środa, 27 czerwca 2012

Dorota Masłowska - Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną















Data ukończenia:
23 czerwca 2012

Data utworzenie recenzji: 27 czerwca 2012

Recenzja:

Nie wiem już sam czego oczekiwałem po tym tytule. Z jednej strony otoczka odpychała mnie od sięgnięcia po debiut Doroty Masłowskiej. Z drugiej, czyż recenzja takiej książki nie powinna się znaleźć na moim blogu? Wziąłem się w garść i zatopiłem po uszy w szambie.

I teraz dziwota. Kontrowersje są, ale jedyne kogo mogą obruszyć to chyba osoby nieczytających książek, gdzie według nich ostatnia świętość na tym padole to książki (które z obrzydzeniem omijają). Bo nie wulgaryzmy są tu kontrowersyjne, a styl pisania. Jest to niczym spisany bełkot, który codziennie wypowiadamy. "Ten bełkot to typowa gadka polskiego dresa!", ktoś powie. No cóż, sam się przyłapuję na tym, że w mowie mickiewiczyzną zaimponować nie mogę, nieraz wystrzelę tekst, który ciężko jest spisać. Tak właśnie Masłowska stworzyła swoją powieść.

Pierwsze 20 stron to jest dramat. I nie dziwię się, że ludzie rzucają książką o ścianę. Ale po tych pierwszych stronach, później staje się to tak powszednie, że brak jest już kontrowersji. Ciężko więc mówić o "kontrowersyjnej" książce, a jedynie o pierwszym szoku. Ten mija i jesteśmy zaabsorbowani książką tak, jakby to była zwykła, bez butów Nike i politycznego paszportu, powieść.

I to też nie jest prawdą. Bo aż tak mnie nie porwało. Historia polskiego dresiarza, który obcuje na różne sposoby z dziewczynami w pewien sposób jest pociągająca, ale nie zmienia to faktu, że nie aż tak, żeby z wypiekami na twarzy czekać na następny akapit. Sam styl także nieco odciąga od przeprowadzanej fabuły. Zauważyłem, że gdyby "Masłoska" nie była sobą, byłaby to o wiele ciekawsza książka. Ale czyż nie za styl dostała swoje nagrody?

Powiem szczerze, przyznanie nominacji do nagrody Nike i Paszportu Polityki pokazuje, jakim sezonem ogórkowym był rok 2002-2003. Bo nie ma w tej książce niczego, co sprawiłoby, że rzeczywiście mógłbym uznać dzieło Masłowskiej za rewolucyjne. Podejrzewam, że możliwość lekkiej kontrowersji mogło "ożywić" konwencję i jednej, i drugiej nagrody, która potrzebowała odrobiny wsparcia mediów. Bo albo to, albo Dorota Masłowska to córka jakiegoś prominentnego prezesa, który wspierał swoje dziecko.

Oryginalny styl to nie to, co mi się podobało najbardziej. Prędzej używanie określeń, które nawet na dziewiętnastolatkę brzmią kosmicznie. Tego mogłem pozazdrościć w jej wieku. Ale nie mogę wybaczyć kolejnego elementu - zakończenia. Takiej słabizny nie czytałem od czasu "Namalowanego okna" Somozy. Po zakończeniu stwierdziłem, że chyba tej książki nie zrozumiałem, zabrakło kilku podpowiedzi. Z pomocą idzie film, który moim zdaniem, powinno się obejrzeć po przeczytaniu książki. Otwiera możliwość dokładniejszej interpretacji niektórych scen.

Jestem zawiedziony! Widziałem i słyszałem opinię osób, które nie potrafiły przeczytać tej książki po tych dwudziestu stronach. Niech żałują, bo skoro zaczęli warto było ją dokończyć. Widziałem i słyszałem opinię osób, które były zachwycone genialnością tej powieści. Część z powodu fabuły i przekazu, a druga część z powodu rozmowy głównego bohatera z własnym "dżordżem" (to te same osoby, które dobrze bawią się na filmach Marka Koterskiego, z powodu używanych w nich przekleństw, a nie inteligentnego i humorystycznego spojrzenia na codzienne życie). Spodziewałem się albo gniota, albo arcydzieła. Książka Masłowskiej nie zdobyła żadnego z tych dwóch biegunów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...