piątek, 20 stycznia 2012

Paulo Coelho - Weronika postanawia umrzeć
















Data ukończenia: 27 kwietnia 2010

Data utworzenia recenzji: 28 kwietnia 2010

Recenzja:

Książki: "Alchemik" i "Weronika postanawia umrzeć" pojawiły się w domu w tym samym czasie. Zacząłem czytać lepszą według ogółu, chociaż tematyka bardziej mi pasowała w drugiej powieści. Całe szczęście, że zmusiłem się ją zacząć.

Weronika postanawia umrzeć, bo każdy jej dzień nie różnił się od poprzedniego. Zażyła solidną porcję tabletek nasennych, ponieważ inne metody samobójstwa mogłyby sprawić przykrość jej rodzicom. Żadnej krwi - romantyczna śmierć. Jednak coś się nie udaje i zostaje odratowana. Szybko przetransportowują ją do szpitala psychiatrycznego, jednak lekarze ostrzegają, że przeżyje tam tylko tydzień, ponieważ serce nie wytrzymało takiej dawki tabletek. Główna bohaterka zaczyna spotykać "wariatów" i zastanawiać się nad swoim losem.

Każdy czytający książkę prawdopodobnie domyślał się, jak to się skończy. Ja byłem lekko zaskoczony, bo po autorze spodziewałbym się czegoś bardziej religijno-mistycznego. A tu takie zakończenie, które nie dość, że z każdej strony jest wyjaśnione, to jeszcze do zaakceptowania!

Jednak sam główny wątek, jest niemal identyczny do tego z "Alchemika". Znowu pojawiają się pytania, co do spełniania swoich najskrytszych marzeń, zahacza mocno o religię. Są sceny, gdzie dusza wariatki wylatuje z ciała i obserwuje otoczenie. I są na swój sposób, jakoś tłumaczone. Niekoniecznie te tłumaczenia przypadły mi do gustu, ale cała fabuła, w którą wplątane są te wątki, rzeczywiście zmienia całkowicie moje podejście. Da się to czytać, a nawet sprawia przyjemność poznawanie nowych postaci i ich tajemnic.

Paulo zaczął używać bardziej wyrazistych, wymownych zdań. Czyta się płynnie i nie odczuwa się przemęczenia materiałem. Brak tutaj jakichś większych wymuszeń ze strony autora do zadumy, tak jak w przypadku "Alchemika". Co śmieszniejsze, uważam, że w całej "Weronice..." zawarte jest jakieś 70% nauk z "Alchemika", których tam nie cierpiałem. Tutaj, albo uważam je za dobre, albo nie zwracam uwagi. Jednak można sprzedać dwa razy to samo, ale wydając historyjkę sprawniej skonstruowaną.

Coelho napisał chyba najbardziej przystępną scenę seksu, jaką czytałem. Do tej pory, w innych książkach, wszystkie były nudne, pozbawione jakiejś werwy. Czasem zastanawiałem się, czy autorzy danych książek rzeczywiście robili czynności podobne do tych opisywanych w swoich powieściach. Coelho rozpisał się na kilka stron ze sceną masturbacji głównej bohaterki i muszę przyznać, że jest mocno pikantna (nie aż tak, jak te tanie historyjki z porno serwisów), ale też przyjemnie się czyta. Wszystko jest na eleganckim poziomie, gdzie można się czerwienić, ale jeszcze nie chichotać.

Cały wczorajszy dzień myślałem, jak ocenić jeszcze tę książkę. I wiele więcej nie ma do napisania, bo jest bardzo dobra. Wszystko najgorsze z "Alchemika" poszło won. I nawet cieszę się, że miałem okazję przezwyciężyć ten wstręt, bo Coelho okazał się naprawdę bardzo porządnym autorem. Miałem obawy, że to może tylko jedna taka perełka w jego twórczości. Ale już z tego samego źródła dowiedziałem się, że "Zwycięzca jest sam", jest jeszcze lepsza niż "Weronika...". Wierzę na słowo i chętnie sprawdzę, jak ta została napisana.


