wtorek, 28 lutego 2012

George Orwell - Folwark Zwierzęcy















Data ukończenia: 11 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 28 lutego 2012

Recenzja:

Szukając czegoś krótkiego do przewertowania, trafiłem na "Folwark Zwierzęcy". Ciekaw jestem, kto jakie ma skojarzenia, wymawiając te dwa słowa. Osoby urodzone w latach osiemdziesiątych prawdopodobnie z nostalgią wspominają film animowany. Osoby świeższe mogą kojarzyć film pełnometrażowy z 1999 roku.

Wszystkie te dzieła są wspaniałe! Gdy pierwszy raz zapoznawałem się z Folwarkiem były to wczesne lata dziewięćdziesiąte, gdy na kasecie video zacząłem oglądać świnki, koniki, owieczki, które wyrzucają z dworu swego właściciela i rozpoczynają pracę nad stworzeniem swojego własnego społeczeństwa, gdzie każdy będzie szczęśliwy. Świnki okazały się złe, bajka stawała się straszniejsza z minuty na minutę, moment z koniem i rzeźnikiem doprowadzał mnie do "prawie płaczu" i czuło się po seansie pewną pustkę. Coś mnie musiało ominąć. Z racji tego, że wiele rozrywek na kasetach video nie było, zdążyłem się nauczyć całego filmu na pamięć.

Będąc w pierwszej klasie podstawówki zacząłem czytać książkę (gdzieś między "Pilot i ja", a "Na jagody", co tylko dobrze obrazuje, jakie miałem problemy z literaturą na moim poziomie), ale nie przyrzeknę, że ją skończyłem. Po tym akcencie, zostawiłem temat na wiele lat.

Powróciłem do niego, gdy zaczęto wspominać o nowej ekranizacji książki Orwella. Tym razem miano posłużyć się "prawdziwymi" zwierzętami, a nie rysunkowymi. Jednak nie to było najciekawsze. W kolorowym czasopiśmie przeczytałem, że knur Napoleon to Józef Stalin. Przeczytałem cały artykuł i poczułem się, jakby mi ktoś strzelił w przyłbicę śledziem. Zaczęto porównywać każde zwierzątko do prawdziwych postaci, które zapisały się na kartach historii. Nie ma już Snowball'a, Majora, Squealer'a i Minimusa. Teraz jest Trocki, Marks, Mołotow i Gorki. Szok! Najgorsze jest to, że wszystko, co tam było napisane, to ten brakujący element, którego nie znalazłem, jak byłem samosmrodkiem. Wziąłem książkę po raz drugi, czytając coś czego wcześniej nie było. Po czym obejrzałem nowy film, który jest równie świetny, jak pozostałe dwa dzieła.

Oczywiście może trochę przesadzam ze wszystkim. Miałem wtedy góra 12 lat i wiedziałem o czym jest książka, wiedziałem, że to totalitaryzm i ogólnie wszystko, co się tam dzieje jest z góry ustalone, że jest niedobre. Jednak zaskoczyło mnie, że oficjalnie przydzielone są nazwiska do konkretnych zwierząt. Zmienia to zupełnie wydźwięk powieści, bo wiadomo, kogo konkretnie ocenia.

Tym razem wziąłem do ręki książkę, by móc sobie po raz kolejny przypomnieć film animowany, a za jakiś czas wrócę do pełnometrażowego. Średnio co 10 lat wracam do tej historii i najwspanialsze jest to, że się zupełnie nie zmienia, wciąż jest arcydziełem, jeśli chodzi o literaturę i wydaje się być wciąż aktualna. Tylko inne osoby można przyporządkować do konkretnego towarzysza w Folwarku Zwierzęcym. Film animowany jest świetnym dopełnieniem i nie wyobrażam sobie jednego bez drugiego. 

sobota, 11 lutego 2012

Roberto Bolaño - Chilijski nokturn
















Data ukończenia: 6 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 11 lutego 2012

Recenzja:

Literatura iberoamerykańska jest specyficzna i nie przemówi do wszystkich. Charakteryzuje się chaosem w tekście, niedopowiedzeniem, a także próbuje nie oceniać moralności. Do dwóch wielkich dzieł, które mają w sobie wymienione cechy zaliczyć można "Grę w klasy" Cortazara i "Ja, Najwyższy" Bastosa. Znacznie mniejszą powieścią, ale spełniającą te kryteria, jest recenzowany właśnie "Chilijski nokturn" Bolaño.

Już dawno nie zdarzyło mi się przeczytać książki w jeden dzień. Siedząc sobie w kawiarni w ciągu trzech godzin przeczytałem powieść kupioną za 99 groszy w przecenie. Uwielbiam tę serię wizualnie i gdy jest możliwość dokupuję książki, które ładnie komponują się na półce. Jednak po "Namalowanym oknie" Somozy wiem, że znaczna część tych utworów nie przypadnie mi do gustu. Bolaño to osoba, której nie znam, a z zakupionych pozycji, wybrałem najmniejszą i najlżejszą.

Ksiądz Lacroix, który przez całe życie prześladowany jest przez "podstarzałego młodzieńca", cierpi w łóżku i wspomina swoje życie. Czego tutaj nie ma? Jest i Allende, i pucz Pinocheta. Główny bohater żyje z tymi autentycznymi postaciami i spotyka je na swojej drodze. Ma okazję uczyć marksizmu Augusto, który jeszcze nie doszedł do władzy. Widzi największe zmiany zachodzące w Chile. Nie jest do końca przekonany, czy to co robi jest dobre, czy nie. 

