wtorek, 27 marca 2012

Paulo Coelho - Zwycięzca jest sam
















Data ukończenia: 1 czerwca 2010

Data utworzenia recenzji: 1 czerwca 2010

Recenzja:

To trzecia książka Coelho, którą przeczytałem i chyba najlepsza.

Najnowsze dzieło Coelho podejmuje temat kina, wybiegów, pustych gwiazdek, "Superklasy" i wiele innych obłudnych rzeczy, do których normalni ludzie próbują się zbliżyć. 

Igor to rosyjski multimilioner, który wybiera się na Festiwal w Cannes. Kilka lat temu opuściła go żona, która wybrała Hamida, projektanta mody. Igor myśli, że Ewa, jego była żona, chce do niego wrócić, tylko nie ma odwagi. Zamierza jej w takim razie pomóc, a przy okazji pokazać, że kocha ją tak mocno, że potrafi dla niej zrobić wszystko. Nawet "unicestwiać światy". 

Całość toczy się w ciągu jednego dnia. Poznajemy masę bohaterów, którzy prędzej czy później mogą paść ofiarą Anioła Śmierci. Są to modelki, które starają się za wszelką cenę dostać na wybieg, początkujące aktorki, które wejdą do łóżka za cenę sławy. Coelho opisuje wszelkie zakamarki tego biznesu, gdzie stare gwiazdy usiłują robić skandale, by móc jeszcze raz poczuć oddech "sławy" na karku. 

Drwi z tych czynności. Ośmiesza i demaskuje panującą obłudę. Opisuje cały ten szał, jako pogoń za idiotycznymi trendami, zamiast poświęcić się poprawianiu rozwoju duchowego. I to chyba jedyny przytyk do tej książki. Coelho znów miesza duchowość, gdzie ja zamiast rozwoju, napsiałbym: "bądź sobą i czyń to czego sam pragniesz". Ale to jedyna uwaga do książki. Całe te dywagacje na temat "sławy" to tylko dodatek, bo fabuła to czysty kryminał, gdzie oglądamy zbrodnie z oczu mordercy, a policja i detektywi to osoby drugoplanowe. Igor to osoba, która święcie wierzy, że zabija w imię miłości i Boga, a złe demony próbują budzić w nim wątpliwość: czy rzeczywiście kobieta, którą kocha jest warta niszczenia niewinnych światów? 

Sama końcówka jest poprostu idealna, na tę książkę. Lepszego zakończenia, bym chyba nie wymyślił. Jeśli mam polecić, jakąś jego powieść, to jest to właśnie ten tytuł.


Opinia po dwóch latach:

Gdy pisałem swoje recenzje wątpliwej jakości dzieł Coelho, opinia o nim była bardziej pozytywna niż w tej chwili. Już samo to, że zgnoiłem "Alchemika", spowodowało, że wśród niektórych znajomych ogłoszono mnie ignorantem bez duszy (pewnie Świata), a innych bohaterem, bo miałem czelność napisać krytykę (niektórzy nie zauważyli, że anonimową). Takie były czasy. Dziś napisanie czegoś złego o Paulo jest passe, bo wszyscy to już robią. Pojawiają się odpowiednie bon moty, które kpią z geniusza. Osoby czytające "Alchemika" są teraz w pewien sposób szykanowane i z zasady gorsze. Straszna nagonka na tego Coelho!

Ale tym razem uratuję go chociaż w tej recenzji. Znajoma, jego wielbicielka, po przeczytaniu "Zwycięzca jest sam" stwierdziła, że to już nie ten poziom i tak samo, jak nowa książka ("Alef") to zupełnie inny Coelho. No cóż, są różne gusta, ale tak sobie przypominam, że brak tych wszystkich duchowych wpychadeł w jego powieściach wypada jedynie na plus.

Nie jest to może wybitna literatura, ale ciekawie się czyta i zakończenie jest bardzo dobre. Dlaczego warto przeczytać? Zarówno wrogowie, jak i wielbiciele, powinni się zatopić w tej historii, żeby jedni zobaczyli, że nawet Coelho może zostać nazwany prawdziwym pisarzem, a drudzy, że prawdziwa literatura to nie kilka krótkich akapitów z pseudoreligijnym pierdnięciem (gwoli wyjaśnienia marudnikom - moje krótkie akapity, to recenzja!).

niedziela, 18 marca 2012

Ed Strosser, Michael Prince - Najgłupsze wojny. Obywatelski przewodnik po nieudanych puczach, spapranych przewrotach, bezsensownych inwazjach i absurdalnych rewolucjach
















Data ukończenia: 15 marca 2012

Data utworzenia recenzji: 18 marca 2012

Recenzja:

Już któryś raz zauważam, że koszyki w hipermarketach z tanimi książkami to kopalnia skarbów. Za cenę jednego "bestsellera" w księgarni, można zakupić kilkanaście "bestsellerów", które nie znalazły nowego właściciela kilka lat wcześniej. Biblioteczka poszerzyła się o kilka ciekawe tytuły, a jednym z nowych nabytków jest recenzowana książka.