Opinia po dwóch latach:

Jestem trochę zszokowany swoją entuzjastyczną opinią. Książka jest ok, ale tak pochlebna ocena jest wynikiem tego, że poprzednia czytana jego powieść jest tak mdła i oczywista, że wystarczyło napisać przepis kulinarny, by mówić o rozwijającym się autorze.

Zaskoczeniem było dla mnie również pojawienie się akurat tej pozycji w "1001 książek, które musisz przeczytać". Żaden "Alchemik", żadne "Pierdy", a właśnie "Weronika". Gdybym miał wybrać, którąkolwiek pozycję napisaną przez Coelho (a czytałem tylko cztery), to również wybrałbym tydzień z samobójczynią. Nie jest to historia wybitna, bo kojarzy mi się multum historii w ten sposób opisanych. Jednak jeżeli ktoś ma zamiar przeczytać po raz pierwszy wypociny "boskiego" Coelho, to powinien "Weronikę" postanowić przeczytać.

sobota, 7 stycznia 2012

Alastair Dougall - James Bond: The Secret World of 007













Data ukończenia: 31 grudnia 2011

Data utworzenia recenzji: 7 stycznia 2012

Recenzja:

Rok po moim "bondowym przebudzeniu", w grudniu 2009 roku zakupiłem sobie na Allegro kolejną książkę do kolekcji. Miałem do wyboru polską lub angielską wersję, ale sądząc po cenie, ogonki w polskim języku są dużo warte. Tytuł polski to: "James Bond. Tajny Agent 007". Ograniczony budżet na hobby spowodował, że wybrałem wydanie angielskie.

Gdy paczka dotarła, zaskoczyła mnie wielkość, jak i wydawnictwo. Był to ślicznie opracowany album, który nie mieści mi się obok standardowych książek o Bondzie, z wydawnictwa Dorling Kindersley. Osoby urodzone w latach osiemdziesiątych/dziewięćdziesiątych, pamiętają zapewne serię albumów pod nazwą: "Patrzę, podziwiam, poznaję", z tego wydawnictwa. Każdy tom poświęcony był innemu tematowi, np.: ryby, owady, skamieniałości, taniec i ptaki. Ktoś jednak wpadł na pomysł, by stworzyć księgę ze świata 007, w ten sam sposób. 144 stronicową książkę kończę dopiero po dwóch latach, ponieważ na rynku pojawiła się nowa książka o Bondzie - Michała Grześka "James Bond. Szpieg, którego kochamy". A pisanie dwóch recenzji na raz z tej samej tematyki, może być zabójstwem dla autora i samym opinii.

Album jest pisany w taki sposób, by była pewność, że James Bond to prawdziwa postać. Książka została stworzona dzięki uprzejmości M i Q, którzy przekazali autorowi ważne informacje. Całość jest ubarwiona świetnymi zdjęciami oraz rysunkami Rogera Stewarta.

Mamy tutaj szczegółowy rysunek rąk doktora No, przekrój Disco Volante, dokładne zdjęcia i rysunki przedstawiające działanie Lotusa Esprit, rozrysowana akcja po akcji walka Bonda z Zorinem na moście Golden Gate itp.

Jedynym mankamentem jest to, że opisano wszystkie oficjalne filmy z Bondem..., ale tylko do 2000 roku! I to byłby najmniejszy problem, gdyby to była zamknięta książka. Ale za każdym razem, kiedy wydają następny film, aktualizowany jest też album. Mój kończy się na "Świat to za mało". Koszty takiej książki są duże i gdybym kupował po premierze każdego nowego filmu, nowszą wersję, równie dobrze zamiast je kupować, mógłbym zacząć palić mentolowe. Może przy okazji premiery "Skyfall" w październiku skuszę się.

Ktoś zapewne zasugerowałby, że to dziecinada. Miłośnik powiedziałby, że to wyłącznie dla fanów. Ale gdzie jest racjonalna granica między dziecinadą, a fanowstwem? Problem polega na tym, że wara od mojej dziecinady. Książka jest świetna!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...