Człowiek z piętra
Joan Aiken - Belfer martwego języka
Stephen King - Tygrys tu, tygrys tam...
Ramsey Campbell - Kawał
Robert Bloch - Zabawka dla Julii















Data ukończenia: 6 stycznia 2009

Data utworzenia recenzji: 6 stycznia 2009

Recenzja:

Antologia opowiadań, które z założenia napisali mistrzowie grozy, a wybrane przez Petera Haininga. Polski wydawca zasugerował się chyba popularnością Kinga i stwierdził, że książka pod tytułem: "SCARY! - Stories That Will Make You SCREAM!", nie sprzeda się po przetłumaczeniu na polski. Polska nazwa nawiązuje do opowiadania Stephena, które również się tutaj znajduje.

Zostało mi to polecone, by nie nudzić się na wykładach, bo zawiera jedną całkiem ciekawą historię o załodze Marie Celeste, a że w pewnym czasie byłem pochłonięty grą Limbo of the Lost to stwierdziłem, że może warto zagłębić się w coś "lekkiego". Niestety ta lekkość to nic innego, jak bardzo słabe opowiadania skierowane raczej do nastolatków, także nici z seksu i perwersji. Niektóre opowiadania ocierają się o żenadę, a z 14 opowiadań za dobre uważam cztery lub pięć. 

Polecić mogę gimnazjalistom lub osobom, które lubią poczytać w pociągach, na wykładach, coś mniej subtelnego. Nawet gwóźdź programu, King, nie ma tutaj wielkiej szansy na popis, bo jego opowiadanie zaliczyłbym do tych z najniższej półki (a bez niego ta antologia nigdy by nie powstała, nazwisko to marketing). 


Opinia po trzech i pół roku:

Warto wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Roald Dahl, autor książki "Charlie i fabryka czekolady", wyrzucił z oryginału jeden z rozdziałów. Ten niepotrzebny fragment znalazł się w tym zbiorze opowiadań, które równie nie były potrzebne światu. Patrząc nawet na Kinga wydaje się, że ten tekst to było najtańsze dzieło do wykupienia na potrzebę książki. Bez niego w spisie treści nie można mówić o "mistrzach grozy".

Jeśli widzi się oryginalny, angielski tytuł, który przypomina nam serial puszczany na RTL7 - "Czy boisz się ciemności?", mamy prawo myśleć, że to może być zbiór straszydeł dla nastolatków. Jeśli z okładki wyglądają na nas dzieci, które równie dobrze mogłyby się nazywać, jak większość nastolatków z amerykańskiej telewizji - Trevor i Bud, to już wiemy, że to jest książka skierowana do nastolatków. Tylko dlaczego taki poziom miałby je usatysfakcjonować?

Mój brat złapał się na nazwisko Kinga na okładce. I to jest soczysty robak na haczyku. Nie bądźcie rybami!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...