Pamiętam, jak zobaczyłem bardzo prostą okładkę i od razu zacząłem się zastanawiać nad wydaniem swoich sześciu złotych. Kupić, czy nie? Spis treści zadecydował za mnie. Dwie wojny paragwajskie były uwzględnione. Musiałem to mieć!

Książka jest napisana humorystycznie i już dawno mnie nie uradował żaden tytuł, który w zamiarach miał być śmieszny. Pełno drwin z sytuacji, jak i z ludzi. Przywary zasłaniają zalety niemal każdej osoby uwzględnionej na stronicach. Autorzy, którzy prawdopodobnie są amatorami historycznymi (stwierdzam to po bibliografii), w bardzo przystępny sposób opisali konflikty, które nieszczególnie łatwo były przedstawiane w szkolnych podręcznikach (chociaż z autopsji wiem, że według planów zajęć, historia kończy się na II wojnie światowej, nigdy nie zdarzyło mi się pisać kartkówki z okresu powojennego).

Z bardzo starych wojen mamy dojście do władzy w Cesarstwie Rzymskim rolnika i Czwartą Krucjatę, gdzie nie zginął żaden muzułmanin.W Ameryce Południowej widzimy wszystkie wojny paragwajskie, konflikty o ptasie łajno, czy brawurową akcję Argentyńczyków na Falklandach. W Europie pucze moskiewskie i monachijskie, wojnę radziecką z Finami i Afganami, zamach na Hitlera i konflikt Rumunia versus reszta świata.

O ile wyżej wymienione afery są bardzo dowcipnie opowiedziane, ale zarazem tak stworzone, że człowiek nie gubi się w natłoku informacji, o tyle Ameryka Północna i jej konflikty są potraktowane, jakbyśmy to wszyscy znali i nie potrzebne nam były wyjaśnienia. Właśnie w tych rozdziałach można zauważyć, że brak jest polotu, a humoru też niewiele, a jak jest, to bardzo wymuszony. Inwazja USA na ZSRR i w Zatoce Świń są tego dobrym przykładem. Ale rozdział pod tytułem "Rebelia Whisky", to szczyt nudy. Jedynie wojna USA-Grenada trzyma poziom pozostałych rozdziałów. Oznacza to prawdopodobnie, że Ameryka Północna nie miała ciekawych wojen lub były tak bezbarwne, że dowcipy nie pomogły.

Minusem jest ograniczenie się jedynie do trzech kontynentów. Brak Azji, Afryki i Oceanii. Z tego co widziałem, panowie zakończyli na tym swoją podróż po najgłupszych wojnach i następcy nie widać. Jednak zachowałbym się zupełnie nie fair, gdybym nie polecił jednej z ciekawszych książek babrającej się w brudach historii.

sobota, 10 marca 2012

Ayn Rand - Atlas zbuntowany
















Data ukończenia: 29 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 10 marca 2012

Recenzja:

Recenzja będzie chaotyczna, bo i chaotycznie powieść była czytana. W ciągu dwóch i pół roku niewiele zapomniałem, ale to co się działo i w treści, i w świecie rzeczywistym, doprowadziło do tego, że wiele rzeczy, o których miałem wspomnieć, mogło mi zupełnie wyparować.

Tak! Dwa i pół roku zajęło przeczytanie mi tej książki. Prawie 1200 stron. Mały druk, wielkie gabaryty. Zanim jednak zacznę opowiadać o tym, jak do tego doszło, z lekka wezmę na warsztat całą otoczkę, która się uaktywnia i zaczyna interesować potencjalnego czytelnika, zanim jeszcze zobaczy, jakie tomiszcze musi trzymać w ręku.

Chlubą tego tytułu i największym zainteresowaniem budzi "fakt", że w Stanach Zjednoczonych jest to najczęściej czytana książka, zaraz po Biblii. Jeśli jest ona tak czytana, jak Biblia, to można te słowa rzucić w kąt. Ayn Rand to autorka, która musiała widocznie napisać coś, czego ludzie potrzebowali. Jeżeli Pismo Święte pokazuje, jak żyć kochając bliźniego swego, to co musi pokazywać "Atlas zbuntowany"? Dążę tu do stwierdzenia, że książka równie dobrze może konkurować z takimi bestsellerami, jak: "Nie potrafię schudnąć", czy "Jak skutecznie rzucić palenie?". Poradniki, które nic nowego nie mówią, ale złaknionym odmienności i duchowego przewodnika dają chwilowe poczucie własnej wartości, do momentu odłożenia drewienka (papieru) na półkę. Myśl ta przyszła do mnie w trakcie czytania "Atlasu", a nie przed. Prawda jest taka, że poszerzyłem grono czytelników złapanych na otoczkę, a nie na chęci przeczytania tej cegły. Inna sprawa, że samo słowo "czytana", jest dla mnie równoznaczne ze słowem "zaczęta". Ale przejdźmy do fabuły.