Jednak to nie jedyne historie, które pojawiają się na 130 stronach. Ksiądz Sebastian zwiedza europejskie kościoły i sprawdza, jak są konserwowane. Widzi swoich europejskich "braci", którzy są sokolnikami i używają swoich zwierzątek do polowania na gołębie, które brudzą ściany klasztorów. Czyż gołąb nie jest symbolem Ducha Świętego?

Inna historia tyczy się pewnego pomieszczenia w domu Marii Canales, w którym pewien gość podczas wspólnego wieczoru zobaczył nagą, przywiązaną do łóżka osobę. I dlaczego dziecko Marii ma taką smutną twarz, kiedy niania zabiera go na górę, do swojego pokoju? Czy jego oczy widzą coś, czego nie chcą widzieć?

Bo cały sens książki zawarty jest w jednym z pierwszych zdań na pierwszej stronie powieści: "jest moralnym obowiązkiem człowieka odpowiadać za własne czyny i za własne słowa, a także za własne milczenie...".

Trudno mi ocenić pozycję, bo z jednej strony jest to bardzo dobrze napisana książka, którą bardzo szybko się czyta i ma pewne elementy fabuły, które przytwierdzają do kawiarnianego fotela, aż do samego końca. Z drugiej strony nie jest to powieść, którą trzeba przeczytać, a przypomnienie sobie niektórych fragmentów byłoby dla mnie niemożliwe, gdybym nie pisał recenzji z powieścią Bolaño na kolańo.

niedziela, 5 lutego 2012

Michał Grzesiek - James Bond. Szpieg, którego kochamy
















Data ukończenia: 5 lutego 2012

Data utworzenia recenzji: 5 lutego 2012

Recenzja:

Pomimo tego, że o samym Bondzie się mówi i duża grupa ludzi ma serdecznie dosyć całego zamieszania wokół tej postaci, rynek w Polsce nie rozpieszcza nas wydaniami książek traktujących o tym fenomenie. Dlatego każdy rodzimy produkt, który wychodzi, to dobra okazja do świętowania. Nawet jeśli jest to tak mierny wyrób, jak "Bond. Leksykon" (co tylko dobrze ilustruje, jaka jest posucha).

O nowej książce o Bondzie dowiedziałem się w bardzo niecodzienny sposób. Odezwał się do mnie sam Michał Grzesiek, który przez przypadek trafił na moje recenzje na blogu. Zareklamował mi swoją książkę (jeszcze nie wydaną) i przesłał na pobudzenie apetytu kilka wycinków. Tym razem wiedziałem, że jest na co czekać.

Książka traktuje wyłącznie o oficjalnych filmach, co uważam za bardzo sensowne rozwiązanie. Nie można zarzucić, że czegoś brakuje, tak jak to robiłem podczas recenzowania "Leksykonu", gdzie zostały opisane wyłącznie książki wydane na rynku polskim i to nie w pełni (brak Higsona), a pominięto dzieła Gardnera, czy Bensona. Michał Grzesiek wybrał filmy i chwała mu za to, że nie próbował przedobrzyć, wszystkie 22 części są. Ni mniej, ni więcej.

Bardzo oryginalne jest samo opisanie filmów. Każda część jest podzielona na trzy podrozdziały. Pierwszy to "Przygotowania", gdzie opisywane jest z jakimi trudnościami zmagała się ekipa przed uderzeniem klapsa filmowego. Drugi, to "Realizacja", gdzie scena po scenie streszczana jest fabuła filmu, by przy każdym podpunkcie opisywać problemy, ciekawostki, a także jak powstawały konkretne ujęcia. Trzeci podrozdział, to "Premiera", gdzie przekazywana jest reakcja publiczności w czasie przeszłym, jak i w teraźniejszym. Mi osobiście najbardziej podobały się podrozdziały numer 1 i 3.

Książka jest hermetyczna. Ciężko będzie przebrnąć przez kolejne stronice, osobie, która nie lubi lub nie oglądała (co często jest jednym i tym samym) serii. Streszczenie filmu jest, ale i tak, moim zdaniem, to za mało, by cokolwiek można było zrozumieć z często bardzo mocno zagmatwanej fabuły obrazu. Z tego powodu jest to pozycja dla fanów stworzona przez fana. Osoby skrajne, które same analizują scenę po scenie, nie znajdą tu pewnie wielu nowych informacji. Zwłaszcza, że prawie wszystko zostało już powiedziane przez samych twórców (polecam dodatki do pełnej edycji 2-płytowej, dystrybutorem jest Imperial) w filmach dokumentalnych. Ale i takie "betony" znajdą w książce wiele nowych ciekawostek, które wciąż będzie można rozwijać, obalać i przyklaskiwać.

Widziałem w internecie dyskusję, gdzie kilka osób miało problem ze zrozumieniem, że na okładce książki Michała Grześka napisane jest, że to pierwsze polskie opracowanie poświęcone filmom o Bondzie. Chodziło oczywiście o to, że w 2009 roku został wydany "Bond. Leksykon", więc jest to pewnego rodzaju kłamstwo. Otóż nie! W wydaniu z Bukowego Lasu jest kilka wyrazów, które chyba wszystkim umknęły: "Pierwsze polskie tak obszerne...". A akurat obszerności "Leksykonowi" zarzucić nie mogłem.

Bardzo dobra książka, która jest warta przeczytania. Najlepsze opracowanie filmów o Bondzie na rynku i nie patrzę tu przez pryzmat słabej konkurencji, a przez pracę, zaangażowanie i za sympatię do tego, o czym się pisze!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...