niedziela, 22 kwietnia 2012

Alina Reyes - Rzeźnik
















Data ukończenia: 14 kwietnia 2012

Data utworzenia recenzji: 22 kwietnia 2012

Recenzja:

Uwaga! Wypociny, zarówno moje, jak i Pani Reyes, mogą zawierać słownictwo uważane za wulgarne, gdy nie jest się w łóżku z partnerem w celach lubieżnych. Dla tej recenzji, specjalnie będę się posługiwał takimi terminami, jak: srom, pochwa, odbyt, penis, piersi i stopy, czyli definicjami narządów, które w normalnym życiu mają bardziej rubaszne nazwy. Osoby wrażliwe i zarumienione (a w 99% już podniecone, taką tematyką) powinny natychmiast zamknąć opinię i po upływie kilku długich sekund, włączyć ją jeszcze raz. Nic się nie sprzedaje tak, jak seks.

W moim przypadku zarobili na mnie 2zł. I nie żałuję, bo nie wiele jest książek, których bym nie kupił za taką cenę: przemyślenia polityków, modlitewnik i któryś tam z kolei atlas geograficzny. Podłechtała mnie (lub podsromała, wedle uznania) okładka, napis "Klasyka Literatury Erotycznej" i pornograficzna zawartość. Wróciłem do domu, pokazałem com upolował i grzecznie odłożyłem książeczkę na półkę, gdzie miała się kurzyć po wsze czasy, bo taki seksualny męski zwyrodnialec, jak ja, nie skala się pornografią. W formie papierowej, oczywiście!

Ale przyszedł czas, kiedy po skończeniu pierwszego tomu "Troi", chciałem sobie zrobić przerwę za pomocą innej książki. Oczywiście jestem na tyle sprytny, że swoich zasad nie łamiąc, przeczytałem jedną z najkrótszych, jakie miałem na wyciągnięcie ręki. Jeśli było jakieś podniecenie, to tylko ze względu na to, że po tej broszurce miałem prawo zasiąść przed drugim tomem. Niecała godzinka i po bólu!

To ten moment na napisanie recenzji, a ciężko się to robi, jeśli podczas czytania tej zmysłowej książki o zdradzie, myślałem o innej... (ależ ironia).

Jak nie wiadomo od czego zacząć, to może od spraw technicznych, a później jakoś pójdzie? Wygląda, jak kolejny "Alchemik". Duże litery. Rozdziały kończące się na jednej połowie kartki, gdzie druga jest nieskalana drukiem. No i numeracja stron nie dochodzi do magicznej bariery 100. Na moje oko, to jest tam ich około 60, oczywiście po skupieniu wszystkich tych "nibyrozdziałów".

Główna bohaterka, która z tego, co pamiętam, jest bezimienna, pracuje w sklepie mięsnym. Zdaje się tęsknić za swoim chłopakiem, Danielem, któremu w listach pisze, że go bardzo kocha. Wspomina go, jako mężczyznę, który gapi się w ogromne piersi swojej koleżanki, które są porównywalne do lalki Barbie. Zdaje się, że sprawy zaszły za daleko i czuć, że główna bohaterka nie jest aż tak w nim zakochana, jak to próbuje mu listownie pokazać. Chociaż nie! Opisuje mu, że pożąda rzeźnika pracującego w tym samym sklepie i zamierza się z nim zabawić dzisiejszego wieczoru. Oczywiście, to ma być dobre zarówno dla niej i dla Daniela. Bo ona go strasznie kocha! Z tego co zauważyłem, ostatnimi czasy bardzo popularne podejście u smarkatej młodzieży, czyżby Reyes miała taki wpływ na znane mi osoby?!

A rzeźnik to typowy facet. Łajdaczy na całego. Żonę szefa bierze do chłodni i na rzeźniczych hakach dokonują morderstwa ich związku. Podrywa klientki. I wyszeptuje świńskie teksty w ucho Pani Głównej. O tym, jak myśli o niej w nocy. Pragnie jej wylizać i nie są to znaczki. Użyć palców i to nie do trzymania gwoździ.