W skrócie, w USA jest multum wybitnych jednostek. Wspaniali bankierzy, przemysłowcy i naukowcy. Tworzą i czerpią z tego profity. Pewnego dnia, kilku bardzo ważnych urzędasów, stwierdza, że dla dobra społeczeństwa wszystko, co zostało wyprodukowane przez tych mistrzów umysłu, powinno być przekazane Ameryce, a co za tym idzie, dla każdego towarzy... tfu, obywatela. Osoby pokrzywdzone, w większości przez zastraszenie, oddają prawa do swoich dzieł i znikają. Inni, pierw niszczą cały swój dorobek i znikają. Dochodzi do sytuacji, kiedy cały kraj topi się w nędzy, ponieważ nie ma maszynistów do kontrolowania całego urządzenia. Nasuwają się pytania: Dlaczego? Gdzie uciekli? Kto podsuwa im pomysł? I te "najmądrzejsze", które jest niczym strzelba wisząca na ścianie: Kim jest John Galt?

Streściłem, jakieś 800 stron książki! Pozostało jeszcze 400, które dam sobie spokój opisywać. Kiedyś czytałem komiks "Watchmen", gdzie była pewna wyspa z ludźmi, którzy byli "naj" w swojej dziedzinie. Już po 300 stronach doszła do mnie taka myśl, że chyba "Atlas" i komiks mają kilka cech wspólnych. 

Dlaczego tak, długo musiałem to czytać? Są tego dwa powody: wydanie i autorka. To co trzymałem w ręku jest tak wielkie, że żeby przenieść ją z punktu A do B, trzeba mieć nie tylko krzepę, ale także miejsce. W podróż nie weźmiesz. Do autobusu też nie. Po jakimś czasie zastanawiasz się, czy do teczki włożyć laptopa, czy "Atlas". W końcu nawet się nie zastanawiasz i zostawiasz cegiełkę w domu. Jeśli 80% dnia spędzam poza domem, to nie mogę paradować z paczką w ręku. Nawet jeśli mam czas w trakcie pracy, żeby sobie coś poczytać, to przez gabaryty rezygnowałem z czytania "Atlasu", na rzecz mniejszej książki. W między czasie, od dnia rozpoczęcia mojej podróży z powieścią do jej ukończenia przeczytałem, co najmniej, 49 książek! Nie próżnowałem. A można było inaczej ją wydać, w trzech tomach, tak jak podzielona jest na trzy części w środku. Ale dobra, niech im będzie.

Drugi powód to sama autorka. Takiej marudy już dawno nie czytałem. Sama fabuła to historia na maksimum 300-400 stron. W przypływie chęci wykazania się elokwencją i inteligencją, można dołączyć wstawki elokwentne i inteligentne, więc dajmy maksimum 500 stron. Ale trzymałem w ręku prawie 1200! Z czego to wynika? A wyobraźmy sobie, że na bankiecie korporacyjnym, przy stole, wybierając czym będę wymiotować po imprezce: kawiorem, czy ciasteczkami, przychodzi uosobienie ideału, mężczyzna, który zaczyna rozmawiać. Rozmawia sobie sam do siebie, przez kilkanaście stron i uświadamia wszystkim, że ludzie to głupcy, bez talentu i własnej woli. I gada tak, a wszyscy sobie słuchają i przerwać mu nie potrafią. "No bo on tak ładnie opowiadał".

A teraz wyobraźmy sobie, że ten inteligentny bełkot jest w pociągu, w łóżku, w hotelu, w taksówce, przed seksem i po, w więzieniu, z bratem i bez, na peronie, na budowie, w samolocie, na przyjęciu, po przyjęciu, rozebrani czy też nie. Z kobietą, mężczyzną, z wojskowym i Murzynem, z jego żoną, matką, no i bratem, oddzielnie i przy kolacji, patrząc w okno, w myślach... DOSYĆ!! WIEM, ROZUMIEM! Tak, jak Biblia mówi kochaj bliźniego swego, tak "Atlas" mówi, kochaj siebie samego, bądź egoistą, wszystko co osiągnąłeś jest Twoje i kochaj to, bo to tylko dzięki Tobie!

