piątek, 29 czerwca 2012

Yann Martel - Życie Pi















Data ukończenia: 13 października 2009

Data utworzenia recenzji: 13 października 2009

Recenzja:

Jean-Pierre Jeunet, to mój ulubiony reżyser. Oglądałem wszystkie jego filmy po kilka razy, co w moim przypadku jest rzadkością. Nawet najsłabszy jego film, "Obcy - Przebudzenie", pasuje niektórymi elementami do jego pozostałych tworów. Rok temu podczas oglądania "Bardzo długich zaręczyn" zacząłem szukać informacji, co teraz jest przez niego tworzone. "Life of Pi" to tytuł, którym w poprzednim roku jeszcze się zajmował, jednak z powodu budżetu zaniechał ekranizowania książki Martela. Wcześniej zainteresowany był M. Night Shyamalan, jednak stwierdził on, że nie mógłby zepsuć swoim nazwiskiem zabawy z oglądania filmu (dowiedziałem się o tym dopiero po przeczytaniu książki, gdybym wiedział wcześniej to bym domyślił się czego mam oczekiwać po powieści). Teraz Ang Lee będzie próbował swoich sił i może w 2011 dane będzie mi zobaczyć, o co w tej książce chodzi, i jak to zostanie ukazane. 

Co do treści powieści. Piscine Molitor Patel przeżyje tę historię. Cokolwiek w trakcie jego przygód się nie stanie, dożyje narodzin swojej córki. Ta opowieść kończy się dobrze. Dlaczego Pi? Bo Piscine wymawiano jak "pissing", przezywano go "Pisuar" Patel. Pi, było ksywą zrobioną, by ludzie mieli radochę z przezywania go, lecz przez pryzmat zabawy nie zauważyli gorszej alternatywy. Piscine podziwia Richarda Parkera, nie to żeby do niego podchodzić, ale z daleka jest całkiem przyjemnie i bezpiecznie. Państwo Patel'owie prowadzą ZOO w Indiach, jednak z pewnych przyczyn sprzedają swój kram. Muszą tylko odtransportować zwierzęta do różnych miast, by potem spokojnie zacząć nowy biznes w Kanadzie. Płyną przez Pacyfik, cała rodzina ze zwierzętami. Książka ma 100 rozdziałów i podzielona jest na 3 części. Tak się kończy pierwsza. 

Druga. Pi nawołuje Richarda Parkera, by się nie poddawał. Ryk zebry zagłusza wszystko, ale Richarda Parkera i tak to nie obchodzi. Złamana noga zebry przyprawia o mdłości Pi, ten jednak nie poddaje się i wspiera dalej. Pi nagle oprzytomniał, i przypomina sobie, że nie chce koło siebie Richarda Parkera. Bierze wiosło i okłada nim, by go podtopić, uniemożliwić wejście na szalupę ratunkową. Pi zeskakuje do wody, gdy Richard Parker wchodzi do szalupy. Umysł Pi ocenił sytuację i stwierdził, że woli spędzić resztę życia z rekinami w oceanie, niż w małej łódce z Richardem Parkerem, tygrysem bengalskim. 

A teraz już normalny komentarz. W szalupie znajduje się jeszcze orangutan i hiena. I nie zdradziłem nic szczególnego. Problem tej książki polega na tym, że docenić ją można dopiero po przeczytaniu całości, co nie wszystkim może się udać. Cała druga część, będąca opowieścią na morzu zajmuje 2/3 książki i jest bardzo często po prostu nudna, co ma swoje uzasadnienie dopiero po przeczytaniu końcówki. Z drugiej strony - co można robić/pisać o 227 dniach na Pacyfiku. Rutyna. W trakcie czytania tego rozdziału dostawałem często szału, akcja zupełnie nie idzie do przodu, a strony jakoś same też się nie przewracają. Werdykt po drugim rozdziale był nieprzyjemny - książka powinna być okrojona z 50 stron drugiej części. Po trzeciej części nie jestem już tego taki pewien i cofam swój werdykt. Poprostu książka jest dla cierpliwych. Podobnie jak z filmami Jima Jarmuscha. Przez dwie godziny oglądamy nudny film, który oglądamy z przyjemnością. I tak powinno się podchodzić do tej opowieści. Jest to miks stylu opowiadania Jeuneta z nudą Jarmuscha i szokiem Shyamalana.