W między czasie nasza bohaterka rozmyśla o kwiatach wychodzących z ropiejących dziur, o jakichś monstrualnych czopach. Brzmi to, jakby gadał obłąkany Yoda, ale u niego przestawi się szyk zdania i można coś zrozumieć. Tutaj ile razy nie przestawić, efekt jest ten sam: o czym ona gada u licha?

W końcu dochodzi do aktu "parzenia". Masowanie pod prysznicem nabrzmiałego kranu, pieszczenie gałek od zimnej i ciepłej wody, siadanie na twarzy (i nie chodzi o stanie na głowie, na fotelu) i typowe wkładanie klucza we wszystkie zamki.

To co wyprodukowała Alina, bo ciężko to pisaniem nazwać, to nie jest najgorsza książka, jaką przeczytałem. Jest to raczej smutne, że ktoś tak nieudolnie stworzył coś, co miało podniecać. Może na pewien czas powinna zaprzestać tworzenia nowych dzieł, a zacząć produkcję czytelników, którzy będą wiernie oklaskiwali jej kontrowersyjne dzieła (instrukcję sama sobie wydrukowała w "Rzeźniku").

Gdy myśli się o pornografii, to widzi się tylko dwie drogi: albo obrzydzenie, albo podniecenie. Tutaj nie ma żadnej z tych ścieżek. Sceny seksu są opisane tak, że od razu wiadomo, że pisze je kobieta (poważnie, nie wiem na czym to polega, ale to rzeczywiście działa). Jest tutaj próba uchwycenia kontrowersyjnej strony seksu, z "obrzydliwymi" nazwami narządów płciowych i sprośnych tekstów. Ale wszystko to jest miałkie. Jak można powiedzieć, że powieść pornograficzna jest niesamowicie napisana, jeśli jedyną sceną, która mnie podnieciła to ta z samego początku. Scena krojenia czerwonego, surowego mięsa, która jest świetnie opisana. Wniosek? Albo słaba pornografia, albo już nieczuły na takie zagrywki odbiorca.

niedziela, 15 kwietnia 2012

David Gemmell - Troja: Pan Srebrnego Łuku















Data ukończenia:
14 kwietnia 2012

Data utworzenia recenzji: 15 kwietnia 2012

Recenzja:

Bycie autorem opinii jest niczym bycie prorokiem. Wiem, że na samym końcu umieszczę zdanie: "Książka fenomenalna, nie ma żadnej skazy!". Problemem tylko jest wymyślić kilka kolejnych akapitów, żeby recenzja nie składała się z samego zakończenia.

Kilka lat temu, moi rodzice, zaczytywali się w pewnej serii książek i byli bardzo podekscytowani tym, co się w środku znalazło. Po licznych namowach nadal nie mogli mnie przekonać, bym w ogóle spojrzał na tył okładki i zobaczył, o czym mowa. W tych czasach odstraszały mnie nagie torsy naoliwionych facetów, które uderzały z każdej strony. Filmy w kinach, jak "Troja", "300" czy "Poznaj moich Spartan" emanowały błyszczącymi mięśniami i szczerze powiedziawszy, nie wiedziałem, kto jest głównym odbiorcą tych produkcji (dziś muszę przyznać, że "300" jest naprawdę świetnym filmem). Okładka i kolorystyka to rzeczywiście arcydzieło, ale to właśnie one spowodowały, że ominąłem książkę szerokim łukiem na kilka lat, czego teraz żałuję. Powinienem był piać na jej temat już od dawna!