I muszę odstawić książkę, bo przeczytałem dopiero 50 stron, a mam dosyć tej samej gadki w tych różnych okolicznościach. Biorę coś lżejszego, Fleminga, albo tego nieszczęsnego Coelho, i używam sobie na nich. Cała frustracja wylana na autora, później coś przeczytać dla przyjemności. Życie jest piękne! Ale przez cały czas po głowie mi coś łazi, nie daje spokoju, mam na sumieniu jedną książkę, której jeszcze nie przeczytałem. I siedzę w domu, trzymając w rękach książkę, na którą mam chęć od paru tygodni i muszę ją odłożyć. "Bo kurwa, Atlas!". I znów ten sam schemat, początek nowego podejścia idzie gładko, by po kilkudziesięciu stronicach rzucić powieść w furii.

Po jakimś czasie, zacząłem oceniać nie samą książkę, a kowala, który wykowalił to dzieło. Wszystkie te inteligentne teksty musiały być tworzone chyba z jakichś wyrzutów sumienia. Całość tych monologów wygląda tak, jakby ktoś nie mógł się pogodzić z tym, że nie dano mu czasu na powiedzenie tego, co myśli. O co mi chodzi? Wyobraźmy sobie, że Ayn Rand poszła na urodziny swojej koleżanki i ktoś do niej powiedział coś niemiłego. Ona w tym momencie otwiera jadaczkę, i pragnie wygłosić swoją tyradę, pełną wspaniałych tekstów, które powodują, że przystojni mężczyźni widzą w niej obiekt seksualnych westchnień, kobiety z zazdrością patrzą na jej mózg przez pryzmat poruszających się warg. Głos zaczyna: "Głupi ten, co głupio robi". Ale efekt był nie taki, jakiego się spodziewała. Ledwo dokończyła swoje pierwsze zdanie, które było początkiem jej potoku myśli na trzynaście stron, a ktoś jej przerwał i wszyscy wpadli w śmiech. Urażona Rand wróciła, obrażona na cały świat, do swojego mieszkania i zaczęła krążyć po nim, układając monolog, który chciałaby wtedy wygłosić. Rozdzierając tekst na części, dodając nowe szczegóły, kasować i wklejać pewne wyrażenia. Aż pełna błogostanu położyła się do łóżka, bo się wyżyła po wsze czasy. Spisała swoje teksty na kartkę papieru, gdzie stworzone przez nią postacie nie będą przeszkadzać jej w tej najważniejszej chwili, podczas urodzin jej koleżanki.

I poważnie tak myślę, że Ayn musiała mieć straszne kompleksy na punkcie niedocenienia i pogardy ze strony jej znajomków, którzy pewnie nią nie gardzili, a jedynie nie stawiali jej w centrum uwagi z najzwyklejszych powodów.

Ale skłamałbym w jednym. Nostalgia mnie ogarnia przez ten wysiłek, przez to, co czytałem i to, co kątem oka widziałem w świecie rzeczywistym. 

Czytałem ostatnie rozdziały podczas protestów w sprawie ACTA, jedno na drugie się nachodziło. Walka z rządem, bunt przeciwko ingerencji w życie szarego człowieka. Składam z liter wyrazy w "Atlasie" o wojnie między społeczeństwem, a klasą rządzącą. W telewizji widzę ACTA.

Widzę, jak trudno znaleźć pracę. Studia to studnia, w którą się wpada i traci czas na próby wydostania się z niej. Marzenia o odzyskanym czasie. Czytam w "Atlasie" o upadku inteligencji, egoizmu i egocentryzmu.

Widzę kątem oka. Mój pierwszy poważny związek, który zmierza ku dobremu. Czytam o Dagny i jej relacjach z Galtem.

Widzę. Opisy na każdym kroku. Na GG, na Facebooku. "Życie jest piękne". "Kocham swoich przyjaciół". "W 100% szczęśliwa"... A czytam o obłudzie, kłamstwie, by nie spojrzeć tylko sobie prosto w oczy, w lustro i stwierdzić przed samym sobą: "Spieprzyłam!".

Widzę. Katastrofę w Smoleńsku. Czytam o mostach, które runęły, wypadki kolejowe, upadek gospodarki.

Widzę. Związki, które padły. Czteroletnie, czy pięcioletnie? On wydaje swoje ostatnie oszczędności, by ją uszczęśliwić, ona potrzebuje wolności, choćby i za cenę własnego JA. Kontrolowana przez swoją matkę, która wetuje wszystko to, co dobre między nimi. Na rzecz JEJ "wolności"! Czytam. Związek Reardena ze swoją żoną i mieszającą się we wszystko matkę.

Widzę....("DOSYĆ!! WIEM, ROZUMIEM!").

I tyle! To były dziwne dwa i pół roku. Wielu rzeczy się nauczyłem, wiele się zmieniło. Jak mam ocenić książkę, która mnie wymęczyła, jak nic do tej pory. Przeczytajcie, ale może streszczenie. Wyzute już z tych opisów. Miło będę wspominał "pracę" z tą powieścią, bo był to bardzo ciekawy czas. Ale nigdy więcej Ayn Rand i jej książek!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...