Opinia po trzech latach:

Po przemyśleniu muszę stwierdzić, że nuda w tej książce może być zaporowa. Sam nie widzę siebie w sytuacji, gdy czytam jeszcze raz "Życie Pi", a osobom, które na pewno nie zmuszą się czytania o tułaczce głównego bohatera, opowiadam ją. Nie ma co ukrywać, historia jest niesamowita, ale warta skrócenia, choć z drugiej strony, dłużyzny w powieści świetnie zilustrowały monotonną, długą i przerażającą morską tułaczkę Pi. A zakończenie jest nagrodą dla wytrwałych.

środa, 27 czerwca 2012

Dorota Masłowska - Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną















Data ukończenia:
23 czerwca 2012

Data utworzenie recenzji: 27 czerwca 2012

Recenzja:

Nie wiem już sam czego oczekiwałem po tym tytule. Z jednej strony otoczka odpychała mnie od sięgnięcia po debiut Doroty Masłowskiej. Z drugiej, czyż recenzja takiej książki nie powinna się znaleźć na moim blogu? Wziąłem się w garść i zatopiłem po uszy w szambie.

I teraz dziwota. Kontrowersje są, ale jedyne kogo mogą obruszyć to chyba osoby nieczytających książek, gdzie według nich ostatnia świętość na tym padole to książki (które z obrzydzeniem omijają). Bo nie wulgaryzmy są tu kontrowersyjne, a styl pisania. Jest to niczym spisany bełkot, który codziennie wypowiadamy. "Ten bełkot to typowa gadka polskiego dresa!", ktoś powie. No cóż, sam się przyłapuję na tym, że w mowie mickiewiczyzną zaimponować nie mogę, nieraz wystrzelę tekst, który ciężko jest spisać. Tak właśnie Masłowska stworzyła swoją powieść.

Pierwsze 20 stron to jest dramat. I nie dziwię się, że ludzie rzucają książką o ścianę. Ale po tych pierwszych stronach, później staje się to tak powszednie, że brak jest już kontrowersji. Ciężko więc mówić o "kontrowersyjnej" książce, a jedynie o pierwszym szoku. Ten mija i jesteśmy zaabsorbowani książką tak, jakby to była zwykła, bez butów Nike i politycznego paszportu, powieść.

I to też nie jest prawdą. Bo aż tak mnie nie porwało. Historia polskiego dresiarza, który obcuje na różne sposoby z dziewczynami w pewien sposób jest pociągająca, ale nie zmienia to faktu, że nie aż tak, żeby z wypiekami na twarzy czekać na następny akapit. Sam styl także nieco odciąga od przeprowadzanej fabuły. Zauważyłem, że gdyby "Masłoska" nie była sobą, byłaby to o wiele ciekawsza książka. Ale czyż nie za styl dostała swoje nagrody?

Powiem szczerze, przyznanie nominacji do nagrody Nike i Paszportu Polityki pokazuje, jakim sezonem ogórkowym był rok 2002-2003. Bo nie ma w tej książce niczego, co sprawiłoby, że rzeczywiście mógłbym uznać dzieło Masłowskiej za rewolucyjne. Podejrzewam, że możliwość lekkiej kontrowersji mogło "ożywić" konwencję i jednej, i drugiej nagrody, która potrzebowała odrobiny wsparcia mediów. Bo albo to, albo Dorota Masłowska to córka jakiegoś prominentnego prezesa, który wspierał swoje dziecko.

Oryginalny styl to nie to, co mi się podobało najbardziej. Prędzej używanie określeń, które nawet na dziewiętnastolatkę brzmią kosmicznie. Tego mogłem pozazdrościć w jej wieku. Ale nie mogę wybaczyć kolejnego elementu - zakończenia. Takiej słabizny nie czytałem od czasu "Namalowanego okna" Somozy. Po zakończeniu stwierdziłem, że chyba tej książki nie zrozumiałem, zabrakło kilku podpowiedzi. Z pomocą idzie film, który moim zdaniem, powinno się obejrzeć po przeczytaniu książki. Otwiera możliwość dokładniejszej interpretacji niektórych scen.