Gemmell wziął na warsztat opowieść o wojnie trojańskiej i ubarwił ją, hmm, a może inaczej - wprowadził do niej duszę i ciało. Wszystkie mity o Achillesie, Odyseuszu i Hektorze trzeba mieć na uwadze, ale inaczej na nie spojrzeć. Odyseusz to bajarz, który rysując podobiznę swojej żony na piasku, widzi robaka wijącego się wokół jej głowy. Tak tworzy historię, gdzie on i jego załoga walczą z Meduzą. W innych jego opowieściach, sam zauważa, że jeden cyklop jest ciekawszy niż dwóch, ponieważ jest bardziej przerażający, a zarazem żałosny. Inna legenda, to ta o Arguriosie, który walczył na moście przez cały ranek i zabijał jeden po drugim napastników. Według plotek zabił dziesiątki, a sam przyznaje się do kilku i twierdzi, że pochlebstwa są mocno przesadzone. W taki właśnie sposób tworzeni są herosi.

Fabuła jest ciekawie stworzona, ponieważ nie daje nam na tacy wszystkiego, co powinniśmy wiedzieć. Etapami autor dozuje przypływ informacji i często zdarza się, że postać, którą uważamy za statystę, za kilka rozdziałów okaże się głównym bohaterem. Z początku wiemy tylko, że Helikaon za pomocą Ksantosa, świetnego statku, ma zamiar popłynąć do Troi. Niebawem odbędzie się ślub Hektora, syna Priama, z siostrą wcześniejszej jego narzeczonej, Palestą, której się zmarło. Zidantas, prawa ręka Helikaona, wybiera załogę, w której znajduje się między innymi: Ksander, dwunastoletni chłopiec, syn Akamasa, który został zabity przez mykeńskiego pirata, Alektruona; Attalos, tajemnicza postać, która biegle posługuje się dwoma nożami i Gershom, Egipcjanin, który ucieka przed swoją przeszłością. Helikaon zabiera ze sobą pasażerów. Andromacha, to młoda kapłanka, która ma poważny powód, żeby znaleźć się w Troi. Dwaj inni, Glaukos i Argurios, to mykeńscy wojownicy, którzy nie mają większego wyboru i muszą podróżować z Helikaonem, człowiekiem, którego chcą zabić, za to, że ściął głowę i wydłubał oczy Alektruonowi. Każdy na statku ma inną misję do spełnienia, ale wszystkich łączy jedno, chcą dostać się do Złotego Miasta - Troi. Rządzonej przez Priama, który płodzi dzieci z żonami swoich synów. Przez Priama, który rządzi tylko dlatego, że jego synowie trzymają nienawiść w ryzach, ze względu na Hektora, swego brata, którego się boją i kochają zarazem. Problem polega tylko na tym, że Hektor nie wraca z egipskich podbojów...

Do tej pory znałem jedynie dwóch pisarzy, którzy bez żadnych problemów, tworzyli osoby (prawdziwe, nie papierowe), dawali im cechy, plany i nadzieję, po czym bezpardonowo zabijali. To Stephen King i Ian Fleming. Jeśli chodzi o nadawanie ludzkich cech stworzonym przez siebie postaciom, nie mają sobie równych. Inna sprawa, że powinni pójść siedzieć za te okrutne mordy, jakie zrobili głównym i drugoplanowym bohaterom książek. Do tego zacnego grona doszedł Gemmell.

Żeby nie być gołosłownym opiszę może sytuację, nie zdradzając przy tym fabuły. Jeżeli przez całą książkę jesteś zafascynowany jedną z głównych postaci, to masz jakąś pewność, że osoba ta przeżyje w pierwszym tomie i trafi do następnego. Mój ulubieniec dostaje mocne lanie, którego normalny człowiek nie zdołałby przełknąć i jest umierający. W trakcie czytania pomyślałem sobie: "eee, spoko, przecież to dopiero pierwszy tom, wyliże się". A jednak nie. Ostatnie strony to był szok. Facet zabił postać, dla której czytałem książkę! Teraz czytam drugi tom i nie zapowiada się, że mają tam czary, lekarstwa, czy żywe trupy... Po raz pierwszy zdarzyło mi się pożegnać jedną z najlepiej napisanych postaci, jeszcze nawet nie w połowie drogi do końca.

Obiecałem sobie, że między tomami będę czytał jedną, inną książkę, by odczuć przerwę. Tego samego dnia, jak skończyłem pierwszy tom, wziąłem do ręki bardzo krótką powieść erotyczno-pornograficzną (Alina Reyes - Rzeźnik), która jest beznadziejna, przeczytałem bez żadnego podniecenia i jeszcze tego samego dnia, szybko sięgnąłem po drugi tom "Troi". Taka jest moc tej serii!

A, no i na koniec: "Książka fenomenalna, nie ma żadnej skazy!".

niedziela, 8 kwietnia 2012

Carlos Ruiz Zafón - Cień wiatru















Data ukończenia: 23 kwietnia 2009

Data utworzenia recenzji: 23 kwietnia 2009

Recenzja: 

Z rezerwą podchodzę do bestsellerów, przez takiego Dana Browna i Stephanie Meyer od "Zmierzchu". "Cień wiatru" zawsze był stawiany, jako wybitna książka i często kojarzyła mi się z obłudą literacką - każdy wypowiadał się na jej temat, lecz tylko garstka miała ją w ręku. Dopóki moja nowa diva, nie uświadomiła mnie, że powinienem przeczytać, a nie pieprzyć głupoty. Żeby mieć wspólny temat do rozmowy, zrobiłem to.

Arcydzieło, fenomenalna. Ostatnie 3 dni żyłem tylko tą książką. Jeszcze wcześnie rano zastanawiałem się czy zapiszę ją jako książka wspaniała, czy trafi od razu na listę prywatnych arcydzieł. To, że nawet teraz czuję lekkie podniecenie po przeczytaniu tej książki sugeruje, gdzie powinienem ją umieścić. Trzymam w ręku wydanie wypożyczone, ale zdaję sobie sprawę, że jest to powieść, która zostanie zakupiona do mojej biblioteczki w najbliższym czasie.

Swoją drogą strasznie dziwne, że nikt nie pokwapił się, by wykupić praw do zekranizowania tego dzieła. Serial, film, a nawet gra komputerowa (klimat Gabriela Knighta pozbawiony wątków fantastycznych), coś mi się wydaje, że komuś się przysnęło przez te kilka ostatnich lat.


Opinia po trzech latach:


Aż nie chce mi się wierzyć, że to już trzy lata... Analizując recenzje, które zebrałem od 2005 roku zauważam, że żadna z książek, które miałem okazję przeczytać od tego do 2009 roku nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak "Cień wiatru". Mało tego! Gdybym miał opisać, z jakich klocków jest złożona powieść, powiedziałbym, że z szybkości, ciepła i konsekwencji. Nie ma tutaj przestojów, fabuła jest poszatkowana, ale w całości wyjaśniona i migiem się przez nią przechodzi. A ciepło? Pal licho wątki miłosne i przyjaźnie! Czytając, czułem zapach kurzu na książkach, wilgoci i grzyba. Niczym w antykwariacie (inna sprawa, że powieść była wypożyczona z biblioteki, ale mam nadzieję, że to nie od tego zależało)! Jaka książka do tej pory potrafiła kogokolwiek tak wciągnąć, że czuło się te nie zawsze przyjemne zapachy?

Podejrzewam, że pewnie jakieś 90% miłośników książek podłechtała sama fabuła. Daniel znajdujący powieść "Cień wiatru" na Cmentarzu Zapomnianych Książek. Zaciekawiony warsztatem Juliana Caraxa, autora, szuka jego pozostałego dorobku. Okazuje się, że ktoś pali wszystkie dzieła i zamierza zutylizować także tą w rękach Daniela. 

No niech ktoś powie, że nie łechta! A jeśli nie, to proszę o konkretne tytuły, które pociągają bardziej. To nie drwina, ale prośba!