Jestem zawiedziony! Widziałem i słyszałem opinię osób, które nie potrafiły przeczytać tej książki po tych dwudziestu stronach. Niech żałują, bo skoro zaczęli warto było ją dokończyć. Widziałem i słyszałem opinię osób, które były zachwycone genialnością tej powieści. Część z powodu fabuły i przekazu, a druga część z powodu rozmowy głównego bohatera z własnym "dżordżem" (to te same osoby, które dobrze bawią się na filmach Marka Koterskiego, z powodu używanych w nich przekleństw, a nie inteligentnego i humorystycznego spojrzenia na codzienne życie). Spodziewałem się albo gniota, albo arcydzieła. Książka Masłowskiej nie zdobyła żadnego z tych dwóch biegunów.

czwartek, 14 czerwca 2012

David Gemmell, Stella Gemmell - Troja: Upadek królów
















Data ukończenia: 6 czerwca 2012

Data utworzenia recenzji: 14 czerwca 2012

Recenzja:

I stało się. Autor nie dożył zwieńczenia swej historii, dokończyła za niego żona. Wiedziałem o tym wcześniej, przed rozpoczęciem trylogii, ale dopiero przejąłem się pod koniec pierwszego tomu, kiedy wiedziałem, że uczestniczę w jednej z najlepszych serii, jakiej dano mi było przeczytać.

Nie ma co ukrywać. Imię Stelli, żony autora, może nieco przerazić. Jeśli dzieło nie zostało zakończone przez mistrza to żadne rodzinne koneksje nie uspokoją wątpiącej duszy: czy wszystkie założenia zostały uwzględnione; czy nie zmieniono na potrzeby wydawnictwa niektórych wątków; czy wszystko zostało w odpowiedni sposób poukładane?

Nie ma się czego obawiać! Nie mogę znaleźć tych miejsc, w których maczała palce Stella, wszystko do siebie pasuje i nie ma dodanych żadnych niepotrzebnych rzeczy, które zmieniłyby wydźwięk powieści. Nadal wszystko jest rzeczywiste, bez czarów, bogów i anormalnych zjawisk. Klimat tego tomu jest identyczny, jak dwa poprzednie, a jedyną zmianą, która mogła być dodana przez kobietę to scena seksu, od których David wcześniej stronił. Jest opisana w taki sposób, jak zrobiłaby to kobieta. Podejrzewam, że to właśnie najbardziej widoczny wkład nowej autorki książki.

Ten tom poświęcony jest najbardziej rodzinie królewskiej: Hektorowi, Andromasze i Priamowi. Ten pierwszy przeżywa rozterki. Z jednej strony musi walczyć o swoją rodzinę, z drugiej zdaje sobie sprawę, że wojna jest od samego początku przegrana. Priam dowodzi, w oblężonej Troi, martwymi już oddziałami. Czeka na pomoc, która już nie przybędzie, a jego żołnierze jedynie kiwają głową, dla świętego spokoju. Obłąkanie Priama jest tak podobne do Adolfa Hitlera w filmie "Upadek", że zacząłem się zastanawiać, czy aby Gemmellowie nie za mocno czerpali wenę z oblężonego Berlina.

Wynik tej części jest taki sam, jak w micie o Troi. Ale jeśli ktoś spodziewa się strzały wypuszczonej przez Parysa w stopę Achillesa, to znaczy, że nie czytał dwóch pierwszych tomów. Nie ma żadnego Drewnianego Konia Trojańskiego, ani Królika. Odyseusz nie pokłócił się z bogami, co miało przyczynić się do tego, że nie szybko zobaczy swoją Penelopę. Nie ma żadnych irracjonalnych rzeczy w tej powieści. Historie pokroju mitów zostawić należy Odyseuszowi, bajarzowi-zwycięzcy, który ma prawo przedstawiać historię w takich okolicznościach, by pamiętano oblężenie Troi, jako wielki sukces Greków. Historia jest dziełem obserwatora, a propaganda zwycięzcy.

Czy David Gemmell zakończył trzecim tomem historię Troi? Takie pytanie mi się nasuwało w trakcie czytania. Bez wątpienia - Troja padła, historia zakończona. Wśród bohaterów "Troi" mamy jednak osobę, która za kilka dni wyjdzie z Żydami z Egiptu, a potomkowie Helikaona stworzą Rzym. Czy były to otwarte furtki na przedłużenie historii? Odpowiedź Gemmel zabrał ze sobą.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...