Mam jeden tylko minus dla tej książki. Osoby, które nie chcą sobie zepsuć czytania, proszone są o ominięcie tego akapitu. To co najbardziej mnie rozczarowało, to niestety, trochę za mało łez. Przez całą książkę, byłem przekonany, że Fermin Romero de Torres zginie, śmiercią bohaterską. Przyznam się nawet, że żal mi się robiło na samą myśl, że nie dożyje ostatnich stron i miałem nadzieję, że przeżyje. Ale na końcu byłem tak rozczarowany... Nie wiem od czego to zależy, podejrzewam, że za mało było prawdziwego smutku. Nie chodziło o tragedie i ludzkie problemy, ale o czysty smutek! Ponoć Fermin, a raczej jego historia, gra główne skrzypce w najnowszym tomie Zafóna, więc pretensja do jego roli jest w tym momencie bezpodstawna. Wtedy była.

Dlaczego dopiero teraz umieszczam recenzję takiego arcydzieła? Z dwóch powodów. Pierwszy, zbliżająca się premiera trzeciego tomu. "Więzień nieba" wychodzi już za kilka dni i nie ma szansy, żebym jej nie przeczytał. Drugi, po tylu latach zacząłem czytać książkę, która zawiera dokładnie te same składniki, jakie wymieniłem wcześniej. Jest to "Troja: Pan Srebrnego Łuku" Davida Gemmell'a. Już dawno nie czułem się tak świeżo podczas czytania.

Porównując jedną recenzję z drugą widzę, że trzy lata minęły i tylko jedna rzecz się zmieniła. Ówczesna diva zniknęła, za to pojawiła się nowa złodziejka serca, którą z miejsca pozdrawiam. Przez pryzmat tego, wyobraźcie sobie, jaką moc ma ta książka!

czwartek, 5 kwietnia 2012

Howard E. Wasdin, Stephen Templin - Snajper. Opowieść komandosa Seal Team Six


Data ukończenia: 31 marca 2012

Data utworzenia recenzji: 5 kwietnia 2012

Recenzja:

Są pewne gatunki książek, które omijam szerokim łukiem. Są to biografie, książki historyczne i polityczne, poezja i większość reportaży. Większość podobnych sytuacji mam na co dzień, więc nie muszę jeszcze w wolnym czasie doszarzać sobie życia.

Gdy widziałem całą tę manię na "Snajpera", wywiady i podniecanie się komandosami po zabiciu Osamy, wiedziałem jedno. Nie przeczytam tego, bo mnie to zupełnie nie interesuje. Jeszcze ta okładka, żywcem wzięta z jakiegoś Rainbow Six'a, bardziej straszy niż przyciąga do siebie.

Ale za wyniki w pracy otrzymałem nagrodę w postaci książki Wasdina. Pewnie wyglądam na kogoś, kogo bardzo pociągają takie rzeczy. Prawda jest taka, że moja fascynacja wojskiem minęła chwilę po tym, jak pierwszy raz przeszedłem przez bramę koszar w 2007 roku. Od tego momentu nie jaram się tak bardzo na widok broni, czołgów i samochodów. Pewnie różnica polega na tym, że byłem i widziałem...

No to zaczynam czytać. Mamy tu bitego przez ojczyma chłopca, który dzięki temu jest twardy, jak skała. Wyśmienicie pływa, biega, skacze i kuca. Pierwsze rozdziały to też szkolenia przez jakie młody Howard przechodzi. Kursy te są rzeczywiście bardzo ciężkie, ale nasz główny bohater wychodzi zawsze, jak nie zwycięzcą to minimum w grupie zwycięzców.

Właśnie tego się obawiałem. Żołnierz, który wiele osiągnął, gada i gada, jaki to on nie jest wspaniały. Pomógł mu w tym Templin, który spisał wszystkie te przemyślenia. Obawa tyczyła się nie tylko przechwałek, ale także umiejętności pisarskich wojaka. Nie wiem, czy to zasługa autora numer jeden czy dwa, ale oprócz tych bałwochwalczych tekstów rzeczywiście dobrze się czyta.

Ale zaraz, zaraz. Słuchajcie tego! W którymśtam epizodzie życia Wasdina zaszła pewna akcja. Faceci wzięli kota, wrzucili go do walizki i postawili ją na trawie obok szosy. I jedzie sobie rodzinka. Zatrzymują się i zabierają nieswoją torbę, nie wiedząc o dodatkowym pasażerze. Odjeżdżają, ale nie daleko! Chcąc sprawdzić, jakie to trofea się im trafiły, przerazili się znajdującym się w środku kociakiem. Zatrzymali samochód i wyrzucili walizkę. Howard i przyjaciele, schowani w krzakach, parsknęli potężnym, wojowniczym śmiechem. Ktoś normalny mógłby rzec, że to kawał sukinsyństwa. Ale! Hola, hola! To książka dla prawdziwych chłopaczków. Ta akcja wyćwiczyła w Howardzie umiejętność... obserwacji! Tak to sobie wytłumaczył!

Ogólnie kwestia zwierząt w tej książce jest mocno poruszana, ale osoby o słabszych nerwach mogą zejść podczas czytania niektórych scen. Kaleczenie kóz i szybkie ich "reperowanie", rzeczywiście może być świetnym treningiem. Ale zniesmaczyły mnie strasznie sceny zabijania szczurów. Nie chodziło tam o likwidowanie szkodników, ale o zabawę. Wymyślanie pułapek na łase szczury, które łapano w pudełko, by później, za pomocą wojskowego buta - miażdżyć... Ubaw po pachy...

Te dwie sytuacje, z kotem i szczurami, pokazują, z kim mamy mniej więcej do czynienia. Takie fakty, nawet, jak lubi się to robić, zostawia się wyłącznie sobie. Nie siadasz do pisania i nie wchodzisz w szczegóły, ile się razy masturbujesz dziennie. Jeśli takimi rzeczami się nie chwalisz, to zabijanie zwierząt jest gorsze od tego co pominąłeś i tym też się nie afiszujesz. I nie wymyślasz bzdurnych teorii, żebyś nie czuł wstydu. Po prostu pomiń to! Miałem czytać o najlepszym snajperze, a nie o młokosie-żołnierzu...

I już miałem dosyć przechwałek, i głupich historyjek wziętych spod klatki byle jakiego blokowiska. Irytacja mnie wzięła, ale brnąłem dalej. Całe szczęście, bo pojawiła się w końcu Somalia.W rzeczywistości była to jedna wielka tragedia, ale dla tej książki było to wybawienie!

Od tego momentu historię czyta się świetnie. Są komandosi, są cywile, ciemiężeni ludzie, akcja, wystrzały, zdrada i trupy. Gdy Howard dostaje kulę w nogę zmienia się jego nastawienie, okazuje się, że nie jest takim bogiem, jakim siebie wyobrażał. Później przychodzą konsekwencje takiego postrzału, depresja, wyobcowanie, problemy ze zdrowiem, akceptacją, rozpad rodziny i trudności ze znalezieniem pracy. 

Dopiero od momentu bitwy w Mogadiszu Howard zmienia się w osobę, której może być żal. Człowiek, który czuje się oszukany przez państwo, Clintona i cały system. Pokazuje, że nieważne, jak dobrym się jest żołnierzem, wojna to syf, która zabija nie tylko słupki poparcia, ale przede wszystkim ludzkie życie.

Byłem sceptycznie nastawiony, sam autor w trakcie czytania pomagał mi wynudzać się książką. Jeśli jest się w SEAL Team Six, wiadomo, że jest się najlepszym. Bez dwóch zdań. Cała książka dobrze pokazuje, jak z młodego boga można zostać kaleką w społeczeństwie, więc cofam swoje zarzuty. Jest tak dobrze napisaną książką, że nie spodziewałem się takiej zmiany w głównym bohaterze, zwłaszcza, że jest również autorem. Rzadko czytam tego typu literaturę, ale po tej pozycji, obiecuję sobie, że bardziej będę się przyglądał bestsellerom wydawanym w tym gatunku.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...